niedziela, 14 czerwca 2026

Cassandra - Katarzyna Strawińska

Tytuł: Cassandra
Autor: Katarzyna Strawińska
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: thriller

W końcu! Zgredek jest wolnym skrzatem! Innymi słowy, skończyłam ostatnią książkę w ramach Booktouru Złych Książek. Tak się złożyło, że na samym końcu trafiła mi się najgorsza pozycja, a trzeba przyznać, że konkurencja była zacięta.

Kiedy Cassandra wraca z treningu pływackiego zaczepia ją obcy mężczyzna, prosząc by pomogła mu wstawić szafkę do samochodu. Naiwna dziewczyna chce pomóc, ale szybko okazuje się, że był to tylko pretekst. Mężczyzna wpycha ją do bagażnika i zawozi do swojego brata, jako prezent. Tak zaczyna się życie Cassie w roli zabawki Klausa.

Przepraszam bardzo, ale co ja właśnie przeczytałam? Ja naprawdę nie mam nic przeciwko przemocy w książkach, nawet jeśli jest jej dużo i ma charakter seksualny. Ale kurczę, niech to czemuś służy! Ta książka to wręcz pornograficzny opis tego jak Klaus się znęca nad Cassandrą. Nie ma tu dosłownie nic poza tym. Autorka z każdym kolejnym rozdziałem wpada na coraz wymyślniejsze (i głupsze) sposoby na torturowanie bohaterki.

Zakładam, że historia Cassandry miała poruszyć czytelnika… Tylko autorka nie dała mi żadnego powodu żebym miała się przejmować losem Cassie. Bo sam fakt, że to niewinna dziewczyna mi nie wystarczy jeśli mówimy o dziele całkowicie fikcyjnym. Cassandrę poznajemy w momencie porwania a potem szybko przeskakujemy sześć miesięcy do momentu, gdy stała się już bezwolną zabawką Klausa. Poza pierwszym spotkaniem z Klausem całkowicie pominięto początkowy okres jej nie woli, ten czas kiedy mogliśmy zobaczyć jej wolę walki, przywiązać się do niej, polubić ją! Nie, po co. Lepiej obserwować jak Klaus znęca się nad bezwolną lalką. To jest tak niepojęta w sensie narracyjnym decyzja, że aż szkoda słów. Przez całą książkę Cassie zachowuje się jakby miała siedem lat a nie siedemnaście. I tak ją też wszyscy traktują.

No dobra, to skoro już wiemy, że Cassie nie ma charakteru, to może przynajmniej czarny charakter jest dobrze napisany? No nie. Klaus jest bardziej karykaturą niż człowiekiem. Wysoki, przystojny, z kwadratową szczęką i oczami jak węgle. Oczywiście bogaty i wpływowy… Czemu w tych książkach porywacze to zawsze przystojni, bogaci politycy? Czy autorki naprawdę myślą, że żeby kogoś uwięzić to potrzeba jakichś ogromnych pokładów finansowych i sztabu ludzi?

Ale wróćmy do Klausa. Klaus jest oczywiście zły. Wróć. Klaus jest Zły. Lubi krzywdzić kobiety. I w sumie przed Cassie były inne. Ale Cassie jest wyjątkowa. Bo tak, niby autorka dała wytłumaczenie, czemu ona jest dla niego taka wyjątkowa, ale było ono tak od czapy, że lepiej by już było jakby go nie było.

Bohaterowie zachowują się tak, jak akurat fabuła tego wymaga. Niby autorka próbowała oddać szaleństwo, w jakie popadła Cassie i skrzywiony umysł Klausa, ale w efekcie książka jest okropnie chaotyczna. I to nie jest tak, że mamy tu jakieś przemyślenia na temat natury czy psychiki ludzkiej. Znaczy, autorka udaje, że są i wstawia jakieś w zamyśle głębokie wstawki… Tylko, że ja widziałam głębsze kałuże w czasie suszy.

Dialogi są niezwykle drętwe. W ogóle nikt w tej książce nie zachowuje się jak człowiek. Postacie, które niby zdają sobie sprawę z sytuacji Cassie, które są przedstawiane jako pozytywne, na przykład matka Klausa czy krawcowa, nic nie robią żeby zgłosić jej położenie służbom.

W ogóle niby policja poszukuje Cassandry, cały czas trąbią o niej w mediach, ale Klaus, który ponoć jest wpływowym politykiem bierze sobie z nią ślub. I to używając jej prawdziwych danych osobowych. I nic, nikogo to nie obchodzi. Krawcowa, widząc, że facet ją bije stwierdza, że nie będzie spełniać życzeń tyrana, ale dotyczy to tylko kroju sukni, a nie samego faktu uszycia sukni na ślub z tym tyranem. Klaus przyszywa pierścionek zaręczynowy Cassandrze do palca, co jest tak bez sensu…

Zakończenie nie daje żadnego katharsis. Czytelnik nie dostaje najmniejszego wynagrodzenia za przeczytanie tego. Ta historia jest w jednym tonie od początku do końca, tu nie ma nic co mogłoby poruszyć jakiekolwiek uczucia. Był moment, że autorka próbowała wprowadzić komizm żeby rozluźnić atmosferę, ale było to na tyle nieudolne i bez smaku, że nie zadziałało. To jest chyba największy problem tej historii: w założeniu kontrowersyjna, w praktyce kompletnie nijaka.

Nie nazwałabym tej książki erotykiem. Sceny gwałtów są, i to opisane całkiem dokładnie, ale nie odniosłam wrażenia, że miały być erotyczne. Są za to opisane po prostu głupio, poważnie, łzy jako lubrykant? Pornograficzna jest w tej pozycji przede wszystkim przemoc, nie seks.

Napisane to jest w okropnie pretensjonalnym stylu, w dodatku takim językiem, jakby autorka ostatni raz z językiem polskim miała styczność w czwartej klasie podstawówki. W pewnym momencie musiałam się upewnić, czy faktycznie ta książka została napisana po polsku, a nie przetłumaczona z angielskiego za pomocą tłumacza Google, tyle pojawia się w niej kalk językowych. Na przykład nie raz pada stwierdzenie, że Cassie była bałaganem… Ja nie wierzę, że to przeszło przez redakcję i korektę.

Nie polecam, ta książka nie nadaje się nawet na rozpałkę do kominka. Nie pojmuję dlaczego ktoś to wydał, zarówno ze względu na treść jak i na formę. Cieszę się, że to ostatnia ze złych książek jakie miałam nieprzyjemność poznać w ramach BZK.

niedziela, 7 czerwca 2026

I like you, Hype Boy - Julita Sarnecka (BZK)

Tytuł: I like you, Hype Boy
Autor: Julita Sarnecka
Wydawnictwo: Filia
Gatunek: romans

Proszę Państwa, oto kolejna odsłona Booktouru Złych Książek! Tym razem kolejny romans z k-popowym idolem. A że ja, przyznaję się bez bicia, o k-popie i Korei nie mam zbyt dużego pojęcia (obejrzałam całą jedną dramę koreańską i to jeszcze sukienkową…) to najpewniej książkę potraktuję trochę łagodniej niż na to zasługuje…

Sana jest początkującą dziennikarką koreańskiego pochodzenia. Nie idzie jej zbyt dobrze na stażu, ale dostaje szansę, by pokazać na co ją stać. Ma spędzić dwa miesiące z członkami TBT, najpopularniejszego zespołu k-popowego i napisać o nich artykuł.

Pamiętacie te wszystkie fanfiki z Onet blog, gdzie główna bohaterka musiała z jakiegoś powodu (najczęściej totalnie wydumanego) zamieszkać z One Direction albo z Jonas Brothers? Oczywiście dziewczyna było szarą myszką i fajtłapą, i w ogóle nie taka jak inne, ale jednocześnie wszyscy ci gwiazdorzy się w niej zakochiwali i uważali, że jest najpiękniejsza na świecie? To teraz przenieście to do Korei i to jest ta książka. Dosłownie, nie musicie już tego czytać, zaoszczędziliście czas, pieniądze i szare komórki.

Sana jest bohaterką nie dość że wkurzającą, to jeszcze do bólu typową. Nic jej nie wychodzi, wszystko leci jej z rąk, potrafi się wywalić na prostej drodze. I ja nawet nie przesadzam, dosłownie jest taka scena w książce. Staż musiał załatwić jej ojciec, a sądząc po reakcji jej szefa na jej artykuły, to talentu dziennikarskiego to ona nie ma za grosz. Zresztą, wysyłają ją do Korei by napisała artykuł o zespole, a ta przez dwa tygodnie nie raczyła sprawdzić w internecie jak wyglądają członkowie rzeczonego zespołu. No research pierwsza klasa! No i komuś takiemu zlecają napisanie artykułu o najsłynniejszym zespole na świecie? Na jakiej podstawie? Bo nie wierzę, że w Nowym Jorku to jest jedyna dziennikarka mówiąca po koreańsku.

Jeśli zaś chodzi o chłopaków… To jest reverse harem. Naprawdę, ta książka odhacza wszystkie typowe motywy reverse haremów. Tyle, że w dobrej haremówka bohaterowie powinni być wyraziści. A tutaj, poza Lee i Shinem, panowie zlewają się w jedną masę. Niby autorka próbuje nadać im jakieś cechy indywidualne, ale nie więcej niż jedną. Ich stosunek do bohaterki też zmienia się w tym samym momencie, nie ma żadnego stopniowania relacji.

Lee to taki typowy „główny facet” w romansie. Jest przystojny i tajemniczy, początkowo nie lubi Sany, bo powody… Nie, serio, ja nie rozumiem czemu on jej najpierw nie lubił a potem nagle zmienił zdanie. Ona dosłownie nic nie zrobiła takiego żeby zmienił opinię o niej. Ale oczywiście nagle musiała się pojawić wielka miłość, co z tego, że to nijak nie wynika z fabuły? Na początku powieści umawiał się z Haną na seks, ale potem zakochał się w Sanie...

Z kolei Shin to „ten drugi”. Jest najmłodszy w zespole i często żartuje. Niby Sanę do niego ciągnie, ale jednak nie… Do tego Shin bardzo często klei się do Mina, a Sana się zastanawia czy oni ze sobą ten tego… Boże, fujoshi się w tej książce nie spodziewałam… I żeby nie było, ja bardzo lubię BL, ale tu to od razu było widać, że to typowy fanservice, a nie żaden wątek LGBT, zwłaszcza, że autorka wyraźnie daje znaki, że Shin spiknie się z przyjaciółką Sany w przyszłości… A czytanie o tym jak Sanie po raz enty robi gorąco i/lub mokro nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

A mokro jej się robi praktycznie cały czas. Ja się w pewnym momencie zaczęłam o nią martwić, bo odwodnienie to poważna sprawa! Scen erotycznych może nie nie jest za dużo i, na dobrą sprawę, czytałam gorzej napisanie. Ale bawiło mnie ile rund był w stanie Lee wytrzymać pod rząd. Zwłaszcza, że ponoć oni tak cały czas niedożywieni i po wycieńczających treningach. Za to pozytywnie zaskoczyło mnie to, że bohaterowie pamiętali o zabezpieczaniu się. Chociaż trochę bawi mnie, ile Lee musiał gumek nosić w kieszeniach, skoro z niego taki ogier.

Z ważnych postaci pojawiła się jeszcze przyjaciółka Sany, Niki, fanka TBT. Jak nic drugi tom będzie o niej, mogę się o to założyć.

