Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BZK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BZK. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2026

I like you, Hype Boy - Julita Sarnecka (BZK)

Tytuł: I like you, Hype Boy
Autor: Julita Sarnecka
Wydawnictwo: Filia
Gatunek: romans

Proszę Państwa, oto kolejna odsłona Booktouru Złych Książek! Tym razem kolejny romans z k-popowym idolem. A że ja, przyznaję się bez bicia, o k-popie i Korei nie mam zbyt dużego pojęcia (obejrzałam całą jedną dramę koreańską i to jeszcze sukienkową…) to najpewniej książkę potraktuję trochę łagodniej niż na to zasługuje…

Sana jest początkującą dziennikarką koreańskiego pochodzenia. Nie idzie jej zbyt dobrze na stażu, ale dostaje szansę, by pokazać na co ją stać. Ma spędzić dwa miesiące z członkami TBT, najpopularniejszego zespołu k-popowego i napisać o nich artykuł.

Pamiętacie te wszystkie fanfiki z Onet blog, gdzie główna bohaterka musiała z jakiegoś powodu (najczęściej totalnie wydumanego) zamieszkać z One Direction albo z Jonas Brothers? Oczywiście dziewczyna było szarą myszką i fajtłapą, i w ogóle nie taka jak inne, ale jednocześnie wszyscy ci gwiazdorzy się w niej zakochiwali i uważali, że jest najpiękniejsza na świecie? To teraz przenieście to do Korei i to jest ta książka. Dosłownie, nie musicie już tego czytać, zaoszczędziliście czas, pieniądze i szare komórki.

Sana jest bohaterką nie dość że wkurzającą, to jeszcze do bólu typową. Nic jej nie wychodzi, wszystko leci jej z rąk, potrafi się wywalić na prostej drodze. I ja nawet nie przesadzam, dosłownie jest taka scena w książce. Staż musiał załatwić jej ojciec, a sądząc po reakcji jej szefa na jej artykuły, to talentu dziennikarskiego to ona nie ma za grosz. Zresztą, wysyłają ją do Korei by napisała artykuł o zespole, a ta przez dwa tygodnie nie raczyła sprawdzić w internecie jak wyglądają członkowie rzeczonego zespołu. No research pierwsza klasa! No i komuś takiemu zlecają napisanie artykułu o najsłynniejszym zespole na świecie? Na jakiej podstawie? Bo nie wierzę, że w Nowym Jorku to jest jedyna dziennikarka mówiąca po koreańsku.

Jeśli zaś chodzi o chłopaków… To jest reverse harem. Naprawdę, ta książka odhacza wszystkie typowe motywy reverse haremów. Tyle, że w dobrej haremówka bohaterowie powinni być wyraziści. A tutaj, poza Lee i Shinem, panowie zlewają się w jedną masę. Niby autorka próbuje nadać im jakieś cechy indywidualne, ale nie więcej niż jedną. Ich stosunek do bohaterki też zmienia się w tym samym momencie, nie ma żadnego stopniowania relacji.

Lee to taki typowy „główny facet” w romansie. Jest przystojny i tajemniczy, początkowo nie lubi Sany, bo powody… Nie, serio, ja nie rozumiem czemu on jej najpierw nie lubił a potem nagle zmienił zdanie. Ona dosłownie nic nie zrobiła takiego żeby zmienił opinię o niej. Ale oczywiście nagle musiała się pojawić wielka miłość, co z tego, że to nijak nie wynika z fabuły? Na początku powieści umawiał się z Haną na seks, ale potem zakochał się w Sanie...

Z kolei Shin to „ten drugi”. Jest najmłodszy w zespole i często żartuje. Niby Sanę do niego ciągnie, ale jednak nie… Do tego Shin bardzo często klei się do Mina, a Sana się zastanawia czy oni ze sobą ten tego… Boże, fujoshi się w tej książce nie spodziewałam… I żeby nie było, ja bardzo lubię BL, ale tu to od razu było widać, że to typowy fanservice, a nie żaden wątek LGBT, zwłaszcza, że autorka wyraźnie daje znaki, że Shin spiknie się z przyjaciółką Sany w przyszłości… A czytanie o tym jak Sanie po raz enty robi gorąco i/lub mokro nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

A mokro jej się robi praktycznie cały czas. Ja się w pewnym momencie zaczęłam o nią martwić, bo odwodnienie to poważna sprawa! Scen erotycznych może nie nie jest za dużo i, na dobrą sprawę, czytałam gorzej napisanie. Ale bawiło mnie ile rund był w stanie Lee wytrzymać pod rząd. Zwłaszcza, że ponoć oni tak cały czas niedożywieni i po wycieńczających treningach. Za to pozytywnie zaskoczyło mnie to, że bohaterowie pamiętali o zabezpieczaniu się. Chociaż trochę bawi mnie, ile Lee musiał gumek nosić w kieszeniach, skoro z niego taki ogier.

Z ważnych postaci pojawiła się jeszcze przyjaciółka Sany, Niki, fanka TBT. Jak nic drugi tom będzie o niej, mogę się o to założyć.

Autorka ma momentami straszny problem z orientalizmem. W sensie: wszystko co koreańskie jest super. Sana przyjeżdża do Seulu i zachwyca się wieżowcami. Tak jakby sama pochodziła z Pcimia Dolnego a nie z Nowego Jorku. Do tego wszyscy Koreańczycy są zachwyceni tym, że Sana mówi po koreańsku, bo przecież tylko Koreańczycy doceniają jak ktoś mówi w ich języku. Tak jakby Polacy nie byli zachwyceni kiedy ktoś jest w stanie powiedzieć chociaż kilka słów w naszym języku… No i oczywiście w Korei wszyscy wszystkich szanują… Boże, tak jakby okazując pozorny szacunek nie dało się komuś dopiec.

Duży problem w tej książce mam też z alkoholem. Bohaterowie piją. I to dużo. I często w sytuacjach, w których nie powinni. I jasne, można to potraktować, jako pokazanie ciemnych stron sławy, czy błędów młodości. Tylko za dużo tego i w zbyt pozytywnym kontekście.

Niby główna intryga w tej książce dotyczy tego, że Lee dostaje pogróżki. I to takie pisane krwią. Ale oczywiście nikt z bohaterów nie traktuje takich rzeczy poważnie. Ktoś zniszczył torebkę Sany? Nie no, przecież to na pewno przypadek! Sana zauważa, że jedna dziewczyna zachowuje się podejrzanie? Oczywiście, że nikomu o tym nie powie. Szef Sany po tym, gdy ktoś włamał się do niej na maila i wysłał mu artykuł, którego ona nie napisała? A czy to ważne kto to napisał? Kurczę, chłopie, ważne, bo wyciekły poufne dane twojego pracownika!

