sobota, 19 września 2026

Kultor - Artur Urbanowicz

Tytuł: Kultor
Seria: Czarownica z Jodozior
Autor: Artur Urbanowicz
Wydawnictwo: Czarna Owca
Gatunek: horror

Straż Ochrony Rodziny to fundacja zajmująca się pomocą ofiarom sekt. Kiedy umiera jej założyciel i główny fundator, a jego spadkobierca drastycznie obniża finansowanie organizacji, SOR znajduje się w dramatycznym położeniu. Wtedy jednak do drzwi fundacji puka milioner, który prosi fundację o pomoc w znalezieniu córki, studentki socjologii, która zaginęła podczas badania pewnej sekty na Suwalszczyźnie. Oczywiście w zamian za hojny przelew. Na misję wyrusza dwóch pracowników fundacji, którzy w przeszłości sami byli ofiarami sekty. Jednak coś musiało pójść nie tak, bowiem mężczyźni budzą się zamknięci w metalowym sześcianie, nie pamiętając jak się w nim znaleźli…

Fabuła powieści toczy się dwutorowo. Na przemian przeplatają się wspomnienia z przebiegu misji z obecnym położeniem bohaterów, zamkniętych nago w ciemnościach z dziurami w pamięci.

Muszę przyznać, że miałam problem z wciągnięciem się w fabułę tej powieści. Ciężko było mi się przywiązać do bohaterów, a fakt, że nawet nie poznajemy ich imion na pewno w tym nie pomagał. Wiemy o nich głównie to, że w młodości uciekli z sekty, a że nie mogli przystosować się do normalnego życia, zaczęli pracować dla SOR jako goście od „zadań specjalnych”, takich jak infiltracja sekt i wyciąganie z nich ludzi, którzy nie byli w stanie sami się wydostać.

Podobało mi się jak autor wplótł w tę historię niepewności i problemy z własną wartością głównego bohatera. To jak mimo trenowania sztuk walki facet czuje się zagubiony i słaby. Jak przez to ucieka w świat wirtualny. Jakie ma kompleksy względem swojego Przyjaciela. To jest bardzo aktualny temat, biorąc pod uwagę jak wygląda współczesny dyskurs na temat relacji damsko-męskich w internecie.

Jak na horror, to książka w ogóle nie jest straszna. Ba, wręcz w pewnym momencie miałam wrażenie, że jest to bardziej powieść fantasy jedynie korzystająca z motywów horroru. Szczególnie, że autor często nawiązuje do uniwersum stworzonego przez Andrzeja Sapkowskiego. Zresztą nie tylko, Tolkien, Sanderson i Martin też zostali wspomniani.

Owszem, było trochę lovecraftowego klimatu, zanim ostatecznie tajemnica została wyjaśniona. Zresztą, to jest mój ulubiony etap powieści. Kiedy jeszcze nie wiadomo co się dzieje, a przekonania głównego bohatera powoli zaczynają się rozjeżdżać z jego postępowaniem. Bardzo podobał mi się ten dysonans. Ostatecznie autor jednak poszedł bardziej fantastyczną niż horrorową drogą.

Samo przedstawienie sekty, wokół której skupia się fabuła bardzo mi się podobało. Jej historia była całkiem ciekawa, a drewniany pałac z witrażowymi oknami i bladzi kultyści robili całkiem niezły klimat. Naprawdę czytając to chciałam rozwiązać tajemnicę tej wspólnoty. Do tego te wszystkie nadnaturalne zjawiska…

Za zmarnowany potencjał uważam kwestię tego, jak podobna do sekty była SOR. Przez całą książkę autor podsuwał tropy mające wskazywać, że fundacja niewiele się różni od tego z czym walczy… Tylko po to, by ostatecznie nic z tym nie zrobić. Ja się naprawdę spodziewałam twistu, że SOR okaże się czymś innym niż się wydaje, ale nie!

„Kultor” okazał się być kontynuacją „Inkuba”. Szkoda tylko, że nikt w czasie promocji tej książki nie poinformował o tym czytelnika. Owszem, okładka trochę przypominała tę „Inkuba”, ale to nie musiało o niczym świadczyć. Więc szkoda, że nie zostałam ostrzeżona, że może dobrze byłoby sobie odświeżyć tamtą historię, zwłaszcza, że czytałam ją dawno i prawie nic nie pamiętam. Przez to w epilogu miałam takie „kim są ci ludzie?!” Acz muszę przyznać, że, nie licząc zakończenia, znajomość „Inkuba” nie jest konieczna do zrozumienia tego co się dzieje.