Autorka ma momentami straszny problem z orientalizmem. W sensie: wszystko co koreańskie jest super. Sana przyjeżdża do Seulu i zachwyca się wieżowcami. Tak jakby sama pochodziła z Pcimia Dolnego a nie z Nowego Jorku. Do tego wszyscy Koreańczycy są zachwyceni tym, że Sana mówi po koreańsku, bo przecież tylko Koreańczycy doceniają jak ktoś mówi w ich języku. Tak jakby Polacy nie byli zachwyceni kiedy ktoś jest w stanie powiedzieć chociaż kilka słów w naszym języku… No i oczywiście w Korei wszyscy wszystkich szanują… Boże, tak jakby okazując pozorny szacunek nie dało się komuś dopiec.

Duży problem w tej książce mam też z alkoholem. Bohaterowie piją. I to dużo. I często w sytuacjach, w których nie powinni. I jasne, można to potraktować, jako pokazanie ciemnych stron sławy, czy błędów młodości. Tylko za dużo tego i w zbyt pozytywnym kontekście.

Niby główna intryga w tej książce dotyczy tego, że Lee dostaje pogróżki. I to takie pisane krwią. Ale oczywiście nikt z bohaterów nie traktuje takich rzeczy poważnie. Ktoś zniszczył torebkę Sany? Nie no, przecież to na pewno przypadek! Sana zauważa, że jedna dziewczyna zachowuje się podejrzanie? Oczywiście, że nikomu o tym nie powie. Szef Sany po tym, gdy ktoś włamał się do niej na maila i wysłał mu artykuł, którego ona nie napisała? A czy to ważne kto to napisał? Kurczę, chłopie, ważne, bo wyciekły poufne dane twojego pracownika!

Niestety nie tylko treść jest typowo fanfikowa. Styl, w jakim to jest napisane woła o pomstę do nieba. Czytanie niektórych zdań bolało fizycznie. Autorka z jakiegoś powodu zamiast słowa „policzki” używa „poliki”. I „dziurki od nosa” zamiast „nozdrza”. Czasami bohaterowie tłumaczą znaczenie angielskich terminów, mimo że rozmowa toczy się po angielsku, z jakiego na jaki oni tłumaczą? Już nie wspomnę o tym, że raz nawet się trafił przecinek zamiast kropki na końcu zdania, bo to akurat detal.

Spaprane są też przypisy. Zdarzają się przypisy do innego słowa niż to, które pada w tekście, choć powiązanego znaczeniowo. Niektóre są niepotrzebnie nacechowane emocjonalnie, co miałoby sens, gdyby autorka przyjęła taką konwencję, ale tak nie jest. Jest nawet przypis, do terminu wymyślonego specjalnie na potrzeby tej powieści! Chodzi o nazwę fandomu TBT, Birds, tak jakby pisarka nie mogła wyjaśnić tego w narracji...

Dodam jeszcze, że przez całą powieść nie poznajemy nazwisk członków zespołu, dopiero w dodatku na końcu książki okazuje się, że jednak je mają!

Nie jest to może książka tragiczna, ale tak do bólu wattpadowa, że to boli. Uważam, że niektóre fanfiki powinny pozostać w internecie, wydawanie ich w wersji papierowej tylko niepotrzebnie zaśmieca rynek książki. Zwłaszcza, gdy nie reprezentują sobą nic ciekawego i oryginalnego.

niedziela, 31 maja 2026

Death's Obsession - Avina St. Graves (BZK)

Tytuł: Death's Obsession
Autor: Avina St. Graves
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Gatunek: romans, fantasy

I znowu do tej ciemnicy… Innymi słowy, wracam do katowania się „arcydziełami” literatury w ramach BZK. Co prawda ta konkretna książka nie wchodzi w oficjalny skład Booktouru, ale dostałam ją w jednej paczce z resztą, więc liczy się!

Od wypadku, w którym zginęła jej bliźniaczka, Lilith prześladuje Mężczyzna Bez Twarzy. Zostawia jej prezenty i liściki, maluje znaki na skórze gdy ta śpi. Nikt nie wierzy dziewczynie, że jej prześladowca naprawdę istnieje, jej chłopak i psychiatra uważają, że dziewczyna ma halucynacje. Tymczasem tajemniczy mężczyzna coraz bardziej zbliża się do Lili…

Ta książka miała potencjał. Sam zarys fabuły przypominał mi musical „Elisabeth”, w obu przypadkach mamy do czynienia z historią dziewczyny, która otarła się o śmierć i na punkcie której Śmierć dostał obsesji. Tylko, że w „Elisabeth” cała historia miłosna ze Śmiercią była alegorią depresji i myśli samobójczych, do tego na tle przemian społecznych XIX wiecznych Austro-Węgier, opowieścią o końcu pewnej epoki i wiwisekcją postaci cesarzowej Sisi. Zaś w przypadku „Death’s Obsession” mamy do czynienia ze zwykłym pornosem.

Owszem, momentami autorka próbuje przedstawić stan psychiczny głównej bohaterki. I są to najciekawsze fragmenty tej książki. O tym jak Lilith przeżywa żałobę i jak wypadek wpłynął na jej postrzeganie siebie oraz relację z chłopakiem. Nie jest to może zbyt oryginalne, ale czyta się nieźle.

Dopóki na scenę nie wkracza Letum, czyli pan Śmierć. Borze szumiący, co za tandetnie napisana postać. Oczywiście jest mhroczny (nie, to nie jest literówka) i seksowny. I tajemniczy! I mówi w poetycki sposób. Autorka jak nic wszystkie jego teksty przepisała z „Wielkiej księgi żenujących tekstów na mroczny podryw”, a jeśli czegoś takiego nie ma to spokojnie może ją napisać. Letum jest też władczy i dominujący. Prawdziwy smalec alfa! Ale też troskliwy! Nie chce duszy Lilith, ale ją chce! Po prostu za każdym razem jak ten facet pojawiał się na kartach powieści moje ciary żenady dostawały ciar żenady. A jeszcze to, jak on nazywał Lilith: „moja mroczna maro”, „moja burzo”, „mój kwiatuszku”… No nie, no po prostu nie. No i samo imię Letum… Autorka nie mogła znaleźć jakiegoś ładniejszego określenia na śmierć?

Scen seksu jest dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość powieści. I są bardzo szczegółowe. Letum oczywiście ma dużego, bo jakżeby inaczej. Co śmieszniejsze, w czasie seksu dusza Letuma opuszcza jego ciało i bierze aktywny udział. Dusza ma jeszcze większego. Ja się pytam co autorka brała? Do tego momentami w scenach seksu gubi się gdzieś orientacja przestrzenna, w jednej scenie nawet Letum wydaje się mieć trzy ręce (to była scena zanim dusza się przyłączyła). Do tego Letum rżnie tak entuzjastycznie, że aż skuł glazurę w łazience Lilith samym impetem… Litości. A Lilith oczywiście jest mokra na samą myśl o nim.

Już nawet nie wspominając, że kolejny raz mamy do czynienia z historią, gdzie laska zakochuje się w swoim stalkerze. I oczywiście autorka musi zrobić z wszystkich jej bliskich dupków i idiotów żeby stalker wypadł jako ta atrakcyjniejsza opcja. Bo oczywiście jej facet jej nie wierzy, że ma stalkera. Kurczę, dziewczyny nie stać na chleb, a ten myśli, że ona te wszystkie kwiaty i biżuterię (której w większości nie nosi) kupuje sobie sama… Logiko!

Boli mnie, że cała relacja między Lilith i Letumem została sprowadzona jedynie do seksu. Owszem, jest zasugerowane, że oni ze sobą kiedyś rozmawiali, że tam była jakaś głębsza więź… Tylko, że nie dostajemy tego na kartach powieści. Dostajemy za to historię o tym, jak Śmierć dostał obsesji na punkcie zwyczajnej dziewczyny z depresją. Takich dziewczyn w historii ludzkości musiały być miliony, jak nie miliardy, co jest wyjątkowego akurat w tej? No nie wiadomo.

Napisane to jest nie najgorzej, acz strasznie pretensjonalnie. Autorka stara się stworzyć mroczną, oniryczną atmosferę, problem tylko, że wszystko tu jest zbyt dosłowne by to zadziałało. Ale pod względem języka ta książka nie boli.

Boli za to głowa od czytania jej. Ktoś postanowił wydać tę książkę w „trybie ciemnym”, czyli białe litery na czarnym tle. W efekcie całe strony są zalane farbą drukarską i dosłownie śmierdzą. Dobrze, że całość ma zaledwie dwieście stron, bo jakbym to miała czytać dłużej to bym się po prostu zaczadziła.

Podsumowując, nie jest to najgorsza książka jaką czytałam w tym roku (Booktour znacząco obniżył moje standardy, wiem). Nie jest to też książka dobra. Ot, pornosek, który próbował być czymś więcej, tylko nie wyszło. Osobiście nie polecam.

Za to jeśli ktoś chce zobaczyć jak ciekawie można wykorzystać motyw śmierci mającej obsesję na punkcie śmiertelniczki, to polecam obejrzeć „Elisabeth”, to wspaniały musical jest.

czwartek, 28 maja 2026

Stars of Chaos 5 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 5
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Napięcie między frakcjami na cesarskim dworze sięga zenitu. Doktor Chen szuka lekarstwa na dręczące Chang Genga wu’ergu, a w tym czasie zdrowie Gu Yuna coraz bardziej się pogarsza. Wielkie Liang czeka ostatnia konfrontacja z siłami papieża.

Właściwa fabuła zajmuje pierwszą połowę książki. I z tą pierwszą połową, muszę przyznać, miałam kłopot. Nie wiem, czy po prostu ta książka miała pecha i trafiła na zastój czytelniczy u mnie, czy po prostu końcówka była mało porywająca, ale okropnie ciężko mi się czytało te dwieście stron. I ciężko mi wskazać dlaczego. W końcu teoretycznie historia doszła do punktu kulminacyjnego. Podobał mi się pojedynek dowódczy między Gu Yunem a papieżem, to w jakim stopniu ich strategie były oparte na znajomości charakteru przeciwnika. Podobało mi się końcowa bitwa, zwłaszcza rola jaką odegrało w niej Dongying. Polityka na dworze cesarskim i reformy gospodarcze Chang Genga też powinny być ciekawe.

A jednak łapałam się na tym, że co chwilę gubię wątek. Zabrakło mi czegoś, co by mocniej przykuło moją uwagę do tekstu, zwłaszcza, że faktycznie dużo w tym tomie akcji z postaciami, do których czytelnik nie został jakoś mocniej przywiązany emocjonalnie.

Samo zakończenie mi się podobało, scena z Gu Yunem i Chang Gengiem w namiocie dowodzenia była jednocześnie przekomiczna i romantyczna.

O ile do pierwszej połowy tego tomu mam zastrzeżenia, to ostatnie dwieście stron było balsamem na moją duszę. Dosłownie pół książki zajmują rozdziały dodatkowe, w znacznej mierze opisujące wydarzenia po zakończeniu głównej fabuły. Innymi słowy: zwykle autorzy piszą na końcu książki, że bohaterowie żyli długo i szczęśliwie, tymczasem priest poszła krok dalej i to długo i szczęśliwie opisała. I chwała jej za to, bo właśnie tego potrzebowałam! Dodatkowe rozdziały do tej powieści są dokładnym przeciwieństwem tych z „Guardiana” tej autorki. Tam dostałam emotional demage, tu ciepły kocyk i kubek kakałka.