Niestety nie tylko treść jest typowo fanfikowa. Styl, w jakim to jest napisane woła o pomstę do nieba. Czytanie niektórych zdań bolało fizycznie. Autorka z jakiegoś powodu zamiast słowa „policzki” używa „poliki”. I „dziurki od nosa” zamiast „nozdrza”. Czasami bohaterowie tłumaczą znaczenie angielskich terminów, mimo że rozmowa toczy się po angielsku, z jakiego na jaki oni tłumaczą? Już nie wspomnę o tym, że raz nawet się trafił przecinek zamiast kropki na końcu zdania, bo to akurat detal.

Spaprane są też przypisy. Zdarzają się przypisy do innego słowa niż to, które pada w tekście, choć powiązanego znaczeniowo. Niektóre są niepotrzebnie nacechowane emocjonalnie, co miałoby sens, gdyby autorka przyjęła taką konwencję, ale tak nie jest. Jest nawet przypis, do terminu wymyślonego specjalnie na potrzeby tej powieści! Chodzi o nazwę fandomu TBT, Birds, tak jakby pisarka nie mogła wyjaśnić tego w narracji...

Dodam jeszcze, że przez całą powieść nie poznajemy nazwisk członków zespołu, dopiero w dodatku na końcu książki okazuje się, że jednak je mają!

Nie jest to może książka tragiczna, ale tak do bólu wattpadowa, że to boli. Uważam, że niektóre fanfiki powinny pozostać w internecie, wydawanie ich w wersji papierowej tylko niepotrzebnie zaśmieca rynek książki. Zwłaszcza, gdy nie reprezentują sobą nic ciekawego i oryginalnego.

niedziela, 31 maja 2026

Death's Obsession - Avina St. Graves (BZK)

Tytuł: Death's Obsession
Autor: Avina St. Graves
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Gatunek: romans, fantasy

I znowu do tej ciemnicy… Innymi słowy, wracam do katowania się „arcydziełami” literatury w ramach BZK. Co prawda ta konkretna książka nie wchodzi w oficjalny skład Booktouru, ale dostałam ją w jednej paczce z resztą, więc liczy się!

Od wypadku, w którym zginęła jej bliźniaczka, Lilith prześladuje Mężczyzna Bez Twarzy. Zostawia jej prezenty i liściki, maluje znaki na skórze gdy ta śpi. Nikt nie wierzy dziewczynie, że jej prześladowca naprawdę istnieje, jej chłopak i psychiatra uważają, że dziewczyna ma halucynacje. Tymczasem tajemniczy mężczyzna coraz bardziej zbliża się do Lili…

Ta książka miała potencjał. Sam zarys fabuły przypominał mi musical „Elisabeth”, w obu przypadkach mamy do czynienia z historią dziewczyny, która otarła się o śmierć i na punkcie której Śmierć dostał obsesji. Tylko, że w „Elisabeth” cała historia miłosna ze Śmiercią była alegorią depresji i myśli samobójczych, do tego na tle przemian społecznych XIX wiecznych Austro-Węgier, opowieścią o końcu pewnej epoki i wiwisekcją postaci cesarzowej Sisi. Zaś w przypadku „Death’s Obsession” mamy do czynienia ze zwykłym pornosem.

Owszem, momentami autorka próbuje przedstawić stan psychiczny głównej bohaterki. I są to najciekawsze fragmenty tej książki. O tym jak Lilith przeżywa żałobę i jak wypadek wpłynął na jej postrzeganie siebie oraz relację z chłopakiem. Nie jest to może zbyt oryginalne, ale czyta się nieźle.

Dopóki na scenę nie wkracza Letum, czyli pan Śmierć. Borze szumiący, co za tandetnie napisana postać. Oczywiście jest mhroczny (nie, to nie jest literówka) i seksowny. I tajemniczy! I mówi w poetycki sposób. Autorka jak nic wszystkie jego teksty przepisała z „Wielkiej księgi żenujących tekstów na mroczny podryw”, a jeśli czegoś takiego nie ma to spokojnie może ją napisać. Letum jest też władczy i dominujący. Prawdziwy smalec alfa! Ale też troskliwy! Nie chce duszy Lilith, ale ją chce! Po prostu za każdym razem jak ten facet pojawiał się na kartach powieści moje ciary żenady dostawały ciar żenady. A jeszcze to, jak on nazywał Lilith: „moja mroczna maro”, „moja burzo”, „mój kwiatuszku”… No nie, no po prostu nie. No i samo imię Letum… Autorka nie mogła znaleźć jakiegoś ładniejszego określenia na śmierć?

Scen seksu jest dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość powieści. I są bardzo szczegółowe. Letum oczywiście ma dużego, bo jakżeby inaczej. Co śmieszniejsze, w czasie seksu dusza Letuma opuszcza jego ciało i bierze aktywny udział. Dusza ma jeszcze większego. Ja się pytam co autorka brała? Do tego momentami w scenach seksu gubi się gdzieś orientacja przestrzenna, w jednej scenie nawet Letum wydaje się mieć trzy ręce (to była scena zanim dusza się przyłączyła). Do tego Letum rżnie tak entuzjastycznie, że aż skuł glazurę w łazience Lilith samym impetem… Litości. A Lilith oczywiście jest mokra na samą myśl o nim.

Już nawet nie wspominając, że kolejny raz mamy do czynienia z historią, gdzie laska zakochuje się w swoim stalkerze. I oczywiście autorka musi zrobić z wszystkich jej bliskich dupków i idiotów żeby stalker wypadł jako ta atrakcyjniejsza opcja. Bo oczywiście jej facet jej nie wierzy, że ma stalkera. Kurczę, dziewczyny nie stać na chleb, a ten myśli, że ona te wszystkie kwiaty i biżuterię (której w większości nie nosi) kupuje sobie sama… Logiko!

Boli mnie, że cała relacja między Lilith i Letumem została sprowadzona jedynie do seksu. Owszem, jest zasugerowane, że oni ze sobą kiedyś rozmawiali, że tam była jakaś głębsza więź… Tylko, że nie dostajemy tego na kartach powieści. Dostajemy za to historię o tym, jak Śmierć dostał obsesji na punkcie zwyczajnej dziewczyny z depresją. Takich dziewczyn w historii ludzkości musiały być miliony, jak nie miliardy, co jest wyjątkowego akurat w tej? No nie wiadomo.

Napisane to jest nie najgorzej, acz strasznie pretensjonalnie. Autorka stara się stworzyć mroczną, oniryczną atmosferę, problem tylko, że wszystko tu jest zbyt dosłowne by to zadziałało. Ale pod względem języka ta książka nie boli.

Boli za to głowa od czytania jej. Ktoś postanowił wydać tę książkę w „trybie ciemnym”, czyli białe litery na czarnym tle. W efekcie całe strony są zalane farbą drukarską i dosłownie śmierdzą. Dobrze, że całość ma zaledwie dwieście stron, bo jakbym to miała czytać dłużej to bym się po prostu zaczadziła.

