niedziela, 31 maja 2026

Death's Obsession - Avina St. Graves (BZK)

Tytuł: Death's Obsession
Autor: Avina St. Graves
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Gatunek: romans, fantasy

I znowu do tej ciemnicy… Innymi słowy, wracam do katowania się „arcydziełami” literatury w ramach BZK. Co prawda ta konkretna książka nie wchodzi w oficjalny skład Booktouru, ale dostałam ją w jednej paczce z resztą, więc liczy się!

Od wypadku, w którym zginęła jej bliźniaczka, Lilith prześladuje Mężczyzna Bez Twarzy. Zostawia jej prezenty i liściki, maluje znaki na skórze gdy ta śpi. Nikt nie wierzy dziewczynie, że jej prześladowca naprawdę istnieje, jej chłopak i psychiatra uważają, że dziewczyna ma halucynacje. Tymczasem tajemniczy mężczyzna coraz bardziej zbliża się do Lili…

Ta książka miała potencjał. Sam zarys fabuły przypominał mi musical „Elisabeth”, w obu przypadkach mamy do czynienia z historią dziewczyny, która otarła się o śmierć i na punkcie której Śmierć dostał obsesji. Tylko, że w „Elisabeth” cała historia miłosna ze Śmiercią była alegorią depresji i myśli samobójczych, do tego na tle przemian społecznych XIX wiecznych Austro-Węgier, opowieścią o końcu pewnej epoki i wiwisekcją postaci cesarzowej Sisi. Zaś w przypadku „Death’s Obsession” mamy do czynienia ze zwykłym pornosem.

Owszem, momentami autorka próbuje przedstawić stan psychiczny głównej bohaterki. I są to najciekawsze fragmenty tej książki. O tym jak Lilith przeżywa żałobę i jak wypadek wpłynął na jej postrzeganie siebie oraz relację z chłopakiem. Nie jest to może zbyt oryginalne, ale czyta się nieźle.

Dopóki na scenę nie wkracza Letum, czyli pan Śmierć. Borze szumiący, co za tandetnie napisana postać. Oczywiście jest mhroczny (nie, to nie jest literówka) i seksowny. I tajemniczy! I mówi w poetycki sposób. Autorka jak nic wszystkie jego teksty przepisała z „Wielkiej księgi żenujących tekstów na mroczny podryw”, a jeśli czegoś takiego nie ma to spokojnie może ją napisać. Letum jest też władczy i dominujący. Prawdziwy smalec alfa! Ale też troskliwy! Nie chce duszy Lilith, ale ją chce! Po prostu za każdym razem jak ten facet pojawiał się na kartach powieści moje ciary żenady dostawały ciar żenady. A jeszcze to, jak on nazywał Lilith: „moja mroczna maro”, „moja burzo”, „mój kwiatuszku”… No nie, no po prostu nie. No i samo imię Letum… Autorka nie mogła znaleźć jakiegoś ładniejszego określenia na śmierć?

Scen seksu jest dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość powieści. I są bardzo szczegółowe. Letum oczywiście ma dużego, bo jakżeby inaczej. Co śmieszniejsze, w czasie seksu dusza Letuma opuszcza jego ciało i bierze aktywny udział. Dusza ma jeszcze większego. Ja się pytam co autorka brała? Do tego momentami w scenach seksu gubi się gdzieś orientacja przestrzenna, w jednej scenie nawet Letum wydaje się mieć trzy ręce (to była scena zanim dusza się przyłączyła). Do tego Letum rżnie tak entuzjastycznie, że aż skuł glazurę w łazience Lilith samym impetem… Litości. A Lilith oczywiście jest mokra na samą myśl o nim.

Już nawet nie wspominając, że kolejny raz mamy do czynienia z historią, gdzie laska zakochuje się w swoim stalkerze. I oczywiście autorka musi zrobić z wszystkich jej bliskich dupków i idiotów żeby stalker wypadł jako ta atrakcyjniejsza opcja. Bo oczywiście jej facet jej nie wierzy, że ma stalkera. Kurczę, dziewczyny nie stać na chleb, a ten myśli, że ona te wszystkie kwiaty i biżuterię (której w większości nie nosi) kupuje sobie sama… Logiko!

Boli mnie, że cała relacja między Lilith i Letumem została sprowadzona jedynie do seksu. Owszem, jest zasugerowane, że oni ze sobą kiedyś rozmawiali, że tam była jakaś głębsza więź… Tylko, że nie dostajemy tego na kartach powieści. Dostajemy za to historię o tym, jak Śmierć dostał obsesji na punkcie zwyczajnej dziewczyny z depresją. Takich dziewczyn w historii ludzkości musiały być miliony, jak nie miliardy, co jest wyjątkowego akurat w tej? No nie wiadomo.

Napisane to jest nie najgorzej, acz strasznie pretensjonalnie. Autorka stara się stworzyć mroczną, oniryczną atmosferę, problem tylko, że wszystko tu jest zbyt dosłowne by to zadziałało. Ale pod względem języka ta książka nie boli.

Boli za to głowa od czytania jej. Ktoś postanowił wydać tę książkę w „trybie ciemnym”, czyli białe litery na czarnym tle. W efekcie całe strony są zalane farbą drukarską i dosłownie śmierdzą. Dobrze, że całość ma zaledwie dwieście stron, bo jakbym to miała czytać dłużej to bym się po prostu zaczadziła.

Podsumowując, nie jest to najgorsza książka jaką czytałam w tym roku (Booktour znacząco obniżył moje standardy, wiem). Nie jest to też książka dobra. Ot, pornosek, który próbował być czymś więcej, tylko nie wyszło. Osobiście nie polecam.

Za to jeśli ktoś chce zobaczyć jak ciekawie można wykorzystać motyw śmierci mającej obsesję na punkcie śmiertelniczki, to polecam obejrzeć „Elisabeth”, to wspaniały musical jest.

czwartek, 28 maja 2026

Stars of Chaos 5 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 5
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Napięcie między frakcjami na cesarskim dworze sięga zenitu. Doktor Chen szuka lekarstwa na dręczące Chang Genga wu’ergu, a w tym czasie zdrowie Gu Yuna coraz bardziej się pogarsza. Wielkie Liang czeka ostatnia konfrontacja z siłami papieża.

Właściwa fabuła zajmuje pierwszą połowę książki. I z tą pierwszą połową, muszę przyznać, miałam kłopot. Nie wiem, czy po prostu ta książka miała pecha i trafiła na zastój czytelniczy u mnie, czy po prostu końcówka była mało porywająca, ale okropnie ciężko mi się czytało te dwieście stron. I ciężko mi wskazać dlaczego. W końcu teoretycznie historia doszła do punktu kulminacyjnego. Podobał mi się pojedynek dowódczy między Gu Yunem a papieżem, to w jakim stopniu ich strategie były oparte na znajomości charakteru przeciwnika. Podobało mi się końcowa bitwa, zwłaszcza rola jaką odegrało w niej Dongying. Polityka na dworze cesarskim i reformy gospodarcze Chang Genga też powinny być ciekawe.

A jednak łapałam się na tym, że co chwilę gubię wątek. Zabrakło mi czegoś, co by mocniej przykuło moją uwagę do tekstu, zwłaszcza, że faktycznie dużo w tym tomie akcji z postaciami, do których czytelnik nie został jakoś mocniej przywiązany emocjonalnie.

Samo zakończenie mi się podobało, scena z Gu Yunem i Chang Gengiem w namiocie dowodzenia była jednocześnie przekomiczna i romantyczna.

O ile do pierwszej połowy tego tomu mam zastrzeżenia, to ostatnie dwieście stron było balsamem na moją duszę. Dosłownie pół książki zajmują rozdziały dodatkowe, w znacznej mierze opisujące wydarzenia po zakończeniu głównej fabuły. Innymi słowy: zwykle autorzy piszą na końcu książki, że bohaterowie żyli długo i szczęśliwie, tymczasem priest poszła krok dalej i to długo i szczęśliwie opisała. I chwała jej za to, bo właśnie tego potrzebowałam! Dodatkowe rozdziały do tej powieści są dokładnym przeciwieństwem tych z „Guardiana” tej autorki. Tam dostałam emotional demage, tu ciepły kocyk i kubek kakałka.

Jak już pisałam przy okazji poprzednich tomów, Chang Geng i Gu Yun tworzą naprawdę udaną parę i po prostu przyjemnie się o nich czyta. Zwłaszcza, że w rozdziałach specjalnych mamy okazję obserwować ich codzienne życie, bez żadnej wojny w tle. Jest spokojnie, sielsko, po prostu uroczo. Nie sądziłam, że czytanie o tym jak Gu Yun urządza dom będzie takie emocjonalne... Do tego w jednym rozdziale mamy okazję zobaczyć jak wyglądało dzieciństwo i młodość Gu Yuna.

Poza głównymi bohaterami postacie drugoplanowe dostają też swoje pięć minut. Dostałam więcej generała Shen Yi, moje modlitwy zostały wysłuchane! Absolutnie uwielbiam jego przyjaźń z Gu Yunem. Do tego cały wątek związku jego związku z doktor Chen, którego mi brakowało w głównej fabule… No to tu to dostałam odpowiednio rozwinięte. Po za tym dostaliśmy też rozdział o młodości pewnego stroniącego od kąpieli mnicha.

Bardzo podobało mi się, jak autorka potraktowała niepełnosprawność bohaterów. Bałam się, że na wszystkie ich przypadłości znajdą się lekarstwa i wyleczą się bez żadnych skutków ubocznych. Na szczęście miałam rację tylko w połowie. Bo o ile faktycznie lekarstwa się znajdują, to jednak kuracja nie jest stuprocentowo skuteczna, a pewnych uszkodzeń po prostu nie da się cofnąć.

Chyba moim największym rozczarowaniem wobec tego tomu, a w sumie to całej serii, jest to, jak małą rolę odegrali Ge Chen i Cao Chunhua. Owszem, to nie tak, że autorka o nich całkowicie zapomniała, ale spodziewałam się, że będzie ich więcej. A na dobrą sprawę nawet nie wiadomo, co Cao Chunhua robił po wojnie… Chłopaki zapowiadali się na naprawdę interesujące postacie, a ostatecznie pojawiali się tylko wtedy gdy byli potrzebni żeby pchnąć fabułę.

Udało mi się wyłapać parę niedociągnięć w kwestii wydania. Literówkę dostrzegłam tylko jedną, ale za to w tytule rozdziału. Za to parę razy wyłapałam, że tekst został źle sformatowany, co mnie zaskoczyło, bo nigdy wcześniej nie widziałam tego typu błędu, a jednak sporo książek czytam.

Za to absolutnie cudowna jest okładka tego tomu i ilustracja na rozkładówce. A mała ukryta ilustracja na wewnętrznej stronie skrzydełka to już wisienka na torcie.

Ogólnie, mimo paru mankamentów, seria mi się bardzo podobała. Bardzo chętnie bym obejrzała dramę na jej podstawie, która zresztą została nakręcona, ale utknęła w cenzorskim limbo po zaostrzeniu przepisów w Chinach. Nawet z wyciętym wątkiem romantycznym ta historia ma potencjał… Choć z romansem jest lepsza. Słyszałam opinie, że książek priest nie należy czytać dla romansu, bo jest go w nich bardzo mało. Może i mało, ale za to najwyższej jakości! Ja jak najbardziej polecam tę serię romantykom szukającym bardziej subtelnego romansu z rozbudowaną fabułą.

sobota, 23 maja 2026

Outlander sezon 8 - pierwsze wrażenia

Jako że ostatni sezon Outlandera dobiegł końca, wrzucam ostatnią porcję moich opinii o odcinkach, pisanych na bieżąco w trakcie oglądania.


S08E01

Zaczyna się od tego, że Jamie i Claire poszukują informacji na temat pochodzenia Fanny. I o ile sama scena jest całkiem spoko, chociaż dziwne było, że Claire zabiła tego gościa, tak kompletnie nie rozumiem skąd ta ich pewność, że matka Fanny to jest ich Faith. No bo, pewnie, imię i fakt, że dziewczynka nuciła piosenkę nie ze swoich czasów to całkiem duży zbieg okoliczności, ale jednak Claire trzymała martwą córkę na rękach… Więc albo dalej idą w ten absurdalny wątek albo twórcy wciąż robią zmyłkę. Obie wersje są słabe w moim odczuciu. A bohaterowie powinni być bardziej sceptyczni. Za to fajna była scena jak Jamie i Claire wspominają poczęcie Faith, wzięta prosto z książki, ale przerobiona by pasowała do serialowej chronologii.

