środa, 7 stycznia 2026

Koreański koncert uczuć - Katarzyna Grabowska (BZK)

Tytuł: Koreański koncert uczuć
Autor: Katarzyna Grabowska
Wydawnictwo: Replika
Gatunek: romans

Kiedy rodzice przestrzegali mnie przed wpadnięciem w „złe towarzystwo” nie spodziewałam się, że owo towarzystwo będzie mi wysyłać złe książki. Ale jakoś tak wyszło, że się wpakowałam w coś takiego… Cóż, chciałam powiedzieć, że nie żałuję, ale po przeczytaniu tej książki byłoby to kłamstwo… Więc powiedzmy, że bawiłam się świetnie, acz nie dzięki książce!

Ale, od początku.

Jakoś tak rok temu (ach, jak ten czas leci!) zrodził się pomysł na Booktour Złych Książek. Dlaczego? Cóż, nie mam pojęcia, ale masochizm odegrał w tym dużą rolę. W każdym razie, książki dotarły w końcu do mnie (znaczy dotarły już jakiś czas temu, ale musiały swoje odleżeć), a że Nowy Rok – Nowa Ja – Nowa Siekiera, to postanowiłam tę kupkę ruszyć.

„Koreański koncert uczuć” zapowiadał się na łagodny start, moje poprzedniczki nie zostawiły w tej książce zbyt wiele znaczników. Szybko jednak okazało się, że się myliłam… Oj, jak się myliłam…

Fabuła polega na tym, że członek koreańskiego boysbandu Jae Woong przyjeżdża podczas trasy koncertowej po Europie zostaje zamknięty podczas postoju autokaru w toalecie. Zespół odjeżdża bez niego, a chłopaka z opresji ratuje Sara, Polka, którą właśnie rzucił facet. Bohaterowie spędzają ze sobą całe(!) trzy dni w Łodzi, po czym Sara dowiaduje się kim jest chłopak. Jako, że nie potrafi wybaczyć mu oszustwa, bohaterowie rozstają się i tęsknią za sobą.

Tyle dowiadujemy się z opisu z tyłu okładki i jest to całkiem wierne streszczenie jakiś ¾ całości. Jedyne co pominęłam to tragiczna przeszłość głównego bohatera, całkowicie niespodziewany spadek i happy end.

Borze szumiący, jakie to było durne!

Pierwsze trzy rozdziały przedstawiają tragiczną przeszłość™ Jae Woonga. Nie rozumiem decyzji o tym, by zacząć od tego książkę, ta historia może by nawet zadziałała gdyby ją mocno skrócić i dać później jako flashback, gdy czytelnik już się trochę przywiąże do bohatera. Ale nie. Obserwujemy jak mały traci matkę, jak pod opiekujący się nim poszukiwany kryminalista szuka jego ojca (cyrk na kółkach, Opieka Społeczna to w tym świecie nie istnieje) i jak rzeczony ojciec, bogaty biznesmen, się do niego nie przyznaje tylko odsyła do wytwórni na wychowanie. Bo przecież dzieciak jest owocem grzesznego (autorce się zapomniało, że grzech to bardzo chrześcijańskie pojęcie) z nieletnią. I nie, fakt, że była nieletnia nic nie wnosi do fabuły, wszystkie wydarzenia potoczyłyby się identycznie gdyby rodzice głównego bohatera byli w podobnym wieku. Ale wtedy nie byłoby o tym jak facet po trzydziestce śledził i uwiódł licealistkę… Co nic nie wnosi! I w ogóle ta wytwórnio-szkoła też nie ma sensu. A ten kryminalista, pod opiekę trafił główny bohater? Ja myślałam, że on potem wróci, że będzie miał jakieś znaczenie dla fabuły. Ale nie. Jedyna informacja z tych trzech rozdziałów jaka miała jakiekolwiek znaczenie to to, że bohater jest nieślubnym synem bogatego człowieka. Tyle.