Jak już pisałam przy okazji poprzednich tomów, Chang Geng i Gu Yun tworzą naprawdę udaną parę i po prostu przyjemnie się o nich czyta. Zwłaszcza, że w rozdziałach specjalnych mamy okazję obserwować ich codzienne życie, bez żadnej wojny w tle. Jest spokojnie, sielsko, po prostu uroczo. Nie sądziłam, że czytanie o tym jak Gu Yun urządza dom będzie takie emocjonalne... Do tego w jednym rozdziale mamy okazję zobaczyć jak wyglądało dzieciństwo i młodość Gu Yuna.

Poza głównymi bohaterami postacie drugoplanowe dostają też swoje pięć minut. Dostałam więcej generała Shen Yi, moje modlitwy zostały wysłuchane! Absolutnie uwielbiam jego przyjaźń z Gu Yunem. Do tego cały wątek związku jego związku z doktor Chen, którego mi brakowało w głównej fabule… No to tu to dostałam odpowiednio rozwinięte. Po za tym dostaliśmy też rozdział o młodości pewnego stroniącego od kąpieli mnicha.

Bardzo podobało mi się, jak autorka potraktowała niepełnosprawność bohaterów. Bałam się, że na wszystkie ich przypadłości znajdą się lekarstwa i wyleczą się bez żadnych skutków ubocznych. Na szczęście miałam rację tylko w połowie. Bo o ile faktycznie lekarstwa się znajdują, to jednak kuracja nie jest stuprocentowo skuteczna, a pewnych uszkodzeń po prostu nie da się cofnąć.

Chyba moim największym rozczarowaniem wobec tego tomu, a w sumie to całej serii, jest to, jak małą rolę odegrali Ge Chen i Cao Chunhua. Owszem, to nie tak, że autorka o nich całkowicie zapomniała, ale spodziewałam się, że będzie ich więcej. A na dobrą sprawę nawet nie wiadomo, co Cao Chunhua robił po wojnie… Chłopaki zapowiadali się na naprawdę interesujące postacie, a ostatecznie pojawiali się tylko wtedy gdy byli potrzebni żeby pchnąć fabułę.

Udało mi się wyłapać parę niedociągnięć w kwestii wydania. Literówkę dostrzegłam tylko jedną, ale za to w tytule rozdziału. Za to parę razy wyłapałam, że tekst został źle sformatowany, co mnie zaskoczyło, bo nigdy wcześniej nie widziałam tego typu błędu, a jednak sporo książek czytam.

Za to absolutnie cudowna jest okładka tego tomu i ilustracja na rozkładówce. A mała ukryta ilustracja na wewnętrznej stronie skrzydełka to już wisienka na torcie.

Ogólnie, mimo paru mankamentów, seria mi się bardzo podobała. Bardzo chętnie bym obejrzała dramę na jej podstawie, która zresztą została nakręcona, ale utknęła w cenzorskim limbo po zaostrzeniu przepisów w Chinach. Nawet z wyciętym wątkiem romantycznym ta historia ma potencjał… Choć z romansem jest lepsza. Słyszałam opinie, że książek priest nie należy czytać dla romansu, bo jest go w nich bardzo mało. Może i mało, ale za to najwyższej jakości! Ja jak najbardziej polecam tę serię romantykom szukającym bardziej subtelnego romansu z rozbudowaną fabułą.

sobota, 23 maja 2026

Outlander sezon 8 - pierwsze wrażenia

Jako że ostatni sezon Outlandera dobiegł końca, wrzucam ostatnią porcję moich opinii o odcinkach, pisanych na bieżąco w trakcie oglądania.


S08E01

Zaczyna się od tego, że Jamie i Claire poszukują informacji na temat pochodzenia Fanny. I o ile sama scena jest całkiem spoko, chociaż dziwne było, że Claire zabiła tego gościa, tak kompletnie nie rozumiem skąd ta ich pewność, że matka Fanny to jest ich Faith. No bo, pewnie, imię i fakt, że dziewczynka nuciła piosenkę nie ze swoich czasów to całkiem duży zbieg okoliczności, ale jednak Claire trzymała martwą córkę na rękach… Więc albo dalej idą w ten absurdalny wątek albo twórcy wciąż robią zmyłkę. Obie wersje są słabe w moim odczuciu. A bohaterowie powinni być bardziej sceptyczni. Za to fajna była scena jak Jamie i Claire wspominają poczęcie Faith, wzięta prosto z książki, ale przerobiona by pasowała do serialowej chronologii.

Fergus i Marsali. Super było ich zobaczyć, bardzo brakowało mi ich w poprzednim sezonie. Acz wygląda na to, że twórcy już szykują się, by zafundować im pewną tragedię z książki…

Powrót do Ridge. Widzę, że w serialu to nie Jamie wybudował nowy dom, tylko Ian z pomocą sąsiadów pod nieobecność bohaterów. Trochę szkoda, ale chyba nieuniknione przy takiem kondensacji fabuły.

Lord John i William. Amaranthus! Nie lubiłam tej postaci w książce, ale aktorka wypada bardzo spoko. Zastanawiałam się, jak ją wprowadzą, ale widzę, że zamiast Greyów szukających jej to ona znalazła Lorda Johna. W sumie zastanawia mnie czemu John ją przedstawił jako „wicehrabinę Grey”, skoro to nazwisko, nie tytuł. Raczej powinno być „wicehrabina Melton”… O, w książkach też tak jest, czyli o to mogę Gabaldon winić. I wygląda na to, że Halowi jednego syna wycięli, bo William mówi, że Ben i Henry byli dla niego jak bracia, a o Adamie nic nie wspomina… Ciekawe ile z tego wątku pojawi się w serialu. Mam wrażenie, że rozmowa o rezygnacji z tytułu też jest z książki, tylko, że tam zamiast Johna był Hal, ale nie mogę jej znaleźć żeby się upewnić…

Bree i Roger. McKenzie wrócili! I przywieźli książki! Super, że został wspomniany „Władca Pierścieni”. Chociaż scena powrotu była mało klimatyczna… Widzę za to, że naprawili coś, co mi w książce nie pasowało: Jamie widząc zdjęcie Franka w serialu od razu zwraca uwagę na jego podobieństwo do Jacka Randalla. Bo, owszem, w serialu ci dwaj byli dużo bardziej podobni, ale i tak brakowało mi tej uwagi w książce.

Dziwne, że zmienili męża Amy McCallum, w książce wyszła za Bobbiego Higginsa, za Evana Lindsaya. Trochę dziwna zmiana, ale przez to mam wrażenie, że nie pominą wątku Amy…

Jeśli chodzi o Cunninghamów… to nie do końca pamiętam o co chodziło z nimi w książce. Znaczy, wydaje mi się, że pani Cunningham została całkiem wiernie odwzorowana. Ale Kapitan Cunningham wydaje mi się sympatyczniejszy niż w książce, chyba. I wydaje mi się, że w książce nie zajmował się handlem? Tylko był kaznodzieją? Kurczę, jak wyjdzie dziesiąty tom to trzeba będzie reread zrobić. W każdym razie nie zdziwi mnie, jeśli znowu wytną wszystkie wątki związane z wiarą, lubię w książkach to jak wielowyznaniowe jest Fraser’s Ridge.

Ogólnie sporo było scen wziętych z książki i dopasowanych tak, żeby pasowały do serialu. Szkoda trochę tego jak wiele pomijają, ale na tym etapie już do tego przywykłam. Odcinek oglądało się całkiem przyjemnie.

Krótki komentarz jak na mnie, ale po prostu „Powiedz pszczołom, że odszedłeś” to ta jedyna książka w serii, której nie znam na pamięć, więc nie mam za bardzo porównania.

A na koniec jestem ciekawa, czy w tym sezonie pojawi się polski akcent, czy go też wytną.

sobota, 16 maja 2026

Stars of Chaos 4 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 4
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Podczas misji mającej na celu zbadanie sprawy korupcji na południu Chang Geng wpada w kłopoty. Tymczasem jego imię zostaje zamieszane w spisek mający na celu zamach na cesarza. Jednak konflikty wewnętrzne to nie jedyny problem Wielkiego Liang: Osiemnaście Plemion wciąż pragnie zemsty, a armia papieża zbiera siły do ponownego ataku.

Z przykrością stwierdzam, że ten tom nie utrzymał poziomu poprzednika. Znaczy, nie jest źle, ale tom trzeci podniósł moje oczekiwania, a czwarty po prostu ich nie udźwignął.

Przede wszystkim za dużo w tym tomie było Gu Yuna przybywającego na ratunek, zwłaszcza w początkowych rozdziałach. Jeszcze, żeby te wydarzenia rozgrywały się mniej więcej w tym samym regionie, ale nie, miałam wrażenie jakby odległość nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a Gu Yun teleportował się z miejsca na miejsce. Miałam flashbacki z ostatniego sezonu „Gry o tron”, a to nigdy nie jest komplement.

Drugi zarzut mam do wątku Osiemnastu Plemion. Jak na wątek, który w sumie rozpoczął całą fabułę tej serii, to zakończenie było jakieś takie niesatysfakcjonujące. Prawdopodobnie przez to, że obyło się praktycznie bez udziału głównych bohaterów. I o ile cieszę się, że postacie poboczne dostały szansę by zabłysnąć, a ostatnie chwile Wilczego Króla były naprawdę ciekawie opisane, tak pozostał pewien niedosyt. No i fakt, że całkowicie nie wykorzystano postaci drugiego wu’ergu, aż się zastanawiam po co w ogóle wprowadzono tę postać.

Trochę też rozczarował mnie wątek generała Shen Yi i panny Chen, spodziewałam się chyba trochę więcej interakcji między tą dwójką. Ja wiem, że to wątek całkowicie poboczny, ale wolałabym żeby trochę bardziej autorka go rozbudowała, żeby to nie było tak jednostronne uczucie ze strony pana generała. Zwłaszcza, że ja bardzo lubię, kiedy w gejowej książce dostaje romans hetero na drugim planie. Zresztą tak samo w drugą stronę, ot, taka moja przewrotna natura. A biorąc pod uwagę, co pani doktor i pan generał muszą przechodzić z parą głównych bohaterów, to naprawdę należy im się odrobina szczęścia.

No, a teraz przejdźmy do rzeczy, które mi się podobały, żeby nie było, że ze mnie taka maruda.

Ogólnie cały wątek z zamachem na cesarze, wyjąwszy teleportującego się Gu Yuna, mi się podobał. Bardzo fajnie przedstawiono ten spisek. W ogóle sama postać cesarza coraz bardziej mi się podoba, to jak z jednej strony polega na Gu Yunie i bracie, a z drugiej zżera go paranoja. Chang Geng jest na tyle tajemniczy, że nikt nie jest pewny jego prawdziwych motywów, a to jak blisko są z Gu Yunem sprawia, że i lojalność marszałka staje pod znakiem zapytania.

Wciąż niesamowicie podoba mi się przyjaźń Gu Yuna i Shen Yi, a teraz kiedy Shen Yi się zakochał, to Gu Yun ma prawdziwe używanie.

