piątek, 28 sierpnia 2026

Śmiały - Elżbieta Cherezińska

Tytuł: Śmiały
Seria: Bolesław II
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: historyczne

Zacznę od tego, że Elżbieta Cherezińska to jedna z moich ulubionych autorek. Na jej kolejne książki czekam z niecierpliwością, „Śmiałego” kupiłam na premierę. I chociaż przed przeczytaniem musiał swoje odleżeć na Hałdzie (każdy musi!), to jednak czekał tam krócej niż większość.

W Krakowie na świat przychodzi Bolesław, pierworodny syn Kazimierza Odnowiciela i księżnej Dobroniegi. Poród przyjmuje Rzepicha Namira, kobieta z rodu, którego losy są nierozerwalnie związane z Piastami. Gdy młody książę dorasta musi stanąć na czele królestwa bez korony.

Ciężko powiedzieć, że ta książka ma jednego głównego bohatera. Owszem, o Bolesławie tu najwięcej, on stanowi centrum wydarzeń, ale historię tę obserwujemy z bardzo wielu perspektyw. Przez to można mieć wrażenie, że postaci nie dostają zbyt wiele czasu, ale mimo to są nakreślone bardzo dobrze. Wiemy o nich dokładnie tyle ile potrzebujemy.

Autorka w dużym stopniu oddała głos kobietom. Zarówno tym historycznym, jak Gertruda, ciotka Bolesława czy jego siostra Świętosława, jak i tym fikcyjnym. A ogromną rolę w tej historii odgrywają Rzepichy, ród położnych wywodzących się od żony Piasta. Bardzo mi się podoba ten koncept, czcicielki Mokoszy, których losy są nierozerwalnie splecione z losami dynastii, która porzuciła dawnych bogów. Najwięcej miejsca poświęcono Żywii, jednookiej wieszczce, którą z księciem połączyło uczucie, a której pochodzenie skrywa tajemnicę.

W ogóle autorka stworzyła fascynujący obraz Polski sto lat od chrztu. Wiara chrześcijańska miesza się tu z pogańskimi wierzeniami. I jak zwykle u Cherezińskiej, widać wyraźny rozdźwięk między wyznawczyniami Mokoszy, a kapłanami Trzygłowa. Pierwsze chcą koegzystencji, gdy ci drudzy preferują bardziej konfrontacyjne podejście.

Podoba mi się jak autorka nakreśliła Polskę na politycznej mapie Europy. Powieść nie skupia się tylko na wewnętrznych sprawach kraju, osadza go w szerszym kontekście. Dużo tu o Czechach, Rusi, Węgrzech, Cesarstwie Niemieckim. Nawet Anglicy się trafią! Wawel Bolesława jest prawdziwie międzynarodowym dworem, na którym spotykają się przedstawiciele wielu narodowości. A i wydarzenia w krajach ościennych są istotne dla fabuły.

Dużo w tej książce podskórnego napięcia, wiele emocji i intryg buzuje tuż pod powierzchnią. Nie wszystko jest powiedziane wprost, wiele scen i dialogów ma drugie dno, trzeba czytać uważnie. I cały czas czuć to napięcie. To jest naprawdę fascynująca lektura. Muszę powiedzieć, że na ten moment to jest najlepsza książka pani Cherezińskiej jaką przeczytałam, a poprzeczka była zawieszona naprawdę wysoko. Widać, że jest to książka, którą autorka chciała napisać, tyle serca jest włożone w tę powieść.

Humoru nie ma tu aż tyle co w moim ukochanym „Odrodzonym królestwie”, za to jak już się pojawia to jest naprawdę zabawny, acz subtelny. Za to niesamowicie podoba mi się język jakim została ta książka napisana, naprawdę, momentami zachwycałam się po prostu tym jak to jest napisane. Jedna rzecz tylko mnie drażniła: powieść ogólnie napisana jest w czasie przeszłym, ale raz na jakiś czas pojawiają się zdania w czasie teraźniejszym. Mam wrażenie, że to był celowy zabieg, sądząc po tym, że autorka chciała pokazać historię w czasie teraźniejszym (informacja z tylnej okładki), ale uważam, że nie wyszło. Okropnie to wybijało z rytmu w czasie czytania, przynajmniej na początku, bo potem się przyzwyczaiłam. Ale poza tym jednym mankamentem to cud, miód i orzeszki.

Przyczepię się jeszcze do paru literówek, które też mi popsuły przyjemność z czytania. Nie było ich może jakoś dużo, ale jednak po takim wydawnictwie jak Zysk spodziewałam się większej dbałości, zwłaszcza przy takiej autorce. Chociaż chyba po „Kole czasu” powinnam obniżyć oczekiwania…

Niemniej, polecam, polecam, jeszcze raz polecam. Jestem tą książką zachwycona. Dostałam tu wszystko, czego po książce historycznej oczekuję a nawet więcej. Elżbieta Cherezińska po raz kolejny udowodniła, że pisze na światowym poziomie. Więc czytajcie jej książki! A ja tymczasem biorę się za „Szczodrego”.

piątek, 21 sierpnia 2026

Ostatnia wola i inne opowieści - Marcin Mortka

Tytuł: Ostatnia wola i inne opowieści
Seria: Drużyna do zadań specjalnych
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: SQN
Gatunek: fantasy

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że moje pożegnanie z Kociołkiem było mocno przedwczesne.

„Ostatnia wola i inne opowieści” to zbiór opowiadań, na który składają się tytułowa minipowieść pełniąca funkcję epilogu serii oraz kilka wydanych wcześniej opowiadań.

„Ostatnia wola” opowiada o wieczorze kawalerskim Urgo. Ma, typową już dla dodatków w tej serii, konstrukcję szkatułkową, główna fabuła wiąże ze sobą opowieści poszczególnych członków drużyny. Tak więc w pakiecie dostajemy historię tego jak Kociołek poznał Sarę, co Eliah porabiał w Elfirii (poznajemy też jego imię!), historię z młodości Żychłonia, powód czemu Gramm opuścił rodzinne strony i opowieść co się dzieje na bagnach Ski, która jako jedyna dotyczy teraźniejszości, bo w końcu Zwierzak innych czasów nie uznaje. A wszystko to łączy pojawienie się nowego zagrożenia…

No właśnie. Nowe zagrożenie. W historii, która w teorii stanowi epilog serii. I nie, nie jest to zagrożenie, które zostaje zażegnane w tej książce. To jest po prostu otwarcie nowej historii. Pan Mortka po prostu napisał prolog nowej serii. Ja tu się cieszę, że Kociołek się kończy, zwłaszcza, że seria mocno przeciągnięta… O ile „Siódme życzenie” zostawiało furtkę na kontynuację, tak „Ostatnia wola” po prostu tą furtkę wyrwała z zawiasów. Ta minipowieść więcej wątków otwiera niż kończy!

Pozostałe opowiadania to dość przypadkowa mieszanka. „Głos durnoty” był całkiem zgrabnym nawiązaniem do „Wiedźmina”. Z kolei „Smoczyca i jej pułkownik” to crossover z inną serią autora i muszę przyznać, że dziwnie mi się czytało to opowiadanie bez jej znajomości, choć sama fabuła była jak najbardziej zrozumiała. Pozostałe trzy opowiadania to proste historyjki z życia mieszkańców Gryfa. Nic specjalnego.

Styl autora pozostaje bez zmian. W dalszym ciągu czyta się to jak książkę dla dorosłych dzieci. Humor potrafi momentami rozbawić, ale raczej na poziomie uśmiechu pod nosem, a nie wybuchu śmiechu.

Ale muszę przyznać, że czytało mi się tę książkę wyjątkowo opornie. Po prostu mam poczucie, że ta historia przestała dokądkolwiek zmierzać, a kolejne tomy powstają tylko dlatego, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja. Dlatego zamiast porządnego zakończenia dostaliśmy sugestię przyszłej kontynuację. Nieładnie, Panie Marcinie.

Podsumowując, książka w serii całkowicie zbędna. Nie spełnia podstawowej roli epilogu, czyli domknięcia historii, wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś nie jest wielkim fanem drużyny Kociołka, to na spokojnie może ją sobie odpuścić.

niedziela, 9 sierpnia 2026

Siódme życzenie - Marcin Mortka

Tytuł: Siódme życzenie
Seria: Drużyna do zadań specjalnych
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: SQN
Gatunek: fantasy

No i seria o Kociołku dobiegła końca (przynajmniej teoretycznie).

Po bitwie z poprzedniego tomu do Gryfa zjeżdżają książęta Doliny. Kociołek i jego drużyna nie mogą długo liczyć na spokój, ponieważ król wysyła ich z misją do biblioteki… Co może pójść nie tak? Cóż, w przypadku drużyny do zadań specjalnych wszystko. Tymczasem niewidzialna królowa Elisandra zbiera kobiecą drużynę na tajemniczą wyprawę.

Przez pierwszą połowę książki bawiłam się całkiem dobrze, dużo lepiej niż się spodziewałam. Duża w tym zasługa tego, że narracja była podzielona niemal 50:50 między Kociołka a Sarę. Bo chociaż nawet lubię chłopaków z drużyny Kociołka, to jednak po tylu tomach mam ich trochę dość. Zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, że autor nigdy nie wykorzystał ich pewnego potencjału. Więc babska drużyna była bardzo miłą odmianą. Choć jej potencjał też nie został wykorzystany. Ale ogólnie była to miła odskocznia. Gdyby tylko dziewczyny pozostały drużyną do końca książki, a nie, że nagle Sara musi sobie ze wszystkim radzić sama to byłoby super.

Chyba najbardziej rozczarowująca jest ostatnia rozprawa ze Złym… Bo praktycznie jej nie ma. Jakby, główny konflikt całej serii został rozwiązany zwykłym zamknięciem drzwi… No strasznie antyklimatyczne to było. W ogóle nie było czuć, że to ostatni tom, nie było czuć żadnej stawki.

Przede wszystkim: tytułowe siódme życzenie. Owszem, dowiadujemy się jak brzmiało, ale nie jak (i czy w ogóle) zostało spełnione. Bo może i się spełniło, ale czy wskutek boskiej interwencji czy wysiłków bohaterów? I niby mieliśmy się więcej dowiedzieć o Elfirii, ojczyźnie Eliaha… tylko, że nic z tego.

Mam mieszane uczucia do wprowadzenia nowego bóstwa na sam koniec serii. Z jednej strony fajnie wpasowuje się to w wykreowany do tej pory panteon. Z drugiej mam wrażenie, że autor w ten sposób zostawił sobie furtkę na kontynuację.

A ta seria i tak już była mocno przeciągnięta. Autor w posłowiu przyznał, że „Nie ma tego Złego” było planowane jako jednotomówka i to widać. Mam wrażenie, że pomysły autorowi się skończyły kilka tomów temu, świat jest dość grubymi nićmi szyty, a rozwój bohaterów jest minimalny. Może nie pozostają oni niezmienni, ale jak na taką liczbę tomów, to zdecydowanie za mało poświęcono im czasu.

Humor w Kociołku pozostaje na standardowym poziomie. Czyli: niektóre teksty bawią, inne nie. Jest za poważnie, żeby traktować tę serię jak komedię, a za śmiesznie, żeby brać ją poważnie. Powoduje to dysonans. W dodatku czyta się to jak książkę napisaną dla dzieci, do której dorzucono przekleństwa żeby wiadomo było, że jednak jest dla dorosłych. Innymi słowy, jest to trochę infantylna lektura, co ma pewien urok, ale na dłuższą metę męczy.

Podsumowując, jeśli ktoś czytał poprzednie tomy to przeczyta i ten. Nie jest to satysfakcjonujące zwieńczenie historii, ale jako po prostu kolejna książka o Kociołku nawet się sprawdza. Ot, lekka lektura, akurat na wakacje.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Miłość w wielkim mieście - Sang Young Park

Tytuł: Miłość w wielkim mieście
Autor: Sang Young Park
Wydawnictwo: Tajfuny
Gatunek: literatura piękna, LGBT

„Miłość w wielkim mieście” nie należy do książek, po które zazwyczaj sięgam. Jest to mój pierwszy kontakt z literaturą koreańską, a i z literaturą piękną zazwyczaj mi nie po drodze.

Nie jest to powieść w tradycyjnym znaczeniu, bardziej cztery opowiadania, które się ze są mniej lub bardziej łączą. Głównym bohaterem jest Young, seulski gej, początkujący pisarz. Mamy okazję zajrzeć do wycinków z jego życia: hulaszczego studenckiego życia, przyjaźni z Jaehee, relacji z matką i kolejnych związków, mniej lub bardziej udanych…

Nie jest to tak dosłowna książka, jak te, do których przywykłam. Początkowo miałam wrażenie, że opowiadania nie są ze sobą w ogóle związane, że bohater każdego jest inną osobą, acz o podobnych cechach. Dopiero w drugiej połowie zaczynają się te opowiadania zazębiać, a ta początkowa niespójność bohatera okazuje się celowym zabiegiem. Obserwujemy Younga na różnych etapach życia, jak zmienia się pod wpływem doświadczeń. A z drugiej strony Young nie jest jednym człowiekiem, może być każdym. Każdy może się utożsamić z innym jego aspektem.