Jeszcze w kwestii okładki. Nigdzie nie znalazłam żadnej informacji na ten temat i w sumie w książce nazwisko grafika figuruje, więc mogę się mylić. Ale im dłużej na nią patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że była robiona za pomocą AI. Naprawdę, mam nadzieję, że nie mam racji.

Ogólnie nie żałuję przeczytania tej książki, ale żadnym arcydziełem to ona nie jest. Ot, taki średniak z paroma ciekawymi pomysłami. Bez szału, ale przeczytać można.

sobota, 5 września 2026

Szczodry - Elżbieta Cherezińska

Tytuł: Szczodry
Seria: Bolesław II
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: historyczne

„Szczodry” jest bezpośrednią kontynuacją „Śmiałego”, do tego stopnia, że te powieści mogłyby być jedną, acz po przeczytaniu do pewnego stopnia rozumiem decyzję o rozdzieleniu tej historii na dwa tomy. Ale z tego powodu nie będę też za bardzo streszczać fabuły, bo to bez sensu.

Główne dwie osie historii stanowią konflikty Bolesława z królem niemieckim Henrykiem i biskupem krakowskim Stanisławem. Pierwszy dotyczy polityki zagranicznej władcy i jego drogi do zdobycia korony. Drugi z kolei skupia się na sytuacji sytuacji wewnętrznej i wyjaśnia jak tę koronę utracił.

Niezmiennie zachwycają mnie w tej powieść postacie i to, jak napisane zostały relacje pomiędzy nimi. To niesamowite jak wiele informacji jest autorka w stanie zawrzeć w nawet kilku słowach. Bohaterowie są pełnokrwiści i rozbudowani, a ich relacje skomplikowane, buzujące od emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Zmysł polityczny króla, jego przyjaźń z opatem Anchorasem, którego zresztą bardzo polubiłam, oddanie Awdańców, ambicja biskupa Stanisława i jego fascynacja Boromirem… Tu się tyle dzieje, tyle podskórnego napięcia tuż pod powierzchnią tekstu… Po prostu jestem oczarowana.

Mam wrażenie, że w tym tomie dużo mniej jest kobiecej perspektywy. Chyba tylko Gertruda pozostała postacią pierwszoplanową. Wątkowi Rusi poświęcono naprawdę dużo miejsca, a kniahini jest w nim centralną postacią. Jest ona naprawdę ciekawą postacią, połączenie pobożność i namiętności w jej osobie tworzy naprawdę ciekawą mieszankę, a do tego dochodzi jeszcze mądrość, inteligencja i wyczucie polityczne. Trochę szkoda, że Świętosława, charakterna siostra Bolesława zeszła na dalszy plan. A największa szkoda, że tak mało miejsca poświęcono w tym tomie Rzepichom. Może nie przestały być jednymi z najważniejszych osób w tej historii, dalej są sercem tej historii, ale zdecydowanie było ich mniej. Choć dalej ciekawie.

Moim największym zarzutem wobec tej historii jest to, jak jednostronnie został przedstawiony ostatni etap konfliktu z biskupem. Mianowicie, cała sytuacja została prawie w całości z perspektywy Stanisława. A bardzo ciekawa byłam tego co w tym czasie myślał król. No, zabrakło mi tutaj większego uzasadnienia pewnych decyzji.

Jak normalnie nie czytam posłowia, tak tutaj dało mi to dużą frajdę. Autorka bardzo ciekawie wyjaśnia dlaczego podjęła konkretne decyzje fabularne, do tego dorzuca ciekawostki historyczne. I co najważniejsze, zapowiada kolejne książki. Oj, jest na co czekać.

Styl, w jakim książka jest napisana nie zmienił się od poprzedniego tomu, zarówno zalety i wady pozostały te same.

Wydanie mnie rozczarowało. O ile w samym tekście nie znalazłam większych błędów, redakcja i korekta spisały się lepiej niż w poprzednim tomie, tak sama fizyczna forma książki… Poluzowały się kartki w czasie czytania, a przecież książka nowa, pierwszy raz czytana. I nie rzucałam nią! „Płomienną koroną” rzucałam w szerszenia (panicznie boję się wszystkiego co ma żądło, ok?) i klej nie puścił! No popsuły mi te poluzowane strony przyjemność z czytania, zamiast skupiać się na historii musiałam uważać żeby kartki nie wypadły.

Uważam, że „Szczodry” utrzymał poziom poprzedniego tomu. Jest to zdecydowanie historia warta poznania i jedna z najlepszych powieści historycznych jakie czytałam. Odczarowuje historię, zdziera z niej warstwę szkolnej patyny. I choć autorka w pewnym sensie przywraca Bolesławowi II dobre imię, to jednak nie wystawia mu typowej laurki. To powieść o człowieku z krwi i kości.

Zdecydowanie polecam.