Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2026

Ostatnia wola i inne opowieści - Marcin Mortka

Tytuł: Ostatnia wola i inne opowieści
Seria: Drużyna do zadań specjalnych
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: SQN
Gatunek: fantasy

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że moje pożegnanie z Kociołkiem było mocno przedwczesne.

„Ostatnia wola i inne opowieści” to zbiór opowiadań, na który składają się tytułowa minipowieść pełniąca funkcję epilogu serii oraz kilka wydanych wcześniej opowiadań.

„Ostatnia wola” opowiada o wieczorze kawalerskim Urgo. Ma, typową już dla dodatków w tej serii, konstrukcję szkatułkową, główna fabuła wiąże ze sobą opowieści poszczególnych członków drużyny. Tak więc w pakiecie dostajemy historię tego jak Kociołek poznał Sarę, co Eliah porabiał w Elfirii (poznajemy też jego imię!), historię z młodości Żychłonia, powód czemu Gramm opuścił rodzinne strony i opowieść co się dzieje na bagnach Ski, która jako jedyna dotyczy teraźniejszości, bo w końcu Zwierzak innych czasów nie uznaje. A wszystko to łączy pojawienie się nowego zagrożenia…

No właśnie. Nowe zagrożenie. W historii, która w teorii stanowi epilog serii. I nie, nie jest to zagrożenie, które zostaje zażegnane w tej książce. To jest po prostu otwarcie nowej historii. Pan Mortka po prostu napisał prolog nowej serii. Ja tu się cieszę, że Kociołek się kończy, zwłaszcza, że seria mocno przeciągnięta… O ile „Siódme życzenie” zostawiało furtkę na kontynuację, tak „Ostatnia wola” po prostu tą furtkę wyrwała z zawiasów. Ta minipowieść więcej wątków otwiera niż kończy!

Pozostałe opowiadania to dość przypadkowa mieszanka. „Głos durnoty” był całkiem zgrabnym nawiązaniem do „Wiedźmina”. Z kolei „Smoczyca i jej pułkownik” to crossover z inną serią autora i muszę przyznać, że dziwnie mi się czytało to opowiadanie bez jej znajomości, choć sama fabuła była jak najbardziej zrozumiała. Pozostałe trzy opowiadania to proste historyjki z życia mieszkańców Gryfa. Nic specjalnego.

Styl autora pozostaje bez zmian. W dalszym ciągu czyta się to jak książkę dla dorosłych dzieci. Humor potrafi momentami rozbawić, ale raczej na poziomie uśmiechu pod nosem, a nie wybuchu śmiechu.

Ale muszę przyznać, że czytało mi się tę książkę wyjątkowo opornie. Po prostu mam poczucie, że ta historia przestała dokądkolwiek zmierzać, a kolejne tomy powstają tylko dlatego, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja. Dlatego zamiast porządnego zakończenia dostaliśmy sugestię przyszłej kontynuację. Nieładnie, Panie Marcinie.

Podsumowując, książka w serii całkowicie zbędna. Nie spełnia podstawowej roli epilogu, czyli domknięcia historii, wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś nie jest wielkim fanem drużyny Kociołka, to na spokojnie może ją sobie odpuścić.

niedziela, 9 sierpnia 2026

Siódme życzenie - Marcin Mortka

Tytuł: Siódme życzenie
Seria: Drużyna do zadań specjalnych
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: SQN
Gatunek: fantasy

No i seria o Kociołku dobiegła końca (przynajmniej teoretycznie).

Po bitwie z poprzedniego tomu do Gryfa zjeżdżają książęta Doliny. Kociołek i jego drużyna nie mogą długo liczyć na spokój, ponieważ król wysyła ich z misją do biblioteki… Co może pójść nie tak? Cóż, w przypadku drużyny do zadań specjalnych wszystko. Tymczasem niewidzialna królowa Elisandra zbiera kobiecą drużynę na tajemniczą wyprawę.

Przez pierwszą połowę książki bawiłam się całkiem dobrze, dużo lepiej niż się spodziewałam. Duża w tym zasługa tego, że narracja była podzielona niemal 50:50 między Kociołka a Sarę. Bo chociaż nawet lubię chłopaków z drużyny Kociołka, to jednak po tylu tomach mam ich trochę dość. Zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, że autor nigdy nie wykorzystał ich pewnego potencjału. Więc babska drużyna była bardzo miłą odmianą. Choć jej potencjał też nie został wykorzystany. Ale ogólnie była to miła odskocznia. Gdyby tylko dziewczyny pozostały drużyną do końca książki, a nie, że nagle Sara musi sobie ze wszystkim radzić sama to byłoby super.

Chyba najbardziej rozczarowująca jest ostatnia rozprawa ze Złym… Bo praktycznie jej nie ma. Jakby, główny konflikt całej serii został rozwiązany zwykłym zamknięciem drzwi… No strasznie antyklimatyczne to było. W ogóle nie było czuć, że to ostatni tom, nie było czuć żadnej stawki.

Przede wszystkim: tytułowe siódme życzenie. Owszem, dowiadujemy się jak brzmiało, ale nie jak (i czy w ogóle) zostało spełnione. Bo może i się spełniło, ale czy wskutek boskiej interwencji czy wysiłków bohaterów? I niby mieliśmy się więcej dowiedzieć o Elfirii, ojczyźnie Eliaha… tylko, że nic z tego.

Mam mieszane uczucia do wprowadzenia nowego bóstwa na sam koniec serii. Z jednej strony fajnie wpasowuje się to w wykreowany do tej pory panteon. Z drugiej mam wrażenie, że autor w ten sposób zostawił sobie furtkę na kontynuację.

A ta seria i tak już była mocno przeciągnięta. Autor w posłowiu przyznał, że „Nie ma tego Złego” było planowane jako jednotomówka i to widać. Mam wrażenie, że pomysły autorowi się skończyły kilka tomów temu, świat jest dość grubymi nićmi szyty, a rozwój bohaterów jest minimalny. Może nie pozostają oni niezmienni, ale jak na taką liczbę tomów, to zdecydowanie za mało poświęcono im czasu.

Humor w Kociołku pozostaje na standardowym poziomie. Czyli: niektóre teksty bawią, inne nie. Jest za poważnie, żeby traktować tę serię jak komedię, a za śmiesznie, żeby brać ją poważnie. Powoduje to dysonans. W dodatku czyta się to jak książkę napisaną dla dzieci, do której dorzucono przekleństwa żeby wiadomo było, że jednak jest dla dorosłych. Innymi słowy, jest to trochę infantylna lektura, co ma pewien urok, ale na dłuższą metę męczy.

Podsumowując, jeśli ktoś czytał poprzednie tomy to przeczyta i ten. Nie jest to satysfakcjonujące zwieńczenie historii, ale jako po prostu kolejna książka o Kociołku nawet się sprawdza. Ot, lekka lektura, akurat na wakacje.

niedziela, 26 lipca 2026

Cesarstwo świtu - Jay Kristoff


Tytuł: Cesarstwo świtu
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Dotarłam do kresu tej 
Wydawopowieści. I uczucia mam mieszane.

Ale po kolei. Jeśli nie czytaliście poprzednich tomów to tu macie moją opinię o pierwszym. A jeśli czytaliście poprzednie to i tak pewnie przeczytacie ten. Dlatego ostrzegam, że w poniższej recenzji mogą się pojawić spoilery do CAŁEJ trylogii. Te z trzeciego tomu starałam się ograniczyć do minimum, ale ciężko mi jest cokolwiek napisać o tej książce nie zdradzając niczego. Więc czujcie się ostrzeżeni.

Graal zmartwychwstał. Teraz, zgodnie ze słowami Matki Maryn, wyrusza do stolicy cesarstwa by zakończyć bezdzień. Musi zdążyć nim Bezkresny Legion zdobędzie miasto. Tymczasem Gabriel, przekonany, że stracił kolejną córkę wyrusza by zabić Wiecznotrwałego Króla.

Muszę powiedzieć, że pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała. Cały wątek w León był świetny. Postać kuzynki Gabriela bardzo mi przypadła do gustu. Poza tym wątek Popi… Boże, Kristoff sprawił, że miałam łzy w oczach przez MIECZ. Popi jest cudowna, wspaniała i w ogóle najlepsza.

Gabriel jest bardzo ciekawym protagonistą, bardziej antybohaterem. Tylko, że po tym tomie mam wrażenie, że wiem o nim mniej niż na początku.

Wątek Dior też był w większości spoko, poza paroma dramami, ale o tym później. Bardzo podobało mi się jak zostały rozegrane pewne polityczne kwestie w stolicy. Nie jestem za to przekonana do nowych mocy Dior… Mam wrażenie, że autor trochę przekombinował. Sama Dior dalej jest jedną z lepszych postaci w tej książce. Może tylko mi trochę smutno, że ostatecznie okazała się dużo mniej ważna niż się zapowiadało.

Historia Celene też była ciekawa. Podobała mi się jej przyjaźń z Dior. A cały wątek Esani bardzo mi się podobał. Matka Maryn była przerażająca, zwłaszcza z tą aparycją dziecka.

Zdecydowanie najprzyjemniej mi się czytało sceny z Jeanem-Francois. Absolutnie uwielbiam tego wampira. A do tego oni mają z Gabrielem taką chemię, że klękajcie narody. Autentycznie, jakby Kristoff napisał tysiąc stron tylko o nich to ja bym to przeczytała i stwierdziła, że książka roku, jak nie dekady.

Wątki romantyczne w tej książce… są. Nie zajmują nie wiadomo ile czasu. Najwięcej miejsca poświęcono relacji Gabriela z Phoebe, może nie jest to para, która nie wiadomo jak by poruszyła moje serce, ale podoba mi się pewna dojrzałość ich związku. Nie ma tu wielkich wyznać czy wybuchów uczuć, tylko po prostu dwójka ludzi po przejściach, którzy się dobrze ze sobą czują.

Dużo większy problem mam ze związkami Aarona z Baptistem i Dior z Reyne. O ile panom przynajmniej kibicowałam, choć przez większość książki nie łapałam jaki problem ma Aaron, tak dziewczyny były dla mnie kompletnie nijakie. Co jest o tyle dziwne, bo Dior ma świetną chemię z praktycznie każdą inną postacią. Poza swoją ukochaną. Dlatego te wszystkie dramy z nimi, którymi powinnam się przejmować spłynęły po mnie jak po kaczce. Very sad, anyway.

W ogóle w połowie książki autor z pewnymi wątkami kompletnie odpłynął i historia straciła sporo na wiarygodności. I owszem, okazało się, że to było w pełni zamierzone, ale niesmak pozostał.

Moim największy zarzutem względem tej książki jest to, że po zakończeniu tak naprawdę nie wiem co tam się wydarzyło. Ja rozumiem, że niewiarygodny narrator, normalnie lubię ten zabieg. Tylko tu problemem jest, że nie jestem w stanie nawet pobieżnie odtworzyć prawdziwych wydarzeń. Chyba najbardziej wyczekiwany moment w tej historii został przykryty taką ilością kłamstw, że prawda nawet spod tego nie prześwituje. Przez to czytelnik ma poczucie, że został oszukany.

Przez to też ciężko było mi czuć sympatię do bohaterów w zakończeniu. Znaczy inaczej: czułam sympatię do pewnego bohatera, jedynego, o którym mogłam po tym wszystkim powiedzieć, że go znam. Tylko mam wrażenie, że nie taki był zamysł autora. Mam pewne poczucie niesprawiedliwości po tym zakończeniu.

Za to humor do końca trzymał poziom. Te kąśliwe uwagi, może trochę wulgarne teksty… Przyznam, że może nie był on najwyższych lotów, ale parę razy głośno parsknęłam śmiechem.

Problem mam też ze zmianą grafika w tej części. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że te ilustracje są bardzo dobre, pod względem czystego warsztatu pewnie nawet lepsze niż te z poprzednich tomów. Tylko brakuje im tego czegoś, co tamte miały. Są zbyt wymuskane, zbyt idealne. Nie ma w nich tej duszy i klimatu. To jest ten sam przypadek jak wtedy gdy szkic podoba się bardziej niż skończony obraz. Niedoskonałość czyni sztukę doskonałą.

W ostatecznym rozrachunku czytało mi się to całkiem dobrze, acz nie aż tak jak poprzednie tomy. Zakończenie mnie rozczarowało, ale nie na tyle by zepsuć mi odbiór całości. Pomysł autor miał fajny, ale odnoszę wrażenie, że wykonanie go przerosło. Szkoda. Ogólnie całą serię polecam, nawet mimo zakończenia.

wtorek, 7 lipca 2026

Cesarstwo potępionych - Jay Kristoff

Tytuł: Cesarstwo potępionych
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Jeśli nie czytaliście „Wampirzego cesarstwa” to nie macie tu czego szukać, będą spoilery do pierwszego tomu, a ta seria jest zbyt fajna żeby sobie ją psuć. Tu macie moją reckę.

A jeśli czytaliście, to zapraszam.

Gabriel de León zdradził zakon, do którego dawniej należał i ocalił życie Graala, grzebiąc nadzieje ludzkości na powrót dnia. Jednak czy na pewno? Razem z Dior i Celene wyrusza, by poznać prawdziwe przeznaczenie Graala. Po drodze Gabe będzie musiał zmierzyć się z kolejnymi z dzieci Wiecznotrwałego Króla, potężnym klanem Dyvoków, a nade wszystko – z konsekwencjami własnych czynów.

Oj, dzieje się w tym tomie, dzieje. Ciężko cokolwiek napisać, żeby nie zdradzić za dużo. Na jaw wychodzą kolejne tajemnice, kolejne elementy układanki wpasowują się w swoje miejsce. Mam wrażenie, że ten tom nie jest aż tak przewidywalny jak pierwszy. Dalej nie jest to nie wiadomo jak oryginalna historia, ale parę razy autorowi udało się mnie zaskoczyć. Z drugiej strony sporo rzeczy domyśliłam się wcześniej niż powinnam. Mam wrażenie, że w dużej mierze frajda z czytania tej serii zależy od tego jak dobrzy jesteście w wychwytywaniu takich wskazów: im lepiej wam to idzie, tym mniej rzeczy was zaskoczy, wydaje mi się, że Kristoff rzuca odrobinę zbyt oczywiste poszlaki.

Co nie zmienia faktu, że dalej czyta się to doskonale, o czym najlepiej świadczy fakt, że przeczytałam tę cegłę w osiem dni.

Niezmiennie podoba mi się przedstawienie wampirów w tej serii, to jak wiele autor czerpie z klasycznego wizerunku tych stworów: nie mogą wejść do domu niezaproszone, nie mogą przekroczyć płynącej wody itp., brakowało mi takich wampirów we współczesnej popkulturze. Wampiryzmu przedstawionego jako klątwa. W tym tomie dowiadujemy się więcej o klanie Dyvoków, wampirów wyróżniających się niezwykłą siłą, nawet wśród swojego rodzaju. Przez to też walki w tym tomie są bardzo w stylu anime, bo Dyvokowie walczą za pomocą ogromnych mieczy.

Prawdę mówią, ja bardzo chętnie obejrzałabym anime (albo animację w stylu „Castlevanii”) na podstawie tej serii. Jay Kristoff często kieruje się „rule of cool” i, o ile nie uważam, żeby zawsze było to dobre podejście, tak w przypadku tej serii sprawdza się doskonale.

Poza wampirami dużo miejsca w tym tomie poświęcono tancerzom zmierzchu – zmiennokształtnym z Osswayu. Podoba mi się jak rozrasta się światotwórstwo tego uniwersum.

Jednak przede wszystkim sercem tej historii pozostają jej bohaterowie i relacje między nimi. Może i motyw twardziela, który stracił wszystko i dziewczyny, która nie miała rodziny, którzy stają się dla siebie rodziną jest ograny, ale działa! Naprawdę przyjemnie się ogląda rozwój relacji tej dwójki.

Zaskoczyła mnie obecność wątku miłosnego z udziałem Gabriela. Jakoś nie spodziewałam się, że po stracie żony on kogoś do siebie dopuści, nawet jeśli nie była to relacja stricte romantyczna. Co mi się w sumie podoba, bo nie każda relacja musi być wielką miłością.

Serce złamał mi wątek Aarona i Baptiste, ale nic więcej nie zdradzę. To po prostu bolało.

Ciekawa jest relacja Gabriela z jego siostrą, zwłaszcza, że mamy okazję usłyszeć też jej wersję wydarzeń. Ile tam jest uraz między tym rodzeństwem, a jednocześnie widać, że u podstaw tego wszystkiego leży rodzinna miłość. No, ciekawie się to czyta.

No i niezmiennie zachwycają wstawki z Jeanem- François, wampirzym historykiem spisującym tę historię. Ile tam jest homoerotycznego napięcia! Ja powinnam przestać zaczynać książki z założeniem żeby były niegejowe, bo za każdym razem kończę z najbardziej gejowymi książkami, jakie się da napisać nie pisząc romansu... Znaczy nie narzekam, ale to już drugi raz! Wszechświat chce mi coś przekazać i ja tęczę widzę w tym przekazie!

Polskie tłumaczenie dalej mi się podoba. I dalej zdarzają się irytujące literówki. Innymi słowy: poziom względem pierwszego tomu się nie zmienił.

Podsumowując: polecam! Drugi tom spełnił pokładane w nim nadzieje. To dalej jest fajna historia z fajnymi bohaterami, która potrafi momentami złamać serce. Ale przede wszystkim jest po prostu fajna. A czasem właśnie tyle wystarczy.

niedziela, 28 czerwca 2026

Wampirze cesarstwo - Jay Kristoff

Tytuł: Wampirze cesarstwo
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Dwadzieścia siedem lat temu nastał bezdzień i słońce przestało chronić ludzkość przed istotami nocy. Gabriel de León jest ostatnim srebroświętym, członkiem zakonu broniącego Cesarstwa przed bestiami. Więziony przez wampiry zostaje zmuszony do opowiedzenia historii swojego życia. Historię wojen, miłości, zemsty i ostatniej nadziei ludzkości – Świętego Graala.

Boże, jak mi brakowało czegoś takiego! Porządnego rozrywkowego fantasy z sensownym światem, dającymi się lubić bohaterami, klimatem i sporą dawką humoru bez uciekania w komedię. No i te wampiry! Takie pełnokrwiste, eleganckie potwory, które miały zdecydowanie za dużo czasu by pozostała w nich choć resztka człowieczeństwa. Jak i takie, którym przemiana odebrała intelekt już na początku pozostawiając jedynie głód i instynkt bestii. Bardzo podoba mi się takie przedstawienie tych stworzeń. A nie są to jedyne bestie jakie ten świat ma do zaoferowania, acz o pozostałych w tym tomie było niewiele.

Sam świat jest bardzo ciekawie przedstawiony. Odkąd zapanował półmrok bezdnia większość roślin obumarła a ich miejsce zajęły wszelkiego rodzaju grzyby. No, daje to swojego rodzaju klimacik. Poza tym mocne francuskie inspiracje w świecie przedstawionym, te długie płaszcze, trójgraniaste kapelusze, koronki, długi powiewający włos… Ach, no jest klimatycznie.

Ważną rolę w tym świecie pełni wiara w Odkupiciela, bardzo mocno inspirowana Chrześcijaństwem. Srebrny Zakon, bractwo mieszańców polujących na istoty nocy trochę przypominał mi Wiedźminów, tylko bardziej religijnych. Spodobał mi się pomysł srebrnych tatuaży służących za tarczę przeciw wampirom.

Powiedzmy sobie szczerze, w tej książce nie ma niczego, czego nie widziałabym wcześniej gdzie indziej. Tyle że w ogóle to nie przeszkadza. To nie odgrzewany kotlet, a bardziej nowe danie przygotowane ze znanych składników. Poszczególne motywy są tak sprawnie połączone w całość, że w ogóle nie czuje wtórności w czasie czytania.

Dużą zaletą jest konstrukcja ten opowieści. Mamy trzy plany czasowe. Pierwszy to teraźniejszość, gdzie Gabriel opowiada swoją historię wampirzemu historykowi Jeanowi-François. Ich cięte dialogi to absolutne złoto, te wzajemne złośliwości. Drugi plan czasowy to historia młodości Gabriela w klasztorze San Michon, tego jak stał się łowcą potworów. Trzeci to z kolei historia o tym, jak Gabriel wplątał się w poszukiwanie Świętego Graala. Te dwie opowieści przeplatają się i nawzajem uzupełniają, tworząc spójny obraz.

Jak już pisałam, bohaterów da się lubić. Gabriel jest interesującym protagonistą, zwłaszcza, że mamy okazję zobaczyć go w dwóch wersjach: żądnego chwały nastolatka, którego przepełnia gorąca wiara oraz złamanego, uzależnionego mężczyzny, który stracił wszelką wiarę. Ten kontrast sprawia, że czytelnik chce poznać jego historię, dowiedzieć się co sprawiło, że się tak zmienił. Ale ogólnie, Gabe pod powierzchownością łajdaka skrywa złote serce i jest lepszym człowiekiem niż sam by chciał.

O innych postaciach boję się pisać, żeby nie zdradzić za dużo. Ale mamy tu bardzo fajne postacie kobiece i nie tylko.

Sceny seksu mnie w tej książce bawiły, przede wszystkim dlatego, że były opisane jako część opowieści Gabriela. Chłopie, czemu ty to opowiadasz temu wampirowi z takimi szczegółami?! Chwalisz się?!

Wątki LGBT się pojawiają w ilościach zauważalnych, ale nie przytłaczających i bardziej na drugim planie. Są do tego poprowadzone w sposób pasujący do świata przedstawionego.

I jeszcze słowo o ilustracjach. No cudne są, takie klimatyczne. A biorąc pod uwagę, że srebroświęci zwykle walczą półnago… No, jest na czym oko zawiesić.

Polskie wydanie muszę pochwalić za przyjemne tłumaczenie i okładkę, z której nie schodzą złocenia. Jednak się da! Co prawda zdarzyło się parę irytujących literówek i raz zabrakło myślnika (brakujące myślniki mnie prześladują, to jest jak nic jakaś klątwa), ale biorąc pod uwagę objętość książki tragedii nie ma.

Bardzo polecam, szczególnie fanom „Castlevanii” i „Wiedźmina”. Jeśli szukacie zręcznie poprowadzonego dark fantasy to zdecydowanie jest pozycja dla was.

niedziela, 31 maja 2026

Death's Obsession - Avina St. Graves (BZK)

Tytuł: Death's Obsession
Autor: Avina St. Graves
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Gatunek: romans, fantasy

I znowu do tej ciemnicy… Innymi słowy, wracam do katowania się „arcydziełami” literatury w ramach BZK. Co prawda ta konkretna książka nie wchodzi w oficjalny skład Booktouru, ale dostałam ją w jednej paczce z resztą, więc liczy się!

Od wypadku, w którym zginęła jej bliźniaczka, Lilith prześladuje Mężczyzna Bez Twarzy. Zostawia jej prezenty i liściki, maluje znaki na skórze gdy ta śpi. Nikt nie wierzy dziewczynie, że jej prześladowca naprawdę istnieje, jej chłopak i psychiatra uważają, że dziewczyna ma halucynacje. Tymczasem tajemniczy mężczyzna coraz bardziej zbliża się do Lili…

Ta książka miała potencjał. Sam zarys fabuły przypominał mi musical „Elisabeth”, w obu przypadkach mamy do czynienia z historią dziewczyny, która otarła się o śmierć i na punkcie której Śmierć dostał obsesji. Tylko, że w „Elisabeth” cała historia miłosna ze Śmiercią była alegorią depresji i myśli samobójczych, do tego na tle przemian społecznych XIX wiecznych Austro-Węgier, opowieścią o końcu pewnej epoki i wiwisekcją postaci cesarzowej Sisi. Zaś w przypadku „Death’s Obsession” mamy do czynienia ze zwykłym pornosem.

Owszem, momentami autorka próbuje przedstawić stan psychiczny głównej bohaterki. I są to najciekawsze fragmenty tej książki. O tym jak Lilith przeżywa żałobę i jak wypadek wpłynął na jej postrzeganie siebie oraz relację z chłopakiem. Nie jest to może zbyt oryginalne, ale czyta się nieźle.

Dopóki na scenę nie wkracza Letum, czyli pan Śmierć. Borze szumiący, co za tandetnie napisana postać. Oczywiście jest mhroczny (nie, to nie jest literówka) i seksowny. I tajemniczy! I mówi w poetycki sposób. Autorka jak nic wszystkie jego teksty przepisała z „Wielkiej księgi żenujących tekstów na mroczny podryw”, a jeśli czegoś takiego nie ma to spokojnie może ją napisać. Letum jest też władczy i dominujący. Prawdziwy smalec alfa! Ale też troskliwy! Nie chce duszy Lilith, ale ją chce! Po prostu za każdym razem jak ten facet pojawiał się na kartach powieści moje ciary żenady dostawały ciar żenady. A jeszcze to, jak on nazywał Lilith: „moja mroczna maro”, „moja burzo”, „mój kwiatuszku”… No nie, no po prostu nie. No i samo imię Letum… Autorka nie mogła znaleźć jakiegoś ładniejszego określenia na śmierć?

Scen seksu jest dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość powieści. I są bardzo szczegółowe. Letum oczywiście ma dużego, bo jakżeby inaczej. Co śmieszniejsze, w czasie seksu dusza Letuma opuszcza jego ciało i bierze aktywny udział. Dusza ma jeszcze większego. Ja się pytam co autorka brała? Do tego momentami w scenach seksu gubi się gdzieś orientacja przestrzenna, w jednej scenie nawet Letum wydaje się mieć trzy ręce (to była scena zanim dusza się przyłączyła). Do tego Letum rżnie tak entuzjastycznie, że aż skuł glazurę w łazience Lilith samym impetem… Litości. A Lilith oczywiście jest mokra na samą myśl o nim.

Już nawet nie wspominając, że kolejny raz mamy do czynienia z historią, gdzie laska zakochuje się w swoim stalkerze. I oczywiście autorka musi zrobić z wszystkich jej bliskich dupków i idiotów żeby stalker wypadł jako ta atrakcyjniejsza opcja. Bo oczywiście jej facet jej nie wierzy, że ma stalkera. Kurczę, dziewczyny nie stać na chleb, a ten myśli, że ona te wszystkie kwiaty i biżuterię (której w większości nie nosi) kupuje sobie sama… Logiko!

Boli mnie, że cała relacja między Lilith i Letumem została sprowadzona jedynie do seksu. Owszem, jest zasugerowane, że oni ze sobą kiedyś rozmawiali, że tam była jakaś głębsza więź… Tylko, że nie dostajemy tego na kartach powieści. Dostajemy za to historię o tym, jak Śmierć dostał obsesji na punkcie zwyczajnej dziewczyny z depresją. Takich dziewczyn w historii ludzkości musiały być miliony, jak nie miliardy, co jest wyjątkowego akurat w tej? No nie wiadomo.

Napisane to jest nie najgorzej, acz strasznie pretensjonalnie. Autorka stara się stworzyć mroczną, oniryczną atmosferę, problem tylko, że wszystko tu jest zbyt dosłowne by to zadziałało. Ale pod względem języka ta książka nie boli.

Boli za to głowa od czytania jej. Ktoś postanowił wydać tę książkę w „trybie ciemnym”, czyli białe litery na czarnym tle. W efekcie całe strony są zalane farbą drukarską i dosłownie śmierdzą. Dobrze, że całość ma zaledwie dwieście stron, bo jakbym to miała czytać dłużej to bym się po prostu zaczadziła.

Podsumowując, nie jest to najgorsza książka jaką czytałam w tym roku (Booktour znacząco obniżył moje standardy, wiem). Nie jest to też książka dobra. Ot, pornosek, który próbował być czymś więcej, tylko nie wyszło. Osobiście nie polecam.

Za to jeśli ktoś chce zobaczyć jak ciekawie można wykorzystać motyw śmierci mającej obsesję na punkcie śmiertelniczki, to polecam obejrzeć „Elisabeth”, to wspaniały musical jest.

sobota, 23 maja 2026

Outlander sezon 8 - pierwsze wrażenia

Jako że ostatni sezon Outlandera dobiegł końca, wrzucam ostatnią porcję moich opinii o odcinkach, pisanych na bieżąco w trakcie oglądania.


S08E01

Zaczyna się od tego, że Jamie i Claire poszukują informacji na temat pochodzenia Fanny. I o ile sama scena jest całkiem spoko, chociaż dziwne było, że Claire zabiła tego gościa, tak kompletnie nie rozumiem skąd ta ich pewność, że matka Fanny to jest ich Faith. No bo, pewnie, imię i fakt, że dziewczynka nuciła piosenkę nie ze swoich czasów to całkiem duży zbieg okoliczności, ale jednak Claire trzymała martwą córkę na rękach… Więc albo dalej idą w ten absurdalny wątek albo twórcy wciąż robią zmyłkę. Obie wersje są słabe w moim odczuciu. A bohaterowie powinni być bardziej sceptyczni. Za to fajna była scena jak Jamie i Claire wspominają poczęcie Faith, wzięta prosto z książki, ale przerobiona by pasowała do serialowej chronologii.

Fergus i Marsali. Super było ich zobaczyć, bardzo brakowało mi ich w poprzednim sezonie. Acz wygląda na to, że twórcy już szykują się, by zafundować im pewną tragedię z książki…

Powrót do Ridge. Widzę, że w serialu to nie Jamie wybudował nowy dom, tylko Ian z pomocą sąsiadów pod nieobecność bohaterów. Trochę szkoda, ale chyba nieuniknione przy takiem kondensacji fabuły.

Lord John i William. Amaranthus! Nie lubiłam tej postaci w książce, ale aktorka wypada bardzo spoko. Zastanawiałam się, jak ją wprowadzą, ale widzę, że zamiast Greyów szukających jej to ona znalazła Lorda Johna. W sumie zastanawia mnie czemu John ją przedstawił jako „wicehrabinę Grey”, skoro to nazwisko, nie tytuł. Raczej powinno być „wicehrabina Melton”… O, w książkach też tak jest, czyli o to mogę Gabaldon winić. I wygląda na to, że Halowi jednego syna wycięli, bo William mówi, że Ben i Henry byli dla niego jak bracia, a o Adamie nic nie wspomina… Ciekawe ile z tego wątku pojawi się w serialu. Mam wrażenie, że rozmowa o rezygnacji z tytułu też jest z książki, tylko, że tam zamiast Johna był Hal, ale nie mogę jej znaleźć żeby się upewnić…

Bree i Roger. McKenzie wrócili! I przywieźli książki! Super, że został wspomniany „Władca Pierścieni”. Chociaż scena powrotu była mało klimatyczna… Widzę za to, że naprawili coś, co mi w książce nie pasowało: Jamie widząc zdjęcie Franka w serialu od razu zwraca uwagę na jego podobieństwo do Jacka Randalla. Bo, owszem, w serialu ci dwaj byli dużo bardziej podobni, ale i tak brakowało mi tej uwagi w książce.

Dziwne, że zmienili męża Amy McCallum, w książce wyszła za Bobbiego Higginsa, za Evana Lindsaya. Trochę dziwna zmiana, ale przez to mam wrażenie, że nie pominą wątku Amy…

Jeśli chodzi o Cunninghamów… to nie do końca pamiętam o co chodziło z nimi w książce. Znaczy, wydaje mi się, że pani Cunningham została całkiem wiernie odwzorowana. Ale Kapitan Cunningham wydaje mi się sympatyczniejszy niż w książce, chyba. I wydaje mi się, że w książce nie zajmował się handlem? Tylko był kaznodzieją? Kurczę, jak wyjdzie dziesiąty tom to trzeba będzie reread zrobić. W każdym razie nie zdziwi mnie, jeśli znowu wytną wszystkie wątki związane z wiarą, lubię w książkach to jak wielowyznaniowe jest Fraser’s Ridge.

Ogólnie sporo było scen wziętych z książki i dopasowanych tak, żeby pasowały do serialu. Szkoda trochę tego jak wiele pomijają, ale na tym etapie już do tego przywykłam. Odcinek oglądało się całkiem przyjemnie.

Krótki komentarz jak na mnie, ale po prostu „Powiedz pszczołom, że odszedłeś” to ta jedyna książka w serii, której nie znam na pamięć, więc nie mam za bardzo porównania.