Podsumowując, nie jest to najgorsza książka jaką czytałam w tym roku (Booktour znacząco obniżył moje standardy, wiem). Nie jest to też książka dobra. Ot, pornosek, który próbował być czymś więcej, tylko nie wyszło. Osobiście nie polecam.

Za to jeśli ktoś chce zobaczyć jak ciekawie można wykorzystać motyw śmierci mającej obsesję na punkcie śmiertelniczki, to polecam obejrzeć „Elisabeth”, to wspaniały musical jest.

czwartek, 2 kwietnia 2026

Bride - Ali Hazelwood (BZK)

Tytuł: Bride
Cykl: Bride
Autor: Ali Hazewood
Wydawnictwo: Muza
Gatunek: romantasy

Kontynuuję wątpliwą przyjemność płynącą z czytania książek w ramach BZK. Tym razem na tapet biorę „Bride” Ali Hazelwood. I tak się składa, że jest to piąta książka o wilkołakach jaką przeczytałam w tym roku. I zdecydowanie nie działa to na korzyść tej powieści.

Wampiry i wilkołaki od stuleci są wrogami. Misery Lark, córka wpływowego wampirzego polityka większość swojego życia spędziła jako Gwarantka, zakładniczka mająca zagwarantować pokój między wampirami i ludźmi. A po zakończeniu swojej kadencji w tej roli postanowiła pozostać na terytorium ludzi pod fałszywą tożsamością. Teraz zaś jej ojciec chce, by poślubiła Alfę wilkołaków, co ma zapewnić pokój między ich gatunkami. Misery się zgadza, ale tylko dlatego, że szuka zaginionej przyjaciółki, a jedyny trop jaki ma prowadzi do jej przyszłego męża…

Zawiązanie fabuły jest idiotyczne. Kompletnie nie rozumiem co miało na celu to małżeństwo, zwłaszcza, że od początku jest podkreślone, że będzie trwać ono zaledwie rok. A nikt nie oczekuje od bohaterów, że będą się zachowywać jak prawdziwe małżeństwo. Dlaczego nie mogła to być zwykła wymiana zakładników? Zwłaszcza, że do wampirów faktycznie w zamian za Misery trafia zakładniczka… No nie ma to sensu.

Sensu za bardzo nie ma też świat przedstawiony. Wszyscy zachowują się, jakby o zwyczajach i możliwościach pozostałych dwóch gatunków nie mieli bladego pojęcia. A przecież wampiry, ludzie i wilkołaki, nawet jeśli żyją na osobnych terytoriach, to jednak w miarę blisko siebie, utrzymują stosunki dyplomatyczne, toczą WOJNY! Kurczę, przecież zwłaszcza w konfliktach trzeba wiedzieć jak najwięcej o przeciwniku! I kompletnie nie kupuję świata, w którym to wampiry są najsłabszym gatunkiem, sorry. Owszem, niby jedyną przewagą ludzi jest tylko liczebność, ale kurczę… No i jasne, to jest romans, nie oczekuję jakiegoś rozbudowanego światotwórstwa, ale niech ono przynajmniej ma sens. A, wspominałam, że wampiry w tym świecie mają fioletową krew, a wilkołaki zieloną? O czym autorce (albo tłumaczce) zdarza się regularnie zapominać… Same funkcjonowanie wilkołaków trochę przypomina mi Homowilkołaki… znaczy serię „Green Creek”… Tylko tam to miało więcej uroku, no i bohaterowie jednak ciągnęli tamtą serię...

A jeśli już o bohaterach mowa...

Mizeria… znaczy Misery jest zwyczajnie głupia. Już nawet pomijam to ile czasu zajęło jej ogarnięcie, co myśli o niej jej mąż, bo to jeszcze dałoby się ograć jako zabawne. Znaczy, tu nie wyszło, ale można! Tak, patrzę na was, Homowilkołaki… Problem z Mizerią… Misery jest taki, że ona coś usłyszy z niewiarygodnego źródła, drugie tyle sobie dopowie i przyjmie to za fakt. A na końcu okazuje się, że nic z tego nawet koło prawdy nie stało. Dodatkowo Mizeria nic nie wie o wilkołakach, poza kilkoma stereotypami, które nie mają żadnego pokrycia z rzeczywistością. O wampirach też wie niewiele, bo w sumie od dziecka była Gwarantką na terytorium ludzi, więc ze swoim ludem spędziła jedynie dzieciństwo. Za to o ludziach też prawie nic nie wie, chociaż spędziła wśród nich większość życia i w sumie jej przeżycie zależało od dostosowania się do warunków. Czy ma to jakiś sens? No nie ma! A jednocześnie autorka próbuje wmówić czytelnikowi, że Mizeria jest inteligentna i super zna się na komputerach. I o ile w to drugie to jeszcze jestem w stanie uwierzyć, tak dowodów na domniemaną inteligencję Mizerii nie znalazłam.

Lowe jest już lepszą postacią, głównie przez to, że jest go na kartach powieści po prostu mniej. Wydaje się spoko gościem. Chociaż pod koniec książki jego IQ spada do poziomu małżonki i dostajemy dramę, jakiej nie powstydziłaby się brazylijska telenowela. I to kompletnie niepotrzebną, dodam.

Ich relacja nie wzbudziła we mnie zachwytów, ale większość ich wspólnych scen była raczej poprawna. Taki przeciętny romans. Nic porywającego, ale pod tym względem nie miałam ochoty rzucać książką.

Poza główną parką istotniejsze role odgrywają Ana, sześcioletnia siostra Lowe’a, która szybko się przywiązuje do Mizerii, zresztą z wzajemnością; Owen, brat Misery, który łysinę odziedziczył po matce, ale ma włosy; oraz Serena, jej zaginiona przyjaciółka. O jeszcze parę postaci trzeciego planu. Raczej nikogo, do kogo można by się przywiązać. Ot, są.

Autorka wykazuje niesamowitą awersję do scen akcji. Jak tylko ma się zadziać coś ciekawego, to kończy rozdział, a w następnym jest już po sprawie.

Niestety, nie wykazuje podobnej niechęci do scen seksu… Tych jest ciut za dużo na mój gust, plus nie są zbyt dobrze napisane. Nie wiem, może to ze mną jest coś nie tak, ale nie rozumiem konceptu „dirty talk”, a to w wykonaniu Lowe’a szczególnie przyprawiało mnie o ciary żenady. Plus węzeł… Może nie będę miała po tym traumy, w końcu przeżyłam już dupokręt, ale wciąż… To nie było coś co chciałam sobie wyobrażać. Fakt, że dla wampirów picie krwi, poza byciem jedyną formą posiłku jaką przyjmują, ma też aspekt seksualny też nie pomaga… Nikt im nie mówił, żeby nie bawić się jedzeniem?!

Tłumaczenie… Nie wiem co tu się zadziało. W tekście jest masę kalek z angielskiego, momentami musiałam się zastanawiać jak dane zdanie brzmiało po angielsku, żeby zrozumieć o co chodzi. A bardzo łatwo było zgadnąć jak było w oryginale, tak dosłowne jest to tłumaczenie. I nie, to nie jest komplement.

Ma tle reszty książek z Booktouru Złych Książek ta pozycja nie wypada najgorzej. Ba! Jest jedną z lepszych. Co nie znaczy, je jest dobra. Okrutnie mnie zmęczyła. Od biedy można przeczytać, jak ktoś lubi romanse o wampirach i/lub wilkołakach, ale raczej nie zachwyci.

Muszę zrobić przerwę od BZK i przeczytać coś fajnego.

niedziela, 15 marca 2026

Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło – Marcelina Świątek (BZK)

Tytuł: Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło
Cykl: Princesa
Autor: Marcelina Świątek
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

Przeprawa przez Booktour Złych Książek trwa.

Rosalie Sparks to dwudziestojednoletnia dziewczyna z bogatej rodziny. Pewnego dnia rodzice oznajmiają jej, że ma ona poślubić Williama Singha, chłopaka, który zdaniem Rosalie jest jej największym wrogiem.

Bardzo widać, że tę książkę pisała nastolatka. Największym problemem bohaterki wydaje się być to, że rodzice jej nie kochają i w ogóle nikt jej nie kocha, i w ogóle nic tylko się pochlastać. Znamy to, każdy był w tym miejscu, a potem się dorasta. Bohaterka twierdzi, że po ślubie będzie całe dnie siedzieć i nic nie robić, i że ją to dobija, ale nie znajdzie sobie żadnego hobby. Przecież od momentu gdy nie mieszka z rodzicami to nie oni odpowiadają za zorganizowanie jej wolnego czasu! W ogóle, niby Rosalie pochodzi z bogatej rodziny, ale cały czas zachowuje się jakby do bogactwa nie przywykła, cały czas robi na niej wrażenie. I w ogóle to ona zamiast wydawać pieniądze to by wolała je oszczędzić na czarną godzinę… To jest myślenie człowieka biednego, tak to ja sobie mogę myśleć, bogata laska by brała luksus za standard. Jej relacja z rodzicami zmienia się w zależności od tego czego wymaga w danym momencie fabuła. W jednej chwili bohaterka twierdzi, że miała szczęśliwe dzieciństwo, w następnej, że rodzice ją odchudzali przez co zemdlała… Nawet dostajemy scenę przyklejenia pierścionka zaręczynowego na superglue… Kompletnie absurdalne. Do tego Rosalie jest uzależniona od energetyków i ma myśli samobójcze. Co zabawne, jej pierwszym pomysłem na popełnienie samobójstwa było wypicie zbyt dużej ilości energetyków, ale nie miała ich w domu to wzięła nóż.

William to praktycznie pan idealny, odrobinkę wredny, ale tak tylko do smaku, żeby nie był mdły. Znaczy i tak jest. Jedyną jego tylko zaborczość i wybuchy agresji wobec rywala do serca wybranki. To faktycznie był red flag. Tylko, że te wybuchy pojawiają się już po zaręczynach, kompletnie nie rozumiem czemu Rosalie tak go nienawidziła na początku książki, a autorka nie raczyła mi tego wytłumaczyć.

Cały czas czytając tę powieść miałam wrażenie, że bohaterowie są nastolatkami, a nie dorosłymi ludźmi. Ich problemy są bardzo dziecinne, to takie nastoletnie wyobrażenie jak wygląda życie młodych dorosłych.

Paradoksem tej książki jest to, że nie dzieje się w niej prawie nic, a i tak ma się wrażenie, że wydarzenia następują po sobie za szybko. Po prostu fabuła po kolei odhacza kolejne sceny, żadna nie ma okazji tu wybrzmieć. Przyjaciel, który się zakochał w bohaterce? Jest, co z tego, że ta przyjaźń jest w ogóle niewiarygodna? Bliższe poznawanie się bohaterów? Szybki montażyk scen jakby to był film. Ciąża przyjaciółki? W sumie nic ważnego. Podróż poślubna? Krótko acz nadmiernie dramatycznie. Poważnie, wydarzenia na jachcie są absurdalne i jedyne czego czytelnik życzy bohaterce to wypadnięcie przez burtę. Niestety tak się nie dzieje.

Za to dostajemy bardzo dużo rozważań Rosalie o życiu. Głębokich jak kałuża w upalny dzień i napisanych jakby to była rozprawka na polski. Po prostu czuć, że autorka jest młoda i brakuje jej doświadczenia życiowego. Widać, że autorka chciała poruszyć poważne tematy, ale nie ma ku temu odpowiedniej wiedzy i wrażliwości. Jest młoda, ma prawo nie wiedzieć. Ale powiela w swojej powieści wiele szkodliwych wzorców. Nie, miłość nie leczy z depresji i nie rozwiązuje magicznie wszystkich problemów. Uzależnianie swojej chęci do życia od obecności ukochanej nie jest zdrowe dla żadnej ze stron. Wiele problemów bohaterów dałoby się rozwiązać zwykłą rozmową, ale wtedy by nie było dramy.

Nawet za bardzo nie chce mi się jechać po tej książce, bo widać, że nie powinna ona nigdy zostać wydana, tylko pozostać w odmętach Wattpada czy innej tego typu platformy. To ewidentnie są pierwsze wprawki w pisaniu i wydawnictwo zrobiło wielką krzywdę autorce wydając to.

Językowo jest fatalnie. Według stopki redakcyjnej książka przeszła redakcję i korektę, ale w ogóle tego nie widać. Niektóre zdania nie mają sensu i trzeba się naprawdę zastanowić żeby zrozumieć o co miało w nich chodzić. Pojawiają się zdania typu: „patrzałam na Williama”. Miejscami brakuje znaków interpunkcyjnych albo pojawiają się niewłaściwe, jak na przykład przecinek na końcu zdania. Ogólnie, wydawnictwo zawaliło na całej linii.

Jeszcze kwestia ograniczenia wiekowego książki. Ne egzemplarzu, który mam jest to 18+, acz wiem, że wydawnictwo zmieniło je po aferze na 16+. I faktycznie to 18+ było mocno przesadzone, bo nic takiego się w tej książce nie pojawia. Żadnej graficznej sceny seksu tu nie ma, jedyna jaka się pojawia to bardziej fade to black. Innymi słowy, wydawnictwo na spokojnie mogło uniknąć afery, ale by wtedy nie było darmowej reklamy, nie?