Fergus i Marsali. Super było ich zobaczyć, bardzo brakowało mi ich w poprzednim sezonie. Acz wygląda na to, że twórcy już szykują się, by zafundować im pewną tragedię z książki…

Powrót do Ridge. Widzę, że w serialu to nie Jamie wybudował nowy dom, tylko Ian z pomocą sąsiadów pod nieobecność bohaterów. Trochę szkoda, ale chyba nieuniknione przy takiem kondensacji fabuły.

Lord John i William. Amaranthus! Nie lubiłam tej postaci w książce, ale aktorka wypada bardzo spoko. Zastanawiałam się, jak ją wprowadzą, ale widzę, że zamiast Greyów szukających jej to ona znalazła Lorda Johna. W sumie zastanawia mnie czemu John ją przedstawił jako „wicehrabinę Grey”, skoro to nazwisko, nie tytuł. Raczej powinno być „wicehrabina Melton”… O, w książkach też tak jest, czyli o to mogę Gabaldon winić. I wygląda na to, że Halowi jednego syna wycięli, bo William mówi, że Ben i Henry byli dla niego jak bracia, a o Adamie nic nie wspomina… Ciekawe ile z tego wątku pojawi się w serialu. Mam wrażenie, że rozmowa o rezygnacji z tytułu też jest z książki, tylko, że tam zamiast Johna był Hal, ale nie mogę jej znaleźć żeby się upewnić…

Bree i Roger. McKenzie wrócili! I przywieźli książki! Super, że został wspomniany „Władca Pierścieni”. Chociaż scena powrotu była mało klimatyczna… Widzę za to, że naprawili coś, co mi w książce nie pasowało: Jamie widząc zdjęcie Franka w serialu od razu zwraca uwagę na jego podobieństwo do Jacka Randalla. Bo, owszem, w serialu ci dwaj byli dużo bardziej podobni, ale i tak brakowało mi tej uwagi w książce.

Dziwne, że zmienili męża Amy McCallum, w książce wyszła za Bobbiego Higginsa, za Evana Lindsaya. Trochę dziwna zmiana, ale przez to mam wrażenie, że nie pominą wątku Amy…

Jeśli chodzi o Cunninghamów… to nie do końca pamiętam o co chodziło z nimi w książce. Znaczy, wydaje mi się, że pani Cunningham została całkiem wiernie odwzorowana. Ale Kapitan Cunningham wydaje mi się sympatyczniejszy niż w książce, chyba. I wydaje mi się, że w książce nie zajmował się handlem? Tylko był kaznodzieją? Kurczę, jak wyjdzie dziesiąty tom to trzeba będzie reread zrobić. W każdym razie nie zdziwi mnie, jeśli znowu wytną wszystkie wątki związane z wiarą, lubię w książkach to jak wielowyznaniowe jest Fraser’s Ridge.

Ogólnie sporo było scen wziętych z książki i dopasowanych tak, żeby pasowały do serialu. Szkoda trochę tego jak wiele pomijają, ale na tym etapie już do tego przywykłam. Odcinek oglądało się całkiem przyjemnie.

Krótki komentarz jak na mnie, ale po prostu „Powiedz pszczołom, że odszedłeś” to ta jedyna książka w serii, której nie znam na pamięć, więc nie mam za bardzo porównania.

A na koniec jestem ciekawa, czy w tym sezonie pojawi się polski akcent, czy go też wytną.

sobota, 16 maja 2026

Stars of Chaos 4 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 4
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Podczas misji mającej na celu zbadanie sprawy korupcji na południu Chang Geng wpada w kłopoty. Tymczasem jego imię zostaje zamieszane w spisek mający na celu zamach na cesarza. Jednak konflikty wewnętrzne to nie jedyny problem Wielkiego Liang: Osiemnaście Plemion wciąż pragnie zemsty, a armia papieża zbiera siły do ponownego ataku.

Z przykrością stwierdzam, że ten tom nie utrzymał poziomu poprzednika. Znaczy, nie jest źle, ale tom trzeci podniósł moje oczekiwania, a czwarty po prostu ich nie udźwignął.

Przede wszystkim za dużo w tym tomie było Gu Yuna przybywającego na ratunek, zwłaszcza w początkowych rozdziałach. Jeszcze, żeby te wydarzenia rozgrywały się mniej więcej w tym samym regionie, ale nie, miałam wrażenie jakby odległość nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a Gu Yun teleportował się z miejsca na miejsce. Miałam flashbacki z ostatniego sezonu „Gry o tron”, a to nigdy nie jest komplement.

Drugi zarzut mam do wątku Osiemnastu Plemion. Jak na wątek, który w sumie rozpoczął całą fabułę tej serii, to zakończenie było jakieś takie niesatysfakcjonujące. Prawdopodobnie przez to, że obyło się praktycznie bez udziału głównych bohaterów. I o ile cieszę się, że postacie poboczne dostały szansę by zabłysnąć, a ostatnie chwile Wilczego Króla były naprawdę ciekawie opisane, tak pozostał pewien niedosyt. No i fakt, że całkowicie nie wykorzystano postaci drugiego wu’ergu, aż się zastanawiam po co w ogóle wprowadzono tę postać.

Trochę też rozczarował mnie wątek generała Shen Yi i panny Chen, spodziewałam się chyba trochę więcej interakcji między tą dwójką. Ja wiem, że to wątek całkowicie poboczny, ale wolałabym żeby trochę bardziej autorka go rozbudowała, żeby to nie było tak jednostronne uczucie ze strony pana generała. Zwłaszcza, że ja bardzo lubię, kiedy w gejowej książce dostaje romans hetero na drugim planie. Zresztą tak samo w drugą stronę, ot, taka moja przewrotna natura. A biorąc pod uwagę, co pani doktor i pan generał muszą przechodzić z parą głównych bohaterów, to naprawdę należy im się odrobina szczęścia.

No, a teraz przejdźmy do rzeczy, które mi się podobały, żeby nie było, że ze mnie taka maruda.

Ogólnie cały wątek z zamachem na cesarze, wyjąwszy teleportującego się Gu Yuna, mi się podobał. Bardzo fajnie przedstawiono ten spisek. W ogóle sama postać cesarza coraz bardziej mi się podoba, to jak z jednej strony polega na Gu Yunie i bracie, a z drugiej zżera go paranoja. Chang Geng jest na tyle tajemniczy, że nikt nie jest pewny jego prawdziwych motywów, a to jak blisko są z Gu Yunem sprawia, że i lojalność marszałka staje pod znakiem zapytania.

Wciąż niesamowicie podoba mi się przyjaźń Gu Yuna i Shen Yi, a teraz kiedy Shen Yi się zakochał, to Gu Yun ma prawdziwe używanie.

Podobało mi się, że zarówno Barbarzyńcy jak i Daleki Zachód nie zostali przedstawieni jako monolity, że te nacje, tak samo jak Wielkie Liang zmagają się z konfliktami wewnętrznymi. Wilczy Król pragnie zemsty, lecz jego lud jest już zmęczony ciągłą wojną, zwłaszcza, że kraj nęka klęska głodu. Zaś wśród z Zachodu coraz wyraźniej widać konflikt interesów między papieżem a królem.

Chang Geng i Gu Yun to dalej bardzo fajna para, choć przez większość czasu nie przebywają razem. Chyba to mi się w tej serii tak bardzo podoba: romans, choć zdecydowanie istotny, zajmuje bardzo mało miejsca. Dużo w tym tomie chorowania, zresztą, jak w całej serii. Ja chyba powinnam pić kielona za każdym razem jak Gu Yun albo Chang Geng są ranni/chorzy… Znaczy, nie uważam tego za wadę, zwłaszcza, że wprowadza to nastrój przemijania… Stan zdrowia Gu Yuna pogarsza się z każdą chwilą, podczas gdy jest on gwarantem stabilności psychicznej Chang Genga. Dostajemy w tym tomie też dodatkowe informacje o wu’ergu.

Ogólnie, jest to trochę słabszy tom, ale czytało mi się go bardzo szybko, nie tylko dlatego, że był krótki. Serię dalej polecam.

środa, 6 maja 2026

Stars of Chaos 3 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 3
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Jako, że ta seria to ciągła historia, to ostrzegam, że spoilery do poprzednich tomów w poniższej recenzji latają nisko (będzie padać!).

Armia Dalekiego Zachodu oblega stolicę. Jednak sama obrona stolicy nie wystarcza. Wielkie Liang straciło w wojnie wiele: część ziem dostała się pod obce panowanie, skarbiec świeci pustkami, a zapasy fioletowego złota, szczególnie potrzebnego w tych ciężkich czasach skurczyły się drastycznie. Gdy marszałek Gu Yun rusza bronić granic kraju, książę Yan robi wszystko, by ustabilizować sytuację gospodarczą w kraju.

Oj, dzieje się w tym tomie dużo. Są bitwy, są intrygi dworskie, ale jest też miejsce na rozwój bohaterów i relacji między nimi. Ciężko było się oderwać od lektury.

Bardzo podobało mi się jak w tym tomie jest poprowadzona postać Chang Genga. Obserwowanie drogi od księcia w ogóle niezainteresowanego polityką do praktycznie zbawcy narodu było bardzo satysfakcjonujące. Zdobywanie coraz większych wpływów na dworze, zarówno ciężką pracą jak i podstępem. Właśnie ta polityczna część powieści okazała się najbardziej zajmująca. Pozwoliło to też na rozwinięcie bohatera w oderwaniu od romansu, co bardzo pomogło w wyrównaniu dynamiki w tej relacji.

Poza intrygami politycznymi duże znaczenie ma też wątek klątwy. Dowiadujemy się więcej o tym jak działa wu’ergu i czym właściwie jest. Poznajemy też przeszłość Chang Genga i okazuje się, że chłopak może faktycznie nie być tym, za kogo wszyscy go mają. Wpływ wu’ergu każe mieć wątpliwości, czy książę naprawdę jest tak bezinteresowny w swoich działaniach, jak to się wydaje.

Postać Gu Yuna też przechodzi przemianę. Jego zdrowie cały czas się pogarsza, zwłaszcza, że dwa razy w tym tomie zostaje on poważnie ranny… Staje się on z wiekiem coraz bardziej refleksyjny. Co prawda tylko w środku, na zewnątrz cały czas pokazuje tą samą bezwstydną twarz. I niech ktoś temu mężczyźnie zabierze flet, bo w jego rękach to zabójcza broń! Poznanie prawdy o truciźnie trawiącej Chang Genga sprawia, że Gu Yun musi zmierzyć się z własnymi uczuciami…

W tym tomie w końcu romans zaczyna się na dobre. I muszę powiedzieć, że ten wątek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Sięgając po tę serię miałam duże wątpliwości co do tego, jak będzie wyglądać relacja między głównymi bohaterami, biorąc pod uwagę, że w pewnym sensie są „ojcem” i „synem”. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że absolutnie uwielbiam ich jako parę. Jest to bardzo delikatny relacja, dużo tu czułości i romantyzmu, ale takiego subtelnego. Scen erotycznych nie ma. Znaczy, seks jest, ale za zamkniętymi drzwiami. W sumie fascynujące jest to jak bardzo kinky potrafią być bohaterowie książek priest pomimo tego, że nie pisze ona erotyki. Podoba mi się, że autorka zadbała o to, by bohaterowie mieli życie poza swoją relacją, by nie byli od siebie zależni. Owszem, ich relacja zahacza o tabu, ale bardziej w kwestii tego jak jest postrzegana przez innych, a nie, że jest jakoś szczególnie problematyczna.

W dalszym ciągu uważam, że przyjaźń Gu Yuna z generałem Shenem jest najlepszą relacją w powieści. Shen Yi jest absolutnie wspaniały w roli piątego koła u wozu i uwielbiam to, jak on ma dość tych dwóch momentami, a zwłaszcza Gu Yuna. Do tego w tym tomie generał dostał swój własny wątek i jest go zdecydowanie więcej.

Pozostali bohaterowie drugiego planu może nie wybijają się aż tak bardzo, ale są na tyle wyraziści, że nie da się ich pomylić i łatwo ich zapamiętać.

Bardzo ważny w tym tomie jest motyw troski o ojczyznę, co w sumie jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że bohaterami są książę i wojskowy, a cała historia jest o obcej inwazji. Niezmiennie bawi nazywanie ludzi z Dalekiego Zachodu „włochatymi małpami”.

Uwielbiam poczucie humoru w książkach priest. Nie raz w trakcie czytania śmiałam się na głos.

Ciekawą rzeczą, jaką zauważyłam w trakcie czytania, jest to jak często pojawiają się cytaty i nawiązania do klasycznej literatury chińskiej. I to nie jako wtrącenia, ale normalnie jako część narracji.

Jak do tej pory był to najlepszy tom serii. Czytało się to niesamowicie przyjemnie, a bohaterów ciężko nie pokochać. Zdecydowanie polecam.