sobota, 23 maja 2026

Outlander sezon 8 - pierwsze wrażenia

Jako że ostatni sezon Outlandera dobiegł końca, wrzucam ostatnią porcję moich opinii o odcinkach, pisanych na bieżąco w trakcie oglądania.


S08E01

Zaczyna się od tego, że Jamie i Claire poszukują informacji na temat pochodzenia Fanny. I o ile sama scena jest całkiem spoko, chociaż dziwne było, że Claire zabiła tego gościa, tak kompletnie nie rozumiem skąd ta ich pewność, że matka Fanny to jest ich Faith. No bo, pewnie, imię i fakt, że dziewczynka nuciła piosenkę nie ze swoich czasów to całkiem duży zbieg okoliczności, ale jednak Claire trzymała martwą córkę na rękach… Więc albo dalej idą w ten absurdalny wątek albo twórcy wciąż robią zmyłkę. Obie wersje są słabe w moim odczuciu. A bohaterowie powinni być bardziej sceptyczni. Za to fajna była scena jak Jamie i Claire wspominają poczęcie Faith, wzięta prosto z książki, ale przerobiona by pasowała do serialowej chronologii.

Fergus i Marsali. Super było ich zobaczyć, bardzo brakowało mi ich w poprzednim sezonie. Acz wygląda na to, że twórcy już szykują się, by zafundować im pewną tragedię z książki…

Powrót do Ridge. Widzę, że w serialu to nie Jamie wybudował nowy dom, tylko Ian z pomocą sąsiadów pod nieobecność bohaterów. Trochę szkoda, ale chyba nieuniknione przy takiem kondensacji fabuły.

Lord John i William. Amaranthus! Nie lubiłam tej postaci w książce, ale aktorka wypada bardzo spoko. Zastanawiałam się, jak ją wprowadzą, ale widzę, że zamiast Greyów szukających jej to ona znalazła Lorda Johna. W sumie zastanawia mnie czemu John ją przedstawił jako „wicehrabinę Grey”, skoro to nazwisko, nie tytuł. Raczej powinno być „wicehrabina Melton”… O, w książkach też tak jest, czyli o to mogę Gabaldon winić. I wygląda na to, że Halowi jednego syna wycięli, bo William mówi, że Ben i Henry byli dla niego jak bracia, a o Adamie nic nie wspomina… Ciekawe ile z tego wątku pojawi się w serialu. Mam wrażenie, że rozmowa o rezygnacji z tytułu też jest z książki, tylko, że tam zamiast Johna był Hal, ale nie mogę jej znaleźć żeby się upewnić…

Bree i Roger. McKenzie wrócili! I przywieźli książki! Super, że został wspomniany „Władca Pierścieni”. Chociaż scena powrotu była mało klimatyczna… Widzę za to, że naprawili coś, co mi w książce nie pasowało: Jamie widząc zdjęcie Franka w serialu od razu zwraca uwagę na jego podobieństwo do Jacka Randalla. Bo, owszem, w serialu ci dwaj byli dużo bardziej podobni, ale i tak brakowało mi tej uwagi w książce.

Dziwne, że zmienili męża Amy McCallum, w książce wyszła za Bobbiego Higginsa, za Evana Lindsaya. Trochę dziwna zmiana, ale przez to mam wrażenie, że nie pominą wątku Amy…

Jeśli chodzi o Cunninghamów… to nie do końca pamiętam o co chodziło z nimi w książce. Znaczy, wydaje mi się, że pani Cunningham została całkiem wiernie odwzorowana. Ale Kapitan Cunningham wydaje mi się sympatyczniejszy niż w książce, chyba. I wydaje mi się, że w książce nie zajmował się handlem? Tylko był kaznodzieją? Kurczę, jak wyjdzie dziesiąty tom to trzeba będzie reread zrobić. W każdym razie nie zdziwi mnie, jeśli znowu wytną wszystkie wątki związane z wiarą, lubię w książkach to jak wielowyznaniowe jest Fraser’s Ridge.

Ogólnie sporo było scen wziętych z książki i dopasowanych tak, żeby pasowały do serialu. Szkoda trochę tego jak wiele pomijają, ale na tym etapie już do tego przywykłam. Odcinek oglądało się całkiem przyjemnie.

Krótki komentarz jak na mnie, ale po prostu „Powiedz pszczołom, że odszedłeś” to ta jedyna książka w serii, której nie znam na pamięć, więc nie mam za bardzo porównania.

A na koniec jestem ciekawa, czy w tym sezonie pojawi się polski akcent, czy go też wytną.

S08E02

Podobał mi się ten odcinek.

Bardzo fajne otwarcie z Williamem i młodymi Greyami, których faktycznie okroili w składzie. Wygląda na to, że przyjęli wersję, że Ben jest niewiele starszy od Williama i Henry’ego, w sumie ma to sens, bo w książce autorka nie mogła się zdecydować ile on właściwie powinien mieć lat. Fajny pomysł z tą figurką, dali dzięki temu Williamowi sensowny powód by zaczął kopać, co przy tak maksymalnym skróceniu wątku było potrzebne. I ten tekst Bena, że będzie nosił tęfigurkę tak długo jak ten mundur… Ładny foreshadowing… Ogólnie zaskoczona jestem, że jednak wątek Bena ruszyli w tym sezonie, zobaczymy w jakim stopniu.

Ślubu Henry’ego z Mercy się nie spodziewałam, głównie przez to, że jednak w książce jej stan cywilny nie był jasny. W serialu jednak uśmiercili jej męża, więc zakochani mieli większą swobodę w tej kwestii, a przy okazji twórcy mogli poruszyć wątek rasowy bez wrzucania go na siłę.

Zaś jeśli chodzi o Fraser’s Ridge. Jak tylko zobaczyłam tego miśka na planszy tytułowej tego odcinka wiedziałam, co się stanie. A jak Amy odeszła w czasie zbierania jagód to już wiedziałam, że po niej. I widzę, że w tym sezonie mieli budżet na niedźwiedzia, a nie jak w czwartym dali Indianina. Nie jestem pewna czy to dobrze, że pozwolono synom Amy zobaczyć matkę w tym stanie, z drugiej strony to jednak inne czasy były i ludzie byli bardziej oswojeni ze śmiercią. Przynajmniej pies nie zjadł oka Amy jak w książce (Diana ma momentami upiorne poczucie humoru).

Scena z Elspeth Cunningham mi się podobała, na pewno była to jedna z ciekawszych postaci w „Pszczołach”. Ciekawie się jej relacja z Claire rozwija. Rozmowa o całunie była ciekawa.

Młody Ian został ojcem! Naprawdę się z tego ucieszyłam, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jego poprzednie małżeństwo rozpadło się ze względu na poronienia. I to, że na serio rozważał żeby nazwać syna Rollo, bo to był dobry pies.

Podoba mi się relacja Claire z Fanny. Naprawdę nie ma potrzeby robienia z tej dziewczynki ich biologicznej wnuczki, przecież oni ją kochaliby i bez tego.

To jak Cunningham sam zabił niedźwiedzia… Cóż, nie wiem za bardzo co o tym myśleć. I w jakim świetle miała nam ta scena pokazać kapitana? Czy jako bohatera co ubił niedźwiedzia, czy tego, który nie uszanował brawa bliskich Amy do zemsty?