Ogólnie książka jest po prostu słaba. Jednak życzę autorce żeby się nie zrażała do pisania tylko faktycznie popracowała nad warsztatem. I może kiedyś, w przyszłości, napisała kolejną, lepszą książkę. I to w innym wydawnictwie, bo to zawaliło.

czwartek, 12 marca 2026

Little Stranger - Leigh Rivers (BZK)

Tytuł: Little Stranger
Cykl: The Web of Silence Duet
Autor: Leigh Rivers
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

W lutym zrobiłam sobie przerwę od BZK, bo bardzo potrzebowałam okładów z gejów po tym co przeczytałam w styczniu. I od razu po powrocie oberwałam w głowę cegłą. A właściwie śrubokrętem. W tym tempie to mi książek na okłady zabraknie…

Olivia jest adoptowaną córką rodziny Vize’ów. Cała historia zaczyna się, kiedy jej rodzice adoptują kolejne dziecko, tym razem chłopca. Malachi, bo tak ten się nazywa, przez traumatyczne przeżycia nie mówi, ale bardzo szybko przywiązuje się do nowej siostry. I to za bardzo, o wiele za bardzo. Kiedy dzieci dorastają ich relacja zaczyna się stawać coraz dziwniejsza i seksualna. W końcu Malachi trafia do więzienia, za pobicie ojca, który przyłapał go na seksie z siostrą. Po ośmiu latach chłopak wychodzi, jedyne czego chce to ukarać siostrę, która zeznawała przeciwko niemu.

Co ja właśnie przeczytałam?

Nie powinno się tej książki nazywać romansem, nawet dark. To jest normalny pornos. Ba! Większość pornosów ma mniej pretekstową fabułę. Normalnie cała fabuła tej książki sprowadza się do fetyszy sklejonych na ślinę. Sens? Logika? A na co to komu?

Charaktery postaci? Nie istnieją. Olivia to typ popularnej dziewczyny, Malachi zaś to typowy wyrzutek, który nie mówi i ma obsesję na jej punkcie. Mózgu nie stwierdzono u żadnego z nich.

Relacja między nimi? Sprowadza się tylko do seksu. Niby autorka próbuje wmówić czytelnikowi, że tam się rozwija jakieś głębsze uczucie, ale nie widać tego. Nie ma ani jednej sceny między tą dwójką, która nie kręciłaby się wokół jednego. No, może scena na początku, jak mają po kilka lat. Tylko problem w tym, że Malachi wykazuje niezdrowe przywiązanie do Olivii od pierwszego spotkania. Czemu? Nie wiadomo.

Olivia ma specyficzne fantazje seksualne, jest masochistką. No i zaczyna uczyć Malachiego jak ten ma ją zadowolić, niby pod pozorem, że robi to po to by ten umiał potem się zachować przy innej dziewczynie. A Malachi oczywiście jest bardzo pojętnym uczniem, już za pierwszym razem przeradza się w boga seksu. Obejrzał jak się robi minetę na pornolu? Umie! Tylko jest niedoświadczony! No śmiech na sali. Oczywiście autorka nawet na chwilę nie pozwala zapomnieć, że formalnie tych dwoje jest rodzeństwem. Bohaterowie zwracają się do siebie per siostrzyczko/braciszku nawet w scenach intymnych. Kurczę, równie dobrze autorka mogła zrobić z nich rodzone rodzeństwo, jak już chciała lecieć po bandzie, a przynajmniej uniknęła by wtedy idiotyzmów związanych z adopcją.

Rodzice bohaterów nie powinni móc nikogo adoptować. Ja się przestałam w pewnym momencie dziwić, że Olivia i Malachi wyrośli na chorych pojebów, bo w takiej rodzince to nie mogło wyjść inaczej. Ojciec praktycznie od początku traktuje Malachiego okropnie, bije go, ale dla Olivii jest cudownym tatusiem. Matka z kolei niby najpierw chce, żeby Olivia została dziewicą do ślubu, ale jak ta kończy szesnaście lat to płaci pierwszemu lepszemu facetowi żeby ją rozdziewiczył i karze jej się umawiać z dwoma gościami naraz… No nie ma w tym grama sensu. W dodatku ojciec jest prawnikiem a matka sędziną. Naprawdę nie wiem jakim cudem po tym jak ich syn pobił ojca i przyznał się do romansu z siostrą ktoś pozwolił im adoptować kolejne dziecko… Ale widać w tym świecie procedury adopcyjne załatwia się na lotnisku po przekazaniu dziecka, no bo po co wcześniej?

Ostatnie sto stron książki to opis „zemsty” Malachiego na Olivii. Innymi słowy, dokładny opis tego jak on ją porywa i gwałci. Z użyciem śrubokrętu, a właściwie dupokrętu i przy współudziale tarantuli. A ona stwierdza, że to ten jedyny. Matko Bosko Częstochowsko… Nie pojmuję tego co tu się odjaniepawla. I Olivia na koniec stwierdza, że ucieka sprzed ołtarza, bo przyszły mąż ją gdzieś wywiezie i będzie gwałcił i leci do Malachiego, który dosłownie dwa tygodnie wcześniej gdzieś ją wywiózł i gwałcił. Logiko, jesteś jeszcze z nami, czy już dawno porzuciłaś ten padół ziemski? I oczywiście na koniec Malachi zaczyna mówić poprawnie, bo happy end musi być pełny! Co z tego, że przez osiem lat nie potrafił się nauczyć wymówić imienia Olivii, bardzo długiego i trudnego jego zdaniem, wystarczyły dwa tygodnie by to nadrobić!

Książka napisana jest fatalnie. Czasem autorka nagle zmienia scenę nie informując o tym czytelnika. Po prostu w jednym akapicie bohaterowie są w jednej sytuacji a w następnym w zupełnie innej. A ty czytelniku domyśl się!

Napisanie tej opinii zajęło mi zdecydowanie więcej czasu niż na to ta książka zasługuje, ale to głównie przez to, że przy czytaniu moje szare komórki uległy masowej zagładzie. Nie polecam. Nikomu. Lepiej odpalić pomarańczowego youtube’a, tam znajdziecie bardziej wartościowe treści.

piątek, 30 stycznia 2026

Nie ma świętych - Sophie Lark (BZK)

Tytuł: Nie ma świętych
Cykl: Grzesznicy
Autor: Sophie Lark
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Gatunek: romans

Dlaczego ja to sobie robię?! Tak, oto moja opinia o kolejnej książce w ramach Booktouru Złych Książek i dzisiaj dla odmiany mamy mocnego kandydata ta najgorszą książkę na tej liście. A w sumie to w ogóle na najgorszą książkę.

Cole Blackwell i Alastor Shaw są rywalizującymi ze sobą artystami. Ale rywalizują ze sobą nie tylko jeśli chodzi o sztukę. Obaj są bowiem seryjnymi mordercami. Poza tym różni ich wszystko. Shaw jest brutalny, emocjonalny i lubi zabijać kobiety. Cole zaś uważa kobiety za zbyt łatwą dla siebie zdobycz, jest chłodny i wyrachowany. Na ogół panowie nie wchodzą sobie w drogę. Do czasu aż Cole zwraca (chwilowo) uwagę na Marę. Shaw przekonany, że znalazł słabość rywala porywa dziewczynę i zostawia ledwo żywą w miejscu, w którym wie, że Cole ją znajdzie. Ten jednak ignoruje „prezent” i ani nie pomaga dziewczynie ani jej nie zabija. Jednak gdy dowiaduje się, że dziewczyna jednak przeżyła jego zainteresowanie jej osobą wzrasta.

Ta książka nie działa jako romans między Cole’em a Marą, bo po prostu Cole jest psychopatą. W ogóle miałam wrażenie, jakby wycięto z tej książki całą środkową część, po prostu relacja między tą dwójką rozwija się za szybko. W jednej chwili Cole zaczyna ją stalkować, w kolejnej już wchodzą w jakąś dziwną relację mistrz-uczennica i to jeszcze z aspektem seksualnym.

To nie działa nawet jako erotyk, bo sceny zbliżeń są opisane w sposób tak wulgarny i niesmaczny, że libido od nich spada. Bohaterowie nie uprawiają seksu, oni się pieprzą. Naprawdę, to jest jedyne słowo jakim ta czynność jest określana w tej książce. Do tego słowo „cipka” pada tak często, że ja naprawdę miałam dość.

Kryminałem też raczej ta książka być nie miała. Nie ma tu żadnej zagadki, cała fabuła ma na celu tylko zbliżyć do siebie Cole’a i Marę. Mam po prostu wrażenie jakby autorka obejrzała serialowego „Hannibala” i chciała napisać swoją wersję. I wyszedł jej taki „Hannibal” z Temu, za 3 złote plus VAT. Widać tu tę fascynację artystyczną stroną zbrodni, tę perwersję. A jednocześnie, mimo że to historia o artystach, zdecydowanie brakuje tu dobrego smaku.

Co do postaci. Zasadniczo jakieś bardziej rozbudowane charaktery mają tu tylko Cole i Mara. Alastor jest bardziej narzędziem fabularnym niż postacią.

Cole to wręcz podręcznikowy psychopata. On nie odczuwa uczuć, on jest ponad to! Każdemu pokazuje inną twarz, manipuluje ludźmi, by uzyskać od nich to czego chce. A robi tylko to co chce, nieważne jak nie moralne by to było. Ego ma wielkości nawet nie Mount Everestu, ale Olympus Mons (najwyższa góra w Układzie Słonecznym, jakby co).

Mara nie ma żadnego instynktu samozachowawczego, inteligencją też nie grzeszy. Strasznie wkurzające jest to, że w pewnym momencie całkowicie zapomina, że Cole jej nie pomógł, kiedy wykrwawiała się na odludziu! Ale jest pewna doza realizmu w tym jak porąbaną ona ma psychikę, biorąc pod uwagę jej dzieciństwo. I czasami potrafi być zaskakująco asertywna. Jest najlepiej napisaną postacią w tej książce, bo choć więcej czasu spędzamy w głowie Cole’a (chyba, tak naprawdę nie liczyłam) to o niej dowiadujemy się zdecydowanie więcej.

Ja naprawdę nie mam pojęcia o czym miała być ta książka. Nie widzę w niej żadnej głębszej myśli, żadnego drugiego dna czy refleksji. A potencjał był. Tam naprawdę można było zawrzeć dywagacje na temat natury ludzkiej czy znaczenia sztuki. Tylko, że autorka się na to nie zdecydowała. Powieść jest pod tym względem niezwykle płytka, wręcz pornograficzna. Mamy tu dewiację dla samej dewiacji, bez żadnej głębszej myśli ani fabuły, która by chociaż to równoważyła. Ot, dwóch psycholi i dziewczyna bez żadnego instynktu samozachowawczego, która przez przypadek stała się pionkiem w ich grze. To do niczego nie zmierza. Autorka twierdzi, że pisanie tej książki było dla niej formą terapii. To ja jej jednak polecam prawdziwą terapię.

Zakończenie jest raczej otwarte, w końcu istnieje drugi tom. A jednocześnie cała książka jest napisana w taki sposób, że miałam wrażenie, że to się powinno zamknąć w jednym.

Czyta się tę książkę fatalnie. I nie chodzi mi o różne drastyczne opisy, które wcale drastyczne nie są. Nie, w tej książce po prostu brak logiki. W jednej chwili Mara oskarża Cole’a, że ten oszukuje mówiąc, że go nie widziała gdy była porwana, tylko problem polega na tym, że on powiedział coś dokładnie przeciwnego! Pędzący samochód zatrzymujący się w jednej chwili? Pewnie! Tatuowanie w pozycji stojącej przez całkowicie niedoświadczonych w tym ludzi? Jasna sprawa! Wielokrotny seks analny bez żadnego przygotowania skutkujący orgazmem? W czym problem?

Językowo ta książka jest okropna. Nie wiem czy to wina autorki czy tłumaczki, ale to jest napisane fatalnie.

Absolutnie nie polecam tej książki nikomu. Tu nie ma nic, co by się mogło spodobać. Nie wiem jak coś takiego mogło zostać nie tylko wydane, ale też przetłumaczone na inny język. Jest to dla mnie niepojęte.

sobota, 24 stycznia 2026

10 Grzechów Głównych - Mags Green (BZK)


Tytuł: 10 Grzechów Głównych
Autor: Mags Green
Wydawnictwo: Nowe Strony
Gatunek: romans, urban fantasy

No i kolejna książka z Booktouru Złych Książek za mną.

Zerrezath to demon, który obserwuje Zoe już od sześciuset dni. Gdy sobotni wieczór na skutek pozornie niewinnego kłamstwa dziewczyny przyjmuje niebezpieczny dla niej obrót, Zerrezath zabija trzech napastników, a czwartego, Maddena, który bardzo podoba się Zoe, opętuje. Okazuje się, że zmarli mężczyźni byli synami wpływowych biznesmenów. Matka Maddena zleca Zoe zbadanie sprawy pod kątem zjawisk nadprzyrodzonych. Teraz Zarrezath ma okazję na zbliżenie się do dziewczyny i skłonienie jej do wymówienia jego imienia, by mógł ją porwać do piekła. A ma na to coraz mniej czasu.

Zawiązanie fabuły jest szyte dość grubymi nićmi. No bo jak dla mnie bez sensu jest zlecanie śledztwa dziewczynie, która w końcu jest zamieszana w sprawę, nawet jeśli matka Maddena wierzy w jej niewinność. Czy nie podejrzane byłoby dla policji, że jedyna podejrzana spędza cały czas z jedynym ocalałym? Ale oczywiście policja się nigdy o tym nie dowiaduje. Sama koncepcja tego, że sprawca (Zarrezath) bierze udział w śledztwie odnośnie własnej zbrodni jest bardzo fajna, ale mam wrażenie, że fabuła jest tu bardziej pretekstem do tego by zbliżyć do siebie dwójkę bohaterów.

Co do bohaterów, to muszę powiedzieć, że Zarrezath był całkiem przyjemnym protagonistą w odbiorze (większość książki jest napisana z jego perspektywy). Rozbrajające było to, że w sumie przez większość czasu myślał tylko o jednym, czyli jak zabić Zoe. I te jego podstępy, by zmusić ją by wypowiedziała jego imię… Wszystkie na poziomie średnio rozgarniętego przedszkolaka, ale to było przynajmniej zabawne!