Podobało mi się, że zarówno Barbarzyńcy jak i Daleki Zachód nie zostali przedstawieni jako monolity, że te nacje, tak samo jak Wielkie Liang zmagają się z konfliktami wewnętrznymi. Wilczy Król pragnie zemsty, lecz jego lud jest już zmęczony ciągłą wojną, zwłaszcza, że kraj nęka klęska głodu. Zaś wśród z Zachodu coraz wyraźniej widać konflikt interesów między papieżem a królem.

Chang Geng i Gu Yun to dalej bardzo fajna para, choć przez większość czasu nie przebywają razem. Chyba to mi się w tej serii tak bardzo podoba: romans, choć zdecydowanie istotny, zajmuje bardzo mało miejsca. Dużo w tym tomie chorowania, zresztą, jak w całej serii. Ja chyba powinnam pić kielona za każdym razem jak Gu Yun albo Chang Geng są ranni/chorzy… Znaczy, nie uważam tego za wadę, zwłaszcza, że wprowadza to nastrój przemijania… Stan zdrowia Gu Yuna pogarsza się z każdą chwilą, podczas gdy jest on gwarantem stabilności psychicznej Chang Genga. Dostajemy w tym tomie też dodatkowe informacje o wu’ergu.

Ogólnie, jest to trochę słabszy tom, ale czytało mi się go bardzo szybko, nie tylko dlatego, że był krótki. Serię dalej polecam.

środa, 6 maja 2026

Stars of Chaos 3 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 3
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Jako, że ta seria to ciągła historia, to ostrzegam, że spoilery do poprzednich tomów w poniższej recenzji latają nisko (będzie padać!).

Armia Dalekiego Zachodu oblega stolicę. Jednak sama obrona stolicy nie wystarcza. Wielkie Liang straciło w wojnie wiele: część ziem dostała się pod obce panowanie, skarbiec świeci pustkami, a zapasy fioletowego złota, szczególnie potrzebnego w tych ciężkich czasach skurczyły się drastycznie. Gdy marszałek Gu Yun rusza bronić granic kraju, książę Yan robi wszystko, by ustabilizować sytuację gospodarczą w kraju.

Oj, dzieje się w tym tomie dużo. Są bitwy, są intrygi dworskie, ale jest też miejsce na rozwój bohaterów i relacji między nimi. Ciężko było się oderwać od lektury.

Bardzo podobało mi się jak w tym tomie jest poprowadzona postać Chang Genga. Obserwowanie drogi od księcia w ogóle niezainteresowanego polityką do praktycznie zbawcy narodu było bardzo satysfakcjonujące. Zdobywanie coraz większych wpływów na dworze, zarówno ciężką pracą jak i podstępem. Właśnie ta polityczna część powieści okazała się najbardziej zajmująca. Pozwoliło to też na rozwinięcie bohatera w oderwaniu od romansu, co bardzo pomogło w wyrównaniu dynamiki w tej relacji.

Poza intrygami politycznymi duże znaczenie ma też wątek klątwy. Dowiadujemy się więcej o tym jak działa wu’ergu i czym właściwie jest. Poznajemy też przeszłość Chang Genga i okazuje się, że chłopak może faktycznie nie być tym, za kogo wszyscy go mają. Wpływ wu’ergu każe mieć wątpliwości, czy książę naprawdę jest tak bezinteresowny w swoich działaniach, jak to się wydaje.

Postać Gu Yuna też przechodzi przemianę. Jego zdrowie cały czas się pogarsza, zwłaszcza, że dwa razy w tym tomie zostaje on poważnie ranny… Staje się on z wiekiem coraz bardziej refleksyjny. Co prawda tylko w środku, na zewnątrz cały czas pokazuje tą samą bezwstydną twarz. I niech ktoś temu mężczyźnie zabierze flet, bo w jego rękach to zabójcza broń! Poznanie prawdy o truciźnie trawiącej Chang Genga sprawia, że Gu Yun musi zmierzyć się z własnymi uczuciami…

W tym tomie w końcu romans zaczyna się na dobre. I muszę powiedzieć, że ten wątek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Sięgając po tę serię miałam duże wątpliwości co do tego, jak będzie wyglądać relacja między głównymi bohaterami, biorąc pod uwagę, że w pewnym sensie są „ojcem” i „synem”. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że absolutnie uwielbiam ich jako parę. Jest to bardzo delikatny relacja, dużo tu czułości i romantyzmu, ale takiego subtelnego. Scen erotycznych nie ma. Znaczy, seks jest, ale za zamkniętymi drzwiami. W sumie fascynujące jest to jak bardzo kinky potrafią być bohaterowie książek priest pomimo tego, że nie pisze ona erotyki. Podoba mi się, że autorka zadbała o to, by bohaterowie mieli życie poza swoją relacją, by nie byli od siebie zależni. Owszem, ich relacja zahacza o tabu, ale bardziej w kwestii tego jak jest postrzegana przez innych, a nie, że jest jakoś szczególnie problematyczna.

W dalszym ciągu uważam, że przyjaźń Gu Yuna z generałem Shenem jest najlepszą relacją w powieści. Shen Yi jest absolutnie wspaniały w roli piątego koła u wozu i uwielbiam to, jak on ma dość tych dwóch momentami, a zwłaszcza Gu Yuna. Do tego w tym tomie generał dostał swój własny wątek i jest go zdecydowanie więcej.

Pozostali bohaterowie drugiego planu może nie wybijają się aż tak bardzo, ale są na tyle wyraziści, że nie da się ich pomylić i łatwo ich zapamiętać.

Bardzo ważny w tym tomie jest motyw troski o ojczyznę, co w sumie jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że bohaterami są książę i wojskowy, a cała historia jest o obcej inwazji. Niezmiennie bawi nazywanie ludzi z Dalekiego Zachodu „włochatymi małpami”.

Uwielbiam poczucie humoru w książkach priest. Nie raz w trakcie czytania śmiałam się na głos.

Ciekawą rzeczą, jaką zauważyłam w trakcie czytania, jest to jak często pojawiają się cytaty i nawiązania do klasycznej literatury chińskiej. I to nie jako wtrącenia, ale normalnie jako część narracji.

Jak do tej pory był to najlepszy tom serii. Czytało się to niesamowicie przyjemnie, a bohaterów ciężko nie pokochać. Zdecydowanie polecam.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Stars of Chaos 2 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 2
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Jako, że „Stars of Chaos” to bardziej jedna długa powieść, nie da się pisać o tomie drugim bez zdradzenia chociaż trochę z poprzedniej części. Dlatego tych, którzy chcą uniknąć spoilerów tu jest link do recenzji tomu pierwszego. A całą resztę zapraszam do lektury.

Od wydarzeń z poprzedniego tomu minęły cztery lata. Cesarz umacnia swoją władzę nad wojskiem co spotyka się ze sprzeciwem generałów. Sytuacja zaognia się zwłaszcza na południowej granicy, na Wielkie Liang pada groźba rebelii. Los sprawia, że ponownie przecinają się drogi Chang Genga i Gu Yuna.

Chang Geng bardzo wydoroślał w ciągu tych czterech lat. Konieczność panowania nad morderczymi instynktami sprawiła, że młodzieniec umie zachować zimną krew w każdej sytuacji. No, prawie każdej.

Romans w tym tomie zajmuje trochę więcej miejsca niż w poprzednim, acz wciąż jest jednostronny. Mamy tu do czynienia ze slow burn, przy czym Chang Geng burn, a Gu Yun jest slow. Jest bardziej gejowo niż w poprzedniej części, w końcu Chang Geng jest już dorosły. Jego uczucia też w końcu wychodzą na jaw. Tylko, że Gu Yun dalej widzi w nim tylko syna. Podoba mi się też, że jednak homoseksualizm nie jest tutaj traktowany jako orientacja domyślna, co często się zdarza w przypadku BL.

A Gu Yuna jest tu więcej niż w poprzednim tomie. O ile w pierwszej części protagonistą był wyraźnie Chang Geng, tak w tym tomie mam wrażenie, że przez większość czasu śledzimy perspektywę Gu Yuna. Dowiadujemy się więcej o jego przeszłości. Mam mieszane uczucia względem sugestii, że jego wzrok i słuch da się wyleczyć, acz wygląda na to, że nawet jeśli, to nie całkowicie bez konsekwencji, więc mam wiarę w autorkę.

Jak w poprzednim tomie narzekałam na imperializm i moralność Kalego, tak w tym tomie wychodzi na to, że to był element charakteryzacji postaci. Gu Yun z wiekiem trochę zmienia podejście, acz nie jakoś drastycznie. W każdym razie, autorka się wybroniła w tej kwestii.

Bardzo mi się spodobał wątek konfliktu między cesarzem a Gu Yunem. O ile Gu Yun nie miał najmniejszego zamiaru podważać władzy cesarskiej, tak sam fakt rozdzielności władzy wojskowej od cywilnej mógł cesarza niepokoić. Zwłaszcza, że generałowie zdają się być bardziej skorzy do słuchania rozkazów marszałka. I nawet jeśli cesarz wykazywał do pewnego stopnia paranoję, a jego decyzje były katastrofalne w skutkach, to całkowicie rozumiem pobudki. Wątek jak dla mnie logiczny i wprowadzający ciekawą dynamikę.

Postaci pobocznych było w tym tomie mniej i nie były tak wyraziste. Moi ulubieńcy z poprzedniego tomu, czyli Ge Pangxiao i Cao Niangzi pojawili się tylko na chwilę, przy czym ten drugi przestał się ubierać jak dziewczyna… Smuteczek. Za to muszę powiedzieć, że absolutnie uwielbiam przyjaźń między Gu Yunem a Shen Yi.

Początkowo czytanie tej części szło mi dość opornie. Podejrzewam, że po prostu nie mogłam się w czuć w historię przez ten przeskok czasowy. Na szczęście jakoś od połowy historia nabiera tempa, zarówno pod względem relacji między bohaterami jak i samej fabuły. A ta pod koniec nabiera skali, której spodziewałabym się po końcówce serii, a nie drugim z pięciu tomów.

Okropnie brakuje mi w tej serii mapy. Samo Wielkie Liang jest, jak nazwa wskazuje, wielkie. W końcu to Chiny-nieChiny. A akcja potrafi przenosić się w różne regiony tego kraju. W dodatku coraz większe znaczenie dla fabuły mają kraje graniczące z Liang. O ile nie jest to jakoś bardzo skomplikowane i da się to spokojnie ogarnąć, to miło by było móc zerknąć sobie od czasu do czasu na mapę.

Trochę rozczarowana też jestem też tym, że ilustracje robiła inna osoba niż w pierwszym tomie. Dalej są ładne, ale żadna nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia.

Ogólnie, o ile uważam ten tom za trochę wolniejszy niż poprzedni, to seria jak na razie nie zawodzi. Jest ciekawie, relacja bohaterów rozwija się w interesujący sposób, a intrygi są odpowiednio intrygujące.

sobota, 11 kwietnia 2026

Stars of Chaos 1 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 1
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Jako, że liczba złych książek przeczytanych przeze mnie w ostatnim czasie osiągnęła masę krytyczną, postanowiłam zrobić sobie okłady z gejów i przeczytać coś, co faktycznie sprawi mi przyjemność. No i padło na serię „Stars of Chaos” priest, autorki bardzo lubianego przeze mnie „Guardiana”.