Zaskoczyło mnie, że w serialu dopiero teraz zorganizowali lożę masońską, w książce w końcu działała praktycznie od początku Fraser’s Ridge. Brakowało mi wspomnienia jak Jamie został masonem, skoro teoretycznie katolicy nie mogli, zwłaszcza, że „papieża nie było w Ardsmiur, a ja tak!” to jeden z fajniejszych tekstów Jamiego. W ogóle wydaje mi się, że Diana nigdy nie opisała spotkania loży masońskiej w książce, a przemowa Cunninghama w książce była jednym z jego kazań… Bo na pewno się pojawiła, pamiętam, że była mowa o tych siedmiu latach. W każdym razie kapitan zaczyna wydawać się niebezpiecznym człowiekiem, nawet jeśli na razie nic podejrzanego nie robi. Zaskakująco blisko trzymają się książki, po finale poprzedniego sezonu spodziewałam się większych odstępstw. Chyba jak na razie to największą różnicą jest wycięcie wszelkiego kontekstu religijnego w wątku kapitana. Niby jest, że Bóg go wybrał, ale nic poza tym.

Całkiem ciekawym motywem jest „dialog” Jamiego z Frankiem poprzez książkę. Ciekawie się ten wątek rozwija, w końcu wykorzystując możliwości jakie daje motyw podróży w czasie. Interesująca była scena z Clevelandem, ta ledwo skrywana groźba. I ten widoczny strach Jamiego, gdy zrozumiał, że to o nim pisał Frank, Sam Heughan świetnie to zagrał.

Ogólnie całkiem mi się ten sezon podoba, odcinek zleciał szybko. Oczywiście polskie napisy na Netfliksie momentami sprawiają wrażenie tłumaczonych na kolanie, ale to akurat standard na tej platformie.

S08E03

Kolejny całkiem zgrabny odcinek.

Claire dostała list od Lorda Johna, w kórym ten prosi o przyjazd Bree, pod pretekstem namalowania portretu Amaranthus, ale wiadomo, że chodzi o Williama. Bardzo dobrze, liczę, że Brianna porozmawia z bratem i wtłoczy mu trochę rozumu do pustej łepetyny.

Jamie oczywiście jest zły o ten list. Co ciekawe, w książce ten list był adresowany właśnie do Jamiego. Biedna Fanny, ona naprawdę bała się, że Jamie ją wyrzuci dlatego, że złości się na Williama (w sumie to na Johna, ale nieważne). Biedne dziecko. W sumie ile ona ma w serialu lat? Bo niepokojące dla mnie było, jak ten żołnierz ją zaczepiał na początku, miałam takie, przecież to jeszcze dziecko, nawet jak na te czasy!

W scenie gdy Jamie mówi o swojej zazdrości względem Lorda Johna miałam wrażenie, że on wcale nie mówi o Johnie, tylko o Franku. Fajnie ten podtekst wpletli. Mam nadzieję, że jednak w serialu Jamiemu złość na Johna szybciej przejdzie niż w książce. Tak, wciąż czekam, pani Gabaldon.

Ale scena jak Claire powiedziała Briannie o swoim małżeństwie z Johnem i jego konsumpcji to złoto było. Mina Brianny – bezcenna!

Amaranthus podoba mi się bardziej niż książkowa. Muszę przyznać, że ma całkiem przyjemną chemię z Williamem. Żuki! Widzę, że trochę pozmieniali, bo w książce kamizelka była specjalnie dla Williama, a było, że miała być dla Bena. Pewnie przez zmiany w chronologii, po prostu Amaranthus nie miała by czasu ją zrobić. No a w książce nie byłoby szans żeby William ze swoją posturą się wcisnął w ubranie po którymkolwiek Greyu. Podoba mi się jak twórcy wodzą trochę widza za nos jeśli chodzi o los Bena. W poprzednim odcinku dali trochę znaków, że żyje, teraz część z nich obalili. Całkiem zgrabnie prowadzą ten wątek, choć dalej nie wiem jak oni chcą to poprowadzić nie wprowadzając Hala.

Percy! Z jednej strony cieszę się, że się pojawił, z drugiej ten serialowy Percy tak bardzo różni się od książkowego… No nie pasuje mi. Jakiś taki dominujący mi się wydaje i niebezpieczny sam w sobie, jakby miał własną agendę w tej całej intrydze, a nie tylko próbował przetrwać. O ile scena z tym jak łapał Johna za kolanko była nawet zabawna, tak nie jestem pewna czy Percy by flirtował tak otwarcie w niegejowskim towarzystwie. Ale z drugiej strony fajnie, że było trochę gay panic Johna. No i nie leży mi, że John mówi mu pełnym imieniem w miejscu, gdzie ktoś może usłyszeć, ale na to narzekałam już w poprzednim sezonie jak zdradził to imię Fraserom. Zaskoczyło mnie, że jednak ruszyli wątek z poszukiwaniem Fergusa przez Percy’ego.

W końcu ruszyli wątek niebieskiego światła! Już myślałam, że to też w serialu pominą, bo w sumie po czwartym sezonie nie ruszali kwestii mocy Claire, gdzie w książce ta podbudowała jednak była, choć nie przepadam za motywem wskrzeszania. Fajnie nawiązali w tej scenie do Faith. Gorzej, że wygląda na to, że chcą tak wyjaśnić jak Faith przeżyła. Mam nadzieję, że to tylko taka zmyłka, acz uważam, że nawet wtedy będzie to przeciągnięty wątek.

W sumie ciekawe, że zmienili rasę tej rodzącej kobiety, w książce była biała, zaś ojciec dziecka był Czirokezem. I nazwisko mieli inne… W sumie to już druga postać, której zmienili w tym sezonie nazwisko, ciekawe. Na szczęście pamiętali o tym, żeby dostosować historię do koloru skóry postaci. W sumie dzięki tej zmianie zachowanie postaci było chyba bardziej sensowne niż w książce.

Oho, wyszło o co chodzi z kapitanem Cunninghamem. Bardzo szybko, myślałam, że jeszcze trochę potrzymają widzów w niepewności. O ile wcześniej wydawał się niebezpieczny, teraz nie ma już co do tego żadnych wątpliwości. Podoba mi się, jak Jamie nie miał problemu ze złamaniem kodu, przypomina się drugi sezon i czas spędzony w Paryżu.

W sumie podoba mi się, że w końcu konflikt nie wydaje się taki jednoznaczny, rebelianci dobrzy, rojaliści źli, tylko, że pokazano szuje po obu stronach. I dobrych ludzi też. Cleveland wygląda na niezłą szuję.

Niezmiennie podoba mi się narracja Franka, zwłaszcza, że momentami brzmi jak Jack Randall. To bardzo pasuje, biorąc pod uwagę, że to tak naprawdę głos w głowie Jamiego. Buduje to fajny klimat.

S08E04

Pomysł z przewiezienie złota w beczkach z kiszoną kapustą całkiem sprytny i, o ile dobrze pamiętam, wzięty z książki. I widzę, że nakreślają niepewną sytuację rodziny Fergusa w Savannah.

Jamie zamierza powołać milicję, w kontrze do Cunnighama. Na razie bez wiedzy kapitana, ale ten stan raczej długo nie potrwa.