Zoe to za to charakterna wiedźma, lubi wszystko co mroczne, tatuaże, oczywiście uprawia magię idąc w ślady babci. Po śmierci ojca razem z matką straciły wszystko i musiały przeprowadzić się do Las Vegas. Zoe bardzo chce wrócić do dawnego życia, dlatego kradnie by zarobić. Trochę jej nie ogarniam, bo jednocześnie jest kreowana na dobrą i niewinną, a z drugiej na taką, która się ze swoim demonem świetnie dogaduje i w ogóle ma grzeszne fantazje… Miałam się czepiać, że jak na wiedźmę z tak dobrą intuicją to dziwne, że przez tak długi czas nie zauważyła, że ma obok siebie demona, ale na szczęście autorka jakoś to uzasadniła.

Tak, bohaterowie w tej książce są strasznie mhroooczni i edgy.

Nie ogarniam podejścia tej książki do religii. Z jednej strony mamy teksty o tym, że Bóg i Szatan to są takie same bóstwa jak wszystkie inne, tylko PR Bóg ma lepszy. Z drugiej strony pada, że Bóg faktycznie stworzył ludzi na swoje podobieństwo i w sumie wszystkie grzechy są odnoszone do moralności chrześcijańskiej. Z jednej strony Zoe twierdzi, że nie wyznaje Boga, bo nigdy jej w niczym nie pomógł, z drugiej głupi plastikowy krzyż kupiony w Walmarcie (czyli najpewniej nawet nie poświęcony) działa lepiej niż jej wszystkie zaklęcia razem wzięte.

Książka usilnie stara się być obrazoburcza, pada masę cytatów z Biblii czy obrzędów religijnych, często w wypaczonej formie lub kontekście. Tyle, że często one nie przystają do reszty tekstu i wypadają po prostu pokracznie. Do tego często są te zdania są wyróżnione inną czcionką. Dlaczego? Nie wiadomo, chyba miało to budować klimat. Nie buduje. Do tego klasycznie mamy scenę seksu na ołtarzu, wykorzystanie krzyża jako dildo i inne tego typu. Jak dla mnie więcej w tym pozerstwa niż jakiegoś faktycznego bezczeszczenia czegokolwiek.

Sceny seksu są zaś rozczarowująco łagodne. Ot, na przykład mamy scenę minety i teksty w stylu, że było to wyjątkowo „brudne i grzeszne”, tylko tam dosłownie nic wielce wyuzdanego nie było! W ogóle zabawne dla mnie było to jak mało ten demon ogarniał sprawy seksu. I że początkowo w ogóle mu na jej ciele nie zależało, ale jak już zaczęli ze sobą sypiać to tylko to robili. Najgorsze, że w tych scenach autorka czasami zapomina w jakiej pozycji znajdują się bohaterowie i potem mamy takie kwiatki, że Zoe leży na brzuchu, Madden za nią, ale patrzą sobie w oczy! To już jest jakaś wyższa Kamasutra… Po za tym mam problem z tym, że pan demon nie chciał Zoe rozdziewiczyć, bo jak poleje się krew, to wtedy on może stracić nad sobą kontrolę. No i spoko, tylko jednocześnie robi jej energiczne palcówki, a poza tym potem i tak rozdziewicza w kościele, gdzie ponoć jest BARDZIEJ wygłodniały…

Zakończenie jest… dziwne. Nie do końca wiem co o nim myśleć. Bardzo specyficzne.

Książkę na szczęście czyta się bardzo lekko, nie jest ona jakoś męcząca. Owszem, zdarzają się koślawe zdania, czasem naprawdę musiałam się zastanowić o co autorce chodziło. Do tego dużym minusem jest używanie angielskich określeń na rzeczy, które mają swoje polskie nazwy, szczególnie jeśli chodzi o kwestie związane z magią, np. dostajemy takie określenia jak „witchcraft” czy „familiar”. Jakby autorka zrobiła research na ten temat w anglojęzycznych źródłach i nie sprawdziła jak to jest po polsku. Miejscami też miałam odczucie, że przy niektórych dialogach autorka zignorowała to, że te dialogi w świecie książki toczą się po angielsku. Może nie jest to do końca wada, bardziej przyjęta konwencja ale wybija trochę z rytmu w czasie czytania.

Na koniec pozostaje ważne pytanie: o co chodzi z tymi 10 grzechami głównymi w tytule? Nawet w treści książki mowa jest tylko o 7 grzechach głównych. Oczywiście, podejrzewam, że to miał być taki miks 10 przykazań i 7 grzechów głównych, ale to nie ma żadnego znaczenia fabularnego. Ten tytuł nic nie znaczy!

Całkiem sporo w tej książce różnego rodzaju głupotek, nie jest ona też jakoś szczególnie wciągająca. Ale nie jest też jakoś szczególnie zła. Ot, takie czytadełko. Kompletnie nie w moim stylu i sama bym po nią nie sięgnęła, ale momentami nawet nieźle się bawiłam. Na guilty pleasure się nadaje, jak ktoś lubi takie klimaty.

środa, 7 stycznia 2026

Koreański koncert uczuć - Katarzyna Grabowska (BZK)

Tytuł: Koreański koncert uczuć
Autor: Katarzyna Grabowska
Wydawnictwo: Replika
Gatunek: romans

Kiedy rodzice przestrzegali mnie przed wpadnięciem w „złe towarzystwo” nie spodziewałam się, że owo towarzystwo będzie mi wysyłać złe książki. Ale jakoś tak wyszło, że się wpakowałam w coś takiego… Cóż, chciałam powiedzieć, że nie żałuję, ale po przeczytaniu tej książki byłoby to kłamstwo… Więc powiedzmy, że bawiłam się świetnie, acz nie dzięki książce!

Ale, od początku.

Jakoś tak rok temu (ach, jak ten czas leci!) zrodził się pomysł na Booktour Złych Książek. Dlaczego? Cóż, nie mam pojęcia, ale masochizm odegrał w tym dużą rolę. W każdym razie, książki dotarły w końcu do mnie (znaczy dotarły już jakiś czas temu, ale musiały swoje odleżeć), a że Nowy Rok – Nowa Ja – Nowa Siekiera, to postanowiłam tę kupkę ruszyć.

„Koreański koncert uczuć” zapowiadał się na łagodny start, moje poprzedniczki nie zostawiły w tej książce zbyt wiele znaczników. Szybko jednak okazało się, że się myliłam… Oj, jak się myliłam…

Fabuła polega na tym, że członek koreańskiego boysbandu Jae Woong przyjeżdża podczas trasy koncertowej po Europie zostaje zamknięty podczas postoju autokaru w toalecie. Zespół odjeżdża bez niego, a chłopaka z opresji ratuje Sara, Polka, którą właśnie rzucił facet. Bohaterowie spędzają ze sobą całe(!) trzy dni w Łodzi, po czym Sara dowiaduje się kim jest chłopak. Jako, że nie potrafi wybaczyć mu oszustwa, bohaterowie rozstają się i tęsknią za sobą.