Trzynastoletni Chang Geng dorastał w ubogim mieście Yanhui, na granicy Wielkiego Liang z ziemiami Barbarzyńców. Podtruwany przez matkę chłopak spędza czas na nauce i opiece nad niepełnosprawnym przybranym ojcem. Jednak podczas ataku Barbarzyńców okazuje się, że całe jego dotychczasowe życie było kłamstwem… Życie nastolatka wywraca się do góry nogami, gdy ten wyrusza wraz z przybranym ojcem do stolicy cesarstwa.

Bardzo ważną rolę w tej powieści pełni fioletowe złoto – rodzaj paliwa, dzięki któremu Wielkie Liang osiągnęło swoją pozycję. Technologia w tym świecie jest w bardzo steampunkowym stylu, dużo tu pary i kół zębatych. Po prostu fioletowe złoto jest bardziej wydajnym paliwem niż węgiel, choć urządzenia na kotły węglowe też się pojawiają. Kto ma fioletowe złoto, tan ma władzę, dlatego paliwo to nie jest czymś co można normalnie kupić, dostaje się je z przydziału. Oczywiście czarny rynek kwitnie, a okoliczne kraje rywalizują o dostęp do tego paliwa.

Sam świat, mimo fantastycznej technologi bardzo przypomina nasz. Od razu można dostrzec, że Wielkie Liang to Chiny, Barbarzyńcy to Mongołowie, są odpowiedniki Japonii i Europy. Trochę razi mnie, jak stronniczo została przedstawiona polityka zagraniczna w powieści. Chodzi głównie o to, że gdy Wielkie Liang podbija okoliczne narody, to jest to przedstawione jako coś dobrego, zaś kiedy inne narody chcą choćby tylko odzyskać swoje dawne tereny to jest to niesłychana zbrodnia. Taka moralność Kalego w wydaniu imperialnym.

Chang Geng jak na razie jest całkiem typowym protagonistą. To po prostu bardzo pracowity dzieciak, który niekoniecznie odnajduje się w swojej nowej pozycji cesarskiego syna. Ale to dopiero początek historii, a już zasygnalizowano wątki, które mogą poprowadzić tego bohatera w ciekawym kierunku. Przede wszystkim: trucizna, którą truła go matka, a która ma wywołać u niego szaleństwo. I już pierwsze oznaki tego szaleństwa widać. Chłopak ma koszmary senne i problemy z zaufaniem, ale co się dziwić, też byście mieli jakby matka przez całe wasze życie próbowała dokonać spóźnionej aborcji…

Gu Yun, czyli rzeczony przybrany ojciec jest typem postaci, który absolutnie uwielbiam w chińskich powieściach. Facet nie ma za grosz wstydu, słowa „skromność” to on nawet w słowniku nie widział. Podoba mi się w jaki sposób autorka przedstawiła jego niepełnosprawność. Gu Yun niedowidzi i niedosłyszy, co faktycznie ma wpływ na jego funkcjonowanie. Owszem, bierze lek, który pozwala na zniwelowanie jego dolegliwości, ale remedium to też ma swoje ograniczenia i skutki uboczne. A jednocześnie Gu Yun jest świetnym wojownikiem i dowódcą. I jest bardzo inteligentny.

Romansu w pierwszym tomie prawie nie ma. Na szczęście, biorąc pod uwagę wiek i dynamikę między bohaterami. Gu Yun widzi Chang Genga tylko jako syna, dzieciaka pod jego opieką. Chociaż jeśli chodzi o to całe ojcowanie to jest w tym beznadziejny, ale co się dziwić, chłop ma niewiele ponad dwadzieścia lat. Za to Chang Geng… Cóż, powiem tylko, że ma mokre sny o swoim przybranym ojcu. Wzmianek o jego zauroczeniu nie ma jednak zbyt wiele i są dość subtelne. Trochę martwię się jak w przyszłych tomach wypadnie to przejście z relacji ociec-syn na romans… Na szczęście różnica wieku między bohaterami nie jest jakoś tragicznie duża, zaledwie 7-8 lat, a większość czasu spędzają oni z dala od siebie, więc to nie tak, że Gu Yun ma jakikolwiek wpływ na wychowanie młodego.

Pozostali bohaterowie też są świetni. Uwielbiam bromance między Gu Yunem a Shen Yi, jego prawą ręką. Dużo humoru wnoszą Ge Pangxiao i Cao Niangzi, dwaj chłopcy z Yanhui, którzy nie odstępują Chang Genga na krok. Pierwszy to przypominający prosiaka syn rzeźnika, a drugi crossdresser mający słabość do przystojnych mężczyzn. Ważną rolę odgrywa też Liao Ran, przystojny wędrowny mnich, który złożył śluby milczenia, należy do tajemniczej organizacji i zdecydowanie za małą wagę przywiązuje do higieny osobistej.

Dużo w tej książce humoru. Autorka bardzo często sceny absolutnie absurdalne opisuje górnolotnym stylem, co dodatkowo dodaje komizmu. Dialogi też miejscami są przezabawne. Ogólnie, lubię chińskie poczucie humoru, a w wykonaniu priest to już całkowicie trafia w mój gust.

Książkę czytałam po angielsku, więc moje zdolności językowe nie do końca pozwalają mi ocenić jakość tłumaczenia, ale czytało się przyjemnie i płynnie. Miejscami irytowało mnie w jaki sposób były dzielone słowa przy przenoszeniu do kolejnego wersu, ale może być przez to, że jestem przyzwyczajona do polskiego podziału na sylaby, nie mam pojęcia czy nie było to tu zrobione poprawnie.

Książka nie ma typowej struktury powieści, jak to zwykle w papierowych wydaniach webnovel, widać, że to tylko wycinek większej całości. Ale nie kończy się w środku akcji, tylko po rozwiązaniu konkretnego wątku, zamyka pewien etap w życiu bohaterów, więc o ile zakończenie jest otwarte, tak nie urywa się w pół zdania.
Ogólnie bardzo przyjemna lektura, jeśli ktoś lubi klimaty chińsko-gejowe to bardzo polecam.

czwartek, 2 kwietnia 2026

Bride - Ali Hazelwood (BZK)

Tytuł: Bride
Cykl: Bride
Autor: Ali Hazewood
Wydawnictwo: Muza
Gatunek: romantasy

Kontynuuję wątpliwą przyjemność płynącą z czytania książek w ramach BZK. Tym razem na tapet biorę „Bride” Ali Hazelwood. I tak się składa, że jest to piąta książka o wilkołakach jaką przeczytałam w tym roku. I zdecydowanie nie działa to na korzyść tej powieści.

Wampiry i wilkołaki od stuleci są wrogami. Misery Lark, córka wpływowego wampirzego polityka większość swojego życia spędziła jako Gwarantka, zakładniczka mająca zagwarantować pokój między wampirami i ludźmi. A po zakończeniu swojej kadencji w tej roli postanowiła pozostać na terytorium ludzi pod fałszywą tożsamością. Teraz zaś jej ojciec chce, by poślubiła Alfę wilkołaków, co ma zapewnić pokój między ich gatunkami. Misery się zgadza, ale tylko dlatego, że szuka zaginionej przyjaciółki, a jedyny trop jaki ma prowadzi do jej przyszłego męża…

Zawiązanie fabuły jest idiotyczne. Kompletnie nie rozumiem co miało na celu to małżeństwo, zwłaszcza, że od początku jest podkreślone, że będzie trwać ono zaledwie rok. A nikt nie oczekuje od bohaterów, że będą się zachowywać jak prawdziwe małżeństwo. Dlaczego nie mogła to być zwykła wymiana zakładników? Zwłaszcza, że do wampirów faktycznie w zamian za Misery trafia zakładniczka… No nie ma to sensu.

Sensu za bardzo nie ma też świat przedstawiony. Wszyscy zachowują się, jakby o zwyczajach i możliwościach pozostałych dwóch gatunków nie mieli bladego pojęcia. A przecież wampiry, ludzie i wilkołaki, nawet jeśli żyją na osobnych terytoriach, to jednak w miarę blisko siebie, utrzymują stosunki dyplomatyczne, toczą WOJNY! Kurczę, przecież zwłaszcza w konfliktach trzeba wiedzieć jak najwięcej o przeciwniku! I kompletnie nie kupuję świata, w którym to wampiry są najsłabszym gatunkiem, sorry. Owszem, niby jedyną przewagą ludzi jest tylko liczebność, ale kurczę… No i jasne, to jest romans, nie oczekuję jakiegoś rozbudowanego światotwórstwa, ale niech ono przynajmniej ma sens. A, wspominałam, że wampiry w tym świecie mają fioletową krew, a wilkołaki zieloną? O czym autorce (albo tłumaczce) zdarza się regularnie zapominać… Same funkcjonowanie wilkołaków trochę przypomina mi Homowilkołaki… znaczy serię „Green Creek”… Tylko tam to miało więcej uroku, no i bohaterowie jednak ciągnęli tamtą serię...

A jeśli już o bohaterach mowa...

Mizeria… znaczy Misery jest zwyczajnie głupia. Już nawet pomijam to ile czasu zajęło jej ogarnięcie, co myśli o niej jej mąż, bo to jeszcze dałoby się ograć jako zabawne. Znaczy, tu nie wyszło, ale można! Tak, patrzę na was, Homowilkołaki… Problem z Mizerią… Misery jest taki, że ona coś usłyszy z niewiarygodnego źródła, drugie tyle sobie dopowie i przyjmie to za fakt. A na końcu okazuje się, że nic z tego nawet koło prawdy nie stało. Dodatkowo Mizeria nic nie wie o wilkołakach, poza kilkoma stereotypami, które nie mają żadnego pokrycia z rzeczywistością. O wampirach też wie niewiele, bo w sumie od dziecka była Gwarantką na terytorium ludzi, więc ze swoim ludem spędziła jedynie dzieciństwo. Za to o ludziach też prawie nic nie wie, chociaż spędziła wśród nich większość życia i w sumie jej przeżycie zależało od dostosowania się do warunków. Czy ma to jakiś sens? No nie ma! A jednocześnie autorka próbuje wmówić czytelnikowi, że Mizeria jest inteligentna i super zna się na komputerach. I o ile w to drugie to jeszcze jestem w stanie uwierzyć, tak dowodów na domniemaną inteligencję Mizerii nie znalazłam.

Lowe jest już lepszą postacią, głównie przez to, że jest go na kartach powieści po prostu mniej. Wydaje się spoko gościem. Chociaż pod koniec książki jego IQ spada do poziomu małżonki i dostajemy dramę, jakiej nie powstydziłaby się brazylijska telenowela. I to kompletnie niepotrzebną, dodam.

Ich relacja nie wzbudziła we mnie zachwytów, ale większość ich wspólnych scen była raczej poprawna. Taki przeciętny romans. Nic porywającego, ale pod tym względem nie miałam ochoty rzucać książką.

Poza główną parką istotniejsze role odgrywają Ana, sześcioletnia siostra Lowe’a, która szybko się przywiązuje do Mizerii, zresztą z wzajemnością; Owen, brat Misery, który łysinę odziedziczył po matce, ale ma włosy; oraz Serena, jej zaginiona przyjaciółka. O jeszcze parę postaci trzeciego planu. Raczej nikogo, do kogo można by się przywiązać. Ot, są.

Autorka wykazuje niesamowitą awersję do scen akcji. Jak tylko ma się zadziać coś ciekawego, to kończy rozdział, a w następnym jest już po sprawie.

