Autor: Mags Green
Wydawnictwo: Nowe Strony
Gatunek: romans, urban fantasy
No i kolejna książka z Booktouru Złych Książek za mną.
Zerrezath to demon, który obserwuje Zoe już od sześciuset dni. Gdy sobotni wieczór na skutek pozornie niewinnego kłamstwa dziewczyny przyjmuje niebezpieczny dla niej obrót, Zerrezath zabija trzech napastników, a czwartego, Maddena, który bardzo podoba się Zoe, opętuje. Okazuje się, że zmarli mężczyźni byli synami wpływowych biznesmenów. Matka Maddena zleca Zoe zbadanie sprawy pod kątem zjawisk nadprzyrodzonych. Teraz Zarrezath ma okazję na zbliżenie się do dziewczyny i skłonienie jej do wymówienia jego imienia, by mógł ją porwać do piekła. A ma na to coraz mniej czasu.
Zawiązanie fabuły jest szyte dość grubymi nićmi. No bo jak dla mnie bez sensu jest zlecanie śledztwa dziewczynie, która w końcu jest zamieszana w sprawę, nawet jeśli matka Maddena wierzy w jej niewinność. Czy nie podejrzane byłoby dla policji, że jedyna podejrzana spędza cały czas z jedynym ocalałym? Ale oczywiście policja się nigdy o tym nie dowiaduje. Sama koncepcja tego, że sprawca (Zarrezath) bierze udział w śledztwie odnośnie własnej zbrodni jest bardzo fajna, ale mam wrażenie, że fabuła jest tu bardziej pretekstem do tego by zbliżyć do siebie dwójkę bohaterów.
Co do bohaterów, to muszę powiedzieć, że Zarrezath był całkiem przyjemnym protagonistą w odbiorze (większość książki jest napisana z jego perspektywy). Rozbrajające było to, że w sumie przez większość czasu myślał tylko o jednym, czyli jak zabić Zoe. I te jego podstępy, by zmusić ją by wypowiedziała jego imię… Wszystkie na poziomie średnio rozgarniętego przedszkolaka, ale to było przynajmniej zabawne!
Zoe to za to charakterna wiedźma, lubi wszystko co mroczne, tatuaże, oczywiście uprawia magię idąc w ślady babci. Po śmierci ojca razem z matką straciły wszystko i musiały przeprowadzić się do Las Vegas. Zoe bardzo chce wrócić do dawnego życia, dlatego kradnie by zarobić. Trochę jej nie ogarniam, bo jednocześnie jest kreowana na dobrą i niewinną, a z drugiej na taką, która się ze swoim demonem świetnie dogaduje i w ogóle ma grzeszne fantazje… Miałam się czepiać, że jak na wiedźmę z tak dobrą intuicją to dziwne, że przez tak długi czas nie zauważyła, że ma obok siebie demona, ale na szczęście autorka jakoś to uzasadniła.
Tak, bohaterowie w tej książce są strasznie mhroooczni i edgy.
Nie ogarniam podejścia tej książki do religii. Z jednej strony mamy teksty o tym, że Bóg i Szatan to są takie same bóstwa jak wszystkie inne, tylko PR Bóg ma lepszy. Z drugiej strony pada, że Bóg faktycznie stworzył ludzi na swoje podobieństwo i w sumie wszystkie grzechy są odnoszone do moralności chrześcijańskiej. Z jednej strony Zoe twierdzi, że nie wyznaje Boga, bo nigdy jej w niczym nie pomógł, z drugiej głupi plastikowy krzyż kupiony w Walmarcie (czyli najpewniej nawet nie poświęcony) działa lepiej niż jej wszystkie zaklęcia razem wzięte.
Książka usilnie stara się być obrazoburcza, pada masę cytatów z Biblii czy obrzędów religijnych, często w wypaczonej formie lub kontekście. Tyle, że często one nie przystają do reszty tekstu i wypadają po prostu pokracznie. Do tego często są te zdania są wyróżnione inną czcionką. Dlaczego? Nie wiadomo, chyba miało to budować klimat. Nie buduje. Do tego klasycznie mamy scenę seksu na ołtarzu, wykorzystanie krzyża jako dildo i inne tego typu. Jak dla mnie więcej w tym pozerstwa niż jakiegoś faktycznego bezczeszczenia czegokolwiek.
Sceny seksu są zaś rozczarowująco łagodne. Ot, na przykład mamy scenę minety i teksty w stylu, że było to wyjątkowo „brudne i grzeszne”, tylko tam dosłownie nic wielce wyuzdanego nie było! W ogóle zabawne dla mnie było to jak mało ten demon ogarniał sprawy seksu. I że początkowo w ogóle mu na jej ciele nie zależało, ale jak już zaczęli ze sobą sypiać to tylko to robili. Najgorsze, że w tych scenach autorka czasami zapomina w jakiej pozycji znajdują się bohaterowie i potem mamy takie kwiatki, że Zoe leży na brzuchu, Madden za nią, ale patrzą sobie w oczy! To już jest jakaś wyższa Kamasutra… Po za tym mam problem z tym, że pan demon nie chciał Zoe rozdziewiczyć, bo jak poleje się krew, to wtedy on może stracić nad sobą kontrolę. No i spoko, tylko jednocześnie robi jej energiczne palcówki, a poza tym potem i tak rozdziewicza w kościele, gdzie ponoć jest BARDZIEJ wygłodniały…
Zakończenie jest… dziwne. Nie do końca wiem co o nim myśleć. Bardzo specyficzne.
Książkę na szczęście czyta się bardzo lekko, nie jest ona jakoś męcząca. Owszem, zdarzają się koślawe zdania, czasem naprawdę musiałam się zastanowić o co autorce chodziło. Do tego dużym minusem jest używanie angielskich określeń na rzeczy, które mają swoje polskie nazwy, szczególnie jeśli chodzi o kwestie związane z magią, np. dostajemy takie określenia jak „witchcraft” czy „familiar”. Jakby autorka zrobiła research na ten temat w anglojęzycznych źródłach i nie sprawdziła jak to jest po polsku. Miejscami też miałam odczucie, że przy niektórych dialogach autorka zignorowała to, że te dialogi w świecie książki toczą się po angielsku. Może nie jest to do końca wada, bardziej przyjęta konwencja ale wybija trochę z rytmu w czasie czytania.
Na koniec pozostaje ważne pytanie: o co chodzi z tymi 10 grzechami głównymi w tytule? Nawet w treści książki mowa jest tylko o 7 grzechach głównych. Oczywiście, podejrzewam, że to miał być taki miks 10 przykazań i 7 grzechów głównych, ale to nie ma żadnego znaczenia fabularnego. Ten tytuł nic nie znaczy!
Całkiem sporo w tej książce różnego rodzaju głupotek, nie jest ona też jakoś szczególnie wciągająca. Ale nie jest też jakoś szczególnie zła. Ot, takie czytadełko. Kompletnie nie w moim stylu i sama bym po nią nie sięgnęła, ale momentami nawet nieźle się bawiłam. Na guilty pleasure się nadaje, jak ktoś lubi takie klimaty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz