wtorek, 31 marca 2026

Fate/Strange Fake - anime

Tytuł: Fate/Strange Fake
Rok produkcji: 2026
Kraj produkcji: Japonia
Gatunek: anime, urban fantasy

„Fate/Strange Fake” to adaptacja light novel autorstwa Ryohgo Narity, znanego z takich tytułów takich jak „Durarara!!” czy „Baccano!”, osadzona w uniwersum Nasuverse stworzonym przez Kinoko Nasu, w skład którego wchodzą takie produkcje jak „Fate/Stay Night”, „Tsukihime”, „Puste Granice” czy „Witch on the Holy Night”. A tak się składa, że jestem akurat wielką fanką tego uniwersum, więc nie mogłam odmówić sobie poznania kolejnej historii w nim osadzonej. Czy było warto?

Snowfield, USA. Mag Faldeus na polecenie rządu Stanów Zjednoczonych próbuje odtworzyć Wojnę Świętego Graala, rytuał w którym magowie, nazywani mistrzami przywołują Sługi, Duchy Bohaterów znanych z historii, przypisanych do siedmiu klas, w celu zdobycia spełniającego życzenia Graala. W klasycznej wersji rytuału powinno brać udział siedem takich par, jednak w fałszywej wojnie stworzonej przez Faldeusa klas jest tylko sześć. Szybko jednak się okazuje, że ta fałszywa wojna jest jedynie katalizatorem do wywołania prawdziwej, w efekcie czego do Snowfield zostaje przywołanych trzynastu Sług.

Historia jest całkiem skomplikowana. Mamy tu kilka stronnictw, część ze sobą współpracuje i ma wspólne interesy, ale równie często te interesy są sprzeczne. Za całą wojnę odpowiada rząd amerykański, udział bierze zarówno policja, jak i mafia. Dodatkowo do konfliktu dołącza młoda przywódczyni rdzennej ludności pragnąca odzyskać Snowfield dla swojego ludu. Do tego mamy najemnika, który nie ma żadnych pragnień, wampira oraz wilka. W wojnę zostaje też zamieszana tajemnicza dziewczyna, która sama nie wie kim jest, za to ucieka przed postacią w czerwonej pelerynie. Jednym z Mistrzów okazuje się też kilkuletnia dziewczynka w śpiączce, która przyzwała coś czego nie powinna. Do tego jeszcze młody mag, tak potężny, że byłby potworem, gdyby jego jedynym celem nie było zaprzyjaźnić się z każdym. Kościół wysyła do Snowfield jako nadzorcę księdza cyborga, a z ramienia Stowarzyszenia Magów wojnę monitoruje Wawer Velvet, Mistrz ocalały z Czwartej Wojny Świętego Graala w Fuyuki. A wojna coraz bardziej zaczyna przypominać eksperyment, ku uciesze Francesci Prelati, szalonej magini, która przyzwała samą siebie. A na dokładkę w to wszystko wtrąca się mezopotamska bogini miłości.

Innymi słowy: dzieje się. Dzieje się bardzo dużo. Zarówno Mistrzowie jak i Słudzy biorący udział w tej Wojnie Świętego Graala ją niezwykle potężni. To już nie jest ten Fate, w którym przeciwnicy bili się po nocy w tajemnicy. Tutaj konflikt jest praktycznie na skalę atomową.

Postaci jest tu naprawdę wiele, a mimo to nie zlewają się w jednolitą masę. Wręcz przeciwne, to naprawdę wyraziste charaktery. Najbardziej do gustu przypadł mi Ryszard Lwie Serce, sługa klasy Szermierz. Bardzo charyzmatyczny fan króla Artura, który potrafi zwykły patyk zmienić w Excalibura, rozmawia z przyjaciółmi, których widzi tylko on, a do tego zostaje fanem rock’n’rolla. A jednocześnie twórcy nie zapominają o mroczniejszej stronie jego historii. A drugą moją ulubioną postacią jest Flat, mag biorący udział w wojnie tylko po to, by zaprzyjaźnić się z Bohaterami. Poważnie, ten gość przyzwał Kubę Rozpruwacza i stwierdził, że ten wydaje się dobrym człowiekiem… I w sumie długo by wymieniać wszystkich bohaterów i relacje między nimi. W skrócie, jest ciekawie i przyjemnie jest obcować z tą zgrają. Widać, że Ryohgo Narita umie pisać historie z wieloma postaciami, co już zresztą udowodnił w Durarara!!”

