Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suzanne Collins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suzanne Collins. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2026

Wchód słońca w dniu dożynek - Suzanne Collins

Tytuł: Wschód słońca w dniu dożynek
Seria: Igrzyska śmierci
Autor: Suzanne Collins
Wydawnictwo: must read
Gatunek: młodzieżówka, dystopia

Urodziny Haymitcha nie są radosnym dniem. To właśnie w ten dzień w każdym z dwunastu dystryktów wybierani są trybuci, dzieciaki, które mają wziąć udział w Głodowych Igrzyskach – turnieju, który przetrwać tylko jedno z nich. Co gorsza, w tym roku, z okazji Drugiego Ćwierćwiecza Poskromienia, w Igrzyskach ma wziąć udział dwa razy więcej dzieciaków. Gdy w czasie dożynek ginie jeden z wybranych trybutów, na jego miejsce zostaje wybrany Haymitch, który zwrócił na siebie uwagę broniąc swojej dziewczyny przed Strażnikiem Pokoju. Chłopak trafia do Kapitolu i na okrutną arenę, gdzie pozna cenę oporu.

Suzanne Collins to dla mnie ciekawy przypadek. Kiedy sześć lat temu wyszła „Ballada ptaków i węży”, pierwszy prequel „Igrzysk śmierci” myślałam, że będzie to odcinanie kuponów. Jednak po przeczytaniu tamtej powieści całkowicie zmieniłam zdanie. Ta kobieta pisze, bo ma coś do powiedzenia! Więc zaczynając „Wschód słońca w dniu dożynek” byłam o wiele spokojniejsza o treść. I chociaż ta książka nie zachwyciła mnie doi tego stopnia co „Ballada”, to rozczarowana nie jestem.

Mam wrażenie, że w tej części najbardziej czuć, że bohaterami są dzieciaki, choć może to po prostu wynikać z tego, że oryginalną trylogię czytałam jako nastolatka. Ale w tej części bardzo mocno autorka skupia się na tych młodszych uczestnikach Igrzysk.

Haymitch to zwykły szesnastoletni chłopak. Po szkole pracuje ciężko jako bimbrownik żeby utrzymać rodzinę. Kocha swoją dziewczynę. Ogólnie, dobry dzieciak. A kiedy wybierają go na trybuta, wie, że zginie. Dlatego chce żeby jego śmierć miała znaczenie. Dlatego tak gorzką ironią jest jego zwycięstwo. To nie spoiler, w końcu to prequel.

Z pozostałych postaci najbardziej wyróżnia się Maysilee, wredna dziewczyna z jednej z bogatszych rodzin z Dwunastki, która jednak okazuje się nie taka rozpieszczona jak się wydaje na pierwszy rzut oka. W sumie dużo w tej książce o tym jak pozory mylą. Nic nie jest takie jakie się wydaje.

Największym atutem tej powieści jest pokazanie działania propagandy i wpływu mediów na kształtowanie rzeczywistości. Działania bohaterów tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko to jak przedstawią je media.

Podoba mi się jak przedstawiono Kapitol w tej książce. To nie tak, że wszyscy mieszkańcy Kapitolu są złymi ludźmi. Są po prostu ludźmi żyjącymi w systemie, którzy wierzą, że ten system jest dobry. A że system polega na zabijaniu dzieci? Tłumaczą sobie to wyższym dobrem. Kapitol rządzi Panem według starej zasady „dziel i rządź”. Władze szczują Dystrykty przeciw sobie, by te nigdy się nie zjednoczyły. Dodatkowo Igrzyska dehumanizują mieszkańców Dystryktów w oczach własnych obywateli. Dlatego nawet dobrzy ludzie uczą się nie widzieć okrucieństwa tego systemu.

Fabuła w dużej mierze skupia się na próbach wsadzenia kija w tryby tej maszyny do zabijania. To nie jest książka o dzieciakach zabijających się nawzajem. To jest historia o dzieciakach mordowanych ku uciesze tłumu, które chcą uświadomić swoim oprawcom, że też są ludźmi.

Bardzo mi się podoba symbolika areny w tej części. Zabójcze piękno. Pozory, które mylą. I ciągła inwigilacja. Nie można zdradzać swoich zamiarów, bo zawsze ktoś słucha, zawsze obserwuje. Ale z drugiej strony każdy czyn można przekręcić, wypaczyć sens słów. Kłamstwo staje się rzeczywistością, a rzeczywistość kłamstwem.

Chyba największym moim zarzutem do tej książki jest fakt, że w ogóle nie czuć tego, że trybutów jest więcej niż w normalnych Igrzyskach. Owszem, pozwala to na zbudowanie trochę głębszej relacji między czwórką z Dwunastki, ale na dobrą sprawę wcale by tak wiele się nie zmieniło gdyby było ich mniej.

Ciężko mi było przywyknąć do stylu, w jakim ta książka jest napisana. Po części dlatego, że odwykłam od narracji pierwszoosobowej w czasie rzeczywistym. Ale też odniosłam wrażenie, że styl jest bardzo suchy i pozbawiony emocji, co raczej jest nietypowe dla tego typu narracji.

Przez to też wątek miłości Haymitcha i Lenore Dove w ogóle mnie nie ruszył. Nie czułam tego wielkiego uczucia. W ogóle Lenore jest tutaj bardziej ideą niż postacią z krwi i kości.

To jest młodzieżówka. Ale jest to zdecydowanie mądra młodzieżówka, która daje do myślenia. Owszem, jest napisana prostym językiem, a niektóre wnioski płynące z niej są oczywiste. Tylko, że niektóre oczywistości trzeba powtarzać. Brakuje mi więcej tego typu książek, młodzieżówek, w których pod warstwą fabularną kryje się jakieś przesłanie.

Polecam każdemu, szczególnie fanom poprzednich części.