Tyle dowiadujemy się z opisu z tyłu okładki i jest to całkiem wierne streszczenie jakiś ¾ całości. Jedyne co pominęłam to tragiczna przeszłość głównego bohatera, całkowicie niespodziewany spadek i happy end.

Borze szumiący, jakie to było durne!

Pierwsze trzy rozdziały przedstawiają tragiczną przeszłość™ Jae Woonga. Nie rozumiem decyzji o tym, by zacząć od tego książkę, ta historia może by nawet zadziałała gdyby ją mocno skrócić i dać później jako flashback, gdy czytelnik już się trochę przywiąże do bohatera. Ale nie. Obserwujemy jak mały traci matkę, jak pod opiekujący się nim poszukiwany kryminalista szuka jego ojca (cyrk na kółkach, Opieka Społeczna to w tym świecie nie istnieje) i jak rzeczony ojciec, bogaty biznesmen, się do niego nie przyznaje tylko odsyła do wytwórni na wychowanie. Bo przecież dzieciak jest owocem grzesznego (autorce się zapomniało, że grzech to bardzo chrześcijańskie pojęcie) z nieletnią. I nie, fakt, że była nieletnia nic nie wnosi do fabuły, wszystkie wydarzenia potoczyłyby się identycznie gdyby rodzice głównego bohatera byli w podobnym wieku. Ale wtedy nie byłoby o tym jak facet po trzydziestce śledził i uwiódł licealistkę… Co nic nie wnosi! I w ogóle ta wytwórnio-szkoła też nie ma sensu. A ten kryminalista, pod opiekę trafił główny bohater? Ja myślałam, że on potem wróci, że będzie miał jakieś znaczenie dla fabuły. Ale nie. Jedyna informacja z tych trzech rozdziałów jaka miała jakiekolwiek znaczenie to to, że bohater jest nieślubnym synem bogatego człowieka. Tyle.

Potem mamy perypetie Jae Woonga w Polsce, gdzie koledzy zamykają go w kiblu na jakimś odludziu. A na odludziu się znaleźli, bo syn kierowcy autokaru miał wypadek w tak absurdalnych okolicznościach, że nie wiem jak autorce to przyszło do głowy. Z opresji ratuje go Sara, która wraca znad morza, gdzie wziął ją jej facet tylko po to żeby z nią zerwać. No i Sara zabiera ze sobą tego biednego Koreańczyka do Łodzi, bo ten nawet nie pamięta do jakiego miasta powinien trafić… Oczywiście żadne z nich nie ma ze sobą telefonu, bo kto by nosił przy sobie telefon! A przypominam, że akcja się dzieje w 2023 roku… No i dostajemy najnudniejszy opis Łodzi jak to tylko możliwe, serio, mam wrażenie, że autorka przepisała jakiś przewodnik turystyczny. Jae Woong oczywiście nie mówi Sarze, że jest sławny, co jest w sumie dość zrozumiałe w jego sytuacji, ale kiedy ona się o tym dowiaduje to jest foch stulecia,bo przecież POWINIEN JEJ ZAUFAĆ! Kit z tym, że znał ją zaledwie trzy dni… W sumie sama Sara jest zbyt łatwowierna, bo żeby przygarnąć pod dach obcego faceta, który nie ma pieniędzy, dokumentów ani nawet telefonu to też trzeba nie mieć wyobraźni…

Co do postaci… Cóż, głównych bohaterów da się opisać jednym słowem, przy czym w przypadku Jae Woonga tym słowem będzie „smutny”, zaś w przypadku Sary „nijaka”. Można co prawda jeszcze powiedzieć, że są głupi, ale akurat to określenie pasuje do dosłownie każdego w tej książce. Osobowości nie mają żadnych. Chemii między nimi nie ma za grosz. Sara twierdzi, że z jej byłym nie miała żadnych wspólnych zainteresowań i łączył ich tylko seks, ale z Jae Woongiem też nic jej nie łączy! Ludzie, oni spędzają ze sobą trzy dni, raz idą ze sobą do łóżka i to ma być wielka miłość?! Tam nie ma mowy o żadnym porozumieniu dusz, bo te postaci żadnej duszy nie mają! Łączy ich tylko iloraz inteligencji o wartości poniżej zera...

Bohaterowie drugiego planu zaś są całkowicie pozbawieni nie tylko jakichś cech indywidualnych, ale i człowieczeństwa. Dosłownie, z taką znieczulicą i okrucieństwem spotkałam się jedynie w najsłabszych tureckich serialach i bardzo kiepskich manhwach. Dzieciakowi umarła matka? „Haha! Mama cię zostawiła, świat jest okrutny!” To nie jest cytat, ale naprawdę, w tym tonie została głównemu bohaterowi przekazana informacja o śmierci matki jak miał sześć lat. Zaś Konrad, były facet Sary to zwykły buc jest i największy red flag jakiego widziałam. Z kolei koledzy Jae Woonga zamykają go w kiblu, bo są zazdrośni, że fanki wolą go on nich. Ale nie pomyślą o tym, że w sumie ich własne kariery też na tym mogą ucierpieć. Nie, po co, myślenie boli! Jedyną w miarę pozytywną postacią tła jest Johnny, kryminalista, który zaopiekował się osieroconym Jae Woongiem, ale chłop pojawia się tylko w trzech pierwszych rozdziałach i nigdy więcej. Całkowicie nie wiadomo po co była ta postać. No, są jeszcze rodzice Sary, ale oni główne są. Ogólnie jest słabo, nawet kot jakiś taki nijaki autorce wyszedł!

I jakimś cudem autorce wyszła książka, która jest rasistowska zarówno względem Koreańczyków jak i Polaków. Naprawdę, oba te narody są pokazane przez pryzmat najgorszych stereotypów.

Książka napisana jest bardzo dziwnie, narracja cały czas przeskakuje między postaciami. Nie ma żadnych tajemnic, bo od razu poznajemy co która postać myśli. Co gorsza, książka jest zwyczajnie nudna i przewidywalna, ja jestem bardzo kiepskie w przewidywaniu fabuły, a tu byłam w stanie z dużym wyprzedzeniem powiedzieć co się stanie dalej.

Nie mam pojęcia po co ta książka powstała. Znaczy, podejrzewam, że po to by wyciągnąć kasę od fanek koreańszczyzny, tylko problem jest taki, że jeśli ktoś się choć trochę orientuje w realiach tamtejszego showbiznesu będzie cierpieć jeszcze bardziej niż ja. W tej książce nie ma ani grama oryginalności, niczego, co by pociągnęło tę opowieść. Nie jest może ona aktywnie zła, ale zła jest i gdyby nie Booktour Złych Książek na pewno bym po nią nie sięgnęła.