Produkcja ta ma bardzo wysoki próg wejścia. Innymi słowy, bez znajomości przynajmniej kilku innych tytułów z Nasuverse widz nie ma czego tu szukać. Powiedziałabym, że absolutnym minimum, które trzeba znać przed zaczęciem „Fate/Strange Fake” są „Fate/Stay Night” i „Fate/Zero”, zwłaszcza to drugie, bo nawiązań do tej serii jest najwięcej, pojawiają się nawet flashbacki. Pewnie dlatego, że w czasie, gdy light novel zaczynało wychodzić „Zero” było najświeższym tytułem w uniwersum. Ale poza tym przydałoby się też znać „Fate/Hollow Ataraxia”, „Lord El-Melloi II’s Case Files” oraz „Tsukihime” dla lore wampirów w tym świecie. No i jeszcze pewnie jeszcze kilka tytułów dla drobniejszych easter eggów.

A tych jest naprawdę sporo, nie bez powodu „Fate/Strange Fake” jest często nazywane oficjalnym fanfikiem. I w tym przypadku jest to komplement. Widać, że autor kocha to uniwersum, a jednocześnie umie się nim bawić. A animatorzy dorzucili też od siebie sporo, te wszystkie historyczne obrazy przedstawiające przeszłość bohaterów, te nawiązania wizualne do innych tytułów z uniwersum… Po prostu widać ile serca włożono w tę produkcję.

Wizualnie seria jest piękna. Kompozycja kadrów potrafi miejscami zachwycić, animacja jest płynna, a kreska bardzo przyjemna. Projekty postaci są świetne, charakterystyczne, ale nie przerysowane.

No i oprawa dźwiękowa! Bo oczywiście muzyka jest przecudowna, w końcu Hiroyuki Sawano to klasa sama w sobie. Dużo tu kawałków wokalnych, które idealnie pasują do postaci i wydarzeń na ekranie. I jak nie przepadam za rapem, tak opening naprawdę pozwala poczuć klimat Ameryki pierwszej dekady XXI wieku.

I w sumie byłaby zachwycona tą produkcją, gdyby stała na własnych nogach. Niestety, tak nie jest. Anime ekranizuje 6 tomów light novel w zaledwie 14 odcinków, z których tylko jeden trwa 40 minut, reszta zaledwie 20. I widać, że wiele z tej historii wycięto. Montaż scen jest typowy bardziej dla filmów anime niż seriali, twórcy starali się przekazać jak najwięcej informacji za pomocą symboliki audiowizualnej. I nie powiem, to się świetnie ogląda. Problem w tym, że nie raz po prostu nie rozumiałam co się dzieje na ekranie i dlaczego się dzieje. A wiele byłam sobie w stanie dopowiedzieć znając to uniwersum. Poza tym, ta historia by emocjonalnie lepiej działała, gdyby dano jej trochę przestrzeni na oddech.

Ten sezon to mniej więcej połowa historii, ale już wiadomo, że będzie kolejny. A jako, że ostatni, dziesiąty tom light novel ma wyjść latem tego roku, to drugi sezon powinien zamknąć całość.

Bawiłam się świetnie, wiele w tym anime jest elementów, za które pokochałam świat Nasuverse. Czy polecam? No nie do końca. Polecam tym, którzy już są fanami Nasuverse, albo chociaż samej Fate’owej jego części, jako próbkę przed przeczytaniem light novel bądź uzupełnienie po. Ale jako pierwszy kontakt z tym uniwersum? Nie, zacznijcie lepiej od „Fate/Stay Night” i „Fate/Zero”. A jak już będziecie wiedzieć z czym to się je to tu wróćcie.

piątek, 20 marca 2026

Princesa. Przypomnij mi dni, które straciliśmy - Marcelina Świątek (BZK)

Tytuł: Princesa. Przypomnij mi dni, które straciliśmy
Cykl: Princesa
Autor: Marcelina Świątek
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

W normalnych warunkach bym na pewno po tę książkę nie sięgnęła. Pierwszy tom był po prostu zły, a drugi nie zapowiadał się lepiej. Ale, że BZK rządzi się swoimi prawami, twardym trzeba być nie miętkim, tak więc zmęczyłam i tę część.

Książka zaczyna się mniej więcej od tego, czym skończyła się poprzednia: Rosalie wskutek wypadku samochodowego straciła pamięć. Jako, że teraz William jest dla niej obcym człowiekiem, dziewczyna przeprowadza się z powrotem do rodziców. Kiedy w jej życiu znowu pojawia się Paul, który przedstawia jej inną wersję wydarzeń niż William, Rosalie nie wie komu może zaufać.

Zacznę od zalet tej książki. A właściwie zalety. Jest krótka, nie ma nawet dwustu stron. I to tyle.

A wady… Przede wszystkim fabuła tej książki to kilka niezwiązanych ze sobą wątków posklejanych na ślinę. Co gorsza, z większości z nich nic nie wynika.

Okazuje się, że w wypadku Rosalie straciła nie tylko pamięć, ale i dziecko. Co to zmienia w historii? Kompletnie nic, bo żadne z dwójki głównych bohaterów o tym nie wiedziało wcześniej.

Paul, który chce wykorzystać amnezję dziewczyny, by zdobyć jej względy? W sumie wątek, który zapowiadał się na główną oś fabuły zostaje rozwiązany bardzo szybko jedną rozmową. Już nie mówiąc o tym, że kompletnie bez znaczenia pozostał fakt, że w poprzednim tomie Stacy się w nim podkochiwała. Nie, wszyscy, łącznie z autorką o tym zapomnieli.

Kuzynka Williama, którą Rosalie wzięła za jego kochankę, przez co miała wypadek? Kolejny wytrych fabularny, ona się nawet nie pojawia osobiście, tylko jest wspomniana żeby była drama! Bo oczywiście Rosalie musi myśleć, że mąż ją zdradza.

Uzależnienie bohaterki od energetyków? Jak by ten wątek nie był absurdalny, to w tym tomie sprowadza się jedynie do tego, że ona lubi ten smak i w sumie z raz ją w sercu kłuje. Ale dlaczego nikt jej nie powiedział, że nie powinna tego pić? Rodzice? Lekarze? William?! Kurczę, przecież od tego może jej życie zależeć! W ogóle o depresji i myślach samobójczych bohaterka też zapomniała. Bardzo wygodne.

Dostajemy informację, że rodzice Rosalie nią manipulują i ją wykorzystują. Tylko nic w fabule tej książki tego nie potwierdza. Najbardziej jaskrawym przykładem tego „wykorzystania” jest scena, w której matka dziewczyny PROPONUJE jej sesję fotograficzną do magazynu. Nie każe, nie zmusza. Tylko mówi jej, że jakby chciała to dostała propozycję. No niesamowita manipulacja!

Sam wątek amnezji do niczego nie zmienia. Pojawia się parę scen, w których Rosalie odzyskuje wspomnienia, ale w ostatecznym rozrachunku nie mają one żadnego znaczenia.

Za to nie wiadomo po co dostajemy sceny z perspektywy Finna i Stacy. Gdzie nic to nie wnosi, no może poza rozepchaniem objętości książki, co jest absurdalne przy tym jak krótka ona jest. Finn jest bardzo irytującą postacią. Ja rozumiem, że on miał być takim lekkoduchem, ale wkurza gdy facet, który zaraz będzie ojcem nie umie zachować powagi nawet przez pięć minut, a jedyne o czym gada to alkohol i słabe suchary.

W ogóle temat alkoholu w tej książce. W poprzednim tomie też miałam wrażenie, że autorce się wydaje, że picie jest takie dorosłe, ale tam przynajmniej Rosalie nie lubiła imprez, więc scen spożycia nie było aż tak dużo. Zaś w tym tomie bohaterowie chleją, bo nawet piciem tego nazwać nie można, praktycznie co chwilę. Autorka dalej nie wie jak takie ilości alkoholu działają na organizm.

Tak samo zresztą ciąża. Bo oczywiście bohaterka ponownie zachodzi w ciążę. Widać, że to jest takie wyobrażenie nastolatki o tym jak powinno wyglądać szczęśliwe małżeńskie życie. Utopia, zero problemów, kochający mąż i gromadka dzieci. Realizmu zero.

Na koniec książki jeszcze dostajemy epilog o dzieciach bohaterów, który nic nie wnosi i nie ma żadnego związku z treścią samej powieści.

Styl autorki się nie zmienił, dalej jest źle. Tak samo redakcja i korekta. Znowu dopadła mnie klątwa brakujących myślników.

Nie polecam. Drugi tom powiela wszystkie błędy poprzedniego a do tego dorzuca nowe. Jeśli autorka chce dalej pisać książki to powinna solidnie popracować nad warsztatem, bo w obecnej formie tego nie widzę.

niedziela, 15 marca 2026

Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło – Marcelina Świątek (BZK)

Tytuł: Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło
Cykl: Princesa
Autor: Marcelina Świątek
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

Przeprawa przez Booktour Złych Książek trwa.

Rosalie Sparks to dwudziestojednoletnia dziewczyna z bogatej rodziny. Pewnego dnia rodzice oznajmiają jej, że ma ona poślubić Williama Singha, chłopaka, który zdaniem Rosalie jest jej największym wrogiem.

Bardzo widać, że tę książkę pisała nastolatka. Największym problemem bohaterki wydaje się być to, że rodzice jej nie kochają i w ogóle nikt jej nie kocha, i w ogóle nic tylko się pochlastać. Znamy to, każdy był w tym miejscu, a potem się dorasta. Bohaterka twierdzi, że po ślubie będzie całe dnie siedzieć i nic nie robić, i że ją to dobija, ale nie znajdzie sobie żadnego hobby. Przecież od momentu gdy nie mieszka z rodzicami to nie oni odpowiadają za zorganizowanie jej wolnego czasu! W ogóle, niby Rosalie pochodzi z bogatej rodziny, ale cały czas zachowuje się jakby do bogactwa nie przywykła, cały czas robi na niej wrażenie. I w ogóle to ona zamiast wydawać pieniądze to by wolała je oszczędzić na czarną godzinę… To jest myślenie człowieka biednego, tak to ja sobie mogę myśleć, bogata laska by brała luksus za standard. Jej relacja z rodzicami zmienia się w zależności od tego czego wymaga w danym momencie fabuła. W jednej chwili bohaterka twierdzi, że miała szczęśliwe dzieciństwo, w następnej, że rodzice ją odchudzali przez co zemdlała… Nawet dostajemy scenę przyklejenia pierścionka zaręczynowego na superglue… Kompletnie absurdalne. Do tego Rosalie jest uzależniona od energetyków i ma myśli samobójcze. Co zabawne, jej pierwszym pomysłem na popełnienie samobójstwa było wypicie zbyt dużej ilości energetyków, ale nie miała ich w domu to wzięła nóż.

William to praktycznie pan idealny, odrobinkę wredny, ale tak tylko do smaku, żeby nie był mdły. Znaczy i tak jest. Jedyną jego tylko zaborczość i wybuchy agresji wobec rywala do serca wybranki. To faktycznie był red flag. Tylko, że te wybuchy pojawiają się już po zaręczynach, kompletnie nie rozumiem czemu Rosalie tak go nienawidziła na początku książki, a autorka nie raczyła mi tego wytłumaczyć.

Cały czas czytając tę powieść miałam wrażenie, że bohaterowie są nastolatkami, a nie dorosłymi ludźmi. Ich problemy są bardzo dziecinne, to takie nastoletnie wyobrażenie jak wygląda życie młodych dorosłych.

Paradoksem tej książki jest to, że nie dzieje się w niej prawie nic, a i tak ma się wrażenie, że wydarzenia następują po sobie za szybko. Po prostu fabuła po kolei odhacza kolejne sceny, żadna nie ma okazji tu wybrzmieć. Przyjaciel, który się zakochał w bohaterce? Jest, co z tego, że ta przyjaźń jest w ogóle niewiarygodna? Bliższe poznawanie się bohaterów? Szybki montażyk scen jakby to był film. Ciąża przyjaciółki? W sumie nic ważnego. Podróż poślubna? Krótko acz nadmiernie dramatycznie. Poważnie, wydarzenia na jachcie są absurdalne i jedyne czego czytelnik życzy bohaterce to wypadnięcie przez burtę. Niestety tak się nie dzieje.

Za to dostajemy bardzo dużo rozważań Rosalie o życiu. Głębokich jak kałuża w upalny dzień i napisanych jakby to była rozprawka na polski. Po prostu czuć, że autorka jest młoda i brakuje jej doświadczenia życiowego. Widać, że autorka chciała poruszyć poważne tematy, ale nie ma ku temu odpowiedniej wiedzy i wrażliwości. Jest młoda, ma prawo nie wiedzieć. Ale powiela w swojej powieści wiele szkodliwych wzorców. Nie, miłość nie leczy z depresji i nie rozwiązuje magicznie wszystkich problemów. Uzależnianie swojej chęci do życia od obecności ukochanej nie jest zdrowe dla żadnej ze stron. Wiele problemów bohaterów dałoby się rozwiązać zwykłą rozmową, ale wtedy by nie było dramy.

Nawet za bardzo nie chce mi się jechać po tej książce, bo widać, że nie powinna ona nigdy zostać wydana, tylko pozostać w odmętach Wattpada czy innej tego typu platformy. To ewidentnie są pierwsze wprawki w pisaniu i wydawnictwo zrobiło wielką krzywdę autorce wydając to.

Językowo jest fatalnie. Według stopki redakcyjnej książka przeszła redakcję i korektę, ale w ogóle tego nie widać. Niektóre zdania nie mają sensu i trzeba się naprawdę zastanowić żeby zrozumieć o co miało w nich chodzić. Pojawiają się zdania typu: „patrzałam na Williama”. Miejscami brakuje znaków interpunkcyjnych albo pojawiają się niewłaściwe, jak na przykład przecinek na końcu zdania. Ogólnie, wydawnictwo zawaliło na całej linii.

Jeszcze kwestia ograniczenia wiekowego książki. Ne egzemplarzu, który mam jest to 18+, acz wiem, że wydawnictwo zmieniło je po aferze na 16+. I faktycznie to 18+ było mocno przesadzone, bo nic takiego się w tej książce nie pojawia. Żadnej graficznej sceny seksu tu nie ma, jedyna jaka się pojawia to bardziej fade to black. Innymi słowy, wydawnictwo na spokojnie mogło uniknąć afery, ale by wtedy nie było darmowej reklamy, nie?

Ogólnie książka jest po prostu słaba. Jednak życzę autorce żeby się nie zrażała do pisania tylko faktycznie popracowała nad warsztatem. I może kiedyś, w przyszłości, napisała kolejną, lepszą książkę. I to w innym wydawnictwie, bo to zawaliło.

czwartek, 12 marca 2026

Little Stranger - Leigh Rivers (BZK)

Tytuł: Little Stranger
Cykl: The Web of Silence Duet
Autor: Leigh Rivers
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

W lutym zrobiłam sobie przerwę od BZK, bo bardzo potrzebowałam okładów z gejów po tym co przeczytałam w styczniu. I od razu po powrocie oberwałam w głowę cegłą. A właściwie śrubokrętem. W tym tempie to mi książek na okłady zabraknie…

Olivia jest adoptowaną córką rodziny Vize’ów. Cała historia zaczyna się, kiedy jej rodzice adoptują kolejne dziecko, tym razem chłopca. Malachi, bo tak ten się nazywa, przez traumatyczne przeżycia nie mówi, ale bardzo szybko przywiązuje się do nowej siostry. I to za bardzo, o wiele za bardzo. Kiedy dzieci dorastają ich relacja zaczyna się stawać coraz dziwniejsza i seksualna. W końcu Malachi trafia do więzienia, za pobicie ojca, który przyłapał go na seksie z siostrą. Po ośmiu latach chłopak wychodzi, jedyne czego chce to ukarać siostrę, która zeznawała przeciwko niemu.

Co ja właśnie przeczytałam?