A na koniec jestem ciekawa, czy w tym sezonie pojawi się polski akcent, czy go też wytną.

piątek, 20 lutego 2026

Pieśń Braterstwa - TJ Klune

Tytuł: Pieśń Braterstwa
Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że w poniższej opinii znajdują się spoilery do „Pieśni Serca”. O ile o poprzednich tomach byłam w stanie napisać prawie bezspoilerowo, tak o tym się nie dało. Więc jeśli ktoś planuje czytać tę serię i nie chce psuć sobie niespodzianki (a warto podejść do tej serii z czystą kartą) to radzę zakończyć czytanie w tym momencie.

Pozostałych zapraszam do lektury.

W Caswell Carter Bennett zrozumiał kim jest szary wilk, który towarzyszył mu przez ostatnie kilka lat. Ale zrobił to za późno, Gavin odszedł, by ocalić watahę przed swoim ojcem. Teraz Carter wyrusza w samotną podróż, by odnaleźć to, co jeszcze niedawno brał za pewnik.

Powiem tak, jak na finałowy tom to „głównej” fabuły jest tu mało. Bardzo mało. Antagonista jest tu mniej postacią, a bardziej siłą żywiołu, bardziej bestią niż człowiekiem. Wszystko, co mieliśmy dowiedzieć się o jego motywacjach dowiedzieliśmy się w tomie poprzednim. I w sumie mam wrażenie, że sam finał rozegrał się za szybko.

Ale! To nie jest najważniejsze w tej książce. Bo najważniejsze w tym tomie są relacje między postaciami. A pod tym względem to jest cud miód i orzeszki. Jak już tytuł wskazuje, dużo miejsca poświęcono tutaj relacjom między braćmi. I muszę autora pochwalić za to, że udało mu się napisać rodzeństwo, które jest do siebie podobne, a równocześnie każdy z braci Bennettów (i w sumie nie tylko, bo rodzeństw w tym tomie jest więcej) ma własny unikalny charakter.

Ważnym motywem w tej części jest też ciągłe popełnianie tych samych błędów i mierzenie się z ich konsekwencjami. Zarówno tych popełnionych samodzielnie, jak i tych popełnionych przez rodziców. Autor pięknie pokazuje, że można być jednocześnie dobrym człowiekiem, dobrym ojcem a jednocześnie popełniać fatalne w skutkach błędy. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. To tak cudownie ludzkie. Jest to też ten przypadek książki, gdzie mimo że bohaterowie nieraz i nie dwa podejmują głupie decyzje, to można zrozumieć dlaczego.

Uwielbiam romans w tej książce. Carter i Gavin są tak świetnymi postaciami, że nie da się ich nie kochać. Panowie mają niesamowitą wręcz chemię, obserwowanie interakcji między nimi daje ogromną frajdę. Carter pod maską żartów i brawury jest starszym bratem, który całe życie stawiał potrzeby innych ponad swoje. W dodatku całe życie sądził, że jest hetero a tu jego towarzysz życia okazał się mężczyzną. Z kolei Gavin… cóż, Gavin to Gavin. Nic więcej nie napiszę, bo poznawanie Gavina to jedna z największych przyjemności płynących z tej książki. Powiem tylko, że Gavin jest całkowicie inny niżby się można spodziewać i to jest w nim piękne.

Nawet do sceny seksu nie mam jakichś większych zastrzeżeń. Nie wiem, czy to wynika z tego, że autor się wyrobił w pisaniu takich scen, czy z tego jak dobrze osadzona jest ona w historii, jak podbudowana emocjonalnie. W tej książce seks jest po coś, a nie tylko po to by móc opisać ładny tyłek. Albo po prostu ja tak kocham tych bohaterów, że patrzę na to przez różowe okulary, jest taka opcja.

W ogóle jestem zachwycona tym, że TJ Klune napisał cztery romanse, a każdy z nich ma inną dynamikę między główną parą. I to mimo tego, że w każdej książce jedną ze stron romansu jest członek rodziny Bennettów i widać rodzinne podobieństwo. Ani razu nie miałam poczucia, że czytam kopię tego, co było w poprzednich książkach. Przynajmniej nie w kwestii romansów, bo bohaterowie jednak mają tendencję do popełniania tych samych błędów.

Humor jest w tej książce absolutnie fantastyczny, śmiałam się nie raz w głos. A chwilę później miałam łzy w oczach, bo autor funduje niesamowity rollercoaster emocjonalny. Polecam.

Co do polskiego tłumaczenia, to jest całkiem dobre. Zdarzyło się, co prawda, parę dziwnie sformułowanych zdań oraz brakujących znaków interpunkcyjnych… A właśnie, mógłby mi ktoś wyjaśnić czemu ciągle trafiam na książki z brakującymi myślnikami?! Gdzie są moje myślniki, ja się pytam!

Nawet ciężko mi wyrazić jak kocham tę książkę. Czy jest idealna? Oczywiście, że nie, ma swoje braki. Ale koniec końców, nie wpływają one na czystą radość płynącą z czytania tego. Zaczynając tę serię nie spodziewałam się, że aż tak pokocham tych bohaterów, że tak mnie ta historia chwyci za serce. A tu proszę, teraz ciężko mi nawet myśleć o czytaniu czegokolwiek innego, takiego mam kaca książkowego. Absolutnie cudowne doświadczenie. Epickie i kapitalne.

piątek, 13 lutego 2026

Pieśń Serca - TJ Klune

Tytuł: Pieśń Serca
Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy

Kolejny tom serii „Green Creek” za mną.

Robbie Fontaine zawsze szukał swojego miejsca w świecie. I gdy w końcu wydawało mu się, że je znalazł, zaczęły nawiedzać go sny i niepokojące wizje...

Ciężko cokolwiek napisać o fabule tej książki żeby nie popsuć frajdy z czytania. A frajda jest naprawdę spora, zwłaszcza na początku, gdy jeszcze nie wiadomo o co chodzi. Mam na to świadków! Ta książka jest zupełnie nie tym czego się spodziewałam i absolutnie kocham ją za to.

Ta część jest bardziej skupiona na fabule, romans jest tu dużo delikatniejszy, niż w poprzednich częściach. Podejrzewam, że w dużej mierze zawdzięczamy to orientacji Kelly’ego. Ponieważ mamy tu rzadki przypadek romansu z bohaterem aseksualnym. I muszę przyznać, że ten romans naprawdę mi się podobał. Obaj bohaterowie mają naprawdę przyjemne charaktery. Obaj są łagodni i słodcy, razem i osobno. I przede wszystkim to chyba najzdrowsza relacja romantyczna w tej serii. Nie ma tutaj ranienia się nawzajem, cały dramat ma źródło zewnętrzne.

Dużo w tym tomie smutku i tęsknoty. Szukania własnej tożsamości i miejsca, do którego się przynależy. Przez to też ta książka doprowadziła mnie na skraj łez. Autor umiał uderzyć akurat tam, gdzie mnie boli. I z każdym tomem trafia coraz celniej.

Muszę też w tej części pochwalić scenę intymną. Jest tylko jedna, jest krótka, ma istotne znaczenie fabularne, a dodatkowo jest napisana dużo delikatniej niż w poprzednich tomach, większy nacisk jest położony na uczucia bohaterów niż na akt fizyczny.

Podoba mi się, że w tym tomie też większy nacisk jest postawiony na relacje platoniczne między członkami watahy. O ile jest to motyw regularnie powracający w tej serii, tak mam wrażenie, że w żadnej z poprzednich części nie był on aż tak istotny jak w tej. Po prostu uwielbiam relację Robbiego z Gordo. I z innymi członkami stada też. Po prostu ta seria ma w sobie tyle pozytywnych emocji. Mimo że bohaterowie nie są idea

Mam mieszane uczucia do tego co się w tym tomie dzieje z ludzkimi członkami watahy. W sensie, fabularnie to ma sens, jest bardzo logiczne. Ale jednocześnie mam wrażenie, że autor zrezygnował z bardzo ciekawej dynamiki. Za to podobało mi się, że w tym tomie Rico nie robił tylko i wyłącznie za comic relief. Owszem, wciąż ma najlepsze teksty, ale jego rola w historii jest dużo bardziej dramatyczna.

Humor trzyma poziom poprzednich części. Uwielbiam wilcze zaloty. I coming outy w najmniej odpowiednich momentach.

Nie za bardzo przekonują mnie motywacje głównego złego. Znaczy, on jest kompletnie szalony, owszem, niezwykle niebezpieczny i w ogóle, ale wolę trochę bardziej racjonalnych złoli. Acz jeśli chodzi o jego metody działania, to tu już był cud miód i orzeszki. Naprawdę, momentami to skręcało w kierunku horroru, a nawet horroru psychologicznego.

Jeśli chodzi o polskie tłumaczenie, to muszę je pochwalić. Nie tylko jeśli chodzi o ten tom, ale o całokształt serii. Czyta się to świetnie. Widać, że tłumacz się naprawdę przyłożył do tego tekstu, bo niektóre cytaty brzmią po polsku dużo fajniej niż w oryginale. Co do tego tomu, to mam taki zarzut, że pod koniec pojawia się trochę literówek, brakuje paru myślników… Mam flashbacki z Wiet… znaczy z „Koła Czasu”.

Bardzo mi się ta książka podobała. Była tak inna od poprzedniczek, tak cudownie smutna i delikatna… No, ciężko się nie zakochać w tej historii. Polecam z całego serca.

niedziela, 8 lutego 2026

Krucza Pieśń - TJ Klune

Tytuł: Krucza Pieśń
Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy

Gordo w młodości został czarownicą watahy Bennettów. Jednak Bennettowie wyjechali z Green Creek, zostawiając go samego. Wiele lat później Bennettowie wrócili, a w ślad za nimi bestia. Gordo razem z członkami watahy wyjechał w poszukiwaniu zemsty. Po ich powrocie do Green Creek wydawałoby się, że w końcu w życiu bohaterów zapanuje spokój, jednak na terytoriów Bennettów coraz częściej zaczynają pojawiać się Omegi...

O ile „Wilcza Pieśń” to była ciągła, linearna historia, tak struktura tej powieści jest dużo bardziej skomplikowana. Na początku mamy opis tych trzech lat, kiedy Gordo razem z Joe i jego braćmi ścigał Richarda. Potem jest przeskok do czasu po finale pierwszego tomu. A w to wszystko dodatkowo wplecione są retrospekcje z młodości Gordo.

Gordo jest ciekawą postacią. Z wierzchu twardy facet, a w środku wrażliwiec. Jedno mówi, drugie myśli. Przekonał sam siebie, że nienawidzi Bennettów. W sumie przez sporą część książki zachowuje się jak dupek, którego ma się ochotę walnąć w ten pusty łeb. Bardzo ciekawie w tym tomie jest zarysowana jego relacja z Thomasem Bennettem. W sumie uważam, że była ona ważniejsza niż romans z Markiem. Do tego dostajemy jeszcze tradycyjną już w tej serii trudną relację z ojcem. I masę żalu. No i oczywiście relację z Oxem, który jest dla Gordo postronkiem. Chociaż akurat spodziewałam się, że o Oxie będzie więcej. Za to bardzo fajnie została opisana relacja z braćmi Bennett.