Niestety, nie wykazuje podobnej niechęci do scen seksu… Tych jest ciut za dużo na mój gust, plus nie są zbyt dobrze napisane. Nie wiem, może to ze mną jest coś nie tak, ale nie rozumiem konceptu „dirty talk”, a to w wykonaniu Lowe’a szczególnie przyprawiało mnie o ciary żenady. Plus węzeł… Może nie będę miała po tym traumy, w końcu przeżyłam już dupokręt, ale wciąż… To nie było coś co chciałam sobie wyobrażać. Fakt, że dla wampirów picie krwi, poza byciem jedyną formą posiłku jaką przyjmują, ma też aspekt seksualny też nie pomaga… Nikt im nie mówił, żeby nie bawić się jedzeniem?!

Tłumaczenie… Nie wiem co tu się zadziało. W tekście jest masę kalek z angielskiego, momentami musiałam się zastanawiać jak dane zdanie brzmiało po angielsku, żeby zrozumieć o co chodzi. A bardzo łatwo było zgadnąć jak było w oryginale, tak dosłowne jest to tłumaczenie. I nie, to nie jest komplement.

Ma tle reszty książek z Booktouru Złych Książek ta pozycja nie wypada najgorzej. Ba! Jest jedną z lepszych. Co nie znaczy, je jest dobra. Okrutnie mnie zmęczyła. Od biedy można przeczytać, jak ktoś lubi romanse o wampirach i/lub wilkołakach, ale raczej nie zachwyci.

Muszę zrobić przerwę od BZK i przeczytać coś fajnego.

wtorek, 31 marca 2026

Fate/Strange Fake - anime

Tytuł: Fate/Strange Fake
Rok produkcji: 2026
Kraj produkcji: Japonia
Gatunek: anime, urban fantasy

„Fate/Strange Fake” to adaptacja light novel autorstwa Ryohgo Narity, znanego z takich tytułów takich jak „Durarara!!” czy „Baccano!”, osadzona w uniwersum Nasuverse stworzonym przez Kinoko Nasu, w skład którego wchodzą takie produkcje jak „Fate/Stay Night”, „Tsukihime”, „Puste Granice” czy „Witch on the Holy Night”. A tak się składa, że jestem akurat wielką fanką tego uniwersum, więc nie mogłam odmówić sobie poznania kolejnej historii w nim osadzonej. Czy było warto?

Snowfield, USA. Mag Faldeus na polecenie rządu Stanów Zjednoczonych próbuje odtworzyć Wojnę Świętego Graala, rytuał w którym magowie, nazywani mistrzami przywołują Sługi, Duchy Bohaterów znanych z historii, przypisanych do siedmiu klas, w celu zdobycia spełniającego życzenia Graala. W klasycznej wersji rytuału powinno brać udział siedem takich par, jednak w fałszywej wojnie stworzonej przez Faldeusa klas jest tylko sześć. Szybko jednak się okazuje, że ta fałszywa wojna jest jedynie katalizatorem do wywołania prawdziwej, w efekcie czego do Snowfield zostaje przywołanych trzynastu Sług.

Historia jest całkiem skomplikowana. Mamy tu kilka stronnictw, część ze sobą współpracuje i ma wspólne interesy, ale równie często te interesy są sprzeczne. Za całą wojnę odpowiada rząd amerykański, udział bierze zarówno policja, jak i mafia. Dodatkowo do konfliktu dołącza młoda przywódczyni rdzennej ludności pragnąca odzyskać Snowfield dla swojego ludu. Do tego mamy najemnika, który nie ma żadnych pragnień, wampira oraz wilka. W wojnę zostaje też zamieszana tajemnicza dziewczyna, która sama nie wie kim jest, za to ucieka przed postacią w czerwonej pelerynie. Jednym z Mistrzów okazuje się też kilkuletnia dziewczynka w śpiączce, która przyzwała coś czego nie powinna. Do tego jeszcze młody mag, tak potężny, że byłby potworem, gdyby jego jedynym celem nie było zaprzyjaźnić się z każdym. Kościół wysyła do Snowfield jako nadzorcę księdza cyborga, a z ramienia Stowarzyszenia Magów wojnę monitoruje Wawer Velvet, Mistrz ocalały z Czwartej Wojny Świętego Graala w Fuyuki. A wojna coraz bardziej zaczyna przypominać eksperyment, ku uciesze Francesci Prelati, szalonej magini, która przyzwała samą siebie. A na dokładkę w to wszystko wtrąca się mezopotamska bogini miłości.

Innymi słowy: dzieje się. Dzieje się bardzo dużo. Zarówno Mistrzowie jak i Słudzy biorący udział w tej Wojnie Świętego Graala ją niezwykle potężni. To już nie jest ten Fate, w którym przeciwnicy bili się po nocy w tajemnicy. Tutaj konflikt jest praktycznie na skalę atomową.

Postaci jest tu naprawdę wiele, a mimo to nie zlewają się w jednolitą masę. Wręcz przeciwne, to naprawdę wyraziste charaktery. Najbardziej do gustu przypadł mi Ryszard Lwie Serce, sługa klasy Szermierz. Bardzo charyzmatyczny fan króla Artura, który potrafi zwykły patyk zmienić w Excalibura, rozmawia z przyjaciółmi, których widzi tylko on, a do tego zostaje fanem rock’n’rolla. A jednocześnie twórcy nie zapominają o mroczniejszej stronie jego historii. A drugą moją ulubioną postacią jest Flat, mag biorący udział w wojnie tylko po to, by zaprzyjaźnić się z Bohaterami. Poważnie, ten gość przyzwał Kubę Rozpruwacza i stwierdził, że ten wydaje się dobrym człowiekiem… I w sumie długo by wymieniać wszystkich bohaterów i relacje między nimi. W skrócie, jest ciekawie i przyjemnie jest obcować z tą zgrają. Widać, że Ryohgo Narita umie pisać historie z wieloma postaciami, co już zresztą udowodnił w Durarara!!”

Produkcja ta ma bardzo wysoki próg wejścia. Innymi słowy, bez znajomości przynajmniej kilku innych tytułów z Nasuverse widz nie ma czego tu szukać. Powiedziałabym, że absolutnym minimum, które trzeba znać przed zaczęciem „Fate/Strange Fake” są „Fate/Stay Night” i „Fate/Zero”, zwłaszcza to drugie, bo nawiązań do tej serii jest najwięcej, pojawiają się nawet flashbacki. Pewnie dlatego, że w czasie, gdy light novel zaczynało wychodzić „Zero” było najświeższym tytułem w uniwersum. Ale poza tym przydałoby się też znać „Fate/Hollow Ataraxia”, „Lord El-Melloi II’s Case Files” oraz „Tsukihime” dla lore wampirów w tym świecie. No i jeszcze pewnie jeszcze kilka tytułów dla drobniejszych easter eggów.

A tych jest naprawdę sporo, nie bez powodu „Fate/Strange Fake” jest często nazywane oficjalnym fanfikiem. I w tym przypadku jest to komplement. Widać, że autor kocha to uniwersum, a jednocześnie umie się nim bawić. A animatorzy dorzucili też od siebie sporo, te wszystkie historyczne obrazy przedstawiające przeszłość bohaterów, te nawiązania wizualne do innych tytułów z uniwersum… Po prostu widać ile serca włożono w tę produkcję.

Wizualnie seria jest piękna. Kompozycja kadrów potrafi miejscami zachwycić, animacja jest płynna, a kreska bardzo przyjemna. Projekty postaci są świetne, charakterystyczne, ale nie przerysowane.

No i oprawa dźwiękowa! Bo oczywiście muzyka jest przecudowna, w końcu Hiroyuki Sawano to klasa sama w sobie. Dużo tu kawałków wokalnych, które idealnie pasują do postaci i wydarzeń na ekranie. I jak nie przepadam za rapem, tak opening naprawdę pozwala poczuć klimat Ameryki pierwszej dekady XXI wieku.

I w sumie byłaby zachwycona tą produkcją, gdyby stała na własnych nogach. Niestety, tak nie jest. Anime ekranizuje 6 tomów light novel w zaledwie 14 odcinków, z których tylko jeden trwa 40 minut, reszta zaledwie 20. I widać, że wiele z tej historii wycięto. Montaż scen jest typowy bardziej dla filmów anime niż seriali, twórcy starali się przekazać jak najwięcej informacji za pomocą symboliki audiowizualnej. I nie powiem, to się świetnie ogląda. Problem w tym, że nie raz po prostu nie rozumiałam co się dzieje na ekranie i dlaczego się dzieje. A wiele byłam sobie w stanie dopowiedzieć znając to uniwersum. Poza tym, ta historia by emocjonalnie lepiej działała, gdyby dano jej trochę przestrzeni na oddech.

Ten sezon to mniej więcej połowa historii, ale już wiadomo, że będzie kolejny. A jako, że ostatni, dziesiąty tom light novel ma wyjść latem tego roku, to drugi sezon powinien zamknąć całość.

Bawiłam się świetnie, wiele w tym anime jest elementów, za które pokochałam świat Nasuverse. Czy polecam? No nie do końca. Polecam tym, którzy już są fanami Nasuverse, albo chociaż samej Fate’owej jego części, jako próbkę przed przeczytaniem light novel bądź uzupełnienie po. Ale jako pierwszy kontakt z tym uniwersum? Nie, zacznijcie lepiej od „Fate/Stay Night” i „Fate/Zero”. A jak już będziecie wiedzieć z czym to się je to tu wróćcie.

piątek, 20 marca 2026

Princesa. Przypomnij mi dni, które straciliśmy - Marcelina Świątek (BZK)

Tytuł: Princesa. Przypomnij mi dni, które straciliśmy
Cykl: Princesa
Autor: Marcelina Świątek
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

W normalnych warunkach bym na pewno po tę książkę nie sięgnęła. Pierwszy tom był po prostu zły, a drugi nie zapowiadał się lepiej. Ale, że BZK rządzi się swoimi prawami, twardym trzeba być nie miętkim, tak więc zmęczyłam i tę część.

Książka zaczyna się mniej więcej od tego, czym skończyła się poprzednia: Rosalie wskutek wypadku samochodowego straciła pamięć. Jako, że teraz William jest dla niej obcym człowiekiem, dziewczyna przeprowadza się z powrotem do rodziców. Kiedy w jej życiu znowu pojawia się Paul, który przedstawia jej inną wersję wydarzeń niż William, Rosalie nie wie komu może zaufać.

Zacznę od zalet tej książki. A właściwie zalety. Jest krótka, nie ma nawet dwustu stron. I to tyle.

A wady… Przede wszystkim fabuła tej książki to kilka niezwiązanych ze sobą wątków posklejanych na ślinę. Co gorsza, z większości z nich nic nie wynika.

Okazuje się, że w wypadku Rosalie straciła nie tylko pamięć, ale i dziecko. Co to zmienia w historii? Kompletnie nic, bo żadne z dwójki głównych bohaterów o tym nie wiedziało wcześniej.

Paul, który chce wykorzystać amnezję dziewczyny, by zdobyć jej względy? W sumie wątek, który zapowiadał się na główną oś fabuły zostaje rozwiązany bardzo szybko jedną rozmową. Już nie mówiąc o tym, że kompletnie bez znaczenia pozostał fakt, że w poprzednim tomie Stacy się w nim podkochiwała. Nie, wszyscy, łącznie z autorką o tym zapomnieli.

Kuzynka Williama, którą Rosalie wzięła za jego kochankę, przez co miała wypadek? Kolejny wytrych fabularny, ona się nawet nie pojawia osobiście, tylko jest wspomniana żeby była drama! Bo oczywiście Rosalie musi myśleć, że mąż ją zdradza.

Uzależnienie bohaterki od energetyków? Jak by ten wątek nie był absurdalny, to w tym tomie sprowadza się jedynie do tego, że ona lubi ten smak i w sumie z raz ją w sercu kłuje. Ale dlaczego nikt jej nie powiedział, że nie powinna tego pić? Rodzice? Lekarze? William?! Kurczę, przecież od tego może jej życie zależeć! W ogóle o depresji i myślach samobójczych bohaterka też zapomniała. Bardzo wygodne.

Dostajemy informację, że rodzice Rosalie nią manipulują i ją wykorzystują. Tylko nic w fabule tej książki tego nie potwierdza. Najbardziej jaskrawym przykładem tego „wykorzystania” jest scena, w której matka dziewczyny PROPONUJE jej sesję fotograficzną do magazynu. Nie każe, nie zmusza. Tylko mówi jej, że jakby chciała to dostała propozycję. No niesamowita manipulacja!

Sam wątek amnezji do niczego nie zmienia. Pojawia się parę scen, w których Rosalie odzyskuje wspomnienia, ale w ostatecznym rozrachunku nie mają one żadnego znaczenia.

Za to nie wiadomo po co dostajemy sceny z perspektywy Finna i Stacy. Gdzie nic to nie wnosi, no może poza rozepchaniem objętości książki, co jest absurdalne przy tym jak krótka ona jest. Finn jest bardzo irytującą postacią. Ja rozumiem, że on miał być takim lekkoduchem, ale wkurza gdy facet, który zaraz będzie ojcem nie umie zachować powagi nawet przez pięć minut, a jedyne o czym gada to alkohol i słabe suchary.

W ogóle temat alkoholu w tej książce. W poprzednim tomie też miałam wrażenie, że autorce się wydaje, że picie jest takie dorosłe, ale tam przynajmniej Rosalie nie lubiła imprez, więc scen spożycia nie było aż tak dużo. Zaś w tym tomie bohaterowie chleją, bo nawet piciem tego nazwać nie można, praktycznie co chwilę. Autorka dalej nie wie jak takie ilości alkoholu działają na organizm.

Tak samo zresztą ciąża. Bo oczywiście bohaterka ponownie zachodzi w ciążę. Widać, że to jest takie wyobrażenie nastolatki o tym jak powinno wyglądać szczęśliwe małżeńskie życie. Utopia, zero problemów, kochający mąż i gromadka dzieci. Realizmu zero.

Na koniec książki jeszcze dostajemy epilog o dzieciach bohaterów, który nic nie wnosi i nie ma żadnego związku z treścią samej powieści.

Styl autorki się nie zmienił, dalej jest źle. Tak samo redakcja i korekta. Znowu dopadła mnie klątwa brakujących myślników.

Nie polecam. Drugi tom powiela wszystkie błędy poprzedniego a do tego dorzuca nowe. Jeśli autorka chce dalej pisać książki to powinna solidnie popracować nad warsztatem, bo w obecnej formie tego nie widzę.

niedziela, 15 marca 2026

Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło – Marcelina Świątek (BZK)

Tytuł: Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło
Cykl: Princesa
Autor: Marcelina Świątek
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

Przeprawa przez Booktour Złych Książek trwa.

Rosalie Sparks to dwudziestojednoletnia dziewczyna z bogatej rodziny. Pewnego dnia rodzice oznajmiają jej, że ma ona poślubić Williama Singha, chłopaka, który zdaniem Rosalie jest jej największym wrogiem.

Bardzo widać, że tę książkę pisała nastolatka. Największym problemem bohaterki wydaje się być to, że rodzice jej nie kochają i w ogóle nikt jej nie kocha, i w ogóle nic tylko się pochlastać. Znamy to, każdy był w tym miejscu, a potem się dorasta. Bohaterka twierdzi, że po ślubie będzie całe dnie siedzieć i nic nie robić, i że ją to dobija, ale nie znajdzie sobie żadnego hobby. Przecież od momentu gdy nie mieszka z rodzicami to nie oni odpowiadają za zorganizowanie jej wolnego czasu! W ogóle, niby Rosalie pochodzi z bogatej rodziny, ale cały czas zachowuje się jakby do bogactwa nie przywykła, cały czas robi na niej wrażenie. I w ogóle to ona zamiast wydawać pieniądze to by wolała je oszczędzić na czarną godzinę… To jest myślenie człowieka biednego, tak to ja sobie mogę myśleć, bogata laska by brała luksus za standard. Jej relacja z rodzicami zmienia się w zależności od tego czego wymaga w danym momencie fabuła. W jednej chwili bohaterka twierdzi, że miała szczęśliwe dzieciństwo, w następnej, że rodzice ją odchudzali przez co zemdlała… Nawet dostajemy scenę przyklejenia pierścionka zaręczynowego na superglue… Kompletnie absurdalne. Do tego Rosalie jest uzależniona od energetyków i ma myśli samobójcze. Co zabawne, jej pierwszym pomysłem na popełnienie samobójstwa było wypicie zbyt dużej ilości energetyków, ale nie miała ich w domu to wzięła nóż.

William to praktycznie pan idealny, odrobinkę wredny, ale tak tylko do smaku, żeby nie był mdły. Znaczy i tak jest. Jedyną jego tylko zaborczość i wybuchy agresji wobec rywala do serca wybranki. To faktycznie był red flag. Tylko, że te wybuchy pojawiają się już po zaręczynach, kompletnie nie rozumiem czemu Rosalie tak go nienawidziła na początku książki, a autorka nie raczyła mi tego wytłumaczyć.

Cały czas czytając tę powieść miałam wrażenie, że bohaterowie są nastolatkami, a nie dorosłymi ludźmi. Ich problemy są bardzo dziecinne, to takie nastoletnie wyobrażenie jak wygląda życie młodych dorosłych.

Paradoksem tej książki jest to, że nie dzieje się w niej prawie nic, a i tak ma się wrażenie, że wydarzenia następują po sobie za szybko. Po prostu fabuła po kolei odhacza kolejne sceny, żadna nie ma okazji tu wybrzmieć. Przyjaciel, który się zakochał w bohaterce? Jest, co z tego, że ta przyjaźń jest w ogóle niewiarygodna? Bliższe poznawanie się bohaterów? Szybki montażyk scen jakby to był film. Ciąża przyjaciółki? W sumie nic ważnego. Podróż poślubna? Krótko acz nadmiernie dramatycznie. Poważnie, wydarzenia na jachcie są absurdalne i jedyne czego czytelnik życzy bohaterce to wypadnięcie przez burtę. Niestety tak się nie dzieje.

Za to dostajemy bardzo dużo rozważań Rosalie o życiu. Głębokich jak kałuża w upalny dzień i napisanych jakby to była rozprawka na polski. Po prostu czuć, że autorka jest młoda i brakuje jej doświadczenia życiowego. Widać, że autorka chciała poruszyć poważne tematy, ale nie ma ku temu odpowiedniej wiedzy i wrażliwości. Jest młoda, ma prawo nie wiedzieć. Ale powiela w swojej powieści wiele szkodliwych wzorców. Nie, miłość nie leczy z depresji i nie rozwiązuje magicznie wszystkich problemów. Uzależnianie swojej chęci do życia od obecności ukochanej nie jest zdrowe dla żadnej ze stron. Wiele problemów bohaterów dałoby się rozwiązać zwykłą rozmową, ale wtedy by nie było dramy.

Nawet za bardzo nie chce mi się jechać po tej książce, bo widać, że nie powinna ona nigdy zostać wydana, tylko pozostać w odmętach Wattpada czy innej tego typu platformy. To ewidentnie są pierwsze wprawki w pisaniu i wydawnictwo zrobiło wielką krzywdę autorce wydając to.

Językowo jest fatalnie. Według stopki redakcyjnej książka przeszła redakcję i korektę, ale w ogóle tego nie widać. Niektóre zdania nie mają sensu i trzeba się naprawdę zastanowić żeby zrozumieć o co miało w nich chodzić. Pojawiają się zdania typu: „patrzałam na Williama”. Miejscami brakuje znaków interpunkcyjnych albo pojawiają się niewłaściwe, jak na przykład przecinek na końcu zdania. Ogólnie, wydawnictwo zawaliło na całej linii.

Jeszcze kwestia ograniczenia wiekowego książki. Ne egzemplarzu, który mam jest to 18+, acz wiem, że wydawnictwo zmieniło je po aferze na 16+. I faktycznie to 18+ było mocno przesadzone, bo nic takiego się w tej książce nie pojawia. Żadnej graficznej sceny seksu tu nie ma, jedyna jaka się pojawia to bardziej fade to black. Innymi słowy, wydawnictwo na spokojnie mogło uniknąć afery, ale by wtedy nie było darmowej reklamy, nie?

Ogólnie książka jest po prostu słaba. Jednak życzę autorce żeby się nie zrażała do pisania tylko faktycznie popracowała nad warsztatem. I może kiedyś, w przyszłości, napisała kolejną, lepszą książkę. I to w innym wydawnictwie, bo to zawaliło.

czwartek, 12 marca 2026

Little Stranger - Leigh Rivers (BZK)

Tytuł: Little Stranger
Cykl: The Web of Silence Duet
Autor: Leigh Rivers
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

W lutym zrobiłam sobie przerwę od BZK, bo bardzo potrzebowałam okładów z gejów po tym co przeczytałam w styczniu. I od razu po powrocie oberwałam w głowę cegłą. A właściwie śrubokrętem. W tym tempie to mi książek na okłady zabraknie…

Olivia jest adoptowaną córką rodziny Vize’ów. Cała historia zaczyna się, kiedy jej rodzice adoptują kolejne dziecko, tym razem chłopca. Malachi, bo tak ten się nazywa, przez traumatyczne przeżycia nie mówi, ale bardzo szybko przywiązuje się do nowej siostry. I to za bardzo, o wiele za bardzo. Kiedy dzieci dorastają ich relacja zaczyna się stawać coraz dziwniejsza i seksualna. W końcu Malachi trafia do więzienia, za pobicie ojca, który przyłapał go na seksie z siostrą. Po ośmiu latach chłopak wychodzi, jedyne czego chce to ukarać siostrę, która zeznawała przeciwko niemu.

Co ja właśnie przeczytałam?

Nie powinno się tej książki nazywać romansem, nawet dark. To jest normalny pornos. Ba! Większość pornosów ma mniej pretekstową fabułę. Normalnie cała fabuła tej książki sprowadza się do fetyszy sklejonych na ślinę. Sens? Logika? A na co to komu?

Charaktery postaci? Nie istnieją. Olivia to typ popularnej dziewczyny, Malachi zaś to typowy wyrzutek, który nie mówi i ma obsesję na jej punkcie. Mózgu nie stwierdzono u żadnego z nich.

Relacja między nimi? Sprowadza się tylko do seksu. Niby autorka próbuje wmówić czytelnikowi, że tam się rozwija jakieś głębsze uczucie, ale nie widać tego. Nie ma ani jednej sceny między tą dwójką, która nie kręciłaby się wokół jednego. No, może scena na początku, jak mają po kilka lat. Tylko problem w tym, że Malachi wykazuje niezdrowe przywiązanie do Olivii od pierwszego spotkania. Czemu? Nie wiadomo.

Olivia ma specyficzne fantazje seksualne, jest masochistką. No i zaczyna uczyć Malachiego jak ten ma ją zadowolić, niby pod pozorem, że robi to po to by ten umiał potem się zachować przy innej dziewczynie. A Malachi oczywiście jest bardzo pojętnym uczniem, już za pierwszym razem przeradza się w boga seksu. Obejrzał jak się robi minetę na pornolu? Umie! Tylko jest niedoświadczony! No śmiech na sali. Oczywiście autorka nawet na chwilę nie pozwala zapomnieć, że formalnie tych dwoje jest rodzeństwem. Bohaterowie zwracają się do siebie per siostrzyczko/braciszku nawet w scenach intymnych. Kurczę, równie dobrze autorka mogła zrobić z nich rodzone rodzeństwo, jak już chciała lecieć po bandzie, a przynajmniej uniknęła by wtedy idiotyzmów związanych z adopcją.

Rodzice bohaterów nie powinni móc nikogo adoptować. Ja się przestałam w pewnym momencie dziwić, że Olivia i Malachi wyrośli na chorych pojebów, bo w takiej rodzince to nie mogło wyjść inaczej. Ojciec praktycznie od początku traktuje Malachiego okropnie, bije go, ale dla Olivii jest cudownym tatusiem. Matka z kolei niby najpierw chce, żeby Olivia została dziewicą do ślubu, ale jak ta kończy szesnaście lat to płaci pierwszemu lepszemu facetowi żeby ją rozdziewiczył i karze jej się umawiać z dwoma gościami naraz… No nie ma w tym grama sensu. W dodatku ojciec jest prawnikiem a matka sędziną. Naprawdę nie wiem jakim cudem po tym jak ich syn pobił ojca i przyznał się do romansu z siostrą ktoś pozwolił im adoptować kolejne dziecko… Ale widać w tym świecie procedury adopcyjne załatwia się na lotnisku po przekazaniu dziecka, no bo po co wcześniej?

Ostatnie sto stron książki to opis „zemsty” Malachiego na Olivii. Innymi słowy, dokładny opis tego jak on ją porywa i gwałci. Z użyciem śrubokrętu, a właściwie dupokrętu i przy współudziale tarantuli. A ona stwierdza, że to ten jedyny. Matko Bosko Częstochowsko… Nie pojmuję tego co tu się odjaniepawla. I Olivia na koniec stwierdza, że ucieka sprzed ołtarza, bo przyszły mąż ją gdzieś wywiezie i będzie gwałcił i leci do Malachiego, który dosłownie dwa tygodnie wcześniej gdzieś ją wywiózł i gwałcił. Logiko, jesteś jeszcze z nami, czy już dawno porzuciłaś ten padół ziemski? I oczywiście na koniec Malachi zaczyna mówić poprawnie, bo happy end musi być pełny! Co z tego, że przez osiem lat nie potrafił się nauczyć wymówić imienia Olivii, bardzo długiego i trudnego jego zdaniem, wystarczyły dwa tygodnie by to nadrobić!

Książka napisana jest fatalnie. Czasem autorka nagle zmienia scenę nie informując o tym czytelnika. Po prostu w jednym akapicie bohaterowie są w jednej sytuacji a w następnym w zupełnie innej. A ty czytelniku domyśl się!

Napisanie tej opinii zajęło mi zdecydowanie więcej czasu niż na to ta książka zasługuje, ale to głównie przez to, że przy czytaniu moje szare komórki uległy masowej zagładzie. Nie polecam. Nikomu. Lepiej odpalić pomarańczowego youtube’a, tam znajdziecie bardziej wartościowe treści.

niedziela, 1 marca 2026

Co przemilczała Jaskółka – Katierina Silwanowa, Jelena Malisowa


Tytuł: Co przemilczała Jaskółka
Cykl: Lato w pionierskiej chuście
Autor: Katierina Silwanowa, Jelena Malisowa
Wydawnictwo: StoryLight
Gatunek: obyczajowa, LGBT

Kiedy w 2023 zaczynałam czytać „Lato w pionierskiej chuście” nie spodziewałam się jak bardzo poruszy mnie historia dwóch chłopaków, którzy zakochali się w sobie na obozie pionierskim. „Lato” stało się jedną z moich ulubionych książek, a teraz, po ponad dwóch latach w końcu doczekałam się kontynuacji.

W moim odczuciu „Co przemilczała Jaskółka” to nie jest romans. To opowieść o samotności, o potrzebie miłości i akceptacji. O budowaniu wokół siebie murów i ukrywaniu się za maską „normalnego człowieka”. Owszem, wątek uczucia, jakie Wołodia żywi do Jury jest istotny, ale przez większą część powieści jest to jedynie wspomnienie. Dużo ważniejsza jest relacja Wołodii z samym sobą, to jak bardzo nienawidzi siebie.

O ile w pierwszym tomie można było odnieść wrażenie, że te dwadzieścia lat, które bohaterowie spędzili osobno zostało potraktowane po łebkach, tak w tym tomie autorki naprawiły to zaniedbanie. Pierwsza połowa „Jaskółki” opowiada o życiu Wołodii od momentu kiedy w wieku czternastu lat zorientował się, że pociągają go mężczyźni, poprzez czas spędzony w „Jaskółce” i miłość do Jury, W znacznym stopniu ta część książki powtarza to co widzieliśmy w pierwszym tomie, acz zmienia perspektywę i pogłębia temat. Ale przez to pierwsza połowa może wydawać się wtórna, zwłaszcza jeśli ktoś czyta ją zaraz po skończeniu poprzedniej części. Druga połowa z kolei kontynuuję historię od ponownego spotkania z Jurą, pytając czy da się odbudować relację po tak długim czasie.

Książka ma ograniczenie wiekowe 16+ i uważam, że zasłużenie. Nie ze względu na erotykę, tej w zasadzie tutaj nie ma, choć temat seksu się pojawia, tytuł powieści jest bardzo trafny pod tym względem, o ile w pierwszym tomie autorki raczej wystrzegały się poruszania seksualnego aspektu relacji bohaterów, tak w tej części jest to bardzo istotna część historii. Dodatkowo zostają poruszone motywy homofobii, tej zewnętrznej jak i zinternalizowanej; samookaleczania, myśli samobójczych, uzależnień, problemów psychicznych, toksycznych związków, a nawet książka delikatnie zahacza o temat holokaustu.

W ogóle wątek homofobii jest tu poruszony dużo brutalniej niż przywykłam do tego w powieściach zachodnich. Tam nawet jeśli taki motyw się pojawia, to bohater ma jakieś wparcie. A Wołodia jest całkiem sam. Społeczeństwo nienawidzi takich jak on, a jego rodzina nie jest wyjątkiem. On sam się nienawidzi. To tego muszę zwrócić uwagę, że tu homofobia jest faktycznie przedstawiona jako nienawiść wynikająca ze strachu, a to przez osadzenie tego tematu w kontekście epidemii AIDS. Owszem, jest to nienawiść irracjonalna i wynikająca z ignorancji, ale u jej podstaw leży przede wszystkim strach przed nieznanym.

Wołodia próbuje żyć tak jak wymaga od niego społeczeństwo, uważa się za osobę chorą i zboczeńca, a otoczenie tylko go w tym utwierdza. Książka opisuje jak próbuje się wyleczyć, co skutkuje tylko jeszcze większym pogłębieniem się problemów psychicznych. Bardzo wstrząsnęła mną scena, w której Wołodia mówi o swoim problemie rodzicom. Dostajemy tu opisy jego prób związków z kobietami, sekretny romans z Igorem, dość trudny do oceny moralnej. Sam Igor to całkiem ciekawa postać, o dziwo było mi go żal, chociaż absolutnie nie zachowywał się w porządku ani wobec Wołodii ani swojej żony.

Bohaterowie popełniają błędy, nie są idealni. Nie raz ich decyzje wydają się irracjonalne czy niemoralne, ale widzimy z czego to wynika.

Klimat powieści jest dość przytłaczający, choć przy tym czyta się ją bardzo szybko. Po prostu tak niewiele w życiu głównego bohatera zdarza się dobrych rzeczy, że nie da się podejść do tego obojętnie. I udało się tej historii wycisnąć ze mnie parę łez. Nie tak dużo jak pierwszemu tomowi, przy tamtej książce rozkleiłam się totalnie, ale i tu parę pociekło.

W kwestiach technicznych. Zdarzyło się kilka literówek, ale nie na tyle żeby miało to psuć odbiór, ot, zwykłe przeoczenia, wspominam bardziej z obowiązku. Bardziej mnie irytował brak przypisów przy różnych słowach typowych dla lat dziewięćdziesiątych w Związku Radzieckim. Ja rozumiem, że w Rosji pewnie wszyscy wiedzą kto to byli „lubiery”, ale w Polsce nikt nie kojarzy takiej grupy społecznej! A można to było prostym przypisem załatwić! I nie jest to jedyny taki przypadek w tej książce.

Pierwsza część była oskarżana o romantyzowanie Związku Radzieckiego. No to tego tomu nie da się o to posądzić. Wszystkie problemy Wołodii biorą swoje źródło w tym jak wyglądało życie i ludzka mentalność w tym kraju. Jeśli jakiś kraj jest tutaj romantyzowany to Niemcy. Za to podoba mi się jak wyraźnie podkreślono w tej książce odrębność Ukrainy od Rosji.

Na koniec wspomnę o jeszcze jednej kwestii, która nie daje mi spokoju. Jako, że od wydania „Lata w pionierskiej chuście” minęły ponad dwa lata, a ja miałam lekką obsesję na punkcie tej książki… No, może nie lekką, ale ciiiii… To zdarzyło mi się natknąć w odmętach internetu na kilka spoilerów do „Jaskółki”… I jakież było moje zdziwieniu przy czytaniu wersji polskiej, gdy się okazało, że część z tych zaspoilerowanych wątków w ogóle się w tej powieści nie pojawia a niektóre wydarzenia mają zupełnie inny przebieg! Wygląda na to, że w międzyczasie autorki przepisały na nowo tę powieść zmieniając całkiem sporo i rozbijając pierwotną wersję na dwa tomy. I tak na przykład wątek Maszy, na który bardzo czekałam został całkowicie w tej wersji pominięty… Nie jestem fanką takiego przepisywania już wydanych powieści, choć istnieje możliwość, że dzięki temu dostaliśmy lepszą książkę niż pierwotnie. Kusi mnie teraz przeczytać starą wersję i porównać. W każdym razie, wychodzi na to, że nawet jak sobie człowiek pewne rzeczy zaspoileruje to i tak może się zaskoczyć.

Teoretycznie historia zawarta w tej książce kończy się w połowie, ale czytając w ogóle tego nie czuć. Powieść jest bardzo spójna tematycznie, a zakończenie satysfakcjonujące. Owszem, są zarysowane pewne wątki, które zapewne zostaną rozwinięte w części trzeciej, ale podejrzewam, że wyłapałam je tylko dlatego, że ze spoilerów wiedziałam na co zwracać uwagę.

Powieść bardzo mną wstrząsnęła i skłoniła do refleksji. Bardzo polecam, szczególnie jeśli szukacie czegoś naprawdę smutnego. Jak z mojego kamiennego serca wycisnęło łzę, to wyciśnie z każdego. A teraz pora zacząć męczyć wydawnictwo o tom trzeci.