Nie powinno się tej książki nazywać romansem, nawet dark. To jest normalny pornos. Ba! Większość pornosów ma mniej pretekstową fabułę. Normalnie cała fabuła tej książki sprowadza się do fetyszy sklejonych na ślinę. Sens? Logika? A na co to komu?

Charaktery postaci? Nie istnieją. Olivia to typ popularnej dziewczyny, Malachi zaś to typowy wyrzutek, który nie mówi i ma obsesję na jej punkcie. Mózgu nie stwierdzono u żadnego z nich.

Relacja między nimi? Sprowadza się tylko do seksu. Niby autorka próbuje wmówić czytelnikowi, że tam się rozwija jakieś głębsze uczucie, ale nie widać tego. Nie ma ani jednej sceny między tą dwójką, która nie kręciłaby się wokół jednego. No, może scena na początku, jak mają po kilka lat. Tylko problem w tym, że Malachi wykazuje niezdrowe przywiązanie do Olivii od pierwszego spotkania. Czemu? Nie wiadomo.

Olivia ma specyficzne fantazje seksualne, jest masochistką. No i zaczyna uczyć Malachiego jak ten ma ją zadowolić, niby pod pozorem, że robi to po to by ten umiał potem się zachować przy innej dziewczynie. A Malachi oczywiście jest bardzo pojętnym uczniem, już za pierwszym razem przeradza się w boga seksu. Obejrzał jak się robi minetę na pornolu? Umie! Tylko jest niedoświadczony! No śmiech na sali. Oczywiście autorka nawet na chwilę nie pozwala zapomnieć, że formalnie tych dwoje jest rodzeństwem. Bohaterowie zwracają się do siebie per siostrzyczko/braciszku nawet w scenach intymnych. Kurczę, równie dobrze autorka mogła zrobić z nich rodzone rodzeństwo, jak już chciała lecieć po bandzie, a przynajmniej uniknęła by wtedy idiotyzmów związanych z adopcją.

Rodzice bohaterów nie powinni móc nikogo adoptować. Ja się przestałam w pewnym momencie dziwić, że Olivia i Malachi wyrośli na chorych pojebów, bo w takiej rodzince to nie mogło wyjść inaczej. Ojciec praktycznie od początku traktuje Malachiego okropnie, bije go, ale dla Olivii jest cudownym tatusiem. Matka z kolei niby najpierw chce, żeby Olivia została dziewicą do ślubu, ale jak ta kończy szesnaście lat to płaci pierwszemu lepszemu facetowi żeby ją rozdziewiczył i karze jej się umawiać z dwoma gościami naraz… No nie ma w tym grama sensu. W dodatku ojciec jest prawnikiem a matka sędziną. Naprawdę nie wiem jakim cudem po tym jak ich syn pobił ojca i przyznał się do romansu z siostrą ktoś pozwolił im adoptować kolejne dziecko… Ale widać w tym świecie procedury adopcyjne załatwia się na lotnisku po przekazaniu dziecka, no bo po co wcześniej?

Ostatnie sto stron książki to opis „zemsty” Malachiego na Olivii. Innymi słowy, dokładny opis tego jak on ją porywa i gwałci. Z użyciem śrubokrętu, a właściwie dupokrętu i przy współudziale tarantuli. A ona stwierdza, że to ten jedyny. Matko Bosko Częstochowsko… Nie pojmuję tego co tu się odjaniepawla. I Olivia na koniec stwierdza, że ucieka sprzed ołtarza, bo przyszły mąż ją gdzieś wywiezie i będzie gwałcił i leci do Malachiego, który dosłownie dwa tygodnie wcześniej gdzieś ją wywiózł i gwałcił. Logiko, jesteś jeszcze z nami, czy już dawno porzuciłaś ten padół ziemski? I oczywiście na koniec Malachi zaczyna mówić poprawnie, bo happy end musi być pełny! Co z tego, że przez osiem lat nie potrafił się nauczyć wymówić imienia Olivii, bardzo długiego i trudnego jego zdaniem, wystarczyły dwa tygodnie by to nadrobić!

Książka napisana jest fatalnie. Czasem autorka nagle zmienia scenę nie informując o tym czytelnika. Po prostu w jednym akapicie bohaterowie są w jednej sytuacji a w następnym w zupełnie innej. A ty czytelniku domyśl się!