Sceny Claire z Elspeth uwielbiam, widać, że tu się tworzy dość nietypowa przyjaźń. Przede wszystkim pokazano bardziej ludzką twarz pani Cunnigham. Naprawdę podobała mi się jej reakcja na to, że Fanny wychowała się w burdelu. Ten brak osądu, opuszczenie maski zasadniczej, szacownej kobiety. Nie wredna wiedźma, a po prostu człowiek. Tym bardziej w zestawieniu z późniejszym pojawieniem się jej syna i jego ledwo skrywanymi groźbami. Świetnie pokazali jak pozory mylą: początkowo to Elspeth wydawała się tą wredną, a kapitan tym sympatycznym, gdzie w tym odcinku role ewidentnie się odwróciły.

Rewelacje o pochodzeniu Fergusa. Udało im się w jednej scenie zmieścić wątek, który w książce rozwijał się przez trzy tomy, niezłe osiągnięcie. I mocno ograniczyć ilość postaci w tej scenie, bo pominęli udział prawnika. Wydaje mi się, że właśnie dlatego zmienili charakter Percy’ego względem książki. Tylko przez to tekst Fergusa, że Percy to dziwka traci sens, bo serialowy Percy w ogóle nie ma tego vibe’u. Za to bardzo podobała mi się późniejsza rozmowa Fergusa z Marsali. Ciekawe tylko, że mam wrażenie, jakby Fergus obstawiał, że Percy reprezentuje interesy Francji, gdzie w książce bardzo wyraźnie było to przedstawione jako interes amerykański (choć nie do końca, ale to spoiler).

Spotkanie Brianny z Williamem bardzo mi się podobało, chociaż całkowicie zmieniono jego okoliczności. W ogóle aktorka grająca Briannę w tym sezonie wypada naprawdę dobrze, gdzie w poprzednich zawsze była dla mnie słabym ogniwem. Bardzo przyjemnie się oglądało zarówno scenę między rodzeństwem jak i rozmowę z Lordem Johnem.

No i jeszcze scena zazdrości Amaranthus. Przez to jak szybko lecą z materiałem wychodzi na to, że William powiedział o swoim pochodzeniu dziewczynie, którą ledwo zna, to mi trochę nie leży. I propozycja małżeństwa ze strony Amaranthus była tak nagła, że ja się nie dziwię, że on jej nie wziął na serio. Ewidentnie widać, że Amaranthus ma jakieś ukryte motywy i zachowuje się niezręcznie, gdy ktoś jej przypomina o zmarłym mężu.

Buck! Kompletnie nie spodziewałam się go zobaczyć! Widzę, że serial w przeciwieństwie do książki, jakoś sensownie zamknie ten wątek! I dobrze, właśnie takie powinny być odstępstwa zmiany względem oryginału, a nie jakieś dopisywanie zmartwychwstałych wcześniaków kilka sezonów po fakcie. A a propos tego, dalej to ciągną, informacja, że matka Fanny mówiła po francusku tylko podsyca delulu Claire. Tak, odmawiam uwierzenia, że to faktycznie ta sama Faith.

Ian wraz z rodziną wyruszają na poszukiwanie Emily. Naprawdę lubię Rachel, jest naprawdę bezinteresowna, a jednocześnie nie głupia i nie zamierza puścić męża samego do jego eks.

No i na koniec dostaliśmy wizytę Rogera w obozie amerykańskim. Rozbawiło mnie, jak najpierw z dumą potwierdził, że James Fraser to jego teść, a potem miał takie „ups…” No i w następnym odcinku powinniśmy dostać bitwę. Widzę, że twórcy pamiętają, że Roger jest kiepski strzelcem.

Ogólnie odcinek całkiem mi się podobał. Jak na to ile mają materiału w stosunku do ilości odcinków i fakt, że będą musieli dodać do tego zakończenie to nawet się to jakoś spina.

I na koniec przyjmuję zakłady, czy w następnym odcinku pojawi się polski wątek, czy jednak go pominą?

S08E05

No to jesteśmy na półmetku ostatniego sezonu.

Rozbawiła mnie rozmowa Claire i Jamiego o tym, czy mówić Buckowi, że zabili jego rodziców.

Muszę powiedzieć, że naprawdę podobał mi się cały wątek ze spiskiem Cunninghama. Całe to napięcie od momentu ostrzeżenia, rozkminy kiedy nastąpi atak. I całkiem trafna ocena charakteru kapitana przez Jamiego. Podoba mi się jak został przedstawiony ten konflikt. Cunningham nie jest żadnym łotrem, tylko człowiekiem, którego lojalność leży po prostu gdzie indziej. A mimo to, nawet jeśli nie jest całkowicie uczciwy, pewnych zasad dalej przestrzega, jak na przykład to, że nie wziął broni na spotkanie loży. I mam podejrzenie, że gdyby role były odwrócone, Jamie mógłby się zachować podobnie. Jedno mnie tylko razi, że Cunningham poruszył kwestie polityczną na spotkaniu loży, gdzie w książce to było już po zakończeniu spotkania. Mam wrażenie, że twórcy nie zawsze ogarniają, co dla postaci o danych przekonaniach byłoby moralne a co nie.

W sumie pod jednym względem Cunningham i Jamie byli do siebie bardzo podobni w tym odcinku: obaj wiedzieli, że nie mogą umrzeć. Jasne, Jamie może jeszcze miał wątpliwości co do wiarygodności książki Franka, ale podejrzewam, że raczej wierzy w to co tam napisano. Tak więc mieliśmy tu starcie dwóch mężczyzn, z których każdy wierzył, że to nie jego pora.

I podoba mi się jak to rozwiązano. Bo śmierć nie zawsze jest najgorszą opcją. Choć ciekawe, że Cunninghama postrzelił Buck, biorąc pod uwagę, że w książce go nie było. Ale ma to sens. Chociaż zastanawia mnie czemu Buck nie spróbował wrócić do swojej rodziny, skoro trafił do właściwych czasów, ale odchodzę od tematu...

Całkowicie kupuje mnie aktorka grająca Elspeth i lubią jej relację z Claire. Taka nieoczywista, szorstka przyjaźń, którą dodatkowo komplikuje kwestia poglądów politycznych.

Widzę, że w tym odcinku dużo jest kobiet martwiących się o mężów, bo Bree też się zamartwia o Rogera. Podoba mi się jej relacja z Williamem i pokazanie jak podobna jest sytuacja Williama do jej, gdy dowiedziała się kto jest jej ojcem.

No i kwestia propozycji Amaranthus. To, że William ją przyjął mnie nie zaskoczyło, ale to, że od razu przeszli do części ze staraniem się o potomka już tak. Bo chyba tak mam tę scenę rozumieć? Na szczęście nie na ekranie, w sumie zasygnalizowali to niezwykle subtelnie jak na Outlandera.