Trochę mi brakuje jakoś bardziej zarysowanej osobowości u Marka. Trochę za bardzo jego postać wydaje się skupiona na Gordo. Choć może to wynikać też z tego, że narratorem powieści jest Gordo, a on przez większą część historii celowo stara się nie myśleć o Marku… Choć z marnym skutkiem. Mark jest przede wszystkim rozdarty między miłością do Gorda a lojalnością wobec stada. Trochę nie rozumiem po co został wprowadzony wątek Dale’a, skoro Markowi wyraźnie cały czas zależy na odzyskaniu Gordo. Znaczy nie rozumiem w kontekście romansu, bo w szerszej fabule to miało sens.

To jest trudna relacja. Panowie są pełni żalu, ranią się nawzajem, ich przeszłość ciągnie się za nimi. Ale są dla siebie bardzo ważni, nawet jeśli nie chcą tego przyznać (bardziej Gordo). O ile poprzedni tom był opowieścią o młodej miłości, tak ten to opowieść o uczuciu dwóch dojrzałych facetów, których uczucie pełne jest cierni i ostrych krawędzi. Skłamałabym, że ich historia mnie nie chwyciła za serce. Bo o ile takich momentów chwytających było dla mnie mniej, to jest jedna taka scena… Która pojawia się w sumie dwa razy, ale za drugim razem tak szarpie śledzioną… Może łzy nie poleciały, ale było blisko.

Chłopaki z warsztatu po raz kolejny kradną show. A jest ich w tym tomie całkiem sporo, dowiadujemy się, że z Gordo przyjaźnią się od dzieciństwa. Wcześniej myślałam, że może są od niego młodsi, ale nie, oni są po prostu niedojrzali. I oby się nie zmieniali! A jednocześnie potrafią pokazać siłę charakteru. No cudowni są. Odpowiadają z większość humoru w tej serii. Za resztę odpowiadają Carter i Kelly. Scena przeciągania liny mnie rozwaliła.

Ox i Joe jako Alfy są bardzo dobrze napisani, choć mam wrażenie, że jednak więcej charyzmy ma Ox. Ale są świetni w przewodzeniu stadu.

Podoba mi się jak napisani są faceci w tych książkach. To są naprawdę twardzi, męscy mężczyźni, a jednocześnie nie ma tu tej nieznośnej smalczej energii. Jest za to sporo wrażliwości, ale bez zniewieścienia. Bardzo zdrową męskość się autorowi udało uchwycić.

Absolutnie uwielbiam kobiety w tej serii. Wszystkie. Elizabeth jest wspaniała, Jessie wali tych idiotów w te puste łby w moim imieniu, a Bambi… Bambi to Bambi! Jest cudowna.

Dowiadujemy się w tym tomie więcej o funkcjonowaniu świata przedstawionego w tej książce. Jak wyglądają zależności między wilkołakami, czarownicami i myśliwymi. O tym jak działa magia i postronki. Czym dokładnie są Omegi. O hierarchii wśród wilków. No i przeszłości bohaterów. Fabuła zaczyna nabierać rozmachu.

Do scen zbliżeń mam te same zarzuty co przy pierwszym tomie, więc nie będę się powtarzać.

Bardzo podobały mi się w tym tomie nawiązania do wiersza „Kruk” Edgara Allana Poego. Fajny klimat to robi.

Literówek kilka się trafiło, ale nie było ich tyle bym miała korektę od czci i wiary odsądzać. Ot, zwykły ludzki błąd. Tłumaczenie czytało się przyjemnie.

Książka bardzo mi się podobała. To jest zaskakująco mądra seria, ciepła, chwytająca za serce. Ciężko się od niej oderwać.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Wilcza Pieśń - TJ Klune

Tytuł: Wilcza Pieśń
Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy

I oto nadeszła wiekopomna chwila, wzięłam się za pierwszy tom serii „Green Creek”, czyli osławione Homowilkołaki. Książka odleżała u mnie równo dwa lata (poważnie, kupiłam ją w lutym 2024 roku!), a że po ostatnich lekturach baaardzo potrzebowałam czegoś lekkiego i przyjemnego.

Kiedy Ox miał dwanaście lat jego ojciec porzucił rodzinę, na odchodnym mówiąc mu, że ludzie zawsze będą go traktować chujowo. Cztery lata później do domu obok wprowadzili się Bennetowie, a Ox poznał Joego, chłopca, który na jego widok zaczął gadać jak najęty, mimo że nie odzywał się przez ostatnie dwa lata. Ox zaprzyjaźnia się z chłopcem i jego rodziną, a wkrótce poznaje ich sekret...

Sercem tej historii zdecydowanie są postacie i relacje między nimi.

Ox jest świetnym protagonistą. Ox nie zawsze radzi sobie z wyrażaniem swoich myśli, przez co większość ludzi ma go za przygłupiego. Ale to tylko pozory, bo Ox tak naprawdę jest inteligentny, wrażliwy i odpowiedzialny. Po prostu nie umie tego wyrazić. Dodatkowo jego samoocenę mocno obniżają słowa jakie usłyszał od ojca. Bardzo podobał mi się jego wątek, rola, jaką musiał przyjąć. Przez to też, mam trochę mieszane odczucia do zakończenia.

Joe to z kolei pozornie radosny dzieciak, który jednak mimo młodego wieku wiele przeżył. A przeżyje jeszcze więcej w przyszłości…

Relacja bohaterów jest pełna ciepła i takiej… delikatności? Owszem, można ją nazwać miłością od pierwszego wejrzenia, tyle że nie jest to od początku miłość romantyczna. Na szczęście, biorąc pod uwagę różnicę wieku. Czuć, że jest to od początku coś więcej niż przyjaźń, ale aspekt romantyczny tej relacji rozwija się dużo później. Po prostu ta dwójka jest bratnimi duszami.

Duże znaczenie mają też relacje Oxa z innymi bohaterami, całą watahą Bennetów, z Gordo, który jest dla Oxa jednocześnie przyjacielem, ojcem i bratem, z kolegami z warsztatu. Podoba mi się, że to nie jest książka tylko o romansie, ale przede wszystkim o rodzinie, nie koniecznie tej, z którą wiążą nas więzy krwi. Tak wiele jest w tej książce ciepła i miłości w różnych postaciach. Może nie wycisnęła ta powieść ze mnie łez, ale nie raz czułam gulę w gardle.

Humor trafił całkowicie w mój gust. Czy jest wysokich lotów? Nie, raczej nie. Czy tarzałam się ze śmiechu? Absolutnie tak. Teksty chłopaków z warsztatu albo Cartera i Kelly’ego są cudowne.

Bardzo podoba mi się, że chociaż to jest romans i wątek miłosny w znacznym stopniu napędza historię, to fabuła nie jest pretekstowa i nie służy tylko temu by zbliżyć do siebie bohaterów. Wiele wydarzeń miałoby miejsce nawet gdyby Ox i Joe nic do siebie nie czuli. Owszem, zapewne wtedy wiele z nich potoczyłoby się inaczej, a bohaterowie podjęli by inne decyzje, ale nie zmienia to faktu, że ta książka ma fabułę!

Historia toczy się niespiesznie, czuć klimat prowincjonalnego miasteczka. Przedstawienie samych wilkołaków może nie było zbyt oryginalne, ale jednak w miarę sensowne.

Podobało mi się w jaki sposób autor podszedł do orientacji seksualnej bohaterów. Bo owszem, ma to znaczenie, w końcu to gejowski romans, ale nie jest to sednem tej historii. Wątek szukania własnej tożsamości się pojawia, ale to jest po przede wszystkim opowieść o miłości, która zdarzyła się akurat między dwoma mężczyznami.

Największy mój zarzut względem tej książki dotyczy scen erotycznych. Są trochę za długie i zbyt dosadne na mój gust. Ale na szczęście nie ma ich dużo i, przede wszystkim, były dobrze podbudowane. Autor pozwolił czytelnikowi najpierw poznać bohaterów i uwierzyć w ich uczucie nim wsadził ich do łóżka. Muszę też powiedzieć, iż widać, że pisał to facet, co absolutnie wadą nie jest, po prostu widać, że skupia się na innych szczegółach niż autorki romansów. Dodaje to autentyczności.

Co do polskiego wydania. Trafiło się parę literówek, miejscami tłumaczenie było koślawe. Ale błędy te nie pojawiały się aż tak często by przeszkadzać w czytaniu.

Ciężko mi tę książkę ocenić. Zdaję sobie sprawę, że nie jest ona idealna, ma swoje wady. Tylko czy to ma takie znaczenie? To jedna z tych książek, przy których mój wewnętrzny krytyk siedzi cicho, bo zbyt się wciągnął w opowieść. Bo to po prostu było epickie i kapitalne.

sobota, 27 grudnia 2025

Nowa Wiosna - Robert Jordan

Tytuł: Nowa Wiosna
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

„Nowa Wiosna” to prequel „Koła Czasu” jednak zalecam jej lekturę najwcześniej w połowie cyklu. Zdecydowanie lepiej jest zacząć przygodę z tą serią od „Oka Świata”, ponieważ prequel wiele tajemnic z głównego cyklu traktuje jako rzeczy oczywiste.

Ostatnie dni Wojny z Aielami. Gitara Moroso przepowiada narodziny Smoka Odrodzonego i umiera. Świadkami tego wydarzenia są jedynie Zasiadająca na Tronie Amyrlin oraz dwie Przyjęte, Moraine i Siuan. Wkrótce rozpoczynają się poszukiwanie dziecka, którego przeznaczeniem jest walka z Czarnym. Tymczasem Lan Mandragoran, niekoronowany król Malkieru musi uporać się z machinacjami politycznymi swojej dawnej kochanki.

Kiedy brałam tę książkę do ręki, spodziewałam się, że historia będzie mniej więcej po równo podzielona między Moiraine i Lana. Tak jednak nie jest, przez zdecydowaną większość powieści śledzimy losy Moiraine.

Fabularnie ta książka za dużo nie wnosi do cyklu. Wszystkie najważniejsze informacje w niej podane pojawiają się też w głównej serii.

Najwięcej ta powieść wnosi pod względem światotwórczym. Robert Jordan wykorzystuje każdą okazję, by poszerzyć i uszczegółowić świat przedstawiony, za co autentycznie uwielbiam ten cykl. Mamy okazję zobaczyć jak wygląda dzień normalnej Przyjętej w Białej Wieży i typowa droga do otrzymania szala. Tego mi brakowało w głównym cyklu, gdzie wszystkie młode bohaterki przez etap szkolenia na Aes Sedai przeszły w trybie mocno przyspieszonym. Moiraine i Siuan, choć zdolne, jednak edukację przeszły normalnym trybem. Ze strony Lana dowiadujemy się za to więcej o zwyczajach i tradycjach Malkieru.