Napisanie tej opinii zajęło mi zdecydowanie więcej czasu niż na to ta książka zasługuje, ale to głównie przez to, że przy czytaniu moje szare komórki uległy masowej zagładzie. Nie polecam. Nikomu. Lepiej odpalić pomarańczowego youtube’a, tam znajdziecie bardziej wartościowe treści.

niedziela, 1 marca 2026

Co przemilczała Jaskółka – Katierina Silwanowa, Jelena Malisowa


Tytuł: Co przemilczała Jaskółka
Cykl: Lato w pionierskiej chuście
Autor: Katierina Silwanowa, Jelena Malisowa
Wydawnictwo: StoryLight
Gatunek: obyczajowa, LGBT

Kiedy w 2023 zaczynałam czytać „Lato w pionierskiej chuście” nie spodziewałam się jak bardzo poruszy mnie historia dwóch chłopaków, którzy zakochali się w sobie na obozie pionierskim. „Lato” stało się jedną z moich ulubionych książek, a teraz, po ponad dwóch latach w końcu doczekałam się kontynuacji.

W moim odczuciu „Co przemilczała Jaskółka” to nie jest romans. To opowieść o samotności, o potrzebie miłości i akceptacji. O budowaniu wokół siebie murów i ukrywaniu się za maską „normalnego człowieka”. Owszem, wątek uczucia, jakie Wołodia żywi do Jury jest istotny, ale przez większą część powieści jest to jedynie wspomnienie. Dużo ważniejsza jest relacja Wołodii z samym sobą, to jak bardzo nienawidzi siebie.

O ile w pierwszym tomie można było odnieść wrażenie, że te dwadzieścia lat, które bohaterowie spędzili osobno zostało potraktowane po łebkach, tak w tym tomie autorki naprawiły to zaniedbanie. Pierwsza połowa „Jaskółki” opowiada o życiu Wołodii od momentu kiedy w wieku czternastu lat zorientował się, że pociągają go mężczyźni, poprzez czas spędzony w „Jaskółce” i miłość do Jury, W znacznym stopniu ta część książki powtarza to co widzieliśmy w pierwszym tomie, acz zmienia perspektywę i pogłębia temat. Ale przez to pierwsza połowa może wydawać się wtórna, zwłaszcza jeśli ktoś czyta ją zaraz po skończeniu poprzedniej części. Druga połowa z kolei kontynuuję historię od ponownego spotkania z Jurą, pytając czy da się odbudować relację po tak długim czasie.

Książka ma ograniczenie wiekowe 16+ i uważam, że zasłużenie. Nie ze względu na erotykę, tej w zasadzie tutaj nie ma, choć temat seksu się pojawia, tytuł powieści jest bardzo trafny pod tym względem, o ile w pierwszym tomie autorki raczej wystrzegały się poruszania seksualnego aspektu relacji bohaterów, tak w tej części jest to bardzo istotna część historii. Dodatkowo zostają poruszone motywy homofobii, tej zewnętrznej jak i zinternalizowanej; samookaleczania, myśli samobójczych, uzależnień, problemów psychicznych, toksycznych związków, a nawet książka delikatnie zahacza o temat holokaustu.

W ogóle wątek homofobii jest tu poruszony dużo brutalniej niż przywykłam do tego w powieściach zachodnich. Tam nawet jeśli taki motyw się pojawia, to bohater ma jakieś wparcie. A Wołodia jest całkiem sam. Społeczeństwo nienawidzi takich jak on, a jego rodzina nie jest wyjątkiem. On sam się nienawidzi. To tego muszę zwrócić uwagę, że tu homofobia jest faktycznie przedstawiona jako nienawiść wynikająca ze strachu, a to przez osadzenie tego tematu w kontekście epidemii AIDS. Owszem, jest to nienawiść irracjonalna i wynikająca z ignorancji, ale u jej podstaw leży przede wszystkim strach przed nieznanym.