Roger tymczasem w końcu robi to co powinien robić pastor, czyli niesie ukojenie rannym i umierającym. Fajnie to przedstawiono. No i Denzell! Miło go było zobaczyć, dajcie mi jeszcze Dottie i będę szczęśliwa (tak, wciąż mam żal o brak Dottie z serialu). I podobała mi się ta scena wybuchu i flashback z tego jak ojciec uratował Rogerowi życie, choć zrozumieją go tylko ci, co czytali „Siedem głazów przeznaczenia”. W sumie ciekawe czy w serialu zdecydują się na wyjaśnienie tej sceny, czy to było tylko takie mrugnięcie okiem do czytelników. I w sumie chyba ta scena wybuchu miała też za zadanie sprawić, że widz się zacznie zastanawiać czy Roger przeżył, tylko ja za dobrze znam tę historię, by się martwić w takich momentach… Ale podoba mi się, jak Bree najpierw sprawdziła, czy nic mu nie jest, a potem się wściekła, szkoła Claire.

No i dochodzimy do wątku Bena. Szczerze, myślałam, że trochę dłużej potrzymają widzów w niepewności, że pozwolą relacji Williama z Amaranthus trochę bardziej się rozwinąć nim zrzucą bombę. Ale to jak William dał mu w pysk było bardzo satysfakcjonujące. A i tak na razie Ben dostał tylko za zmianę munduru.

No i na koniec Cleveland. Faktycznie, Jamie posłał po diabła. A zdecydowanie wolałby się dogadać z Cunninghamem. Podoba mi się, jak bardzo zniuansowano konflikt polityczny w tym sezonie. Nie ma prostego podziału, że patrioci są dobrzy, a lojaliści źli, są łotry i porządni ludzie po obu stronach.

Jedno mnie zastanawia. Połowa sezonu za nami, a nie było nic o Richardsonie jeszcze. Nie pojawił się nawet w wątku Percy’ego. Może będzie go więcej w drugiej połowie? Bo teoretycznie to on powinien być główną szują sezonu…

A, i rozwiązanie konkursu z poprzedniego wpisu. Polski wątek wycieli, można się rozejść.

S08E06

W sumie taki wolniejszy odcinek, co trochę martwi, biorąc pod uwagę jak niewiele ich zostało do końca.

Kapitan Cunningham został sparaliżowany i raczej marne szanse, że odzyska władzę w nogach. Jak już pisałam przy poprzednim odcinku, los gorszy od śmierci. Przy czym to, że przeżył jest nie tylko problemem dla niego, ale też dla Jamiego. Bo co zrobić z człowiekiem, który przewodził buntowi, gdy ten jest niezdolny nawet wstać? A Cleveland naciska, że trzeba go powiesić, jednocześnie jasno dając znać, że równie chętnie na stryczku by zobaczył samego Jamiego. Śliski typ. Wyjaśniło się też po co w poprzednim odcinku Jamie posyłał po tego okrutnika, i że faktycznie wpłynęło to na przebieg wydarzeń w noc loży.

No i poza samym Cunninghamem pozostała jeszcze kwestia ludzi, którzy za nim poszli. A to nie taka prosta moralnie sprawa. Acz uważam, że słusznie Jamie wypowiedział im dzierżawę, jakby im po prostu darował to by tylko eskalowało. Fakt, że zmienił zdanie dopiero po błaganiach ich żon też sprawia, że wypada to lepiej niż gdyby od początku im darował. A to, że zamiast z mężami zawarł umowy z kobietami to wisienka na torcie. Nie wiem, na ile jego decyzja była prawomocna, czy kobieta zamężna mogła dzierżawić ziemię na siebie w tamtych czasach w koloniach? Nie żeby to miało znaczenie, raczej do końca wojny aparat państwowy tam nie będzie funkcjonować, a po wojnie to i tak nie będzie mieć znaczenia, bo Jamie jest po tej właściwej stronie. Plus to odludzie, więc w pewnym sensie słowo Jamiego jest tam prawem. A w sumie mnie jeszcze zastanawia, że Jamie wypowiedzenia dzierżawy wysłał listownie, czy wszyscy dzierżawcy umieli czytać?

Roger w czasie bitwy odnalazł swoje powołanie. Ciekawe, że wspomniał o tym jak ojciec uratował mu życie, z tego co pamiętam w książce nie zdawał sobie z tego sprawy. Scena seksu jak dla mnie całkowicie zbędna, mogłoby jej nie być. Ale Roger wykazał się w bitwie i dzięki temu Rigde dostanie uzbrojenie. I ta scena z Henri-Christianem i żabami! Uśmiechnęłam się, bo wiem do jakiej sceny z książki było to nawiązanie. A, i może nie na temat, ale Fergus jest niesamowicie przystojny w tym sezonie.

Ian szuka swojej pierwszej żony (której imienia nie jestem w stanie napisać z pamięci, więc będę ją nazywać Emily), a towarzyszy mu Rachel z dzieckiem. I o ile można dyskutować nad zabraniem małego dziecka w taką podróż, zwłaszcza w czasie wojny, tak ja całkowicie rozumiem Rachel. Owszem, ona całkowicie ufa Ianowi, ale jednocześnie przecież widzi, jaki ma wyraz twarzy gdy mówi o Emily. Podobało mi się przedstawienie Josepha Branta, choć nie jestem w stanie ocenić na ile jest ono zgodne z historią. Ale aktor wypadł bardzo dobrze. Rachel to naprawdę anioł w ludzkiej skórze, gdyby nie ona, to Ian by się nawet nie dowiedział, że Emily żyje. A tak nie dość, że się z nią zobaczył, to jeszcze będzie miał okazję wychować syna. Samo spotkanie podobało mi się, aktorka grająca Emily bardzo dobrze wypadła. Widać było, że między tą dwójką jest historia i cień dawnych uczuć. Emily nadała synkowi Iana i Rachel imię, które przypadkowo brzmi identycznie jak panieńskie nazwisko Rachel. Ale faktycznie Emily musiała być zdesperowana i faktycznie dostrzec, że Rachel jest dobrą kobietą, żeby powierzyć jej opiekę nad swoim synem. I czy możemy porozmawiać o wnuku Rolla? Ten szczeniak był przesłodki!

William w końcu odnalazł kuzyna. I ani on, ani „generał Bleeker” nie są z tego spotkania zadowoleni. Przede wszystkim zostaje tu spór ideologiczny, Ben zmienił stronę, bo faktycznie wierzy w ideały rewolucji. więc ma to sens. Dowiadujemy się też, że to Amaranthus wpadła na pomysł upozorowania śmierci Bena. I w sumie faktycznie, Hal chętniej by widział syna zmarłym niż zdrajcą, Ale przez to zamiary Amaranthus względem Williama są coraz bardziej podejrzane. Oczywiście panowie się pobili, bo William oczywiście zamiast trzymać język za zębami przyznał się, że „pocieszał” żonę kuzyna. Nie wiem, czy to wrodzony temperament Fraserów, czy nabyty Greyów przez niego przemawiał, obawiam się, że połączenie obydwu. W każdym razie, William kończy w areszcie, skąd wyciąga Denzell Hunter. Rozwaliła mnie mina Williama, gdy Denny kazał mu ściągnąć spodnie i się wypiąć, bo musi lewatywę zrobić.

No i na koniec, pani Cunningham postanawia zabrać sparaliżowanego syna do Anglii, co zdejmuje Jamiemu jeden kłopot z głowy, acz podejrzewam, że to, że puścił kapitana żywcem też może stanowić problem w przyszłości. Zwłaszcza ze strony Clevelanda. No i podobało mi się pożegnanie Claire z Elsphet, lubiłam ich szorstką przyjaźń. Szkoda, że Cunninghamowie byli tak krótko w serialu, zdecydowanie za szybko lecą z materiałem te ostatnie sezony.