Bardzo podoba mi się jak duży wpływ ma relacje między Moraine a Lanem mają różnice kulturowe, jak bardzo to co jedno uważa za uprzejmość dla drugiego jest zniewagą.

Moraine jest przedstawiona jako dziewczyna mająca jeszcze problem z panowaniem nad swoim temperamentem, dużo twardsza niż sugeruje to jej wygląd laleczki. Razem z Siuan tworzą zgrany duet. Widać skąd wzięła się jej determinacja w znalezieniu Smoka Odrodzonego, że wpływ na to miała nie tylko przepowiednia, ale także plany Wieży względem dziewczyny.

Młody Lan bardzo przypomina swoją starszą wersję, ale jednocześnie czuć, że faktycznie jest młodszy. I zdecydowanie bardziej uprzedzony do Aes Sedai niż w późniejszych latach.

Na kartach powieści pojawia się wiele znanych z historii Randa postaci, niektóre tylko na chwilę, inne mają trochę większą rolę.

Już zapomniałam, jak różny od stylu pisania Sandersona jest styl Roberta Jordana. Jest zdecydowanie mniej dialogów, za to więcej opisów. Humor też jest bardziej subtelny, bardziej na zasadzie ironii i mrugnięć okiem do czytelnika, niż bezpośrednich żartów.

Prawdziwym szokiem było dla mnie, że polskie wydanie jest bardzo porządnie wykonane. Przede wszystkim okładka jest prześliczna. A sam tekst wyraźnie przeszedł porządną korektę, błędy zdarzały się, owszem, ale było ich dosłownie kilka i gdybym nie była wyczulana pewnie bym ich nawet nie zauważyła. Czyli jednak da się! W głównej serii nie można tak było?

Muszę się przyczepić jedynie do dwóch rzeczy. Po pierwsze: niekonsekwencja w nazwach narodowości względem głównego cyklu. Nagle zamiast Malkierczyków są Malkieri, a zamiast Kandorczyków – Kandori. Druga rzecz: w tej książce znalazłam Glosariusz, którego nie było w „Pamięci Światłości”. Poznałam po obecności wielu terminów odnośnie Seanchan, którzy przecież na kontynent przybyli jakieś osiemnaście lat po akcji tej książki! I po braku korekty, Glosariusz pod tym względem to poziom głównej serii.

Ogólnie, nie uważam żeby była to lektura obowiązkowa, nie ma w niej nic, bez czego nie zrozumiecie „Koła Czasu”. Ale! Jest bardzo przyjemna, sama przeczytałam ją w zaledwie trzy dni. Jeśli podobał wam się główny cykl i nie chcecie rozstawać się z tym światem, to pozycja dla was idealna.

środa, 24 grudnia 2025

Pamięć Światłości - Brandon Sanderson, Robert Jordan

Tytuł: Pamięć Światłości
Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Jak poprzednio, ostrzegam przed możliwymi spoilerami do poprzednich części, więc jeśli jeszcze ich nie czytaliście zapraszam do mojej recenzji tomu pierwszego.

No i dotarłam do końca tej podróży. Skończeniu takiej serii towarzyszy pewne uczucie odrealnienia. Przez ostanie dziesięć miesięcy („Oko Świata” zaczęłam czytać w połowie lutego) nie musiałam się zastanawiać po jaką książkę sięgnąć jako następną, „Koło Czasu” stało się pewną stałą w moim życiu. Teraz towarzyszy mi poczucie żalu, że to już koniec, ale też duma z tego, że do tego końca dotrwałam. Czy było warto?

Na Polu Merrilora zbierają się stronnicy Amyrlin i Smoka Odrodzonego. Konflikt między tym dwojgiem jest ostatnią fazą przygotowań do Ostatniej Bitwy. Inwazja trolloków nabiera tempa, jej ofiarą padają już nie tylko Ziemi Graniczne, ale też Andor. Tymczasem Mat wyrusza żeby odnaleźć żonę i przy okazji znaleźć się jak najdalej od Randa. Jednak nie jest to tak łatwe jak by chciał…

„Pamięć Światłości” zaczyna się od konfliktu Randa i Egwene. Podoba mi się sposób w jaki został on rozwiązany, choć dalej nie rozumiem pobudek Egwene.

Większość tego tomu zajmuje Ostatnia Bitwa. Dzieje się dużo i ciężko napisać coś bez spoilerowania. W końcu wszyscy bohaterowie zostali zebrani w jednym miejscu, a gra toczy się o najwyższą stawkę. Jest ciekawie, jest epicko. Jest tak jak być powinno. Może i nie doprowadziła mnie ta książka do łez (to akurat jest dość trudne), ale kilka razy było blisko. Niektóre momenty uderzyły mnie dużo mocniej niż się spodziewałam. Nie raz zaskoczyły mnie zwroty akcji, choć muszę przyznać, że kilka przewidziałam. Akcja trzyma w napięciu praktycznie do samego końca, dosłownie na jakieś 30 stron przed zakończeniem martwiłam się czy uda się domknąć wszystkie wątki. Na szczęście niepotrzebnie. Wszystko się ładnie spina, nie kojarzę żeby jakiś wątek pozostał bez konkluzji.

Mamy tu w końcu rozwiązanie wątku Czarnej Wieży. Bardzo podobało mi się wprowadzenie postaci Androl, Asha’mana, który nie jest zbyt potężny, ale ma za to pewien szczególny talent. Pozwoliło to na zniuansowanie trochę dynamiki płci w świecie przedstawionym, bo do tej pory mężczyźni byli raczej uniwersalnie przedstawiani jako ci silniejsi przenoszący. Poza tym podoba mi się w jakiej pozycji przez działania zarówno Randa jaki i swoje własne znaleźli się Asha’mani. Wcześniej wydawało mi się, że zignorowanie Czarnej Wieży przez Randa było głupotą. W tym tomie okazuje się, że w tym szaleństwie była metoda, nawet jeśli nie było to od początku zamysłem Smoka.

Podoba mi się jak w tym tomie zostali zagospodarowani ta’veren. Każdy z chłopaków ma coś do zrobienia, każdy jest potrzebny do osiągnięcia ostatecznego sukcesu. Oczywiście, najważniejsza rola przypada Randowi, jego starcie z Czarnym jest główną osią fabuły. Ale Mat ma niewiele mniej ważną rolę. Perrin wypada może trochę blado na tle tych dwóch, ale też dostał istotną funkcję. Ogólnie muszę powiedzieć, że obserwowanie tego jak ta trójka rozwinęła się na przestrzeni serii było bardzo satysfakcjonujące.

W sumie można to powiedzieć o większości postaci w tej serii. Ich losy były po prostu satysfakcjonujące. Większość postaci, nawet tych mocno pobocznych dostaje jakieś, choćby nawet króciutkie zakończenie swojego wątku. Co ważniejsi bohaterowie dostają swój „wielki moment”. Jeśli zaś chodzi o antagonistów… Cóż, ci dostają dokładnie to, na co zapracowali.

Niesamowite jest, że w tej serii wciąż jest miejsce na rozwinięcie świata. W tej części mamy kolejną okazję by bliżej przyjrzeć się kulturze Seanchan, która jak dla mnie jest jedną z ciekawszych jakie widziałam w fantasy. Do tego po raz pierwszy pojawiają się mieszkańcy Shary, kultura, o której do tej pory były tylko niejasne wzmianki. Świat „Koła Czasu” jest ogromny i niezwykle rozbudowany. O ile wciąż uważam, że pod względem geograficznym świat w „Malazańskiej Księdze Poległych” Stevena Eriksona jest większy, tak pod względem wielości i złożoności kultur „Koło Czasu” jest dużo bogatsze i zostawia konkurencję daleko w tyle.

Trochę zabrakło mi w epilogu świata jakiś czas po Ostatniej Bitwie. Nie jest to do końca wada, bo dzięki temu czytelnik ma pole do snucia własnych przypuszczeń i spekulacji. Ale brakuje mi właśnie takiego „po”. Poza tym zabrakło mi też interakcji między pewnymi postaciami.

Mimo tych drobnych zarzutów, muszę przyznać, że zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Losy poszczególnych postaci zostają zamknięte bardzo zgrabnie. A samo rozwiązanie głównego konfliktu bardzo pasuje do ogólnego tonu serii.

Polskie wydanie trzyma poziom, do którego przyzwyczaiły już mnie poprzednie tomy. Innymi słowy, korekta to tego tekstu na oczy raczej nie widziała. Ja naprawdę bym się nie czepiała gdyby to było kilka błędów na tom, rozumiem, że nie wszystko da się wychwycić. Ale jak zdarza się po kilka błędów na stronę to ewidentnie coś jest nie halo.

Jestem zadowolona z tego zakończenia. Nawet bardzo. Jest satysfakcjonujące, a jednocześnie pozostawia możliwość na dalsze rozwinięcie. Bardzo udane zamknięcie. Owszem, chciałabym przeczytać kontynuację tej serii (ponoć Jordan takową planował), ale jednocześnie nie mam żalu, że taka nigdy nie powstanie. Zdecydowanie warto było zapoznać się z tą serią, mimo paru dłużyzn w poprzednich tomach. Idźcie i czytajcie, bo naprawdę, warto!

niedziela, 30 listopada 2025

Bastiony Mroku - Brandon Sanderson, Robert Jordan

Tytuł: Bastiony Mroku
Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Przedostatni tom „Koła Czasu”. Tradycyjnie tych co nie czytali poprzednich tomów zapraszam do recenzji tomu pierwszego, bo w poniższym tekście pojawiają się nich spoilery.

Rand przeszedł wewnętrzną przemianę. Perrin musi zmierzyć się ze swoją naturą i błędami przeszłości. Mat przygotowując się do misji ratunkowej musi stawić czoła swojemu prześladowcy. Tymczasem hordy trolloków ruszyły na Ziemie Graniczne.

Wyraźnie widać, że początkowo ten tom i poprzedni (a także następny) miały stanowić jedną całość. Duża część tego tomu została poświęcona historii Perrina, wydarzeniom, które miały miejsce przed zakończeniem „Pomruków Burzy”. A jednocześnie rozdziały te są przeplatane tymi poświęconymi innym postaciom, które z kolei dzieją się poza zakończeniu „Pomruków”, przez co momentami można odnieść wrażenie, że postać Tama znajduje się w dwóch miejscach jednocześnie. Nie jest to jakaś wielka wada, ale zabieg ten zaburza trochę rytm historii i wymaga zwiększonej uwagi czytelnika.

Perrin w końcu zaczyna akceptować swoją wilczą naturę i wykorzystywać możliwości, które daje. Spotkanie z Białymi Płaszczami wymusza też na nim konfrontację z konsekwencjami własnych czynów.

Co zaś się tyczy samych Białych Płaszczy… Jezu, jacy to są idioci. Zbiorowo. A miałam nadzieję, że teraz, kiedy Galad objął nad nimi dowództwo to będzie lepiej… No dobra, jest lepiej, bo Galad jest chociaż szlachetny. Co prawda nie zmienia to wciąż faktu, że jest to szlachetny idiota, ale i tak jest lepiej niż było.

Mat jest absolutnie wspaniałym bohaterem. Każdy rozdział, w którym się pojawia to jest czyste złoto i niesamowita przyjemność z czytania.

Sam Rand w tym tomie bardzo się zmienił. Już nie jest wewnętrznie rozdarty, stał się spokojniejszy i mądrzejszy. Naprawia część błędów, które popełnił wcześniej. Ogólnie można powiedzieć, że został magicznym Jezusem.

Irytuje mnie Egwene. Teraz, gdy już uporała się z rozłamem w Białej Wieży, zaczęła stanowić główną opozycję wobec Randa. A ja nie do końca rozumiem dlaczego. Przecież wychowała się razem z nim, ba! Miała za niego wyjść. A teraz zachowuje się jakby mu w ogóle nie ufała, jakby nie wiedziała jakim on jest człowiekiem. Dziwne to dla mnie.

Z kolei Nynaeve wydaje się jej całkowitym przeciwieństwem. W ogóle, obok Mata, moja ulubiona postać. Aes Sedai, której naprawdę zależy, która nie zapomina być człowiekiem. A za zorganizowanie Lanowi armii to ją uwielbiam.

Ciekawe były wizje Aviedhy w Rhuidean, ale, o ile były one ciekawe, to jednak brakowało mi w nich tego czegoś, co było w analogicznej scenie we „Wschodzącym Cieniu”. W tym momencie najbardziej brakowało mi prozy Jordana.

Dużo w tym tomie powrotów to wydarzeń motywów z początku serii. Widać, że historia jest już na etapie końcowym, bohaterowie przebyli już większość swojej drogi i można już ich zestawić z ludźmi, którymi byli gdy ją zaczynali.

Co do polskiego wydania. Początkowo chciałam napisać, że jest lepiej niż w poprzednim tomie. Ale widzę, że eksperyment trwa nadal, po prostu błędy zaczęły się pojawiać trochę później i są innego rodzaju. W tym tomie nie ma już literek zamiast spacji! Co prawda nie ma też myślników w dialogach i przejść do nowego akapitu wtedy kiedy jest to potrzebne… A imiona są momentami tak przekręcone, że ciężko rozpoznać o kogo chodzi… Do tej pory nie wiem, jakim cudem z „Damodred” wyszło im „Daomdre”. Zresztą nie tylko imiona są przekręcone, „jedynka” zamiast „jednak” też nie ułatwiła czytania. Po za tym jeszcze brak konsekwencji w nazewnictwie. Przymus stał się nagle Kompulsją, Zabójca momentami był nazywany Oprawcą, a raz, o zgrozo, Slayerem. W ogóle, w kilku miejscach nazwy, które normalnie były tłumaczone nie zostały przetłumaczone. I jeszcze w epilogu Olver nagle został Olwerem. Ogólnie pomieszanie z poplątaniem.

Ogólnie to jest świetna książka, jedynie można jej zarzucić zaburzoną chronologię wydarzeń i głupotę pewnych bohaterów, acz to było raczej zamierzone. Ale jest to świetna lektura, po której już nie mogę doczekać się finału.

niedziela, 16 listopada 2025

Pomruki Burzy - Brandon Sanderson, Robert Jordan

Tytuł: Pomruki Burzy
Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

To już dwunasty tom „Koła Czasu” i pierwszy napisany przez Brandona Sandersona. Jeśli nie chcecie zaspoilerować sobie poprzednich części cyklu, to tu macie recenzję tomu pierwszego. Pozostałych zapraszam do lektury!

O takie „Koło Czasu” nic nie robiłam! Akcja w tym tomie niesamowicie przyspiesza, ja naprawdę nie mam pojęcia jak Jordan planował to zamknąć to w jednym tomie, podczas gdy Sanderson napisał z jego notatek trzy i cały czas coś się dzieje! Mormońska magia, zaprawdę.

Można powiedzieć, że osią tego tomu są dwa wątki: Egwene próbująca opanować sytuację w Białej Wieży i Rand chcący zaprowadzić pokój w Arad Doman. Podoba mi się pewna symetria drogi tych postaci, miejscami lustrzana, a miejscami odwrócona.

Egwene pojmana przez stronnictwo lojalne wobec Elaidy została sprowadzona do pozycji nowicjuszki w Wieży i za każdy przejaw nieposłuszeństwa karana biciem. Mimo to dziewczyna nie daje się złamać i robi wszystko by doprowadzić do zjednoczenia Białej Wieży. Naprawdę podoba mi się droga jaką przeszła ta bohaterka. To już nie jest córka karczmarza z Dwu Rzek. To jedna z najpotężniejszych kobiet świata, która nawet poniżona nie pozwala światu o tym zapomnieć. Stała się prawdziwą przywódczynią, która myśli przede wszystkim o dobru Aes Sedai i świata, a nie własnym. A z drugiej strony mamy Elaidę, która jest zwyczajnie głupia.

Z kolei Rand pragnie zaprowadzić pokój w Arad Doman, rozprawić się z Greandal i zawrzeć pokój z Seanchanami. I w przeciwieństwie do Egwene nie idzie mu zbyt dobrze. Mamy okazję obserwować Smoka, któremu nie idzie, który zmaga się z ciężarem oczekiwań i własnych porażek. A trzeba powiedzieć, że Rand wziął na siebie zbyt wiele. W tym tomie staje się coraz bardziej zimny i bezwzględny. Na skutek tego co przeżył znikają wszelkie skrupuły. Rand dokonuje w tym tomie czynów, o które jeszcze niedawno bym go nie posądzała. Coraz mniej w nim nie tylko pasterza, ale w ogóle człowieka. Można powiedzieć, że najważniejsza walka w tej części, to ta o duszę Smoka Odrodzonego.

Muszę przyznać, że Seanchanie to jedna z najciekawiej przedstawionych nacji w tym świecie. Autorzy mogli pójść na łatwiznę i przedstawić ich jako zło wcielone. A zamiast tego otrzymaliśmy zniuansowaną kulturę o odmiennym systemie wartości, ale nie pozbawioną swoich racji, a już na pewno nie złą dla zasady. Seanchanie wprowadzają porządek, ludziom pod ich rządami żyje się lepiej! Z drugiej strony sama koncepcja damane jest obrzydliwa i przerażająca.

Z kolei złem absolutnym w tym tomie zdecydowanie są Przeklęci. A konkretnie Semirhage i Greandal. Obie dopuszczają się czynów niewybaczalnych i obrzydliwych. Muszę, powiedzieć, że Semirhage jest pierwszą od dawna postacią, którą absolutnie nienawidzę. A Greandal wcale nie jest lepsza.

Widać, że ten tom to początek końca. Poszczególne wątki powoli zaczynają zmierzać w wspólnym kierunku i, nawet jeśli jeszcze się nie łączą, to czuć, że ten stan rzeczy nie potrwa długo. Sam świat zaczyna się w pewnym sensie rozpadać, znaki, że Tarmon Gai’don nadchodzi są coraz wyraźniejsze, coraz bardziej niepokojące. Szczególnie zapada w pamięć historia miasteczka, do którego trafił Mat z towarzyszami. Część kart zostaje odkryta, część wątków zakończona. Świat szykuje się na Ostatnią Bitwę.

Styl Brandona Sandersona jest dużo prostszy niż Roberta Jordana, mniej literacki. Książka jest też zabawniejsza od poprzedniczek, bo chociaż u Jordana pojawiały się żarty, były one subtelniejsze. Odnoszę też wrażenie, że Sanderson lepiej niż Jordan radzi sobie z postaciami kobiecymi, bo chociaż postacie pozostają wierne charakteryzacji Jordana, to nie irytują już tak bardzo. Ogólnie muszę przyznać, że przez zmianę stylu tom ten czyta się po prostu błyskawicznie, acz pod względem literackim nie ma żadnych wodotrysków. Ot, bardzo porządnie wykonana robota, z szacunkiem do oryginalnego autora, ale bez próby kopiowania stylu.

Jak się okazuje, nie tylko ja nic nie robiłam o takie „Koło Czasu”. Korekta tej książki najwidoczniej też nie. Ja nie wiem, czy to jest jakiś eksperyment społeczny? Ile błędów w tekście zniesie czytelnik? Bo naprawdę nie mam pojęcia jak inaczej można wyjaśnić taką fuszerkę u, wydawałoby się, poważnego wydawnictwa. Literka v pojawiająca się zamiast spacji, ż wstawiane na początku zdania, postacie w pół zdania zmieniające płeć… Ja już nawet nie wspomnę o tym, że zdarzały się zdania koślawo skonstruowane, bo te akurat giną wobec ogólnie odwalonej maniany! I żeby te błędy pojawiały się chociaż co kilkadziesiąt stron, ale nie! Potrafią się zdarzyć kilka razy na jednej stronie! Wstyd!

Muszę powiedzieć, że „Pomruki Burzy” to świetna książka, całkowicie spełniająca pokładane w niej nadzieje. To obietnica na naprawdę udane zakończenie cyklu. Czy ta obietnica zostanie spełniona? Idę czytać dalej.

niedziela, 2 listopada 2025

Gilotyna Marzeń - Robert Jordan

Tytuł: Gilotyna Marzeń
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Na początek ostrzeżenie o możliwych spoilerach do poprzednich tomów. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy to tu macie recenzję tomu pierwszego.

Tak więc dotarłam do ostatniego tomu głównej serii napisanego tylko i wyłącznie przez Roberta Jordana. Czy jest to godne pożegnanie z pisarzem?

Pojmana przez Białą Wieżę Egwene została sprowadzona do pozycji Nowicjuszki. Perrin, który sprzymierzył się z Seanchanami przygotowuje się do odbicia żony. Mat wraz z kompanami wciąż próbuje oddalić się od terenów zajętych przez Seanchan. Tymczasem zaczynają dziać się dziwne rzeczy: ludzie widzą zmarłych, a żywność psuje się w nienaturalnym tempie. Niechybny znak, że Taemon Gai’don się zbliża.

Wydaje mi się, że w końcu zostawiłam etap dłużyzn w „Kole Czasu” za sobą. Akcja oczywiście dalej nie pędzi na łeb na szyję, toczy się raczej powoli, do czego ta seria już mnie przyzwyczaiła. Ale w przeciwieństwie do kilku poprzednich tomów jest to naturalna powolność, a nie przeciąganie na siłę. Poszczególne wątki dostają tyle czasu ile potrzebują. Dzięki temu książkę czyta się dużo płynniej niż poprzednie.

Przez całą powieść ma się odczucie, że opowieść powoli wkracza w etap końcowy. Widmo Ostatniej Bitwy cały czas wisi nad bohaterami. Kilka wątków znajduje w tej części swoje rozwiązanie, widać, że w kolejnych częściach bohaterowie będą się już musieli skupić na walce z Czarnym.