Wołodia próbuje żyć tak jak wymaga od niego społeczeństwo, uważa się za osobę chorą i zboczeńca, a otoczenie tylko go w tym utwierdza. Książka opisuje jak próbuje się wyleczyć, co skutkuje tylko jeszcze większym pogłębieniem się problemów psychicznych. Bardzo wstrząsnęła mną scena, w której Wołodia mówi o swoim problemie rodzicom. Dostajemy tu opisy jego prób związków z kobietami, sekretny romans z Igorem, dość trudny do oceny moralnej. Sam Igor to całkiem ciekawa postać, o dziwo było mi go żal, chociaż absolutnie nie zachowywał się w porządku ani wobec Wołodii ani swojej żony.

Bohaterowie popełniają błędy, nie są idealni. Nie raz ich decyzje wydają się irracjonalne czy niemoralne, ale widzimy z czego to wynika.

Klimat powieści jest dość przytłaczający, choć przy tym czyta się ją bardzo szybko. Po prostu tak niewiele w życiu głównego bohatera zdarza się dobrych rzeczy, że nie da się podejść do tego obojętnie. I udało się tej historii wycisnąć ze mnie parę łez. Nie tak dużo jak pierwszemu tomowi, przy tamtej książce rozkleiłam się totalnie, ale i tu parę pociekło.

W kwestiach technicznych. Zdarzyło się kilka literówek, ale nie na tyle żeby miało to psuć odbiór, ot, zwykłe przeoczenia, wspominam bardziej z obowiązku. Bardziej mnie irytował brak przypisów przy różnych słowach typowych dla lat dziewięćdziesiątych w Związku Radzieckim. Ja rozumiem, że w Rosji pewnie wszyscy wiedzą kto to byli „lubiery”, ale w Polsce nikt nie kojarzy takiej grupy społecznej! A można to było prostym przypisem załatwić! I nie jest to jedyny taki przypadek w tej książce.

Pierwsza część była oskarżana o romantyzowanie Związku Radzieckiego. No to tego tomu nie da się o to posądzić. Wszystkie problemy Wołodii biorą swoje źródło w tym jak wyglądało życie i ludzka mentalność w tym kraju. Jeśli jakiś kraj jest tutaj romantyzowany to Niemcy. Za to podoba mi się jak wyraźnie podkreślono w tej książce odrębność Ukrainy od Rosji.

Na koniec wspomnę o jeszcze jednej kwestii, która nie daje mi spokoju. Jako, że od wydania „Lata w pionierskiej chuście” minęły ponad dwa lata, a ja miałam lekką obsesję na punkcie tej książki… No, może nie lekką, ale ciiiii… To zdarzyło mi się natknąć w odmętach internetu na kilka spoilerów do „Jaskółki”… I jakież było moje zdziwieniu przy czytaniu wersji polskiej, gdy się okazało, że część z tych zaspoilerowanych wątków w ogóle się w tej powieści nie pojawia a niektóre wydarzenia mają zupełnie inny przebieg! Wygląda na to, że w międzyczasie autorki przepisały na nowo tę powieść zmieniając całkiem sporo i rozbijając pierwotną wersję na dwa tomy. I tak na przykład wątek Maszy, na który bardzo czekałam został całkowicie w tej wersji pominięty… Nie jestem fanką takiego przepisywania już wydanych powieści, choć istnieje możliwość, że dzięki temu dostaliśmy lepszą książkę niż pierwotnie. Kusi mnie teraz przeczytać starą wersję i porównać. W każdym razie, wychodzi na to, że nawet jak sobie człowiek pewne rzeczy zaspoileruje to i tak może się zaskoczyć.

Teoretycznie historia zawarta w tej książce kończy się w połowie, ale czytając w ogóle tego nie czuć. Powieść jest bardzo spójna tematycznie, a zakończenie satysfakcjonujące. Owszem, są zarysowane pewne wątki, które zapewne zostaną rozwinięte w części trzeciej, ale podejrzewam, że wyłapałam je tylko dlatego, że ze spoilerów wiedziałam na co zwracać uwagę.

Powieść bardzo mną wstrząsnęła i skłoniła do refleksji. Bardzo polecam, szczególnie jeśli szukacie czegoś naprawdę smutnego. Jak z mojego kamiennego serca wycisnęło łzę, to wyciśnie z każdego. A teraz pora zacząć męczyć wydawnictwo o tom trzeci.