Dużo w tym odcinku było o sile kobiet, przez co odcinek był bardzo spójny tematycznie, mimo że pod względem geograficznym wątki były bardzo mocno rozrzucone. Ogólnie całkiem udany odcinek, choć miałam wrażenie, że to taki „mały finał” – pozamykał pewien etap historii.

S08E07

Mam bardzo mieszane uczucia wobec tego odcinka. Z jednej strony uważam, że pod względem technicznym i emocjonalnym tam wszystko zagrało. Z drugiej prawie nic tu się nie zgadza z książką, a większość nie ma sensu nawet jeśli bierzemy pod uwagę tylko serial.

Zaczyna się dobrze, scena z Jamiem w King’s Montains była bardzo fajnie zrealizowana, fajny szeroki kadr, Szkot w kilcie na kamieniach dalej wygląda świetnie. Trochę nie łapię czemu Claire założyła, że Frank chciał swoją książką ją zranić?

Rozmowa Williama z Amaranthus o Benie bardzo podobna jak w książce, acz krócona. I, chociaż padają bardzo podobne słowa jak w książce, to mam wrażenie, że John potraktował ją trochę ostrzej niż w pierwowzorze? Jakby nie patrzeć, jedyne w czym ich dziewczyna okłamała, to fakt, że Ben żyje, dziecko jest faktycznie jego, a ona faktycznie jest jego żoną, więc jak najbardziej ma ona prawo do wsparcia z ich strony. Acz muszę przyznać, że ostrzeżenie Lorda Johna, żeby William nie w dawał się z nią w bliższą relację ma sens, w końcu kto jak kto, ale John najlepiej wie czym się kończy poślubianie wdów, których mężowie okazują się nie tak martwi jak się wydawało…

No i scena z Percym i Lordem Johnem. Doceniam, że twórcy przypomnieli sobie o Richardsonie… W ogóle to fascynujące, jak mało czasu dostaje postać, która w oryginale stanowiła główne źródło kłopotów… Do tego jest wspomniane, że Hal ma przyjechać do Ameryki. Nareszcie! Przez to, że jak do tej Hala nie było, to ja się zastanawiam jaką rolę obecnie pełni John w brytyjskiej armii. Bo przecież John teoretycznie został przywrócony do czynnej służby, w końcu o to była cała afera w poprzednim sezonie, ale przez brak Hala z jego pułkiem praktycznie został bez przydziału. Chyba scenarzyści nie do końca to przemyśleli. No i dochodzimy do najważniejszego jeśli chodzi o tę scenę: pocałunek. Samo wspomnienie Percy’ego o ich związku było w porządku, chociaż nie wiem po co zmieniać wydarzenia względem książki… W książce oni się nie wymknęli w trakcie ślubu na seks, tylko poród kuzynki odbierali w tym czasie. W ogóle jestem ciekawa, jak widzowie nie znający książek o Lordzie Johnie odebrali wspomnienie o ślubie ich rodziców, acz mam nadzieję, że przynajmniej rozproszyło to wątpliwości niektórych, czy John był pełnoletni jak miał romans z Percym. W każdym razie ten pocałunek był zupełnie niepotrzebny. I to mówię jako wielka fanka tego shipu w książkach, która narysowała parę fanartów z tą dwójką i miała nadzieję, że oni finalnie skończą jako para. Tylko, że na tym etapie to, że John pocałował Percy’ego nie ma żadnego sensu, nawet biorąc pod uwagę jego historię w podejmowaniu złych decyzji. Nie było żadnego wątku rehabilitującego Percy’ego, zresztą nie lubię serialowego Percy’ego, #niemójPercy. Naprawdę, na tyle zmienili relację tej dwójki, że na tym etapie mam wątpliwości, czy dalej chcę serial o Lordzie Johnie. I to nie tak, że uważam, że Percy w książce jest wspanialy, bo nie jest, to śliski typ. Ale dużo bardziej złożony i interesujący. Poza tym pocałunek w salonie? W momencie, gdy John nie mieszka sam? Poważnie? I bądźmy szczerzy, ten pocałunek służył tylko temu, żeby William mógł ich przyłapać. Drama dla dramy. Teraz William jeszcze myśli, że Jamie też jest gejem… Aż prychłam. No i zupełnie nie pasował do Johna ten wybuch o niewdzięczności Williama.

Wątek Fergusa. I tu powiem, że mimo zmian względem książki, podobało mi się. Poczynając od scen codziennego życia, jak Fergus uczył synów drukarskiego fachu, jak razem z Marsali śmiali się z listów z pogróżkami… Widać między tą dwójką chemię. Nawet dostaliśmy scenę seksu. I to najlepszą jak na razie w tym sezonie, twórcy pokazali tyle ile fabularnie coś wnosiło, a oszczędzili nam postękiwań. No i sam pożar… To, że zamiast Henri-Christiana zginął Fergus jest w sumie sensowną decyzją. Bo twórcy pewnie nie chcieli pokazać śmierci dziecka na ekranie, plus w książce jednak bardzo to wpłynęło na Germaina, a skoro zmienili chronologię to zabrakło czasu na głębsze wgłębienie się w psychikę starszego chłopca. A tak, uśmiercając Fergusa dalej miało to wydźwięk emocjonalny. I to jak… Wyraz twarzy Fergusa, jak usłyszał, że z dziećmi wszystko w porządku… Boże, aktorka grająca Marsali była cudowna w tym odcinku. I to jak później zamiast pójść spać pilnowała dzieci… To jak z Bree przeżywały żałobę… Chociaż jednego nie rozumiem, czemu Bree sugerowała Marsali, że przyjęcie propozycji Percy’ego może być dobrym pomysłem? To dalej jest śliski typ, a Marsali jednak ma wsparcie rodziny, więc nie została całkowicie sama bez środków do życia. Chociaż zostać w tamtych czasach bez męża z czwórką dzieci… A jeśli scenarzyści będą szczególnie okrutni, to jeszcze się może okazać, że jest w ciąży z bliźniakami. W ogóle jeszcze fakt, że Jamie się obudził w chwili śmierci Fergusa… I ten montaż wspomnień, kiedy robił dla niego trumnę… Damn. W ogóle widać, że trumna była celowo mała, żeby zmylić tych co czytali książki. Niby dlatego, że z Fergusa niewiele zostało, ale raczej chodziło o to by ci co czytali książki po zwiastunach myśleli, że to jednak Henri-Christian zginie…

W ogóle zauważył ktoś, że Brianna powiedziała, że jest w ciąży?