Zdecydowanie obecnie moją ulubioną postacią jest Mat. Podoba mi się droga jaką przebył ten bohater, ile jego różnych oblicz możemy zobaczyć, a jednocześnie jest to bardzo spójna wewnętrznie kreacja. A jego relacja z Tuon jest najciekawsza ze wszystkich romantycznych jakie do tej pory widziałam w „Kole Czasu”. Do tego zapowiada się, że wątek Mata w kolejnych tomach będzie jeszcze ciekawszy ze względu na treść pewnego listu.

W końcu w tym tomie mamy rozwiązanie wątku porwania Faile. Wątek jako całość był mocno rozciągnięty na przestrzeni ostatnich kilku tomów, przez co powoli miałam go dość i czekałam na jego rozwiązanie. Na szczęście w tym tomie nabrał tempa, a Perrin miał okazję udowodnić, że jest nie tylko silny, ale też inteligentny. Mam mieszane uczucia do zakończenia tego wątku, a konkretnie do losu pewnego Aiela, który pomógł Faile.

Najciekawszy dla mnie był wątek Egwene. Przywódczyni Buntowniczek została schwytana przez Aes Sedai z Białej Wieży i zamiast zostać stracona, zdegradowano ją do pozycji Nowicjuszki. Kara, która w zamierzeniu miała ją poniżyć tylko dała jej okazję do pokazania hartu ducha. Egwene bardzo w tym tomie zyskała w moich oczach i faktycznie dobrze się czytało jej rozdziały.

Podobało mi się, że mieliśmy okazję zobaczyć Nynaeve w nowej roli. Do tej pory widzieliśmy ją w roli Widzącej i Aes Sedai. Teraz pokazała, że dorasta do roli jaką niesie ze sobą małżeństwo z Lanem. Coraz bardziej podoba mi się jej postać.

Najmniej do powiedzenia w tym tomie mam o Randzie, bo on przez większość czasu po prostu był. Owszem, cały czas obserwujemy zmagania z Lewsem o kontrolę nad ciałem oraz zmagania Randa z Mocą. Wciąż ciekawa jestem skąd biorą się jego problemy z nią. No i oczywiście widzimy też jak chłopak uczy się polegać na radach Cadsuane. Ale w sumie Rand się za bardzo nie zmienia. Nie licząc fizycznie, bo w następnych tomach będzie się musiał żyć bez pewnej części…

Jeszcze muszę powiedzieć, że Loial w tym tomie miał swój moment, w którym mógł zabłysnąć. Podoba mi się postać tego Ogira, przede wszystkim daje wgląd na obyczaje tej rasy przy jednoczesnym przełamywaniu ich.

Nieustannie jestem pod wrażeniem świata stworzonego przez autora. To jest prawdopodobnie najbardziej bogaty kulturowo świat fantasy z jakim miałam przyjemność się spotkać. Każda kultura ma swoje osobne zwyczaje. Podoba mi się jak przedstawiono konflikty wynikające z różnic kulturowych.

Do polskiego tłumaczenia muszę się przyczepić. Miejscami zdania są wyjątkowo kanciaste, ciężko czasem zrozumieć co autor (tłumacz) miał na myśli. Owszem, nie ma tego aż tak wiele, ale jak już pojawiają się tego typu błędy to drażnią.

Muszę przyznać, że to jeden z przyjemniejszych tomów. Akcja ma w końcu odpowiednie tempo, znikły dłużyzny, klimat się zagęszcza, postacie przechodzą przemianę. Ogólnie seria zmierza w ciekawym kierunku. Pożegnanie z Panem Robertem Jordanem uważam za udane (przynajmniej tymczasowe, bo jeszcze został mi prequel jego autorstwa). Ciekawa jestem jak Brandon Sanderson poradzi sobie z zakończeniem cyklu.

poniedziałek, 20 października 2025

Outlander: Krew z krwi sezon 1 - pierwsze wrażenia

Dobiegł końca pierwszy sezon prequela Outlandera. Kontynuując tradycję zapoczątkowaną przy drugiej połowie sezonu 7 głównej serii, wrzucam moje odczucia z każdego odcinka.

Teksty były pisane na bieżąco po każdym odcinku.

Oczywiście, ostrzegam przed spoilerami, bo całkiem szczegółowo omawiam fabułę każdego odcinka.


S01E01


Muszę przyznać się, że byłam do tego serialu dość sceptycznie nastawiona. Nadal jestem, bo w końcu uważam się przede wszystkim za fankę książek, a ta produkcja za dużo zmienia względem książkowego kanonu. Mimo to, odcinek podobał mi się. Wizualnie serial jest przepiękny. Czuć klimat z początków Outlandera. Muzycznie jest świetnie. Niesamowity klimat sprawiają wszelkie pieśni i przyśpiewki w gaelickim. Czołówka podoba mi się bardziej niż Outlandera, montaż wydaje mi się bardziej przemyślany niż w głównej serii. No i piosenka jest piękna.

Odcinek skupia się głównie na losie Ellen po śmierci ojca oraz rywalizacji między jej braćmi o przywództwo w klanie. No plus na pewno liczę to, że pamiętali o całym rodzeństwie McKenzie i w serialu widzimy całą piątkę, nie pominęli Janet. Retrospekcje rozmów Ellen z ojcem bardzo fajne, tylko mam nadzieję, że w późniejszych odcinkach pokażą też jak wyglądały relacje Jacoba z pozostałymi dziećmi. Bo wobec Ellen facet wydaje się być świetnym ojcem, a słyszymy od reszty, że ojcem był kiepskim. Mam nadzieję, że pokażą nam to, bo na razie zachodzi tu pewien dysonans poznawczy, zwłaszcza, że w książkach Jamie wspominał, że ojciec jego matki był brutalnym człowiekiem.

Z kolei do Dougala i Columa tez mam mieszane odczucia. Wydaje mi się, że za bardzo rozgraniczyli to, że Colum jest tym sprytnym a Dougal silnym. W sensie, zrobili z Dougala większego idiotę niż to konieczne, bo z tego co pamiętam to też całkiem sprytny facet powinien być. Ale może chcą po prostu pokazać przemianę tej postaci, że wraz z wiekiem nabierze trochę więcej rozumu. Miałoby to sens, więc się nie czepiam. Ciekawie zapowiada się postać Neda, prawnik zdecydowanie bardziej jest człowiekiem Columa, ale mam wrażenie, że to on zaproponuje podział władzy między braćmi jaki znamy z Outlandera.

Muszę przyznać, że sama Ellen wypada najmniej interesująco z McKenziech. Oczywiście mamy tutaj dziewczynę, która byłaby idealnym przywódcą, ale nie ma kuśki, więc nim nie zostanie. I mam wrażenie, że ten typ postaci widzieliśmy już tyle razy, że jest po prostu nudny. Co gorsza, na ten moment nie zapowiada się aby mieli zrobić coś ciekawego z jej postacią, choć może późniejsze odcinki pozytywnie mnie zaskoczą. Po za tym dziewczyna wydaje się być rozpieszczona, Colum bardzo słusznie zwraca jej uwagę, że jest całkowicie zależna od tego z braci, który przejmie władzę.

Brian też nie wypadł nie wiadomo jak ciekawie. No, ładny chłopak jest i dość sympatyczny, ale aktor wypada trochę sztywno moim zdaniem. Bardzo ciekawie zapowiadają się za to relacje w jego rodzinie. Simon Fraser jest dokładnie taki jakiego można się spodziewać. A fakt, że Brian jest bękartem sprawia, że dynamika jego relacji z ojcem staje się ciekawsza.

Zaś postać Murtagha jest cudowna. Naprawdę, widać, że to taki sympatyczny młody chłopak z głową pełną marzeń i zakochany w Ellen. Bardzo miło będzie obserwować jak życie go sponiewiera, aż stanie się taki jak w Outlanderze. No i te kły dzika w tym odcinku! Te, z których zrobi dla Ellen bransolety, bardzo fajnie, że o nich pamiętali. Twórcy sugerują do tego zauroczenie Jocasty jego osobą, ale z Outlandera wiemy, że nie ma żadnej szansy na rozwój tej relacji.

Twórcy kompletnie zmienili historię Ellen i Briana na Zgromadzeniu. W sensie, zaczyna się podobnie, Ellen najpierw rozmawia z Malcolmem Grantem, potem Grantowie wyjeżdżają, Ellen znika, Dougal jedzie za Grantami i oskarża ich o uprowadzenie siostry. To się zgadza. Tylko w serialu po pierwsze, Ellen nie nagadała Malcolmowi niczego nie przyjemnego, ten wyjeżdża bardziej zrezygnowany niż obrażony. Po drugie: Ellen wraca tego samego dnia. Podczas gdy w książce znaleźli ją dopiero jak była w zaawansowanej ciąży z Brianem. No jest to spore odstępstwo.

Zaś jeśli chodzi o drugą główną parę… Na pewno podoba mi się wprowadzenie Beauchampów, że tak powiem, „tylnymi drzwiami”. Twórcy pokazują nam ich już w osiemnastym wieku, Julię jako służącą u Fraserów a Henry’ego z Grantami. Fajny zabieg. Szczególnie Henry mi się podoba, a jego wątek wydaje się najbardziej interesujący jak na razie, zwłaszcza, że o Grantach z Outlandera wiemy najmniej, więc twórcy mają tu największe pole do popisu.

I uważam, że odcinek byłby lepszy, gdyby cały rozgrywał się w osiemnastym wieku, końcowe sceny były niepotrzebne. Szczególnie scena seksu, która niczego kompletnie nie wnosiła, poza świecenia dupą. Naprawdę, ja nie jestem pruderyjna, ale uważam, że sceny erotyczne trzeba czymś podbudować, a tu dostaliśmy nagle przeskok na goły tyłek. Nie wiemy kto, z kim, dlaczego. Nie znamy tych postaci, nic o nich nie wiemy, ale to Outlander więc musi być seks. No wyszło normalne porno. Jakoś w głównej serii nie przypominam sobie aż tak bezsensownej sceny seksu. Niepotrzebne, zwłaszcza, że późniejsza rozmowa bohaterów w samochodzie o wiele ciekawsza. Dowiadujemy się, że Julia jest w ciąży z drugim dzieckiem. Wygląda na to, że faktycznie chcą wyjaśnić tym serialem twist z sezonu 7. Ale wydaje mi się, że lepiej te sceny by wypadły, gdyby były w następnym odcinku.

Ogólnie podobało mi się, zaś najciekawsze wydają mi się wątki, do których byłam najbardziej sceptycznie nastawiona. Wciąż nie jestem przekona czy to dobrze, że zrobili z rodziców Claire podróżników w czasie, ale w oderwaniu od książki to jednak działa. Liczę też na to, że przez to, że twórców nie ogranicza fabuła książki, tempo historii będzie bardziej naturalne niż w Outlanderze, gdzie momentami skakali po najważniejszych wydarzeniach.