Potem mamy perypetie Jae Woonga w Polsce, gdzie koledzy zamykają go w kiblu na jakimś odludziu. A na odludziu się znaleźli, bo syn kierowcy autokaru miał wypadek w tak absurdalnych okolicznościach, że nie wiem jak autorce to przyszło do głowy. Z opresji ratuje go Sara, która wraca znad morza, gdzie wziął ją jej facet tylko po to żeby z nią zerwać. No i Sara zabiera ze sobą tego biednego Koreańczyka do Łodzi, bo ten nawet nie pamięta do jakiego miasta powinien trafić… Oczywiście żadne z nich nie ma ze sobą telefonu, bo kto by nosił przy sobie telefon! A przypominam, że akcja się dzieje w 2023 roku… No i dostajemy najnudniejszy opis Łodzi jak to tylko możliwe, serio, mam wrażenie, że autorka przepisała jakiś przewodnik turystyczny. Jae Woong oczywiście nie mówi Sarze, że jest sławny, co jest w sumie dość zrozumiałe w jego sytuacji, ale kiedy ona się o tym dowiaduje to jest foch stulecia,bo przecież POWINIEN JEJ ZAUFAĆ! Kit z tym, że znał ją zaledwie trzy dni… W sumie sama Sara jest zbyt łatwowierna, bo żeby przygarnąć pod dach obcego faceta, który nie ma pieniędzy, dokumentów ani nawet telefonu to też trzeba nie mieć wyobraźni…

Co do postaci… Cóż, głównych bohaterów da się opisać jednym słowem, przy czym w przypadku Jae Woonga tym słowem będzie „smutny”, zaś w przypadku Sary „nijaka”. Można co prawda jeszcze powiedzieć, że są głupi, ale akurat to określenie pasuje do dosłownie każdego w tej książce. Osobowości nie mają żadnych. Chemii między nimi nie ma za grosz. Sara twierdzi, że z jej byłym nie miała żadnych wspólnych zainteresowań i łączył ich tylko seks, ale z Jae Woongiem też nic jej nie łączy! Ludzie, oni spędzają ze sobą trzy dni, raz idą ze sobą do łóżka i to ma być wielka miłość?! Tam nie ma mowy o żadnym porozumieniu dusz, bo te postaci żadnej duszy nie mają! Łączy ich tylko iloraz inteligencji o wartości poniżej zera...

Bohaterowie drugiego planu zaś są całkowicie pozbawieni nie tylko jakichś cech indywidualnych, ale i człowieczeństwa. Dosłownie, z taką znieczulicą i okrucieństwem spotkałam się jedynie w najsłabszych tureckich serialach i bardzo kiepskich manhwach. Dzieciakowi umarła matka? „Haha! Mama cię zostawiła, świat jest okrutny!” To nie jest cytat, ale naprawdę, w tym tonie została głównemu bohaterowi przekazana informacja o śmierci matki jak miał sześć lat. Zaś Konrad, były facet Sary to zwykły buc jest i największy red flag jakiego widziałam. Z kolei koledzy Jae Woonga zamykają go w kiblu, bo są zazdrośni, że fanki wolą go on nich. Ale nie pomyślą o tym, że w sumie ich własne kariery też na tym mogą ucierpieć. Nie, po co, myślenie boli! Jedyną w miarę pozytywną postacią tła jest Johnny, kryminalista, który zaopiekował się osieroconym Jae Woongiem, ale chłop pojawia się tylko w trzech pierwszych rozdziałach i nigdy więcej. Całkowicie nie wiadomo po co była ta postać. No, są jeszcze rodzice Sary, ale oni główne są. Ogólnie jest słabo, nawet kot jakiś taki nijaki autorce wyszedł!

I jakimś cudem autorce wyszła książka, która jest rasistowska zarówno względem Koreańczyków jak i Polaków. Naprawdę, oba te narody są pokazane przez pryzmat najgorszych stereotypów.

Książka napisana jest bardzo dziwnie, narracja cały czas przeskakuje między postaciami. Nie ma żadnych tajemnic, bo od razu poznajemy co która postać myśli. Co gorsza, książka jest zwyczajnie nudna i przewidywalna, ja jestem bardzo kiepskie w przewidywaniu fabuły, a tu byłam w stanie z dużym wyprzedzeniem powiedzieć co się stanie dalej.

Nie mam pojęcia po co ta książka powstała. Znaczy, podejrzewam, że po to by wyciągnąć kasę od fanek koreańszczyzny, tylko problem jest taki, że jeśli ktoś się choć trochę orientuje w realiach tamtejszego showbiznesu będzie cierpieć jeszcze bardziej niż ja. W tej książce nie ma ani grama oryginalności, niczego, co by pociągnęło tę opowieść. Nie jest może ona aktywnie zła, ale zła jest i gdyby nie Booktour Złych Książek na pewno bym po nią nie sięgnęła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz