Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2026

I like you, Hype Boy - Julita Sarnecka (BZK)

Tytuł: I like you, Hype Boy
Autor: Julita Sarnecka
Wydawnictwo: Filia
Gatunek: romans

Proszę Państwa, oto kolejna odsłona Booktouru Złych Książek! Tym razem kolejny romans z k-popowym idolem. A że ja, przyznaję się bez bicia, o k-popie i Korei nie mam zbyt dużego pojęcia (obejrzałam całą jedną dramę koreańską i to jeszcze sukienkową…) to najpewniej książkę potraktuję trochę łagodniej niż na to zasługuje…

Sana jest początkującą dziennikarką koreańskiego pochodzenia. Nie idzie jej zbyt dobrze na stażu, ale dostaje szansę, by pokazać na co ją stać. Ma spędzić dwa miesiące z członkami TBT, najpopularniejszego zespołu k-popowego i napisać o nich artykuł.

Pamiętacie te wszystkie fanfiki z Onet blog, gdzie główna bohaterka musiała z jakiegoś powodu (najczęściej totalnie wydumanego) zamieszkać z One Direction albo z Jonas Brothers? Oczywiście dziewczyna było szarą myszką i fajtłapą, i w ogóle nie taka jak inne, ale jednocześnie wszyscy ci gwiazdorzy się w niej zakochiwali i uważali, że jest najpiękniejsza na świecie? To teraz przenieście to do Korei i to jest ta książka. Dosłownie, nie musicie już tego czytać, zaoszczędziliście czas, pieniądze i szare komórki.

Sana jest bohaterką nie dość że wkurzającą, to jeszcze do bólu typową. Nic jej nie wychodzi, wszystko leci jej z rąk, potrafi się wywalić na prostej drodze. I ja nawet nie przesadzam, dosłownie jest taka scena w książce. Staż musiał załatwić jej ojciec, a sądząc po reakcji jej szefa na jej artykuły, to talentu dziennikarskiego to ona nie ma za grosz. Zresztą, wysyłają ją do Korei by napisała artykuł o zespole, a ta przez dwa tygodnie nie raczyła sprawdzić w internecie jak wyglądają członkowie rzeczonego zespołu. No research pierwsza klasa! No i komuś takiemu zlecają napisanie artykułu o najsłynniejszym zespole na świecie? Na jakiej podstawie? Bo nie wierzę, że w Nowym Jorku to jest jedyna dziennikarka mówiąca po koreańsku.

Jeśli zaś chodzi o chłopaków… To jest reverse harem. Naprawdę, ta książka odhacza wszystkie typowe motywy reverse haremów. Tyle, że w dobrej haremówka bohaterowie powinni być wyraziści. A tutaj, poza Lee i Shinem, panowie zlewają się w jedną masę. Niby autorka próbuje nadać im jakieś cechy indywidualne, ale nie więcej niż jedną. Ich stosunek do bohaterki też zmienia się w tym samym momencie, nie ma żadnego stopniowania relacji.

Lee to taki typowy „główny facet” w romansie. Jest przystojny i tajemniczy, początkowo nie lubi Sany, bo powody… Nie, serio, ja nie rozumiem czemu on jej najpierw nie lubił a potem nagle zmienił zdanie. Ona dosłownie nic nie zrobiła takiego żeby zmienił opinię o niej. Ale oczywiście nagle musiała się pojawić wielka miłość, co z tego, że to nijak nie wynika z fabuły? Na początku powieści umawiał się z Haną na seks, ale potem zakochał się w Sanie...

Z kolei Shin to „ten drugi”. Jest najmłodszy w zespole i często żartuje. Niby Sanę do niego ciągnie, ale jednak nie… Do tego Shin bardzo często klei się do Mina, a Sana się zastanawia czy oni ze sobą ten tego… Boże, fujoshi się w tej książce nie spodziewałam… I żeby nie było, ja bardzo lubię BL, ale tu to od razu było widać, że to typowy fanservice, a nie żaden wątek LGBT, zwłaszcza, że autorka wyraźnie daje znaki, że Shin spiknie się z przyjaciółką Sany w przyszłości… A czytanie o tym jak Sanie po raz enty robi gorąco i/lub mokro nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

A mokro jej się robi praktycznie cały czas. Ja się w pewnym momencie zaczęłam o nią martwić, bo odwodnienie to poważna sprawa! Scen erotycznych może nie nie jest za dużo i, na dobrą sprawę, czytałam gorzej napisanie. Ale bawiło mnie ile rund był w stanie Lee wytrzymać pod rząd. Zwłaszcza, że ponoć oni tak cały czas niedożywieni i po wycieńczających treningach. Za to pozytywnie zaskoczyło mnie to, że bohaterowie pamiętali o zabezpieczaniu się. Chociaż trochę bawi mnie, ile Lee musiał gumek nosić w kieszeniach, skoro z niego taki ogier.

Z ważnych postaci pojawiła się jeszcze przyjaciółka Sany, Niki, fanka TBT. Jak nic drugi tom będzie o niej, mogę się o to założyć.

Autorka ma momentami straszny problem z orientalizmem. W sensie: wszystko co koreańskie jest super. Sana przyjeżdża do Seulu i zachwyca się wieżowcami. Tak jakby sama pochodziła z Pcimia Dolnego a nie z Nowego Jorku. Do tego wszyscy Koreańczycy są zachwyceni tym, że Sana mówi po koreańsku, bo przecież tylko Koreańczycy doceniają jak ktoś mówi w ich języku. Tak jakby Polacy nie byli zachwyceni kiedy ktoś jest w stanie powiedzieć chociaż kilka słów w naszym języku… No i oczywiście w Korei wszyscy wszystkich szanują… Boże, tak jakby okazując pozorny szacunek nie dało się komuś dopiec.

Duży problem w tej książce mam też z alkoholem. Bohaterowie piją. I to dużo. I często w sytuacjach, w których nie powinni. I jasne, można to potraktować, jako pokazanie ciemnych stron sławy, czy błędów młodości. Tylko za dużo tego i w zbyt pozytywnym kontekście.

Niby główna intryga w tej książce dotyczy tego, że Lee dostaje pogróżki. I to takie pisane krwią. Ale oczywiście nikt z bohaterów nie traktuje takich rzeczy poważnie. Ktoś zniszczył torebkę Sany? Nie no, przecież to na pewno przypadek! Sana zauważa, że jedna dziewczyna zachowuje się podejrzanie? Oczywiście, że nikomu o tym nie powie. Szef Sany po tym, gdy ktoś włamał się do niej na maila i wysłał mu artykuł, którego ona nie napisała? A czy to ważne kto to napisał? Kurczę, chłopie, ważne, bo wyciekły poufne dane twojego pracownika!

Niestety nie tylko treść jest typowo fanfikowa. Styl, w jakim to jest napisane woła o pomstę do nieba. Czytanie niektórych zdań bolało fizycznie. Autorka z jakiegoś powodu zamiast słowa „policzki” używa „poliki”. I „dziurki od nosa” zamiast „nozdrza”. Czasami bohaterowie tłumaczą znaczenie angielskich terminów, mimo że rozmowa toczy się po angielsku, z jakiego na jaki oni tłumaczą? Już nie wspomnę o tym, że raz nawet się trafił przecinek zamiast kropki na końcu zdania, bo to akurat detal.

Spaprane są też przypisy. Zdarzają się przypisy do innego słowa niż to, które pada w tekście, choć powiązanego znaczeniowo. Niektóre są niepotrzebnie nacechowane emocjonalnie, co miałoby sens, gdyby autorka przyjęła taką konwencję, ale tak nie jest. Jest nawet przypis, do terminu wymyślonego specjalnie na potrzeby tej powieści! Chodzi o nazwę fandomu TBT, Birds, tak jakby pisarka nie mogła wyjaśnić tego w narracji...

Dodam jeszcze, że przez całą powieść nie poznajemy nazwisk członków zespołu, dopiero w dodatku na końcu książki okazuje się, że jednak je mają!

Nie jest to może książka tragiczna, ale tak do bólu wattpadowa, że to boli. Uważam, że niektóre fanfiki powinny pozostać w internecie, wydawanie ich w wersji papierowej tylko niepotrzebnie zaśmieca rynek książki. Zwłaszcza, gdy nie reprezentują sobą nic ciekawego i oryginalnego.

niedziela, 31 maja 2026

Death's Obsession - Avina St. Graves (BZK)

Tytuł: Death's Obsession
Autor: Avina St. Graves
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Gatunek: romans, fantasy

I znowu do tej ciemnicy… Innymi słowy, wracam do katowania się „arcydziełami” literatury w ramach BZK. Co prawda ta konkretna książka nie wchodzi w oficjalny skład Booktouru, ale dostałam ją w jednej paczce z resztą, więc liczy się!

Od wypadku, w którym zginęła jej bliźniaczka, Lilith prześladuje Mężczyzna Bez Twarzy. Zostawia jej prezenty i liściki, maluje znaki na skórze gdy ta śpi. Nikt nie wierzy dziewczynie, że jej prześladowca naprawdę istnieje, jej chłopak i psychiatra uważają, że dziewczyna ma halucynacje. Tymczasem tajemniczy mężczyzna coraz bardziej zbliża się do Lili…

Ta książka miała potencjał. Sam zarys fabuły przypominał mi musical „Elisabeth”, w obu przypadkach mamy do czynienia z historią dziewczyny, która otarła się o śmierć i na punkcie której Śmierć dostał obsesji. Tylko, że w „Elisabeth” cała historia miłosna ze Śmiercią była alegorią depresji i myśli samobójczych, do tego na tle przemian społecznych XIX wiecznych Austro-Węgier, opowieścią o końcu pewnej epoki i wiwisekcją postaci cesarzowej Sisi. Zaś w przypadku „Death’s Obsession” mamy do czynienia ze zwykłym pornosem.

Owszem, momentami autorka próbuje przedstawić stan psychiczny głównej bohaterki. I są to najciekawsze fragmenty tej książki. O tym jak Lilith przeżywa żałobę i jak wypadek wpłynął na jej postrzeganie siebie oraz relację z chłopakiem. Nie jest to może zbyt oryginalne, ale czyta się nieźle.

Dopóki na scenę nie wkracza Letum, czyli pan Śmierć. Borze szumiący, co za tandetnie napisana postać. Oczywiście jest mhroczny (nie, to nie jest literówka) i seksowny. I tajemniczy! I mówi w poetycki sposób. Autorka jak nic wszystkie jego teksty przepisała z „Wielkiej księgi żenujących tekstów na mroczny podryw”, a jeśli czegoś takiego nie ma to spokojnie może ją napisać. Letum jest też władczy i dominujący. Prawdziwy smalec alfa! Ale też troskliwy! Nie chce duszy Lilith, ale ją chce! Po prostu za każdym razem jak ten facet pojawiał się na kartach powieści moje ciary żenady dostawały ciar żenady. A jeszcze to, jak on nazywał Lilith: „moja mroczna maro”, „moja burzo”, „mój kwiatuszku”… No nie, no po prostu nie. No i samo imię Letum… Autorka nie mogła znaleźć jakiegoś ładniejszego określenia na śmierć?

Scen seksu jest dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość powieści. I są bardzo szczegółowe. Letum oczywiście ma dużego, bo jakżeby inaczej. Co śmieszniejsze, w czasie seksu dusza Letuma opuszcza jego ciało i bierze aktywny udział. Dusza ma jeszcze większego. Ja się pytam co autorka brała? Do tego momentami w scenach seksu gubi się gdzieś orientacja przestrzenna, w jednej scenie nawet Letum wydaje się mieć trzy ręce (to była scena zanim dusza się przyłączyła). Do tego Letum rżnie tak entuzjastycznie, że aż skuł glazurę w łazience Lilith samym impetem… Litości. A Lilith oczywiście jest mokra na samą myśl o nim.

Już nawet nie wspominając, że kolejny raz mamy do czynienia z historią, gdzie laska zakochuje się w swoim stalkerze. I oczywiście autorka musi zrobić z wszystkich jej bliskich dupków i idiotów żeby stalker wypadł jako ta atrakcyjniejsza opcja. Bo oczywiście jej facet jej nie wierzy, że ma stalkera. Kurczę, dziewczyny nie stać na chleb, a ten myśli, że ona te wszystkie kwiaty i biżuterię (której w większości nie nosi) kupuje sobie sama… Logiko!

Boli mnie, że cała relacja między Lilith i Letumem została sprowadzona jedynie do seksu. Owszem, jest zasugerowane, że oni ze sobą kiedyś rozmawiali, że tam była jakaś głębsza więź… Tylko, że nie dostajemy tego na kartach powieści. Dostajemy za to historię o tym, jak Śmierć dostał obsesji na punkcie zwyczajnej dziewczyny z depresją. Takich dziewczyn w historii ludzkości musiały być miliony, jak nie miliardy, co jest wyjątkowego akurat w tej? No nie wiadomo.

Napisane to jest nie najgorzej, acz strasznie pretensjonalnie. Autorka stara się stworzyć mroczną, oniryczną atmosferę, problem tylko, że wszystko tu jest zbyt dosłowne by to zadziałało. Ale pod względem języka ta książka nie boli.

Boli za to głowa od czytania jej. Ktoś postanowił wydać tę książkę w „trybie ciemnym”, czyli białe litery na czarnym tle. W efekcie całe strony są zalane farbą drukarską i dosłownie śmierdzą. Dobrze, że całość ma zaledwie dwieście stron, bo jakbym to miała czytać dłużej to bym się po prostu zaczadziła.

Podsumowując, nie jest to najgorsza książka jaką czytałam w tym roku (Booktour znacząco obniżył moje standardy, wiem). Nie jest to też książka dobra. Ot, pornosek, który próbował być czymś więcej, tylko nie wyszło. Osobiście nie polecam.

Za to jeśli ktoś chce zobaczyć jak ciekawie można wykorzystać motyw śmierci mającej obsesję na punkcie śmiertelniczki, to polecam obejrzeć „Elisabeth”, to wspaniały musical jest.

sobota, 23 maja 2026

Outlander sezon 8 - pierwsze wrażenia

Jako że ostatni sezon Outlandera dobiegł końca, wrzucam ostatnią porcję moich opinii o odcinkach, pisanych na bieżąco w trakcie oglądania.


S08E01

Zaczyna się od tego, że Jamie i Claire poszukują informacji na temat pochodzenia Fanny. I o ile sama scena jest całkiem spoko, chociaż dziwne było, że Claire zabiła tego gościa, tak kompletnie nie rozumiem skąd ta ich pewność, że matka Fanny to jest ich Faith. No bo, pewnie, imię i fakt, że dziewczynka nuciła piosenkę nie ze swoich czasów to całkiem duży zbieg okoliczności, ale jednak Claire trzymała martwą córkę na rękach… Więc albo dalej idą w ten absurdalny wątek albo twórcy wciąż robią zmyłkę. Obie wersje są słabe w moim odczuciu. A bohaterowie powinni być bardziej sceptyczni. Za to fajna była scena jak Jamie i Claire wspominają poczęcie Faith, wzięta prosto z książki, ale przerobiona by pasowała do serialowej chronologii.

Fergus i Marsali. Super było ich zobaczyć, bardzo brakowało mi ich w poprzednim sezonie. Acz wygląda na to, że twórcy już szykują się, by zafundować im pewną tragedię z książki…

Powrót do Ridge. Widzę, że w serialu to nie Jamie wybudował nowy dom, tylko Ian z pomocą sąsiadów pod nieobecność bohaterów. Trochę szkoda, ale chyba nieuniknione przy takiem kondensacji fabuły.

Lord John i William. Amaranthus! Nie lubiłam tej postaci w książce, ale aktorka wypada bardzo spoko. Zastanawiałam się, jak ją wprowadzą, ale widzę, że zamiast Greyów szukających jej to ona znalazła Lorda Johna. W sumie zastanawia mnie czemu John ją przedstawił jako „wicehrabinę Grey”, skoro to nazwisko, nie tytuł. Raczej powinno być „wicehrabina Melton”… O, w książkach też tak jest, czyli o to mogę Gabaldon winić. I wygląda na to, że Halowi jednego syna wycięli, bo William mówi, że Ben i Henry byli dla niego jak bracia, a o Adamie nic nie wspomina… Ciekawe ile z tego wątku pojawi się w serialu. Mam wrażenie, że rozmowa o rezygnacji z tytułu też jest z książki, tylko, że tam zamiast Johna był Hal, ale nie mogę jej znaleźć żeby się upewnić…

Bree i Roger. McKenzie wrócili! I przywieźli książki! Super, że został wspomniany „Władca Pierścieni”. Chociaż scena powrotu była mało klimatyczna… Widzę za to, że naprawili coś, co mi w książce nie pasowało: Jamie widząc zdjęcie Franka w serialu od razu zwraca uwagę na jego podobieństwo do Jacka Randalla. Bo, owszem, w serialu ci dwaj byli dużo bardziej podobni, ale i tak brakowało mi tej uwagi w książce.

Dziwne, że zmienili męża Amy McCallum, w książce wyszła za Bobbiego Higginsa, za Evana Lindsaya. Trochę dziwna zmiana, ale przez to mam wrażenie, że nie pominą wątku Amy…

Jeśli chodzi o Cunninghamów… to nie do końca pamiętam o co chodziło z nimi w książce. Znaczy, wydaje mi się, że pani Cunningham została całkiem wiernie odwzorowana. Ale Kapitan Cunningham wydaje mi się sympatyczniejszy niż w książce, chyba. I wydaje mi się, że w książce nie zajmował się handlem? Tylko był kaznodzieją? Kurczę, jak wyjdzie dziesiąty tom to trzeba będzie reread zrobić. W każdym razie nie zdziwi mnie, jeśli znowu wytną wszystkie wątki związane z wiarą, lubię w książkach to jak wielowyznaniowe jest Fraser’s Ridge.

Ogólnie sporo było scen wziętych z książki i dopasowanych tak, żeby pasowały do serialu. Szkoda trochę tego jak wiele pomijają, ale na tym etapie już do tego przywykłam. Odcinek oglądało się całkiem przyjemnie.

Krótki komentarz jak na mnie, ale po prostu „Powiedz pszczołom, że odszedłeś” to ta jedyna książka w serii, której nie znam na pamięć, więc nie mam za bardzo porównania.

A na koniec jestem ciekawa, czy w tym sezonie pojawi się polski akcent, czy go też wytną.

piątek, 20 marca 2026

Princesa. Przypomnij mi dni, które straciliśmy - Marcelina Świątek (BZK)

Tytuł: Princesa. Przypomnij mi dni, które straciliśmy
Cykl: Princesa
Autor: Marcelina Świątek
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

W normalnych warunkach bym na pewno po tę książkę nie sięgnęła. Pierwszy tom był po prostu zły, a drugi nie zapowiadał się lepiej. Ale, że BZK rządzi się swoimi prawami, twardym trzeba być nie miętkim, tak więc zmęczyłam i tę część.

Książka zaczyna się mniej więcej od tego, czym skończyła się poprzednia: Rosalie wskutek wypadku samochodowego straciła pamięć. Jako, że teraz William jest dla niej obcym człowiekiem, dziewczyna przeprowadza się z powrotem do rodziców. Kiedy w jej życiu znowu pojawia się Paul, który przedstawia jej inną wersję wydarzeń niż William, Rosalie nie wie komu może zaufać.

Zacznę od zalet tej książki. A właściwie zalety. Jest krótka, nie ma nawet dwustu stron. I to tyle.

A wady… Przede wszystkim fabuła tej książki to kilka niezwiązanych ze sobą wątków posklejanych na ślinę. Co gorsza, z większości z nich nic nie wynika.

Okazuje się, że w wypadku Rosalie straciła nie tylko pamięć, ale i dziecko. Co to zmienia w historii? Kompletnie nic, bo żadne z dwójki głównych bohaterów o tym nie wiedziało wcześniej.

Paul, który chce wykorzystać amnezję dziewczyny, by zdobyć jej względy? W sumie wątek, który zapowiadał się na główną oś fabuły zostaje rozwiązany bardzo szybko jedną rozmową. Już nie mówiąc o tym, że kompletnie bez znaczenia pozostał fakt, że w poprzednim tomie Stacy się w nim podkochiwała. Nie, wszyscy, łącznie z autorką o tym zapomnieli.

Kuzynka Williama, którą Rosalie wzięła za jego kochankę, przez co miała wypadek? Kolejny wytrych fabularny, ona się nawet nie pojawia osobiście, tylko jest wspomniana żeby była drama! Bo oczywiście Rosalie musi myśleć, że mąż ją zdradza.

Uzależnienie bohaterki od energetyków? Jak by ten wątek nie był absurdalny, to w tym tomie sprowadza się jedynie do tego, że ona lubi ten smak i w sumie z raz ją w sercu kłuje. Ale dlaczego nikt jej nie powiedział, że nie powinna tego pić? Rodzice? Lekarze? William?! Kurczę, przecież od tego może jej życie zależeć! W ogóle o depresji i myślach samobójczych bohaterka też zapomniała. Bardzo wygodne.

Dostajemy informację, że rodzice Rosalie nią manipulują i ją wykorzystują. Tylko nic w fabule tej książki tego nie potwierdza. Najbardziej jaskrawym przykładem tego „wykorzystania” jest scena, w której matka dziewczyny PROPONUJE jej sesję fotograficzną do magazynu. Nie każe, nie zmusza. Tylko mówi jej, że jakby chciała to dostała propozycję. No niesamowita manipulacja!

Sam wątek amnezji do niczego nie zmienia. Pojawia się parę scen, w których Rosalie odzyskuje wspomnienia, ale w ostatecznym rozrachunku nie mają one żadnego znaczenia.

Za to nie wiadomo po co dostajemy sceny z perspektywy Finna i Stacy. Gdzie nic to nie wnosi, no może poza rozepchaniem objętości książki, co jest absurdalne przy tym jak krótka ona jest. Finn jest bardzo irytującą postacią. Ja rozumiem, że on miał być takim lekkoduchem, ale wkurza gdy facet, który zaraz będzie ojcem nie umie zachować powagi nawet przez pięć minut, a jedyne o czym gada to alkohol i słabe suchary.

W ogóle temat alkoholu w tej książce. W poprzednim tomie też miałam wrażenie, że autorce się wydaje, że picie jest takie dorosłe, ale tam przynajmniej Rosalie nie lubiła imprez, więc scen spożycia nie było aż tak dużo. Zaś w tym tomie bohaterowie chleją, bo nawet piciem tego nazwać nie można, praktycznie co chwilę. Autorka dalej nie wie jak takie ilości alkoholu działają na organizm.

Tak samo zresztą ciąża. Bo oczywiście bohaterka ponownie zachodzi w ciążę. Widać, że to jest takie wyobrażenie nastolatki o tym jak powinno wyglądać szczęśliwe małżeńskie życie. Utopia, zero problemów, kochający mąż i gromadka dzieci. Realizmu zero.

Na koniec książki jeszcze dostajemy epilog o dzieciach bohaterów, który nic nie wnosi i nie ma żadnego związku z treścią samej powieści.

Styl autorki się nie zmienił, dalej jest źle. Tak samo redakcja i korekta. Znowu dopadła mnie klątwa brakujących myślników.

Nie polecam. Drugi tom powiela wszystkie błędy poprzedniego a do tego dorzuca nowe. Jeśli autorka chce dalej pisać książki to powinna solidnie popracować nad warsztatem, bo w obecnej formie tego nie widzę.

niedziela, 15 marca 2026

Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło – Marcelina Świątek (BZK)

Tytuł: Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło
Cykl: Princesa
Autor: Marcelina Świątek
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

Przeprawa przez Booktour Złych Książek trwa.

Rosalie Sparks to dwudziestojednoletnia dziewczyna z bogatej rodziny. Pewnego dnia rodzice oznajmiają jej, że ma ona poślubić Williama Singha, chłopaka, który zdaniem Rosalie jest jej największym wrogiem.

Bardzo widać, że tę książkę pisała nastolatka. Największym problemem bohaterki wydaje się być to, że rodzice jej nie kochają i w ogóle nikt jej nie kocha, i w ogóle nic tylko się pochlastać. Znamy to, każdy był w tym miejscu, a potem się dorasta. Bohaterka twierdzi, że po ślubie będzie całe dnie siedzieć i nic nie robić, i że ją to dobija, ale nie znajdzie sobie żadnego hobby. Przecież od momentu gdy nie mieszka z rodzicami to nie oni odpowiadają za zorganizowanie jej wolnego czasu! W ogóle, niby Rosalie pochodzi z bogatej rodziny, ale cały czas zachowuje się jakby do bogactwa nie przywykła, cały czas robi na niej wrażenie. I w ogóle to ona zamiast wydawać pieniądze to by wolała je oszczędzić na czarną godzinę… To jest myślenie człowieka biednego, tak to ja sobie mogę myśleć, bogata laska by brała luksus za standard. Jej relacja z rodzicami zmienia się w zależności od tego czego wymaga w danym momencie fabuła. W jednej chwili bohaterka twierdzi, że miała szczęśliwe dzieciństwo, w następnej, że rodzice ją odchudzali przez co zemdlała… Nawet dostajemy scenę przyklejenia pierścionka zaręczynowego na superglue… Kompletnie absurdalne. Do tego Rosalie jest uzależniona od energetyków i ma myśli samobójcze. Co zabawne, jej pierwszym pomysłem na popełnienie samobójstwa było wypicie zbyt dużej ilości energetyków, ale nie miała ich w domu to wzięła nóż.

William to praktycznie pan idealny, odrobinkę wredny, ale tak tylko do smaku, żeby nie był mdły. Znaczy i tak jest. Jedyną jego tylko zaborczość i wybuchy agresji wobec rywala do serca wybranki. To faktycznie był red flag. Tylko, że te wybuchy pojawiają się już po zaręczynach, kompletnie nie rozumiem czemu Rosalie tak go nienawidziła na początku książki, a autorka nie raczyła mi tego wytłumaczyć.

Cały czas czytając tę powieść miałam wrażenie, że bohaterowie są nastolatkami, a nie dorosłymi ludźmi. Ich problemy są bardzo dziecinne, to takie nastoletnie wyobrażenie jak wygląda życie młodych dorosłych.

Paradoksem tej książki jest to, że nie dzieje się w niej prawie nic, a i tak ma się wrażenie, że wydarzenia następują po sobie za szybko. Po prostu fabuła po kolei odhacza kolejne sceny, żadna nie ma okazji tu wybrzmieć. Przyjaciel, który się zakochał w bohaterce? Jest, co z tego, że ta przyjaźń jest w ogóle niewiarygodna? Bliższe poznawanie się bohaterów? Szybki montażyk scen jakby to był film. Ciąża przyjaciółki? W sumie nic ważnego. Podróż poślubna? Krótko acz nadmiernie dramatycznie. Poważnie, wydarzenia na jachcie są absurdalne i jedyne czego czytelnik życzy bohaterce to wypadnięcie przez burtę. Niestety tak się nie dzieje.

Za to dostajemy bardzo dużo rozważań Rosalie o życiu. Głębokich jak kałuża w upalny dzień i napisanych jakby to była rozprawka na polski. Po prostu czuć, że autorka jest młoda i brakuje jej doświadczenia życiowego. Widać, że autorka chciała poruszyć poważne tematy, ale nie ma ku temu odpowiedniej wiedzy i wrażliwości. Jest młoda, ma prawo nie wiedzieć. Ale powiela w swojej powieści wiele szkodliwych wzorców. Nie, miłość nie leczy z depresji i nie rozwiązuje magicznie wszystkich problemów. Uzależnianie swojej chęci do życia od obecności ukochanej nie jest zdrowe dla żadnej ze stron. Wiele problemów bohaterów dałoby się rozwiązać zwykłą rozmową, ale wtedy by nie było dramy.

Nawet za bardzo nie chce mi się jechać po tej książce, bo widać, że nie powinna ona nigdy zostać wydana, tylko pozostać w odmętach Wattpada czy innej tego typu platformy. To ewidentnie są pierwsze wprawki w pisaniu i wydawnictwo zrobiło wielką krzywdę autorce wydając to.

Językowo jest fatalnie. Według stopki redakcyjnej książka przeszła redakcję i korektę, ale w ogóle tego nie widać. Niektóre zdania nie mają sensu i trzeba się naprawdę zastanowić żeby zrozumieć o co miało w nich chodzić. Pojawiają się zdania typu: „patrzałam na Williama”. Miejscami brakuje znaków interpunkcyjnych albo pojawiają się niewłaściwe, jak na przykład przecinek na końcu zdania. Ogólnie, wydawnictwo zawaliło na całej linii.

Jeszcze kwestia ograniczenia wiekowego książki. Ne egzemplarzu, który mam jest to 18+, acz wiem, że wydawnictwo zmieniło je po aferze na 16+. I faktycznie to 18+ było mocno przesadzone, bo nic takiego się w tej książce nie pojawia. Żadnej graficznej sceny seksu tu nie ma, jedyna jaka się pojawia to bardziej fade to black. Innymi słowy, wydawnictwo na spokojnie mogło uniknąć afery, ale by wtedy nie było darmowej reklamy, nie?

Ogólnie książka jest po prostu słaba. Jednak życzę autorce żeby się nie zrażała do pisania tylko faktycznie popracowała nad warsztatem. I może kiedyś, w przyszłości, napisała kolejną, lepszą książkę. I to w innym wydawnictwie, bo to zawaliło.

czwartek, 12 marca 2026

Little Stranger - Leigh Rivers (BZK)

Tytuł: Little Stranger
Cykl: The Web of Silence Duet
Autor: Leigh Rivers
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

W lutym zrobiłam sobie przerwę od BZK, bo bardzo potrzebowałam okładów z gejów po tym co przeczytałam w styczniu. I od razu po powrocie oberwałam w głowę cegłą. A właściwie śrubokrętem. W tym tempie to mi książek na okłady zabraknie…

Olivia jest adoptowaną córką rodziny Vize’ów. Cała historia zaczyna się, kiedy jej rodzice adoptują kolejne dziecko, tym razem chłopca. Malachi, bo tak ten się nazywa, przez traumatyczne przeżycia nie mówi, ale bardzo szybko przywiązuje się do nowej siostry. I to za bardzo, o wiele za bardzo. Kiedy dzieci dorastają ich relacja zaczyna się stawać coraz dziwniejsza i seksualna. W końcu Malachi trafia do więzienia, za pobicie ojca, który przyłapał go na seksie z siostrą. Po ośmiu latach chłopak wychodzi, jedyne czego chce to ukarać siostrę, która zeznawała przeciwko niemu.

Co ja właśnie przeczytałam?

Nie powinno się tej książki nazywać romansem, nawet dark. To jest normalny pornos. Ba! Większość pornosów ma mniej pretekstową fabułę. Normalnie cała fabuła tej książki sprowadza się do fetyszy sklejonych na ślinę. Sens? Logika? A na co to komu?

Charaktery postaci? Nie istnieją. Olivia to typ popularnej dziewczyny, Malachi zaś to typowy wyrzutek, który nie mówi i ma obsesję na jej punkcie. Mózgu nie stwierdzono u żadnego z nich.

Relacja między nimi? Sprowadza się tylko do seksu. Niby autorka próbuje wmówić czytelnikowi, że tam się rozwija jakieś głębsze uczucie, ale nie widać tego. Nie ma ani jednej sceny między tą dwójką, która nie kręciłaby się wokół jednego. No, może scena na początku, jak mają po kilka lat. Tylko problem w tym, że Malachi wykazuje niezdrowe przywiązanie do Olivii od pierwszego spotkania. Czemu? Nie wiadomo.

Olivia ma specyficzne fantazje seksualne, jest masochistką. No i zaczyna uczyć Malachiego jak ten ma ją zadowolić, niby pod pozorem, że robi to po to by ten umiał potem się zachować przy innej dziewczynie. A Malachi oczywiście jest bardzo pojętnym uczniem, już za pierwszym razem przeradza się w boga seksu. Obejrzał jak się robi minetę na pornolu? Umie! Tylko jest niedoświadczony! No śmiech na sali. Oczywiście autorka nawet na chwilę nie pozwala zapomnieć, że formalnie tych dwoje jest rodzeństwem. Bohaterowie zwracają się do siebie per siostrzyczko/braciszku nawet w scenach intymnych. Kurczę, równie dobrze autorka mogła zrobić z nich rodzone rodzeństwo, jak już chciała lecieć po bandzie, a przynajmniej uniknęła by wtedy idiotyzmów związanych z adopcją.

Rodzice bohaterów nie powinni móc nikogo adoptować. Ja się przestałam w pewnym momencie dziwić, że Olivia i Malachi wyrośli na chorych pojebów, bo w takiej rodzince to nie mogło wyjść inaczej. Ojciec praktycznie od początku traktuje Malachiego okropnie, bije go, ale dla Olivii jest cudownym tatusiem. Matka z kolei niby najpierw chce, żeby Olivia została dziewicą do ślubu, ale jak ta kończy szesnaście lat to płaci pierwszemu lepszemu facetowi żeby ją rozdziewiczył i karze jej się umawiać z dwoma gościami naraz… No nie ma w tym grama sensu. W dodatku ojciec jest prawnikiem a matka sędziną. Naprawdę nie wiem jakim cudem po tym jak ich syn pobił ojca i przyznał się do romansu z siostrą ktoś pozwolił im adoptować kolejne dziecko… Ale widać w tym świecie procedury adopcyjne załatwia się na lotnisku po przekazaniu dziecka, no bo po co wcześniej?

Ostatnie sto stron książki to opis „zemsty” Malachiego na Olivii. Innymi słowy, dokładny opis tego jak on ją porywa i gwałci. Z użyciem śrubokrętu, a właściwie dupokrętu i przy współudziale tarantuli. A ona stwierdza, że to ten jedyny. Matko Bosko Częstochowsko… Nie pojmuję tego co tu się odjaniepawla. I Olivia na koniec stwierdza, że ucieka sprzed ołtarza, bo przyszły mąż ją gdzieś wywiezie i będzie gwałcił i leci do Malachiego, który dosłownie dwa tygodnie wcześniej gdzieś ją wywiózł i gwałcił. Logiko, jesteś jeszcze z nami, czy już dawno porzuciłaś ten padół ziemski? I oczywiście na koniec Malachi zaczyna mówić poprawnie, bo happy end musi być pełny! Co z tego, że przez osiem lat nie potrafił się nauczyć wymówić imienia Olivii, bardzo długiego i trudnego jego zdaniem, wystarczyły dwa tygodnie by to nadrobić!

Książka napisana jest fatalnie. Czasem autorka nagle zmienia scenę nie informując o tym czytelnika. Po prostu w jednym akapicie bohaterowie są w jednej sytuacji a w następnym w zupełnie innej. A ty czytelniku domyśl się!

Napisanie tej opinii zajęło mi zdecydowanie więcej czasu niż na to ta książka zasługuje, ale to głównie przez to, że przy czytaniu moje szare komórki uległy masowej zagładzie. Nie polecam. Nikomu. Lepiej odpalić pomarańczowego youtube’a, tam znajdziecie bardziej wartościowe treści.

piątek, 20 lutego 2026

Pieśń Braterstwa - TJ Klune

Tytuł: Pieśń Braterstwa
Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że w poniższej opinii znajdują się spoilery do „Pieśni Serca”. O ile o poprzednich tomach byłam w stanie napisać prawie bezspoilerowo, tak o tym się nie dało. Więc jeśli ktoś planuje czytać tę serię i nie chce psuć sobie niespodzianki (a warto podejść do tej serii z czystą kartą) to radzę zakończyć czytanie w tym momencie.

Pozostałych zapraszam do lektury.

W Caswell Carter Bennett zrozumiał kim jest szary wilk, który towarzyszył mu przez ostatnie kilka lat. Ale zrobił to za późno, Gavin odszedł, by ocalić watahę przed swoim ojcem. Teraz Carter wyrusza w samotną podróż, by odnaleźć to, co jeszcze niedawno brał za pewnik.

Powiem tak, jak na finałowy tom to „głównej” fabuły jest tu mało. Bardzo mało. Antagonista jest tu mniej postacią, a bardziej siłą żywiołu, bardziej bestią niż człowiekiem. Wszystko, co mieliśmy dowiedzieć się o jego motywacjach dowiedzieliśmy się w tomie poprzednim. I w sumie mam wrażenie, że sam finał rozegrał się za szybko.

Ale! To nie jest najważniejsze w tej książce. Bo najważniejsze w tym tomie są relacje między postaciami. A pod tym względem to jest cud miód i orzeszki. Jak już tytuł wskazuje, dużo miejsca poświęcono tutaj relacjom między braćmi. I muszę autora pochwalić za to, że udało mu się napisać rodzeństwo, które jest do siebie podobne, a równocześnie każdy z braci Bennettów (i w sumie nie tylko, bo rodzeństw w tym tomie jest więcej) ma własny unikalny charakter.

Ważnym motywem w tej części jest też ciągłe popełnianie tych samych błędów i mierzenie się z ich konsekwencjami. Zarówno tych popełnionych samodzielnie, jak i tych popełnionych przez rodziców. Autor pięknie pokazuje, że można być jednocześnie dobrym człowiekiem, dobrym ojcem a jednocześnie popełniać fatalne w skutkach błędy. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. To tak cudownie ludzkie. Jest to też ten przypadek książki, gdzie mimo że bohaterowie nieraz i nie dwa podejmują głupie decyzje, to można zrozumieć dlaczego.

Uwielbiam romans w tej książce. Carter i Gavin są tak świetnymi postaciami, że nie da się ich nie kochać. Panowie mają niesamowitą wręcz chemię, obserwowanie interakcji między nimi daje ogromną frajdę. Carter pod maską żartów i brawury jest starszym bratem, który całe życie stawiał potrzeby innych ponad swoje. W dodatku całe życie sądził, że jest hetero a tu jego towarzysz życia okazał się mężczyzną. Z kolei Gavin… cóż, Gavin to Gavin. Nic więcej nie napiszę, bo poznawanie Gavina to jedna z największych przyjemności płynących z tej książki. Powiem tylko, że Gavin jest całkowicie inny niżby się można spodziewać i to jest w nim piękne.

Nawet do sceny seksu nie mam jakichś większych zastrzeżeń. Nie wiem, czy to wynika z tego, że autor się wyrobił w pisaniu takich scen, czy z tego jak dobrze osadzona jest ona w historii, jak podbudowana emocjonalnie. W tej książce seks jest po coś, a nie tylko po to by móc opisać ładny tyłek. Albo po prostu ja tak kocham tych bohaterów, że patrzę na to przez różowe okulary, jest taka opcja.

W ogóle jestem zachwycona tym, że TJ Klune napisał cztery romanse, a każdy z nich ma inną dynamikę między główną parą. I to mimo tego, że w każdej książce jedną ze stron romansu jest członek rodziny Bennettów i widać rodzinne podobieństwo. Ani razu nie miałam poczucia, że czytam kopię tego, co było w poprzednich książkach. Przynajmniej nie w kwestii romansów, bo bohaterowie jednak mają tendencję do popełniania tych samych błędów.

Humor jest w tej książce absolutnie fantastyczny, śmiałam się nie raz w głos. A chwilę później miałam łzy w oczach, bo autor funduje niesamowity rollercoaster emocjonalny. Polecam.

Co do polskiego tłumaczenia, to jest całkiem dobre. Zdarzyło się, co prawda, parę dziwnie sformułowanych zdań oraz brakujących znaków interpunkcyjnych… A właśnie, mógłby mi ktoś wyjaśnić czemu ciągle trafiam na książki z brakującymi myślnikami?! Gdzie są moje myślniki, ja się pytam!

Nawet ciężko mi wyrazić jak kocham tę książkę. Czy jest idealna? Oczywiście, że nie, ma swoje braki. Ale koniec końców, nie wpływają one na czystą radość płynącą z czytania tego. Zaczynając tę serię nie spodziewałam się, że aż tak pokocham tych bohaterów, że tak mnie ta historia chwyci za serce. A tu proszę, teraz ciężko mi nawet myśleć o czytaniu czegokolwiek innego, takiego mam kaca książkowego. Absolutnie cudowne doświadczenie. Epickie i kapitalne.

piątek, 13 lutego 2026

Pieśń Serca - TJ Klune

Tytuł: Pieśń Serca
Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy

Kolejny tom serii „Green Creek” za mną.

Robbie Fontaine zawsze szukał swojego miejsca w świecie. I gdy w końcu wydawało mu się, że je znalazł, zaczęły nawiedzać go sny i niepokojące wizje...

Ciężko cokolwiek napisać o fabule tej książki żeby nie popsuć frajdy z czytania. A frajda jest naprawdę spora, zwłaszcza na początku, gdy jeszcze nie wiadomo o co chodzi. Mam na to świadków! Ta książka jest zupełnie nie tym czego się spodziewałam i absolutnie kocham ją za to.

Ta część jest bardziej skupiona na fabule, romans jest tu dużo delikatniejszy, niż w poprzednich częściach. Podejrzewam, że w dużej mierze zawdzięczamy to orientacji Kelly’ego. Ponieważ mamy tu rzadki przypadek romansu z bohaterem aseksualnym. I muszę przyznać, że ten romans naprawdę mi się podobał. Obaj bohaterowie mają naprawdę przyjemne charaktery. Obaj są łagodni i słodcy, razem i osobno. I przede wszystkim to chyba najzdrowsza relacja romantyczna w tej serii. Nie ma tutaj ranienia się nawzajem, cały dramat ma źródło zewnętrzne.

Dużo w tym tomie smutku i tęsknoty. Szukania własnej tożsamości i miejsca, do którego się przynależy. Przez to też ta książka doprowadziła mnie na skraj łez. Autor umiał uderzyć akurat tam, gdzie mnie boli. I z każdym tomem trafia coraz celniej.

Muszę też w tej części pochwalić scenę intymną. Jest tylko jedna, jest krótka, ma istotne znaczenie fabularne, a dodatkowo jest napisana dużo delikatniej niż w poprzednich tomach, większy nacisk jest położony na uczucia bohaterów niż na akt fizyczny.

Podoba mi się, że w tym tomie też większy nacisk jest postawiony na relacje platoniczne między członkami watahy. O ile jest to motyw regularnie powracający w tej serii, tak mam wrażenie, że w żadnej z poprzednich części nie był on aż tak istotny jak w tej. Po prostu uwielbiam relację Robbiego z Gordo. I z innymi członkami stada też. Po prostu ta seria ma w sobie tyle pozytywnych emocji. Mimo że bohaterowie nie są idea

Mam mieszane uczucia do tego co się w tym tomie dzieje z ludzkimi członkami watahy. W sensie, fabularnie to ma sens, jest bardzo logiczne. Ale jednocześnie mam wrażenie, że autor zrezygnował z bardzo ciekawej dynamiki. Za to podobało mi się, że w tym tomie Rico nie robił tylko i wyłącznie za comic relief. Owszem, wciąż ma najlepsze teksty, ale jego rola w historii jest dużo bardziej dramatyczna.

Humor trzyma poziom poprzednich części. Uwielbiam wilcze zaloty. I coming outy w najmniej odpowiednich momentach.

Nie za bardzo przekonują mnie motywacje głównego złego. Znaczy, on jest kompletnie szalony, owszem, niezwykle niebezpieczny i w ogóle, ale wolę trochę bardziej racjonalnych złoli. Acz jeśli chodzi o jego metody działania, to tu już był cud miód i orzeszki. Naprawdę, momentami to skręcało w kierunku horroru, a nawet horroru psychologicznego.

Jeśli chodzi o polskie tłumaczenie, to muszę je pochwalić. Nie tylko jeśli chodzi o ten tom, ale o całokształt serii. Czyta się to świetnie. Widać, że tłumacz się naprawdę przyłożył do tego tekstu, bo niektóre cytaty brzmią po polsku dużo fajniej niż w oryginale. Co do tego tomu, to mam taki zarzut, że pod koniec pojawia się trochę literówek, brakuje paru myślników… Mam flashbacki z Wiet… znaczy z „Koła Czasu”.

Bardzo mi się ta książka podobała. Była tak inna od poprzedniczek, tak cudownie smutna i delikatna… No, ciężko się nie zakochać w tej historii. Polecam z całego serca.

niedziela, 8 lutego 2026

Krucza Pieśń - TJ Klune

Tytuł: Krucza Pieśń
Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy

Gordo w młodości został czarownicą watahy Bennettów. Jednak Bennettowie wyjechali z Green Creek, zostawiając go samego. Wiele lat później Bennettowie wrócili, a w ślad za nimi bestia. Gordo razem z członkami watahy wyjechał w poszukiwaniu zemsty. Po ich powrocie do Green Creek wydawałoby się, że w końcu w życiu bohaterów zapanuje spokój, jednak na terytoriów Bennettów coraz częściej zaczynają pojawiać się Omegi...

O ile „Wilcza Pieśń” to była ciągła, linearna historia, tak struktura tej powieści jest dużo bardziej skomplikowana. Na początku mamy opis tych trzech lat, kiedy Gordo razem z Joe i jego braćmi ścigał Richarda. Potem jest przeskok do czasu po finale pierwszego tomu. A w to wszystko dodatkowo wplecione są retrospekcje z młodości Gordo.

Gordo jest ciekawą postacią. Z wierzchu twardy facet, a w środku wrażliwiec. Jedno mówi, drugie myśli. Przekonał sam siebie, że nienawidzi Bennettów. W sumie przez sporą część książki zachowuje się jak dupek, którego ma się ochotę walnąć w ten pusty łeb. Bardzo ciekawie w tym tomie jest zarysowana jego relacja z Thomasem Bennettem. W sumie uważam, że była ona ważniejsza niż romans z Markiem. Do tego dostajemy jeszcze tradycyjną już w tej serii trudną relację z ojcem. I masę żalu. No i oczywiście relację z Oxem, który jest dla Gordo postronkiem. Chociaż akurat spodziewałam się, że o Oxie będzie więcej. Za to bardzo fajnie została opisana relacja z braćmi Bennett.

Trochę mi brakuje jakoś bardziej zarysowanej osobowości u Marka. Trochę za bardzo jego postać wydaje się skupiona na Gordo. Choć może to wynikać też z tego, że narratorem powieści jest Gordo, a on przez większą część historii celowo stara się nie myśleć o Marku… Choć z marnym skutkiem. Mark jest przede wszystkim rozdarty między miłością do Gorda a lojalnością wobec stada. Trochę nie rozumiem po co został wprowadzony wątek Dale’a, skoro Markowi wyraźnie cały czas zależy na odzyskaniu Gordo. Znaczy nie rozumiem w kontekście romansu, bo w szerszej fabule to miało sens.

To jest trudna relacja. Panowie są pełni żalu, ranią się nawzajem, ich przeszłość ciągnie się za nimi. Ale są dla siebie bardzo ważni, nawet jeśli nie chcą tego przyznać (bardziej Gordo). O ile poprzedni tom był opowieścią o młodej miłości, tak ten to opowieść o uczuciu dwóch dojrzałych facetów, których uczucie pełne jest cierni i ostrych krawędzi. Skłamałabym, że ich historia mnie nie chwyciła za serce. Bo o ile takich momentów chwytających było dla mnie mniej, to jest jedna taka scena… Która pojawia się w sumie dwa razy, ale za drugim razem tak szarpie śledzioną… Może łzy nie poleciały, ale było blisko.

Chłopaki z warsztatu po raz kolejny kradną show. A jest ich w tym tomie całkiem sporo, dowiadujemy się, że z Gordo przyjaźnią się od dzieciństwa. Wcześniej myślałam, że może są od niego młodsi, ale nie, oni są po prostu niedojrzali. I oby się nie zmieniali! A jednocześnie potrafią pokazać siłę charakteru. No cudowni są. Odpowiadają z większość humoru w tej serii. Za resztę odpowiadają Carter i Kelly. Scena przeciągania liny mnie rozwaliła.

Ox i Joe jako Alfy są bardzo dobrze napisani, choć mam wrażenie, że jednak więcej charyzmy ma Ox. Ale są świetni w przewodzeniu stadu.

Podoba mi się jak napisani są faceci w tych książkach. To są naprawdę twardzi, męscy mężczyźni, a jednocześnie nie ma tu tej nieznośnej smalczej energii. Jest za to sporo wrażliwości, ale bez zniewieścienia. Bardzo zdrową męskość się autorowi udało uchwycić.

Absolutnie uwielbiam kobiety w tej serii. Wszystkie. Elizabeth jest wspaniała, Jessie wali tych idiotów w te puste łby w moim imieniu, a Bambi… Bambi to Bambi! Jest cudowna.

Dowiadujemy się w tym tomie więcej o funkcjonowaniu świata przedstawionego w tej książce. Jak wyglądają zależności między wilkołakami, czarownicami i myśliwymi. O tym jak działa magia i postronki. Czym dokładnie są Omegi. O hierarchii wśród wilków. No i przeszłości bohaterów. Fabuła zaczyna nabierać rozmachu.

Do scen zbliżeń mam te same zarzuty co przy pierwszym tomie, więc nie będę się powtarzać.

Bardzo podobały mi się w tym tomie nawiązania do wiersza „Kruk” Edgara Allana Poego. Fajny klimat to robi.

Literówek kilka się trafiło, ale nie było ich tyle bym miała korektę od czci i wiary odsądzać. Ot, zwykły ludzki błąd. Tłumaczenie czytało się przyjemnie.

Książka bardzo mi się podobała. To jest zaskakująco mądra seria, ciepła, chwytająca za serce. Ciężko się od niej oderwać.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Wilcza Pieśń - TJ Klune

Tytuł: Wilcza Pieśń
Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy

I oto nadeszła wiekopomna chwila, wzięłam się za pierwszy tom serii „Green Creek”, czyli osławione Homowilkołaki. Książka odleżała u mnie równo dwa lata (poważnie, kupiłam ją w lutym 2024 roku!), a że po ostatnich lekturach baaardzo potrzebowałam czegoś lekkiego i przyjemnego.

Kiedy Ox miał dwanaście lat jego ojciec porzucił rodzinę, na odchodnym mówiąc mu, że ludzie zawsze będą go traktować chujowo. Cztery lata później do domu obok wprowadzili się Bennetowie, a Ox poznał Joego, chłopca, który na jego widok zaczął gadać jak najęty, mimo że nie odzywał się przez ostatnie dwa lata. Ox zaprzyjaźnia się z chłopcem i jego rodziną, a wkrótce poznaje ich sekret...

Sercem tej historii zdecydowanie są postacie i relacje między nimi.

Ox jest świetnym protagonistą. Ox nie zawsze radzi sobie z wyrażaniem swoich myśli, przez co większość ludzi ma go za przygłupiego. Ale to tylko pozory, bo Ox tak naprawdę jest inteligentny, wrażliwy i odpowiedzialny. Po prostu nie umie tego wyrazić. Dodatkowo jego samoocenę mocno obniżają słowa jakie usłyszał od ojca. Bardzo podobał mi się jego wątek, rola, jaką musiał przyjąć. Przez to też, mam trochę mieszane odczucia do zakończenia.

Joe to z kolei pozornie radosny dzieciak, który jednak mimo młodego wieku wiele przeżył. A przeżyje jeszcze więcej w przyszłości…

Relacja bohaterów jest pełna ciepła i takiej… delikatności? Owszem, można ją nazwać miłością od pierwszego wejrzenia, tyle że nie jest to od początku miłość romantyczna. Na szczęście, biorąc pod uwagę różnicę wieku. Czuć, że jest to od początku coś więcej niż przyjaźń, ale aspekt romantyczny tej relacji rozwija się dużo później. Po prostu ta dwójka jest bratnimi duszami.

Duże znaczenie mają też relacje Oxa z innymi bohaterami, całą watahą Bennetów, z Gordo, który jest dla Oxa jednocześnie przyjacielem, ojcem i bratem, z kolegami z warsztatu. Podoba mi się, że to nie jest książka tylko o romansie, ale przede wszystkim o rodzinie, nie koniecznie tej, z którą wiążą nas więzy krwi. Tak wiele jest w tej książce ciepła i miłości w różnych postaciach. Może nie wycisnęła ta powieść ze mnie łez, ale nie raz czułam gulę w gardle.

Humor trafił całkowicie w mój gust. Czy jest wysokich lotów? Nie, raczej nie. Czy tarzałam się ze śmiechu? Absolutnie tak. Teksty chłopaków z warsztatu albo Cartera i Kelly’ego są cudowne.

Bardzo podoba mi się, że chociaż to jest romans i wątek miłosny w znacznym stopniu napędza historię, to fabuła nie jest pretekstowa i nie służy tylko temu by zbliżyć do siebie bohaterów. Wiele wydarzeń miałoby miejsce nawet gdyby Ox i Joe nic do siebie nie czuli. Owszem, zapewne wtedy wiele z nich potoczyłoby się inaczej, a bohaterowie podjęli by inne decyzje, ale nie zmienia to faktu, że ta książka ma fabułę!

Historia toczy się niespiesznie, czuć klimat prowincjonalnego miasteczka. Przedstawienie samych wilkołaków może nie było zbyt oryginalne, ale jednak w miarę sensowne.

Podobało mi się w jaki sposób autor podszedł do orientacji seksualnej bohaterów. Bo owszem, ma to znaczenie, w końcu to gejowski romans, ale nie jest to sednem tej historii. Wątek szukania własnej tożsamości się pojawia, ale to jest po przede wszystkim opowieść o miłości, która zdarzyła się akurat między dwoma mężczyznami.

Największy mój zarzut względem tej książki dotyczy scen erotycznych. Są trochę za długie i zbyt dosadne na mój gust. Ale na szczęście nie ma ich dużo i, przede wszystkim, były dobrze podbudowane. Autor pozwolił czytelnikowi najpierw poznać bohaterów i uwierzyć w ich uczucie nim wsadził ich do łóżka. Muszę też powiedzieć, iż widać, że pisał to facet, co absolutnie wadą nie jest, po prostu widać, że skupia się na innych szczegółach niż autorki romansów. Dodaje to autentyczności.

Co do polskiego wydania. Trafiło się parę literówek, miejscami tłumaczenie było koślawe. Ale błędy te nie pojawiały się aż tak często by przeszkadzać w czytaniu.

Ciężko mi tę książkę ocenić. Zdaję sobie sprawę, że nie jest ona idealna, ma swoje wady. Tylko czy to ma takie znaczenie? To jedna z tych książek, przy których mój wewnętrzny krytyk siedzi cicho, bo zbyt się wciągnął w opowieść. Bo to po prostu było epickie i kapitalne.

piątek, 30 stycznia 2026

Nie ma świętych - Sophie Lark (BZK)

Tytuł: Nie ma świętych
Cykl: Grzesznicy
Autor: Sophie Lark
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Gatunek: romans

Dlaczego ja to sobie robię?! Tak, oto moja opinia o kolejnej książce w ramach Booktouru Złych Książek i dzisiaj dla odmiany mamy mocnego kandydata ta najgorszą książkę na tej liście. A w sumie to w ogóle na najgorszą książkę.

Cole Blackwell i Alastor Shaw są rywalizującymi ze sobą artystami. Ale rywalizują ze sobą nie tylko jeśli chodzi o sztukę. Obaj są bowiem seryjnymi mordercami. Poza tym różni ich wszystko. Shaw jest brutalny, emocjonalny i lubi zabijać kobiety. Cole zaś uważa kobiety za zbyt łatwą dla siebie zdobycz, jest chłodny i wyrachowany. Na ogół panowie nie wchodzą sobie w drogę. Do czasu aż Cole zwraca (chwilowo) uwagę na Marę. Shaw przekonany, że znalazł słabość rywala porywa dziewczynę i zostawia ledwo żywą w miejscu, w którym wie, że Cole ją znajdzie. Ten jednak ignoruje „prezent” i ani nie pomaga dziewczynie ani jej nie zabija. Jednak gdy dowiaduje się, że dziewczyna jednak przeżyła jego zainteresowanie jej osobą wzrasta.

Ta książka nie działa jako romans między Cole’em a Marą, bo po prostu Cole jest psychopatą. W ogóle miałam wrażenie, jakby wycięto z tej książki całą środkową część, po prostu relacja między tą dwójką rozwija się za szybko. W jednej chwili Cole zaczyna ją stalkować, w kolejnej już wchodzą w jakąś dziwną relację mistrz-uczennica i to jeszcze z aspektem seksualnym.

To nie działa nawet jako erotyk, bo sceny zbliżeń są opisane w sposób tak wulgarny i niesmaczny, że libido od nich spada. Bohaterowie nie uprawiają seksu, oni się pieprzą. Naprawdę, to jest jedyne słowo jakim ta czynność jest określana w tej książce. Do tego słowo „cipka” pada tak często, że ja naprawdę miałam dość.

Kryminałem też raczej ta książka być nie miała. Nie ma tu żadnej zagadki, cała fabuła ma na celu tylko zbliżyć do siebie Cole’a i Marę. Mam po prostu wrażenie jakby autorka obejrzała serialowego „Hannibala” i chciała napisać swoją wersję. I wyszedł jej taki „Hannibal” z Temu, za 3 złote plus VAT. Widać tu tę fascynację artystyczną stroną zbrodni, tę perwersję. A jednocześnie, mimo że to historia o artystach, zdecydowanie brakuje tu dobrego smaku.

Co do postaci. Zasadniczo jakieś bardziej rozbudowane charaktery mają tu tylko Cole i Mara. Alastor jest bardziej narzędziem fabularnym niż postacią.

Cole to wręcz podręcznikowy psychopata. On nie odczuwa uczuć, on jest ponad to! Każdemu pokazuje inną twarz, manipuluje ludźmi, by uzyskać od nich to czego chce. A robi tylko to co chce, nieważne jak nie moralne by to było. Ego ma wielkości nawet nie Mount Everestu, ale Olympus Mons (najwyższa góra w Układzie Słonecznym, jakby co).

Mara nie ma żadnego instynktu samozachowawczego, inteligencją też nie grzeszy. Strasznie wkurzające jest to, że w pewnym momencie całkowicie zapomina, że Cole jej nie pomógł, kiedy wykrwawiała się na odludziu! Ale jest pewna doza realizmu w tym jak porąbaną ona ma psychikę, biorąc pod uwagę jej dzieciństwo. I czasami potrafi być zaskakująco asertywna. Jest najlepiej napisaną postacią w tej książce, bo choć więcej czasu spędzamy w głowie Cole’a (chyba, tak naprawdę nie liczyłam) to o niej dowiadujemy się zdecydowanie więcej.

Ja naprawdę nie mam pojęcia o czym miała być ta książka. Nie widzę w niej żadnej głębszej myśli, żadnego drugiego dna czy refleksji. A potencjał był. Tam naprawdę można było zawrzeć dywagacje na temat natury ludzkiej czy znaczenia sztuki. Tylko, że autorka się na to nie zdecydowała. Powieść jest pod tym względem niezwykle płytka, wręcz pornograficzna. Mamy tu dewiację dla samej dewiacji, bez żadnej głębszej myśli ani fabuły, która by chociaż to równoważyła. Ot, dwóch psycholi i dziewczyna bez żadnego instynktu samozachowawczego, która przez przypadek stała się pionkiem w ich grze. To do niczego nie zmierza. Autorka twierdzi, że pisanie tej książki było dla niej formą terapii. To ja jej jednak polecam prawdziwą terapię.

Zakończenie jest raczej otwarte, w końcu istnieje drugi tom. A jednocześnie cała książka jest napisana w taki sposób, że miałam wrażenie, że to się powinno zamknąć w jednym.

Czyta się tę książkę fatalnie. I nie chodzi mi o różne drastyczne opisy, które wcale drastyczne nie są. Nie, w tej książce po prostu brak logiki. W jednej chwili Mara oskarża Cole’a, że ten oszukuje mówiąc, że go nie widziała gdy była porwana, tylko problem polega na tym, że on powiedział coś dokładnie przeciwnego! Pędzący samochód zatrzymujący się w jednej chwili? Pewnie! Tatuowanie w pozycji stojącej przez całkowicie niedoświadczonych w tym ludzi? Jasna sprawa! Wielokrotny seks analny bez żadnego przygotowania skutkujący orgazmem? W czym problem?

Językowo ta książka jest okropna. Nie wiem czy to wina autorki czy tłumaczki, ale to jest napisane fatalnie.

Absolutnie nie polecam tej książki nikomu. Tu nie ma nic, co by się mogło spodobać. Nie wiem jak coś takiego mogło zostać nie tylko wydane, ale też przetłumaczone na inny język. Jest to dla mnie niepojęte.

sobota, 24 stycznia 2026

10 Grzechów Głównych - Mags Green (BZK)


Tytuł: 10 Grzechów Głównych
Autor: Mags Green
Wydawnictwo: Nowe Strony
Gatunek: romans, urban fantasy

No i kolejna książka z Booktouru Złych Książek za mną.

Zerrezath to demon, który obserwuje Zoe już od sześciuset dni. Gdy sobotni wieczór na skutek pozornie niewinnego kłamstwa dziewczyny przyjmuje niebezpieczny dla niej obrót, Zerrezath zabija trzech napastników, a czwartego, Maddena, który bardzo podoba się Zoe, opętuje. Okazuje się, że zmarli mężczyźni byli synami wpływowych biznesmenów. Matka Maddena zleca Zoe zbadanie sprawy pod kątem zjawisk nadprzyrodzonych. Teraz Zarrezath ma okazję na zbliżenie się do dziewczyny i skłonienie jej do wymówienia jego imienia, by mógł ją porwać do piekła. A ma na to coraz mniej czasu.

Zawiązanie fabuły jest szyte dość grubymi nićmi. No bo jak dla mnie bez sensu jest zlecanie śledztwa dziewczynie, która w końcu jest zamieszana w sprawę, nawet jeśli matka Maddena wierzy w jej niewinność. Czy nie podejrzane byłoby dla policji, że jedyna podejrzana spędza cały czas z jedynym ocalałym? Ale oczywiście policja się nigdy o tym nie dowiaduje. Sama koncepcja tego, że sprawca (Zarrezath) bierze udział w śledztwie odnośnie własnej zbrodni jest bardzo fajna, ale mam wrażenie, że fabuła jest tu bardziej pretekstem do tego by zbliżyć do siebie dwójkę bohaterów.

Co do bohaterów, to muszę powiedzieć, że Zarrezath był całkiem przyjemnym protagonistą w odbiorze (większość książki jest napisana z jego perspektywy). Rozbrajające było to, że w sumie przez większość czasu myślał tylko o jednym, czyli jak zabić Zoe. I te jego podstępy, by zmusić ją by wypowiedziała jego imię… Wszystkie na poziomie średnio rozgarniętego przedszkolaka, ale to było przynajmniej zabawne!

Zoe to za to charakterna wiedźma, lubi wszystko co mroczne, tatuaże, oczywiście uprawia magię idąc w ślady babci. Po śmierci ojca razem z matką straciły wszystko i musiały przeprowadzić się do Las Vegas. Zoe bardzo chce wrócić do dawnego życia, dlatego kradnie by zarobić. Trochę jej nie ogarniam, bo jednocześnie jest kreowana na dobrą i niewinną, a z drugiej na taką, która się ze swoim demonem świetnie dogaduje i w ogóle ma grzeszne fantazje… Miałam się czepiać, że jak na wiedźmę z tak dobrą intuicją to dziwne, że przez tak długi czas nie zauważyła, że ma obok siebie demona, ale na szczęście autorka jakoś to uzasadniła.

Tak, bohaterowie w tej książce są strasznie mhroooczni i edgy.

Nie ogarniam podejścia tej książki do religii. Z jednej strony mamy teksty o tym, że Bóg i Szatan to są takie same bóstwa jak wszystkie inne, tylko PR Bóg ma lepszy. Z drugiej strony pada, że Bóg faktycznie stworzył ludzi na swoje podobieństwo i w sumie wszystkie grzechy są odnoszone do moralności chrześcijańskiej. Z jednej strony Zoe twierdzi, że nie wyznaje Boga, bo nigdy jej w niczym nie pomógł, z drugiej głupi plastikowy krzyż kupiony w Walmarcie (czyli najpewniej nawet nie poświęcony) działa lepiej niż jej wszystkie zaklęcia razem wzięte.

Książka usilnie stara się być obrazoburcza, pada masę cytatów z Biblii czy obrzędów religijnych, często w wypaczonej formie lub kontekście. Tyle, że często one nie przystają do reszty tekstu i wypadają po prostu pokracznie. Do tego często są te zdania są wyróżnione inną czcionką. Dlaczego? Nie wiadomo, chyba miało to budować klimat. Nie buduje. Do tego klasycznie mamy scenę seksu na ołtarzu, wykorzystanie krzyża jako dildo i inne tego typu. Jak dla mnie więcej w tym pozerstwa niż jakiegoś faktycznego bezczeszczenia czegokolwiek.

Sceny seksu są zaś rozczarowująco łagodne. Ot, na przykład mamy scenę minety i teksty w stylu, że było to wyjątkowo „brudne i grzeszne”, tylko tam dosłownie nic wielce wyuzdanego nie było! W ogóle zabawne dla mnie było to jak mało ten demon ogarniał sprawy seksu. I że początkowo w ogóle mu na jej ciele nie zależało, ale jak już zaczęli ze sobą sypiać to tylko to robili. Najgorsze, że w tych scenach autorka czasami zapomina w jakiej pozycji znajdują się bohaterowie i potem mamy takie kwiatki, że Zoe leży na brzuchu, Madden za nią, ale patrzą sobie w oczy! To już jest jakaś wyższa Kamasutra… Po za tym mam problem z tym, że pan demon nie chciał Zoe rozdziewiczyć, bo jak poleje się krew, to wtedy on może stracić nad sobą kontrolę. No i spoko, tylko jednocześnie robi jej energiczne palcówki, a poza tym potem i tak rozdziewicza w kościele, gdzie ponoć jest BARDZIEJ wygłodniały…

Zakończenie jest… dziwne. Nie do końca wiem co o nim myśleć. Bardzo specyficzne.

Książkę na szczęście czyta się bardzo lekko, nie jest ona jakoś męcząca. Owszem, zdarzają się koślawe zdania, czasem naprawdę musiałam się zastanowić o co autorce chodziło. Do tego dużym minusem jest używanie angielskich określeń na rzeczy, które mają swoje polskie nazwy, szczególnie jeśli chodzi o kwestie związane z magią, np. dostajemy takie określenia jak „witchcraft” czy „familiar”. Jakby autorka zrobiła research na ten temat w anglojęzycznych źródłach i nie sprawdziła jak to jest po polsku. Miejscami też miałam odczucie, że przy niektórych dialogach autorka zignorowała to, że te dialogi w świecie książki toczą się po angielsku. Może nie jest to do końca wada, bardziej przyjęta konwencja ale wybija trochę z rytmu w czasie czytania.

Na koniec pozostaje ważne pytanie: o co chodzi z tymi 10 grzechami głównymi w tytule? Nawet w treści książki mowa jest tylko o 7 grzechach głównych. Oczywiście, podejrzewam, że to miał być taki miks 10 przykazań i 7 grzechów głównych, ale to nie ma żadnego znaczenia fabularnego. Ten tytuł nic nie znaczy!

Całkiem sporo w tej książce różnego rodzaju głupotek, nie jest ona też jakoś szczególnie wciągająca. Ale nie jest też jakoś szczególnie zła. Ot, takie czytadełko. Kompletnie nie w moim stylu i sama bym po nią nie sięgnęła, ale momentami nawet nieźle się bawiłam. Na guilty pleasure się nadaje, jak ktoś lubi takie klimaty.

środa, 7 stycznia 2026

Koreański koncert uczuć - Katarzyna Grabowska (BZK)

Tytuł: Koreański koncert uczuć
Autor: Katarzyna Grabowska
Wydawnictwo: Replika
Gatunek: romans

Kiedy rodzice przestrzegali mnie przed wpadnięciem w „złe towarzystwo” nie spodziewałam się, że owo towarzystwo będzie mi wysyłać złe książki. Ale jakoś tak wyszło, że się wpakowałam w coś takiego… Cóż, chciałam powiedzieć, że nie żałuję, ale po przeczytaniu tej książki byłoby to kłamstwo… Więc powiedzmy, że bawiłam się świetnie, acz nie dzięki książce!

Ale, od początku.

Jakoś tak rok temu (ach, jak ten czas leci!) zrodził się pomysł na Booktour Złych Książek. Dlaczego? Cóż, nie mam pojęcia, ale masochizm odegrał w tym dużą rolę. W każdym razie, książki dotarły w końcu do mnie (znaczy dotarły już jakiś czas temu, ale musiały swoje odleżeć), a że Nowy Rok – Nowa Ja – Nowa Siekiera, to postanowiłam tę kupkę ruszyć.

„Koreański koncert uczuć” zapowiadał się na łagodny start, moje poprzedniczki nie zostawiły w tej książce zbyt wiele znaczników. Szybko jednak okazało się, że się myliłam… Oj, jak się myliłam…

Fabuła polega na tym, że członek koreańskiego boysbandu Jae Woong przyjeżdża podczas trasy koncertowej po Europie zostaje zamknięty podczas postoju autokaru w toalecie. Zespół odjeżdża bez niego, a chłopaka z opresji ratuje Sara, Polka, którą właśnie rzucił facet. Bohaterowie spędzają ze sobą całe(!) trzy dni w Łodzi, po czym Sara dowiaduje się kim jest chłopak. Jako, że nie potrafi wybaczyć mu oszustwa, bohaterowie rozstają się i tęsknią za sobą.

Tyle dowiadujemy się z opisu z tyłu okładki i jest to całkiem wierne streszczenie jakiś ¾ całości. Jedyne co pominęłam to tragiczna przeszłość głównego bohatera, całkowicie niespodziewany spadek i happy end.

Borze szumiący, jakie to było durne!

Pierwsze trzy rozdziały przedstawiają tragiczną przeszłość™ Jae Woonga. Nie rozumiem decyzji o tym, by zacząć od tego książkę, ta historia może by nawet zadziałała gdyby ją mocno skrócić i dać później jako flashback, gdy czytelnik już się trochę przywiąże do bohatera. Ale nie. Obserwujemy jak mały traci matkę, jak pod opiekujący się nim poszukiwany kryminalista szuka jego ojca (cyrk na kółkach, Opieka Społeczna to w tym świecie nie istnieje) i jak rzeczony ojciec, bogaty biznesmen, się do niego nie przyznaje tylko odsyła do wytwórni na wychowanie. Bo przecież dzieciak jest owocem grzesznego (autorce się zapomniało, że grzech to bardzo chrześcijańskie pojęcie) z nieletnią. I nie, fakt, że była nieletnia nic nie wnosi do fabuły, wszystkie wydarzenia potoczyłyby się identycznie gdyby rodzice głównego bohatera byli w podobnym wieku. Ale wtedy nie byłoby o tym jak facet po trzydziestce śledził i uwiódł licealistkę… Co nic nie wnosi! I w ogóle ta wytwórnio-szkoła też nie ma sensu. A ten kryminalista, pod opiekę trafił główny bohater? Ja myślałam, że on potem wróci, że będzie miał jakieś znaczenie dla fabuły. Ale nie. Jedyna informacja z tych trzech rozdziałów jaka miała jakiekolwiek znaczenie to to, że bohater jest nieślubnym synem bogatego człowieka. Tyle.

Potem mamy perypetie Jae Woonga w Polsce, gdzie koledzy zamykają go w kiblu na jakimś odludziu. A na odludziu się znaleźli, bo syn kierowcy autokaru miał wypadek w tak absurdalnych okolicznościach, że nie wiem jak autorce to przyszło do głowy. Z opresji ratuje go Sara, która wraca znad morza, gdzie wziął ją jej facet tylko po to żeby z nią zerwać. No i Sara zabiera ze sobą tego biednego Koreańczyka do Łodzi, bo ten nawet nie pamięta do jakiego miasta powinien trafić… Oczywiście żadne z nich nie ma ze sobą telefonu, bo kto by nosił przy sobie telefon! A przypominam, że akcja się dzieje w 2023 roku… No i dostajemy najnudniejszy opis Łodzi jak to tylko możliwe, serio, mam wrażenie, że autorka przepisała jakiś przewodnik turystyczny. Jae Woong oczywiście nie mówi Sarze, że jest sławny, co jest w sumie dość zrozumiałe w jego sytuacji, ale kiedy ona się o tym dowiaduje to jest foch stulecia,bo przecież POWINIEN JEJ ZAUFAĆ! Kit z tym, że znał ją zaledwie trzy dni… W sumie sama Sara jest zbyt łatwowierna, bo żeby przygarnąć pod dach obcego faceta, który nie ma pieniędzy, dokumentów ani nawet telefonu to też trzeba nie mieć wyobraźni…

Co do postaci… Cóż, głównych bohaterów da się opisać jednym słowem, przy czym w przypadku Jae Woonga tym słowem będzie „smutny”, zaś w przypadku Sary „nijaka”. Można co prawda jeszcze powiedzieć, że są głupi, ale akurat to określenie pasuje do dosłownie każdego w tej książce. Osobowości nie mają żadnych. Chemii między nimi nie ma za grosz. Sara twierdzi, że z jej byłym nie miała żadnych wspólnych zainteresowań i łączył ich tylko seks, ale z Jae Woongiem też nic jej nie łączy! Ludzie, oni spędzają ze sobą trzy dni, raz idą ze sobą do łóżka i to ma być wielka miłość?! Tam nie ma mowy o żadnym porozumieniu dusz, bo te postaci żadnej duszy nie mają! Łączy ich tylko iloraz inteligencji o wartości poniżej zera...

Bohaterowie drugiego planu zaś są całkowicie pozbawieni nie tylko jakichś cech indywidualnych, ale i człowieczeństwa. Dosłownie, z taką znieczulicą i okrucieństwem spotkałam się jedynie w najsłabszych tureckich serialach i bardzo kiepskich manhwach. Dzieciakowi umarła matka? „Haha! Mama cię zostawiła, świat jest okrutny!” To nie jest cytat, ale naprawdę, w tym tonie została głównemu bohaterowi przekazana informacja o śmierci matki jak miał sześć lat. Zaś Konrad, były facet Sary to zwykły buc jest i największy red flag jakiego widziałam. Z kolei koledzy Jae Woonga zamykają go w kiblu, bo są zazdrośni, że fanki wolą go on nich. Ale nie pomyślą o tym, że w sumie ich własne kariery też na tym mogą ucierpieć. Nie, po co, myślenie boli! Jedyną w miarę pozytywną postacią tła jest Johnny, kryminalista, który zaopiekował się osieroconym Jae Woongiem, ale chłop pojawia się tylko w trzech pierwszych rozdziałach i nigdy więcej. Całkowicie nie wiadomo po co była ta postać. No, są jeszcze rodzice Sary, ale oni główne są. Ogólnie jest słabo, nawet kot jakiś taki nijaki autorce wyszedł!

I jakimś cudem autorce wyszła książka, która jest rasistowska zarówno względem Koreańczyków jak i Polaków. Naprawdę, oba te narody są pokazane przez pryzmat najgorszych stereotypów.

Książka napisana jest bardzo dziwnie, narracja cały czas przeskakuje między postaciami. Nie ma żadnych tajemnic, bo od razu poznajemy co która postać myśli. Co gorsza, książka jest zwyczajnie nudna i przewidywalna, ja jestem bardzo kiepskie w przewidywaniu fabuły, a tu byłam w stanie z dużym wyprzedzeniem powiedzieć co się stanie dalej.

Nie mam pojęcia po co ta książka powstała. Znaczy, podejrzewam, że po to by wyciągnąć kasę od fanek koreańszczyzny, tylko problem jest taki, że jeśli ktoś się choć trochę orientuje w realiach tamtejszego showbiznesu będzie cierpieć jeszcze bardziej niż ja. W tej książce nie ma ani grama oryginalności, niczego, co by pociągnęło tę opowieść. Nie jest może ona aktywnie zła, ale zła jest i gdyby nie Booktour Złych Książek na pewno bym po nią nie sięgnęła.

poniedziałek, 20 października 2025

Outlander: Krew z krwi sezon 1 - pierwsze wrażenia

Dobiegł końca pierwszy sezon prequela Outlandera. Kontynuując tradycję zapoczątkowaną przy drugiej połowie sezonu 7 głównej serii, wrzucam moje odczucia z każdego odcinka.

Teksty były pisane na bieżąco po każdym odcinku.

Oczywiście, ostrzegam przed spoilerami, bo całkiem szczegółowo omawiam fabułę każdego odcinka.


S01E01


Muszę przyznać się, że byłam do tego serialu dość sceptycznie nastawiona. Nadal jestem, bo w końcu uważam się przede wszystkim za fankę książek, a ta produkcja za dużo zmienia względem książkowego kanonu. Mimo to, odcinek podobał mi się. Wizualnie serial jest przepiękny. Czuć klimat z początków Outlandera. Muzycznie jest świetnie. Niesamowity klimat sprawiają wszelkie pieśni i przyśpiewki w gaelickim. Czołówka podoba mi się bardziej niż Outlandera, montaż wydaje mi się bardziej przemyślany niż w głównej serii. No i piosenka jest piękna.

Odcinek skupia się głównie na losie Ellen po śmierci ojca oraz rywalizacji między jej braćmi o przywództwo w klanie. No plus na pewno liczę to, że pamiętali o całym rodzeństwie McKenzie i w serialu widzimy całą piątkę, nie pominęli Janet. Retrospekcje rozmów Ellen z ojcem bardzo fajne, tylko mam nadzieję, że w późniejszych odcinkach pokażą też jak wyglądały relacje Jacoba z pozostałymi dziećmi. Bo wobec Ellen facet wydaje się być świetnym ojcem, a słyszymy od reszty, że ojcem był kiepskim. Mam nadzieję, że pokażą nam to, bo na razie zachodzi tu pewien dysonans poznawczy, zwłaszcza, że w książkach Jamie wspominał, że ojciec jego matki był brutalnym człowiekiem.

Z kolei do Dougala i Columa tez mam mieszane odczucia. Wydaje mi się, że za bardzo rozgraniczyli to, że Colum jest tym sprytnym a Dougal silnym. W sensie, zrobili z Dougala większego idiotę niż to konieczne, bo z tego co pamiętam to też całkiem sprytny facet powinien być. Ale może chcą po prostu pokazać przemianę tej postaci, że wraz z wiekiem nabierze trochę więcej rozumu. Miałoby to sens, więc się nie czepiam. Ciekawie zapowiada się postać Neda, prawnik zdecydowanie bardziej jest człowiekiem Columa, ale mam wrażenie, że to on zaproponuje podział władzy między braćmi jaki znamy z Outlandera.

Muszę przyznać, że sama Ellen wypada najmniej interesująco z McKenziech. Oczywiście mamy tutaj dziewczynę, która byłaby idealnym przywódcą, ale nie ma kuśki, więc nim nie zostanie. I mam wrażenie, że ten typ postaci widzieliśmy już tyle razy, że jest po prostu nudny. Co gorsza, na ten moment nie zapowiada się aby mieli zrobić coś ciekawego z jej postacią, choć może późniejsze odcinki pozytywnie mnie zaskoczą. Po za tym dziewczyna wydaje się być rozpieszczona, Colum bardzo słusznie zwraca jej uwagę, że jest całkowicie zależna od tego z braci, który przejmie władzę.

Brian też nie wypadł nie wiadomo jak ciekawie. No, ładny chłopak jest i dość sympatyczny, ale aktor wypada trochę sztywno moim zdaniem. Bardzo ciekawie zapowiadają się za to relacje w jego rodzinie. Simon Fraser jest dokładnie taki jakiego można się spodziewać. A fakt, że Brian jest bękartem sprawia, że dynamika jego relacji z ojcem staje się ciekawsza.

Zaś postać Murtagha jest cudowna. Naprawdę, widać, że to taki sympatyczny młody chłopak z głową pełną marzeń i zakochany w Ellen. Bardzo miło będzie obserwować jak życie go sponiewiera, aż stanie się taki jak w Outlanderze. No i te kły dzika w tym odcinku! Te, z których zrobi dla Ellen bransolety, bardzo fajnie, że o nich pamiętali. Twórcy sugerują do tego zauroczenie Jocasty jego osobą, ale z Outlandera wiemy, że nie ma żadnej szansy na rozwój tej relacji.

Twórcy kompletnie zmienili historię Ellen i Briana na Zgromadzeniu. W sensie, zaczyna się podobnie, Ellen najpierw rozmawia z Malcolmem Grantem, potem Grantowie wyjeżdżają, Ellen znika, Dougal jedzie za Grantami i oskarża ich o uprowadzenie siostry. To się zgadza. Tylko w serialu po pierwsze, Ellen nie nagadała Malcolmowi niczego nie przyjemnego, ten wyjeżdża bardziej zrezygnowany niż obrażony. Po drugie: Ellen wraca tego samego dnia. Podczas gdy w książce znaleźli ją dopiero jak była w zaawansowanej ciąży z Brianem. No jest to spore odstępstwo.

Zaś jeśli chodzi o drugą główną parę… Na pewno podoba mi się wprowadzenie Beauchampów, że tak powiem, „tylnymi drzwiami”. Twórcy pokazują nam ich już w osiemnastym wieku, Julię jako służącą u Fraserów a Henry’ego z Grantami. Fajny zabieg. Szczególnie Henry mi się podoba, a jego wątek wydaje się najbardziej interesujący jak na razie, zwłaszcza, że o Grantach z Outlandera wiemy najmniej, więc twórcy mają tu największe pole do popisu.

I uważam, że odcinek byłby lepszy, gdyby cały rozgrywał się w osiemnastym wieku, końcowe sceny były niepotrzebne. Szczególnie scena seksu, która niczego kompletnie nie wnosiła, poza świecenia dupą. Naprawdę, ja nie jestem pruderyjna, ale uważam, że sceny erotyczne trzeba czymś podbudować, a tu dostaliśmy nagle przeskok na goły tyłek. Nie wiemy kto, z kim, dlaczego. Nie znamy tych postaci, nic o nich nie wiemy, ale to Outlander więc musi być seks. No wyszło normalne porno. Jakoś w głównej serii nie przypominam sobie aż tak bezsensownej sceny seksu. Niepotrzebne, zwłaszcza, że późniejsza rozmowa bohaterów w samochodzie o wiele ciekawsza. Dowiadujemy się, że Julia jest w ciąży z drugim dzieckiem. Wygląda na to, że faktycznie chcą wyjaśnić tym serialem twist z sezonu 7. Ale wydaje mi się, że lepiej te sceny by wypadły, gdyby były w następnym odcinku.

Ogólnie podobało mi się, zaś najciekawsze wydają mi się wątki, do których byłam najbardziej sceptycznie nastawiona. Wciąż nie jestem przekona czy to dobrze, że zrobili z rodziców Claire podróżników w czasie, ale w oderwaniu od książki to jednak działa. Liczę też na to, że przez to, że twórców nie ogranicza fabuła książki, tempo historii będzie bardziej naturalne niż w Outlanderze, gdzie momentami skakali po najważniejszych wydarzeniach.

niedziela, 17 sierpnia 2025

How dare you?! - sezon 1

Rok produkcji: 2024
Kraj produkcji: Chiny
Gatunek: animacja, donghua, komedia, romans

Dzisiaj przychodzę do was z recenzją donghua, czyli chińskiej animacji.

Główna bohaterka to zwykła pracownica biurowa, która w wolnym czasie nałogowo czyta powieści internetowe. Przeczytała ich tak wiele, że jest w stanie na pierwszy rzut oka ocenić ich jakość. Pewnego dnia, w drodze do pracy do pracy wyświetla jej się reklama powieści o dziewczynie przeniesionej do świata z powieści, której akcja rozgrywa się na cesarskim dworze. Bohaterka od razu stwierdza, że powieść jest wątpliwej jakości, mimo to czyta ją pobieżnie. Gdy chce zamknąć aplikację zostaje wciągnięta to świata powieści i budzi się w ciele jednej z antagonistek, konkubiny Yu Wanyin i jeszcze tego samego dnia zostaje wezwana do cesarza. Jako, że zachowanie mężczyzny wydaje się jej podejrzane, Yu Wanyin postanawia go sprawdzić i zadaje mu pytanie „How are you?”. Na co pada odpowiedź „I’m fine. And you?”, okazuje się bowiem, że cesarz Xiahou Dan też przeniósł się z prawdziwego świata.

Wielką zaletą tej produkcji jest dwójka protagonistów. Przede wszystkim widać, że mamy tu do czynienia z dwójką dorosłych ludzi, a nie dzieciakami. Yu Wanyin myśli logicznie i wykorzystuje swoje umiejętności z prawdziwego świata by odmienić bieg fabuły. Miłość też nie sprawia, że bohaterka nagle traci mózg. Dziewczyna ma odpowiednie priorytety, najważniejsze jest dla niej przeżycie. Xiahou Dan też jest świetny. Widać, że bardzo mu zależy na głównej bohaterce, poza tym znakomicie odgrywa swoją rolę w tym świecie. No i to facet z poczuciem humoru, takich lubię najbardziej. Poza tym skrywa pewien sekret, który całkowicie zmienia odbiór tej postaci. Początkowo wydawało mi się, że fakt, że nie ma on żadnego problemu z uśmiercaniem ludzi to dziura fabularna, ale scenarzyści ładnie to wytłumaczyli. W ogóle, większość takich pozornych dziur zostaje załatana, całość się ładnie spina.

Seria jest najlepsza kiedy trzyma się komedii z odrobiną romansu. Chemia między głównymi bohaterami jest niesamowita. Bardzo przyjemnie obserwuje się ich interakcje i szaleństwa. No, złoto to jest, tyle wam powiem. Momentami śmiałam się w głos. Uczucie między nimi rozwija się bardzo naturalnie, łatwo zrozumieć co oni w sobie widzą.

W drugiej połowie seria robi się bardziej dramatyczna, ale dalej ogląda się to przyjemnie. Acz muszę przyznać, że serial porusza momentami zaskakująco poważne tematy.

Moim największym zarzutem jest tempo fabuły. W bardzo krótkim czasie zostajemy zarzuceni całą masą postaci o trudnych do zapamiętania imionach, a akcja nie zatrzymuje się nawet na chwilę żebyśmy mogli się do nich przyzwyczaić. Sam montaż też jest momentami chaotyczny, w pewnym momencie nie zorientowałam się, że oglądam flashback. Tempo jest po prostu zabójcze, całość mogłaby być dwa razy dłuższa, a dalej nie byłoby dłużyzn.

Przez to tempo cierpią przede wszystkim postacie drugoplanowe, są po prostu bardzo dwuwymiarowe. Większość ma jakąś jedną, góra dwie cechy i tyle. Owszem, niektóre są bardzo sympatyczne, jak ciocia Bei na przykład, która jest przecudowna, ale głębi to tu nie ma żadnej. Chociaż trzeba przyznać twórcom, że przynajmniej płaskość postaci ma uzasadnienie w kreacji świata przedstawionego.

Wyróżniają się przede wszystkim Xie Yong’er, czyli oryginalna główna bohaterka powieści, która w sumie jest postacią fikcyjną przeniesioną do świata fikcyjnej książki. Poplątane, wiem, ale całkiem fajny motyw. Dziewczyna zadziera nos, patrzy na wszystkich z góry i ma syndrom głównej bohaterki… którą zresztą powinna być.

Książę Duan, to młodszy brat Xiahou Dana, który w oryginalnej powieści był głównym bohaterem męskim. Jednak przy zmienionej fabule staje się głodnym władzy manipulantem, który próbuje ogrywać zarówno Yu Wanyin i Xie Yong’er. Innymi słowy, kompletny dupek.

No i Cesarzowa Wdowa, kolejna manipulantka. Kobieta widząc, że cesarz wymyka się spod jej wpływów chce osadzić na tronie swojego wnuka jako marionetkę. To jest chyba największa żmija w tym serialu, ale tu już bym weszła w zbyt spoilerowe rejony.

Zakończenie sezonu jest bardzo otwarte, ucięte w trakcie akcji praktycznie. Wręcz musiałam się upewniać, że na pewno nie ma kolejnego odcinka. Niestety, jak zaczynałam oglądać nie zdawałam sobie sprawy, że to nie jest zamknięta historia, bo czekanie na kontynuację teraz będzie bardzo męczące. A zwiastun drugiego sezonu to złoto w czystej postaci jest, więc no, czekam bardzo.

Wizualnie jest okej. Projekty postaci bardzo mi się podobają, są naprawdę prześliczne. Przyczepiłabym się tylko, że niektóre postaci, zwłaszcza te mniej ważne są do siebie zbyt podobne, zwłaszcza służba. Tylko, że dużo lepiej by wyglądały przy animacji 2D. 3D sprawia jednak wrażenie jakbym oglądała cutscenki z gry komputerowej. Wstawki w 2D są raczej humorystyczne i też nie jakoś niesamowicie animowane. Ale są zabawne.

Podsumowując, nie jest to tytuł, który odmieni wasze życie. Ale za to jest to idealna pozycja do pośmiania się, a nawet lekkiego wzruszenia. Więc jeśli szukacie naprawdę szalonej komedii z sympatycznymi bohaterami i nutką dramatu, to polecam! Nie zawiedziecie się.

A dodatkowo, ma być jeszcze wersja aktorska i mam nadzieję, że dostanie więcej odcinków niż animacja, bo ta historia zasługuje na lepsze rozłożenie akcentów.