Jest to książka o miłości, ale zdecydowanie nie jest to romans. I bardzo dobrze! Choć lubię romansy (acz większość jest słaba), to dobrze było przeczytać książkę, która nie romantyzuje związków i miłości. Może brzmi to jak oksymoron, ale właśnie taka jest ta powieść, opisuje relacje takimi jakie są, a nie jakie chcielibyśmy żeby były. A jednocześnie nie odziera ich całkowicie z piękna.

Książka porusza trudne tematy, ale nie popada w tanią sensację. Tak więc mamy tu aborcję, raka, trudne relacje z rodzicami, seksizm, homofobię, różnice pokoleniowe w związkach z różnicą wieku, choroby weneryczne, próbę samobójczą itp. itd. Autor opisuje to wszystko jako po prostu elementy codzienności bohatera, nie ma tu wielkiego dramatyzmu czy uprawiania aktywizmu. Po prostu zwykłe ludzkie życie, próby bycia sobą w świecie, do którego nie do końca się pasuje. A w tle obraz Seulu pierwszej dekady XXI wieku.

Chyba właśnie ta zwyczajność tych opowieści jest największą siłą tej książki. Bo owszem, to historia historia geja w Seulu, bardzo specyficzny kontekst. Ale przez tą zwyczajność bardzo łatwo się z nim utożsamić, bo to przede wszystkim człowiek. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi, każdy się z czymś zmaga. Czy to będzie choroba, czy trudna relacja z matką albo zwyczajna samotność.

Przeczytałam tę książkę w dwa dni, po części dlatego, że jest naprawdę króciutka (ma zaledwie 200 stron i nieduży format), ale też dlatego, że bardzo przyjemnie się ją czyta. Narrator opisuje wszystko z ironicznym poczuciem humoru, dzięki czemu tematyka nie przytłacza. Choć muszę przyznać, że niektóre porównania były dość dziwne, np. „jego urocza twarz – taki ostygły pierożek mandu”… No cóż, mam nadzieję, że po koreańsku to brzmiało lepiej.

Pod względem wydania nie miałam się do czego przyczepić, żaden błąd nie rzucił mi się w oczy. Jedynie bym się przyczepiła, do przesadnego użycia feminatywów, ale z tym też tragedii nie było, kwestia preferencji. Za to niesamowicie podoba mi się okładka. Jest w niej coś takiego, co przyciąga wzrok, ilustracja ma pewien specyficzny klimat. No i ten efekt holo na napisach! No cudo.

Była to zdecydowanie ciekawa lektura, dająca do myślenia. Może nie zostanie ze mną do końca życia, ale była przyjemną, melancholijną odskocznią od bardziej rozrywkowych pozycji.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Wchód słońca w dniu dożynek - Suzanne Collins

Tytuł: Wschód słońca w dniu dożynek
Seria: Igrzyska śmierci
Autor: Suzanne Collins
Wydawnictwo: must read
Gatunek: młodzieżówka, dystopia

Urodziny Haymitcha nie są radosnym dniem. To właśnie w ten dzień w każdym z dwunastu dystryktów wybierani są trybuci, dzieciaki, które mają wziąć udział w Głodowych Igrzyskach – turnieju, który przetrwać tylko jedno z nich. Co gorsza, w tym roku, z okazji Drugiego Ćwierćwiecza Poskromienia, w Igrzyskach ma wziąć udział dwa razy więcej dzieciaków. Gdy w czasie dożynek ginie jeden z wybranych trybutów, na jego miejsce zostaje wybrany Haymitch, który zwrócił na siebie uwagę broniąc swojej dziewczyny przed Strażnikiem Pokoju. Chłopak trafia do Kapitolu i na okrutną arenę, gdzie pozna cenę oporu.

Suzanne Collins to dla mnie ciekawy przypadek. Kiedy sześć lat temu wyszła „Ballada ptaków i węży”, pierwszy prequel „Igrzysk śmierci” myślałam, że będzie to odcinanie kuponów. Jednak po przeczytaniu tamtej powieści całkowicie zmieniłam zdanie. Ta kobieta pisze, bo ma coś do powiedzenia! Więc zaczynając „Wschód słońca w dniu dożynek” byłam o wiele spokojniejsza o treść. I chociaż ta książka nie zachwyciła mnie doi tego stopnia co „Ballada”, to rozczarowana nie jestem.

Mam wrażenie, że w tej części najbardziej czuć, że bohaterami są dzieciaki, choć może to po prostu wynikać z tego, że oryginalną trylogię czytałam jako nastolatka. Ale w tej części bardzo mocno autorka skupia się na tych młodszych uczestnikach Igrzysk.

Haymitch to zwykły szesnastoletni chłopak. Po szkole pracuje ciężko jako bimbrownik żeby utrzymać rodzinę. Kocha swoją dziewczynę. Ogólnie, dobry dzieciak. A kiedy wybierają go na trybuta, wie, że zginie. Dlatego chce żeby jego śmierć miała znaczenie. Dlatego tak gorzką ironią jest jego zwycięstwo. To nie spoiler, w końcu to prequel.

Z pozostałych postaci najbardziej wyróżnia się Maysilee, wredna dziewczyna z jednej z bogatszych rodzin z Dwunastki, która jednak okazuje się nie taka rozpieszczona jak się wydaje na pierwszy rzut oka. W sumie dużo w tej książce o tym jak pozory mylą. Nic nie jest takie jakie się wydaje.

Największym atutem tej powieści jest pokazanie działania propagandy i wpływu mediów na kształtowanie rzeczywistości. Działania bohaterów tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko to jak przedstawią je media.

Podoba mi się jak przedstawiono Kapitol w tej książce. To nie tak, że wszyscy mieszkańcy Kapitolu są złymi ludźmi. Są po prostu ludźmi żyjącymi w systemie, którzy wierzą, że ten system jest dobry. A że system polega na zabijaniu dzieci? Tłumaczą sobie to wyższym dobrem. Kapitol rządzi Panem według starej zasady „dziel i rządź”. Władze szczują Dystrykty przeciw sobie, by te nigdy się nie zjednoczyły. Dodatkowo Igrzyska dehumanizują mieszkańców Dystryktów w oczach własnych obywateli. Dlatego nawet dobrzy ludzie uczą się nie widzieć okrucieństwa tego systemu.

Fabuła w dużej mierze skupia się na próbach wsadzenia kija w tryby tej maszyny do zabijania. To nie jest książka o dzieciakach zabijających się nawzajem. To jest historia o dzieciakach mordowanych ku uciesze tłumu, które chcą uświadomić swoim oprawcom, że też są ludźmi.

Bardzo mi się podoba symbolika areny w tej części. Zabójcze piękno. Pozory, które mylą. I ciągła inwigilacja. Nie można zdradzać swoich zamiarów, bo zawsze ktoś słucha, zawsze obserwuje. Ale z drugiej strony każdy czyn można przekręcić, wypaczyć sens słów. Kłamstwo staje się rzeczywistością, a rzeczywistość kłamstwem.

Chyba największym moim zarzutem do tej książki jest fakt, że w ogóle nie czuć tego, że trybutów jest więcej niż w normalnych Igrzyskach. Owszem, pozwala to na zbudowanie trochę głębszej relacji między czwórką z Dwunastki, ale na dobrą sprawę wcale by tak wiele się nie zmieniło gdyby było ich mniej.

Ciężko mi było przywyknąć do stylu, w jakim ta książka jest napisana. Po części dlatego, że odwykłam od narracji pierwszoosobowej w czasie rzeczywistym. Ale też odniosłam wrażenie, że styl jest bardzo suchy i pozbawiony emocji, co raczej jest nietypowe dla tego typu narracji.

Przez to też wątek miłości Haymitcha i Lenore Dove w ogóle mnie nie ruszył. Nie czułam tego wielkiego uczucia. W ogóle Lenore jest tutaj bardziej ideą niż postacią z krwi i kości.

To jest młodzieżówka. Ale jest to zdecydowanie mądra młodzieżówka, która daje do myślenia. Owszem, jest napisana prostym językiem, a niektóre wnioski płynące z niej są oczywiste. Tylko, że niektóre oczywistości trzeba powtarzać. Brakuje mi więcej tego typu książek, młodzieżówek, w których pod warstwą fabularną kryje się jakieś przesłanie.

Polecam każdemu, szczególnie fanom poprzednich części.