No i na koniec zostawiłam najgorsze, co było w tym odcinku – Faith. Ja naprawdę miałam nadzieję, że oni to rozwiążą w jakiś sensowniejszy sposób. Ale nie. Potwierdzili, że Fanny i Jane są wnuczkami Fraserów. Mistrz Raymond wziął małą Faith i oddał koronkarce pod opiekę. I jeszcze nauczył ją piosenki. Po co? Dlaczego? Bo tak. Przecież to nie ma żadnego sensu! Przede wszystkim, Claire trzymała swoją martwą córeczkę przez kilka godzin! A tu nagle słyszymy, że tylko przez chwilę. No to już jest robienie z widza idioty, który nie pamięta co się wydarzyło w poprzednich sezonach! Poza tym Mistrz Raymond widział się z Claire już po tym jak wyzdrowiała, mógł jej chociaż dać jakiś znak, że jej córka żyje, albo zanim uciekł z Paryża powiedzieć koronkarce! A poza tym, koronkarka jak dowiadywała się w sklepie Jareda, że Lady Broch Tuarach opuściła Paryż, to przecież by jej powiedzieli gdzie się udała! Mogła przekazać wiadomość Jaredowi, a ten mógł wysłać informację do Lallybroch! Więcej w tej fabule dziur niż w koronce! Poza tym, czy zakonnice by nie zauważyły, że dziecko zniknęło? Co on, ją z grobu wykopał? I skąd on znał piosenkę, skoro Claire nie śpiewała jej przy nim? Jedna jedyna Fanny się zastanowiła skąd jej matka by znała piosenkę, którą słyszała jako niemowlę, ta dziewczyna to obecnie jedyna myśląca istota we Fraser’s Ridge. I w ogóle nie podoba mi się to, jak ten wątek sugeruje, że Fraserowie kochają ją, bo jest ich wnuczką, a nie tak po prostu. Biedny William, teraz jeszcze niech ktoś mu powie, że spał z własną siostrzenicą, jakby chłopak za mało szokujących odkryć dokonał ostatnimi czasy.

Kurczę, mi się ten sezon do tej pory nawet podobał i miałam nadzieję, że twórcy mają sensowniejsze pomysły na ten sezon. W tym momencie to ja nie wiem jak oni to chcą sensownie zamknąć w trzech odcinkach. Jestem rozczarowana, choć odcinek parę razy kopnął mnie emocjonalnie.

S08E08

Zaczyna się od sceny z Marsali i Jamiem nad grobem Fergusa. Nie podoba mi się to, że Marsali zdecydowała się przyjąć propozycję Percy’ego. O ile rozumiem ją, bo w końcu została sama z czwórką dzieci i kolejnymi w drodze, to zastanawia mnie czemu nikt z rodziny nawet nie zwróci uwagi, że przyjęcie kasy od podejrzanego typa może nie być najlepszym pomysłem? Brakuje trochę pokazania żałoby Claire, w końcu Fergus był też jej przybranym synem.

Przybywają muszkiety dla oddziału Jamiego. W trakcie rozmowy wychodzi, że dedykacja w książce Franka była dla Brianny. I kurczę, ja nie jestem w stanie uwierzyć, że Claire nie zdawała sobie sprawy, że Frank nazywał Briannę Snajperką. Kurczę, razem przez dwadzieścia lat wychowywali dziecko, a ona nie wiedziała, że jej mąż tak nazywa jej córkę? Coś mi się tu nie klei. Podoba mi się za to fakt, że Brianna skonstruowała własną wersję karabinu Halla, trzydzieści lat przed oryginałem. Podróżnicy w czasie jak nic przyprawiają historyków o ból głowy.

Dostajemy wyjaśnienie co Buck robił pomiędzy sezonem 7 a jego pojawieniem się w sezonie 8. Najpierw chciał bliżej poznać matkę. Trochę nawiązali w tej sprawie do tego jak to wyglądało w książce, ale na szczęście poszli w innym kierunku, bo tam interakcje Bucka z Geillis były naprawdę dziwne. A potem Buck wrócił do XX wieku i załatwił kwestię Camerona. Ostatecznie. Jeden kłopt z głowy. Ciekawe, że serial zdaje się potwierdzać, że Robb był podróżnikiem w czasie, w książce, z tego co pamiętam, nic na to nie wskazywało. A tak Buck dostał gustowny kapelutek. Ogólnie wszystkie zmiany w tym sezonie dotyczące Bucka mi się podobają. A Buck momentami bardzo przypomina mi Dougala, świetny casting.

Amaranthus martwi się, bo Williama od jakiegoś czasu ani widu ani słychu, a ona martwi się, że to jej wina. John ją uspokaja, że pewnie pojechał do Mount Josiah, a w ogóle to nie przez nią tylko przez niego.

A William zamiast do Wirginii pojechał do Fraser’s Ridge. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się go tu na tym etapie historii i mam wrażenie, że przez taką chronologię wydarzeń chłopak będzie kursował wahadłowo między Fraser’s Ridge a Savannah. Ale muszę przyznać, że ta wizyta to najlepsza część tego odcinka. Absolutnie uwielbiam jak niezręcznie zachowuje się William w obecności Jamiego. Szkoda, że tak mało było interakcji Williama z Fanny, zwłaszcza, że bardzo fajnie wypadło to, jak ona go o wszystko wypytywała. Podobała mi się rozmowa Williama z Brianną, ich relacja jest świetna. Ogólnie rodzinna kolacja bardzo fajnie wypadła. William opowiadający Rachel o jej bracie, zazdrosny Ian, Roger ogłaszający swoją ordynację. Rozwaliło mnie gdy po kolacji Roger powiedział, że nie godzi się żeby hrabia zmywał. I to jak z Brianną wrobili Williama w łowienie ryb z Jamiem.

No i mamy bonding ojca z synem, owszem może niezręczny, ale początkowo całkiem udany. Aż dochodzimy to kwestii Lorda Johna. Podoba mi się, że nie przesadzili z poprawnością polityczną, że wypowiedź Jamiego w kwestii orientacji Johna jest raczej neutralna. Rozwaliło mnie, że William zapytał Jamiego o to, czy on i John byli kochankami. Jeszcze bardziej rozwaliło mnie, że akurat przy tym pytaniu wszedł mój własny ojciec… No ma chłop wyczucie, nie ma co. W każdym razie panowie się kłócą, a William nazywa i Jamiego i Johna hipokrytami. Uroczy chłopak. W ogóle mam wrażenie, że w serialu wyciągają z postaci Williama same najgorsze cechy...

William po tej wymianie zdań chciał wyjechać, na szczęście Claire ko skorygowała troszkę. Namówiła go, żeby jeszcze raz spróbował porozmawiać z ojcem, tym razem tak jakby to miał być ostatni raz gdy widzi go żywego. Dla Williama może było to przesadnie pesymistyczne, ale biorąc pod uwagę książkę Franka, to naprawdę mógł być ostatni raz.

A jeszcze w kwestii flashbacków z 3 sezonu. Przypomnieli mi jak fatalną perukę miał Sam w 3 sezonie, Boże, ta grzywka będzie mnie po nocach prześladować. A już udało mi się zapomnieć jak źle to wyglądało, to musieli przypomnieć!

No i mamy scenę polowania. W lesie. Rozwaliło mnie jak William to powtarzał. W sumie warte zaznaczenia jest, że w tym odcinku jest humor! I to zabawny nawet! A poza humorem, są też emocje. Aktor grający Williama bardzo dobrze tu wypadł. Widać, że Willie ma żal o to, że Jamie go porzucił. A Jamie też tego żałuje, nawet jeśli postąpił słusznie. No i w końcu panowie pogadali od serca. No zadziałała dla mnie ta scena emocjonalnie. A jaki piękny był ten jeleń…

Tymczasem Fanny usłyszała jak jacyś chłopcy przeczytali broszurę o jej siostrze i mówili, że ta poszła do piekła. I tu mam pytanie skąd jacyś chłopcy we Fraser’s Ridge mieli tę broszurę i skąd wiedzieli, że to o siostrze Fanny? Ale w serialu nie to jest ważne, tylko to, że Fanny uważa teraz, że Jane jest w piekle. I mamy najpierw rozmowę z Rachel, potem z Rogerem… W sumie nic to nie wnosi. Jasne, fajnie pokazali, że Roger się nadaje na pastora, zresztą, jak na serialowego Outlandera zaskakująco dużo tu było o wierze. Ale na dobrą sprawę niewiele to wniosło. A na koniec dostajemy informację, że Fanny może podróżować w czasie. Nie mam pojęcia po co jest ten wątek.

No i na zakończenie: porwanie Lorda Johna. Twórcy sobie przypomnieli o Richardsonie! Ktoś poza mną jeszcze pamięta, że to jest główny antagonista na tym etapie? Nie? Ok. Ale serial się powoli kończy i trzeba jakoś ruszyć ten wątek.

Ogólnie odcinek ten ma straszny problem z upływem czasu. Nic poza ciążowym brzuchem Brianny nie wskazuje na to, że tam mijają miesiące.

Stan wątków względem książki na ten moment:

Fraserowie – gdzieś pod koniec 9 tomu.

Lord John – plus/minus końcówka 9 tomu.

William – w kwestii Jamiego 10 tom, w pozostałych pod koniec 9.

Fergus – w alternatywnym wszechświecie.

Fanny – W alternatywnym wszechświecie.

S08E09

O takiego Outlandera nic nie robiłam! Widać, że za scenariusz odpowiada Diana Gabaldon, od razu czuć inną jakość. I to nie chodzi o jakąś zgodność względem książki (ciężko mówić o zgodności do książki, skoro książka jeszcze nie wyszła), ale o ładunek emocjonalny i spójność charakterów postaci.

Ale od początku. Zaczyna się od tego, że Lord John budzi się w niewoli. Richardson wyjaśnia mu czego od niego chce. Zaskoczyło mnie, że pojawiły się zeznania Neila Piczki, myślałam, że go pominą i Richardson będzie Greya szantażował tylko zeznaniami Percy’ego. W sumie ciekawe, że jako jeden z zarzutów wobec Lorda Johna Richardson wymienił kazirodztwo… Nie wydaje mi się, żeby jego relacja z Percym się pod to łapała, w końcu Fergus i Marsali byli spowinowaceni w takim samym stopniu, a nikt się nie czepiał… W każdy m razie, cała rozmowa była prawie identyczna jak w książce, największa zmiana to miejsce, w którym John był przetrzymywany.

Potem jeszcze cała scena z wyznaniem Percy’ego. No kurczę, mam problem z tym aktorem. Ogólnie wypada całkiem nieźle, ale nijak mi nie pasuje do Percy’ego. Po prostu patrzę na niego i nie widzę człowieka, który się boi o własne życie, cały czas mam wrażenie, że on ma jakieś własne ambicje.

Wygląda na to, że to Amaranthus poinformowała Williama o tym, że John zaginął. Ja mam tylko pytanie, skąd ona wiedziała, gdzie posłać wiadomość? W poprzednim odcinku nie wiedziała przecież gdzie on jest?

W sumie zawiedziona jestem, że Percy nie przekazał sam z siebie wiadomości od Johna, musieli ją z niego wyciągnąć. O ile sama scena z Williamem tłuczącym go była całkiem satysfakcjonująca, tak rozczarowało mnie, że wycięto jedyny raz kiedy Percy zrobił coś choć trochę odważnego. W książce to był dla mnie dowód, że faktycznie mu zależy na Johnie, bo nie tylko przekazał to o co go prosił John, ale też powiedział o porwaniu i gdzie Richardson przetrzymuje Greya… A w serialu mam wrażenie, że gdyby Fraserowie i William do niego nie przyszli to by nawet nie przekazał tego sygnetu. Sam pomysł z sygnetem bardzo mi się spodobał.

Ratowanie Lorda Johna było ciut za krótkie, no, ale czas goni. Jamie i William robiący za syrenki. Rany, jak dobrze Jamie wyglądał w na wpół rozpuszczonych włosach i mokrej koszuli… Fajnie, że Claire dostała też coś do roboty, a nie tylko robiła za tło. Motywacje Richardsona całkiem sensownie wyjaśniono, podobała mi się jego rozmowa z Claire o zmienianiu przeszłości. Dziwne, że w ogóle nie poruszyli tego, że Richardson był jednym z pomagierów Roba Camerona w XX wieku. Nie wiem w takim razie, po co był ten najazd na jego twarz w poprzednim sezonie, mam wrażenie, że gdzieś po drodze zmieniła się koncepcja tego wątku. Głupio Claire zrobiła, że chciała go puścić. Na szczęście Lord John głupi nie był.

Scena pogodzenia się Jamiego z Johnem! „Wybaczam ci.” „Ale ja tobie nie wybaczam!” Boże, cudowne to było! I cuda się zdarzają, Jamiemu przeszło przepraszam przez gardło! W ogóle podobała mi się ich rozmowa od serca, że obaj wyrzucili z siebie co im leży na wątrobie. I ten rewanż! Przez chwilę myślałam, że John przywali Jamiemu, zresztą Jamie też chyba tak myślał. Ale dostaliśmy szachy, piękne to było nawiązanie do początków ich przyjaźni.

Rozmowa Claire z Williamem też całkiem fajna, zwłaszcza to o wielu ojcach. Trochę nie rozumiem skąd tu się wziął tekst o wychowaniu przez wioskę, bo to powiedzenie nijak nie pasuje do kontekstu. W polskich napisach przetłumaczyli to na „wielu opiekunów”, co ma dużo więcej sensu w tej sytuacji.

Zadowolona jestem z tego, że William dał Amaranthus kosza. O ile serialową lubię bardziej niż książkową, to i tak uważam, że to nie jest dziewczyna dla niego. Mam też wrażenie, że przez to, że wycięto z serialu Hala (za każdym razem jak była mowa, że przyjazd Hala coś opóźniło chciało mi się śmiać), to wątek jej i Bena wydawał się całkowicie zbędny, gdzie przecież to był główny powód czemu Hal był przeciwny kontynuowaniu wojny…

I podobało mi się jak Jamie odwrócił się, kiedy odjeżdżali z Claire. Widać było, że William na to czeka.

Fraserowie wrócili do domu. I najwyraźniej zdążyli na narodziny kolejnego wnuka. Davy! Na razie nie było nic o tym, czy mały może podróżować przez kamienie, ciekawe, czy w następnym odcinku poruszą ten temat.

No i konfrontacja Johna z Percym. Rany, naprawdę w tym odcinku dostaliśmy książkowego Johna, a nie standardową złagodzoną wersję serialową. To ultimatum było brutalne, aż się najlepsze momenty Johna z książek przypominają. I w ogóle fakt, że ta scena jest świetną paralelą ich ostatniego spotkania w „Bractwie ostrza”, gdy John przyniósł Percy’emu pistolet do więzienia… No widać, że Diana to pisała, z całym ciężarem przeszłości jaka jest między tymi dwoma. I odnoszę wrażenie, że Percy zabił się nie dlatego, że to zeznanie go pogrążyło, ale dlatego, że John mu nigdy nie wybaczy. Postać zaiste tragiczna. Scena wspaniała, całkowicie niezgodna z książką, ale cudowna.

Claire zaczęła pisać Outlandera, rozbawiło mnie to. No i w przyszłym odcinku czeka nas bitwa.

Podobało mi się! I to bardzo, dawno odcinek Outlandera mi tak szybko nie minął. I po tym odcinku chcę zobaczyć spin-off o Lordzie Johnie. Bo może #niemójPercy, ale Boże, David Berry to jest jak najbardziej mój John! Absolutnie kocham tego bohatera.

Trochę boję się o zakończenie, nie jestem przekonana, czy dobrą decyzją jest kończenie serialu na materiale z „Powiedz pszczołą, że odszedłem”, a do tego twórcy dorzucili trochę absurdalnych wątków… No, ale jest jak jest. I szczerze, w najgorszym wypadku przynajmniej dostaliśmy świetny przedostatni odcinek, w którym bohaterowie zdają się wręcz wyjęci z książki. Więc na ten moment jestem zadowolona.

S08E10

No i dotarliśmy do ostatniego odcinka. I muszę przyznać, że jestem trochę rozczarowana. Spodziewałam się czegoś innego.

Ale od początku.

Fajnie, że użyli oryginalnego intro. Co prawda mam wrażenie, że to był taki wykalkulowany sposób na wzbudzenie emocji w widzu, ale jednak sentyment jest.

Całkiem mi się podobała początkowa scena z ognistym krzyżem.

Bardzo podobała mi się sekwencja z testamentem Jamiego. Rozmowa Claire i Jamiego o pszczołach śpiących w kwiecie była całkiem urocza, acz przeciągnięta jak na moje. No i fajny foreshadowing zrobili do kwestii ducha.

W ogóle cały odcinek miał taki fatalistyczny klimat, w który ciężko mi było się wczuć. Może jakbym nie czytała książki i nie wiedziała jak to się skończy, to bym to inaczej odebrała. Dużo było w tym odcinku pożegnań, nie takich ostatecznych, ale takich „na wszelki wypadek” przed bitwą. Roger z Bree, Ian z Rachel, Claire z Fanny, Jamie z Bree… Bardzo chcieli nadać temu odcinkowi stawkę, ale ja cały czas miałam wrażenie, że to po prostu kolejna bitwa w wojnie, w której walczą już od kilku lat, nie czułam jakiejś wyjątkowości sytuacji.

Scena rozmowy Jamiego z pszczołami bardzo fajna.

Trochę zaskoczona byłam, że jednak zasugerowali, że najmłodsze dziecko Brianny nie może podróżować przez kamienie. Cieszę się, że to się pojawiło, ale szczerze wolałabym żeby ten temat dostał trochę więcej czasu. Tak, tego czasu, który zmarnowali na Fanny… Ktoś mi wyjaśni po co był cały jej wątek?

Dostaliśmy za to długą scenę seksu, która w sumie nic nie wniosła, tam nie było żadnych dialogów nawet… A do tego w scenach rozbieranych ciężej uwierzyć, że bohaterowie mają około sześćdziesięciu lat, bo aktorzy kompletnie na tyle nie wyglądają.

Sama bitwa była jak dla mnie fajnie przedstawiona. Młody Ian wyglądał cudownie w tym swoim indiańskim make-upie. Podobała mi się narracja Franka w czasie bitwy, mogli dać tego więcej. Claire mnie wkurzyła, bo po kiego ona lazła w miejsce walk. Jeszcze, żeby faktycznie pokazali, że się przydała i uratowała Jamiego, ale nie, cała akcja z Jamiem miała miejsce już po bitwie!

No i właśnie w tej kwestii. Już po bitwie, wszyscy się cieszą, Jamie przeżył. Aż tu nagle wyskakuje Ferguson na koniu. Widz już myśli, że to ten moment, ale nie! Jamie żyje dalej, Ferguson pojmany, Claire może wracać zająć się rannymi. I wtedy ten pojmany Ferguson zamiast się poddać strzela do Jamiego. Ja mam pytanie, czemu nikt mu wcześniej broni nie zabrał? Za to nawet podobało mi się, że Claire poczuła ten strzał, jakby ją też trafił w serce. A cała sekwencja z tym jak Claire trzymała ciało Jamiego w ramionach przypomniała mi tą z drugiego sezonu gdy trzymała martwą Faith godzinami.

No i na koniec wyjaśnili (no, może nie do końca) kwestię ducha z pierwszego odcinka. Miło było jeszcze raz zobaczyć „spotkanie” Franka i Jamiego w deszczu. Wygląda tez na to, że te niebieskie kwiatki, które przyciągnęły Claire do kamieni wyrosły tam przez ducha Jamiego. Dziwne rozwiązanie jak dla mnie. Ale cała scena przy kamieniach była fajnie zrealizowana. No i ten montaż z poprzednich sezonów…

Jamie otwiera oczy, a obok niego Claire całkowicie osiwiała… I to jest koniec. Skończyli dokładnie w tym momencie. Nie ma nawet żadnej reakcji Claire typu „Ty żyjesz!” Nie. Zakończenie jest okropnie otwarta. Kurczę, oni to już w dziewiątym tomie więcej było!

A na koniec dostaliśmy scenę po napisach. Z jednej strony fajnie było zobaczyć Dianę Gabaldon, z drugiej nie lubię tego typu zabiegów mieszania fikcji z rzeczywistością.

Niby ten odcinek był dłuższy niż normalnie, a mam wrażenie, że prawie nic się w nim nie wydarzyło. Niestety, odcinek ten nie wywołam we mnie praktycznie żadnych emocji, coś pod tym względem mocno zawiodło.

No jestem rozczarowana tym zakończeniem. Nie lubię otwartych zakończeń, a to praktycznie nie dało mi żadnej konkluzji. Skończyło się tak, jakby miał być jeszcze jeden sezon. I owszem, słyszałam teorie, że może zrobią film jak wyjdzie dziesiąty tom, ale ja w to nie wierzę. Przecież nawet serial nie wystarczał, by pomieścić fabułę tych książek, przy filmie byłaby jeszcze większa sieczka. Tak jak podejrzewałam, dziewiąty tom nie nadawał się na zakończenie tej historii, dlatego byłam tak bardzo zaskoczona, że aż tak wiernie się go trzymali. Spodziewałam się dużo więcej odstępstw od oryginału, że faktycznie wymyślą własne zakończenie. O ile poszczególne odcinki nawet fajnie mi się oglądało, to mam wrażenie, że cały sezon im się nie spiął narracyjnie.

Outlander się skończył… Dziwne uczucie. Zaczęłam oglądać ten serial w 2016 roku, zaraz po tym jak wyszedł drugi sezon, towarzyszył mi przez całą dekadę życia. Teraz pozostaje mi tylko czekać na finałowy tom serii i mieć nadzieję, że zakończenie Diany będzie bardziej satysfakcjonujące.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz