niedziela, 28 czerwca 2026

Wampirze cesarstwo - Jay Kristoff

Tytuł: Wampirze cesarstwo
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Dwadzieścia siedem lat temu nastał bezdzień i słońce przestało chronić ludzkość przed istotami nocy. Gabriel de León jest ostatnim srebroświętym, członkiem zakonu broniącego Cesarstwa przed bestiami. Więziony przez wampiry zostaje zmuszony do opowiedzenia historii swojego życia. Historię wojen, miłości, zemsty i ostatniej nadziei ludzkości – Świętego Graala.

Boże, jak mi brakowało czegoś takiego! Porządnego rozrywkowego fantasy z sensownym światem, dającymi się lubić bohaterami, klimatem i sporą dawką humoru bez uciekania w komedię. No i te wampiry! Takie pełnokrwiste, eleganckie potwory, które miały zdecydowanie za dużo czasu by pozostała w nich choć resztka człowieczeństwa. Jak i takie, którym przemiana odebrała intelekt już na początku pozostawiając jedynie głód i instynkt bestii. Bardzo podoba mi się takie przedstawienie tych stworzeń. A nie są to jedyne bestie jakie ten świat ma do zaoferowania, acz o pozostałych w tym tomie było niewiele.

Sam świat jest bardzo ciekawie przedstawiony. Odkąd zapanował półmrok bezdnia większość roślin obumarła a ich miejsce zajęły wszelkiego rodzaju grzyby. No, daje to swojego rodzaju klimacik. Poza tym mocne francuskie inspiracje w świecie przedstawionym, te długie płaszcze, trójgraniaste kapelusze, koronki, długi powiewający włos… Ach, no jest klimatycznie.

Ważną rolę w tym świecie pełni wiara w Odkupiciela, bardzo mocno inspirowana Chrześcijaństwem. Srebrny Zakon, bractwo mieszańców polujących na istoty nocy trochę przypominał mi Wiedźminów, tylko bardziej religijnych. Spodobał mi się pomysł srebrnych tatuaży służących za tarczę przeciw wampirom.

Powiedzmy sobie szczerze, w tej książce nie ma niczego, czego nie widziałabym wcześniej gdzie indziej. Tyle że w ogóle to nie przeszkadza. To nie odgrzewany kotlet, a bardziej nowe danie przygotowane ze znanych składników. Poszczególne motywy są tak sprawnie połączone w całość, że w ogóle nie czuje wtórności w czasie czytania.

Dużą zaletą jest konstrukcja ten opowieści. Mamy trzy plany czasowe. Pierwszy to teraźniejszość, gdzie Gabriel opowiada swoją historię wampirzemu historykowi Jeanowi-François. Ich cięte dialogi to absolutne złoto, te wzajemne złośliwości. Drugi plan czasowy to historia młodości Gabriela w klasztorze San Michon, tego jak stał się łowcą potworów. Trzeci to z kolei historia o tym, jak Gabriel wplątał się w poszukiwanie Świętego Graala. Te dwie opowieści przeplatają się i nawzajem uzupełniają, tworząc spójny obraz.

Jak już pisałam, bohaterów da się lubić. Gabriel jest interesującym protagonistą, zwłaszcza, że mamy okazję zobaczyć go w dwóch wersjach: żądnego chwały nastolatka, którego przepełnia gorąca wiara oraz złamanego, uzależnionego mężczyzny, który stracił wszelką wiarę. Ten kontrast sprawia, że czytelnik chce poznać jego historię, dowiedzieć się co sprawiło, że się tak zmienił. Ale ogólnie, Gabe pod powierzchownością łajdaka skrywa złote serce i jest lepszym człowiekiem niż sam by chciał.

O innych postaciach boję się pisać, żeby nie zdradzić za dużo. Ale mamy tu bardzo fajne postacie kobiece i nie tylko.

Sceny seksu mnie w tej książce bawiły, przede wszystkim dlatego, że były opisane jako część opowieści Gabriela. Chłopie, czemu ty to opowiadasz temu wampirowi z takimi szczegółami?! Chwalisz się?!

Wątki LGBT się pojawiają w ilościach zauważalnych, ale nie przytłaczających i bardziej na drugim planie. Są do tego poprowadzone w sposób pasujący do świata przedstawionego.

I jeszcze słowo o ilustracjach. No cudne są, takie klimatyczne. A biorąc pod uwagę, że srebroświęci zwykle walczą półnago… No, jest na czym oko zawiesić.

Polskie wydanie muszę pochwalić za przyjemne tłumaczenie i okładkę, z której nie schodzą złocenia. Jednak się da! Co prawda zdarzyło się parę irytujących literówek i raz zabrakło myślnika (brakujące myślniki mnie prześladują, to jest jak nic jakaś klątwa), ale biorąc pod uwagę objętość książki tragedii nie ma.

Bardzo polecam, szczególnie fanom „Castlevanii” i „Wiedźmina”. Jeśli szukacie zręcznie poprowadzonego dark fantasy to zdecydowanie jest pozycja dla was.

niedziela, 14 czerwca 2026

Cassandra - Katarzyna Strawińska

Tytuł: Cassandra
Autor: Katarzyna Strawińska
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: thriller

W końcu! Zgredek jest wolnym skrzatem! Innymi słowy, skończyłam ostatnią książkę w ramach Booktouru Złych Książek. Tak się złożyło, że na samym końcu trafiła mi się najgorsza pozycja, a trzeba przyznać, że konkurencja była zacięta.

Kiedy Cassandra wraca z treningu pływackiego zaczepia ją obcy mężczyzna, prosząc by pomogła mu wstawić szafkę do samochodu. Naiwna dziewczyna chce pomóc, ale szybko okazuje się, że był to tylko pretekst. Mężczyzna wpycha ją do bagażnika i zawozi do swojego brata, jako prezent. Tak zaczyna się życie Cassie w roli zabawki Klausa.

Przepraszam bardzo, ale co ja właśnie przeczytałam? Ja naprawdę nie mam nic przeciwko przemocy w książkach, nawet jeśli jest jej dużo i ma charakter seksualny. Ale kurczę, niech to czemuś służy! Ta książka to wręcz pornograficzny opis tego jak Klaus się znęca nad Cassandrą. Nie ma tu dosłownie nic poza tym. Autorka z każdym kolejnym rozdziałem wpada na coraz wymyślniejsze (i głupsze) sposoby na torturowanie bohaterki.

Zakładam, że historia Cassandry miała poruszyć czytelnika… Tylko autorka nie dała mi żadnego powodu żebym miała się przejmować losem Cassie. Bo sam fakt, że to niewinna dziewczyna mi nie wystarczy jeśli mówimy o dziele całkowicie fikcyjnym. Cassandrę poznajemy w momencie porwania a potem szybko przeskakujemy sześć miesięcy do momentu, gdy stała się już bezwolną zabawką Klausa. Poza pierwszym spotkaniem z Klausem całkowicie pominięto początkowy okres jej nie woli, ten czas kiedy mogliśmy zobaczyć jej wolę walki, przywiązać się do niej, polubić ją! Nie, po co. Lepiej obserwować jak Klaus znęca się nad bezwolną lalką. To jest tak niepojęta w sensie narracyjnym decyzja, że aż szkoda słów. Przez całą książkę Cassie zachowuje się jakby miała siedem lat a nie siedemnaście. I tak ją też wszyscy traktują.

No dobra, to skoro już wiemy, że Cassie nie ma charakteru, to może przynajmniej czarny charakter jest dobrze napisany? No nie. Klaus jest bardziej karykaturą niż człowiekiem. Wysoki, przystojny, z kwadratową szczęką i oczami jak węgle. Oczywiście bogaty i wpływowy… Czemu w tych książkach porywacze to zawsze przystojni, bogaci politycy? Czy autorki naprawdę myślą, że żeby kogoś uwięzić to potrzeba jakichś ogromnych pokładów finansowych i sztabu ludzi?

Ale wróćmy do Klausa. Klaus jest oczywiście zły. Wróć. Klaus jest Zły. Lubi krzywdzić kobiety. I w sumie przed Cassie były inne. Ale Cassie jest wyjątkowa. Bo tak, niby autorka dała wytłumaczenie, czemu ona jest dla niego taka wyjątkowa, ale było ono tak od czapy, że lepiej by już było jakby go nie było.

Bohaterowie zachowują się tak, jak akurat fabuła tego wymaga. Niby autorka próbowała oddać szaleństwo, w jakie popadła Cassie i skrzywiony umysł Klausa, ale w efekcie książka jest okropnie chaotyczna. I to nie jest tak, że mamy tu jakieś przemyślenia na temat natury czy psychiki ludzkiej. Znaczy, autorka udaje, że są i wstawia jakieś w zamyśle głębokie wstawki… Tylko, że ja widziałam głębsze kałuże w czasie suszy.

Dialogi są niezwykle drętwe. W ogóle nikt w tej książce nie zachowuje się jak człowiek. Postacie, które niby zdają sobie sprawę z sytuacji Cassie, które są przedstawiane jako pozytywne, na przykład matka Klausa czy krawcowa, nic nie robią żeby zgłosić jej położenie służbom.

W ogóle niby policja poszukuje Cassandry, cały czas trąbią o niej w mediach, ale Klaus, który ponoć jest wpływowym politykiem bierze sobie z nią ślub. I to używając jej prawdziwych danych osobowych. I nic, nikogo to nie obchodzi. Krawcowa, widząc, że facet ją bije stwierdza, że nie będzie spełniać życzeń tyrana, ale dotyczy to tylko kroju sukni, a nie samego faktu uszycia sukni na ślub z tym tyranem. Klaus przyszywa pierścionek zaręczynowy Cassandrze do palca, co jest tak bez sensu…

Zakończenie nie daje żadnego katharsis. Czytelnik nie dostaje najmniejszego wynagrodzenia za przeczytanie tego. Ta historia jest w jednym tonie od początku do końca, tu nie ma nic co mogłoby poruszyć jakiekolwiek uczucia. Był moment, że autorka próbowała wprowadzić komizm żeby rozluźnić atmosferę, ale było to na tyle nieudolne i bez smaku, że nie zadziałało. To jest chyba największy problem tej historii: w założeniu kontrowersyjna, w praktyce kompletnie nijaka.

Nie nazwałabym tej książki erotykiem. Sceny gwałtów są, i to opisane całkiem dokładnie, ale nie odniosłam wrażenia, że miały być erotyczne. Są za to opisane po prostu głupio, poważnie, łzy jako lubrykant? Pornograficzna jest w tej pozycji przede wszystkim przemoc, nie seks.

Napisane to jest w okropnie pretensjonalnym stylu, w dodatku takim językiem, jakby autorka ostatni raz z językiem polskim miała styczność w czwartej klasie podstawówki. W pewnym momencie musiałam się upewnić, czy faktycznie ta książka została napisana po polsku, a nie przetłumaczona z angielskiego za pomocą tłumacza Google, tyle pojawia się w niej kalk językowych. Na przykład nie raz pada stwierdzenie, że Cassie była bałaganem… Ja nie wierzę, że to przeszło przez redakcję i korektę.

Nie polecam, ta książka nie nadaje się nawet na rozpałkę do kominka. Nie pojmuję dlaczego ktoś to wydał, zarówno ze względu na treść jak i na formę. Cieszę się, że to ostatnia ze złych książek jakie miałam nieprzyjemność poznać w ramach BZK.

niedziela, 7 czerwca 2026

I like you, Hype Boy - Julita Sarnecka (BZK)

Tytuł: I like you, Hype Boy
Autor: Julita Sarnecka
Wydawnictwo: Filia
Gatunek: romans

Proszę Państwa, oto kolejna odsłona Booktouru Złych Książek! Tym razem kolejny romans z k-popowym idolem. A że ja, przyznaję się bez bicia, o k-popie i Korei nie mam zbyt dużego pojęcia (obejrzałam całą jedną dramę koreańską i to jeszcze sukienkową…) to najpewniej książkę potraktuję trochę łagodniej niż na to zasługuje…

Sana jest początkującą dziennikarką koreańskiego pochodzenia. Nie idzie jej zbyt dobrze na stażu, ale dostaje szansę, by pokazać na co ją stać. Ma spędzić dwa miesiące z członkami TBT, najpopularniejszego zespołu k-popowego i napisać o nich artykuł.

Pamiętacie te wszystkie fanfiki z Onet blog, gdzie główna bohaterka musiała z jakiegoś powodu (najczęściej totalnie wydumanego) zamieszkać z One Direction albo z Jonas Brothers? Oczywiście dziewczyna było szarą myszką i fajtłapą, i w ogóle nie taka jak inne, ale jednocześnie wszyscy ci gwiazdorzy się w niej zakochiwali i uważali, że jest najpiękniejsza na świecie? To teraz przenieście to do Korei i to jest ta książka. Dosłownie, nie musicie już tego czytać, zaoszczędziliście czas, pieniądze i szare komórki.

Sana jest bohaterką nie dość że wkurzającą, to jeszcze do bólu typową. Nic jej nie wychodzi, wszystko leci jej z rąk, potrafi się wywalić na prostej drodze. I ja nawet nie przesadzam, dosłownie jest taka scena w książce. Staż musiał załatwić jej ojciec, a sądząc po reakcji jej szefa na jej artykuły, to talentu dziennikarskiego to ona nie ma za grosz. Zresztą, wysyłają ją do Korei by napisała artykuł o zespole, a ta przez dwa tygodnie nie raczyła sprawdzić w internecie jak wyglądają członkowie rzeczonego zespołu. No research pierwsza klasa! No i komuś takiemu zlecają napisanie artykułu o najsłynniejszym zespole na świecie? Na jakiej podstawie? Bo nie wierzę, że w Nowym Jorku to jest jedyna dziennikarka mówiąca po koreańsku.

Jeśli zaś chodzi o chłopaków… To jest reverse harem. Naprawdę, ta książka odhacza wszystkie typowe motywy reverse haremów. Tyle, że w dobrej haremówka bohaterowie powinni być wyraziści. A tutaj, poza Lee i Shinem, panowie zlewają się w jedną masę. Niby autorka próbuje nadać im jakieś cechy indywidualne, ale nie więcej niż jedną. Ich stosunek do bohaterki też zmienia się w tym samym momencie, nie ma żadnego stopniowania relacji.

Lee to taki typowy „główny facet” w romansie. Jest przystojny i tajemniczy, początkowo nie lubi Sany, bo powody… Nie, serio, ja nie rozumiem czemu on jej najpierw nie lubił a potem nagle zmienił zdanie. Ona dosłownie nic nie zrobiła takiego żeby zmienił opinię o niej. Ale oczywiście nagle musiała się pojawić wielka miłość, co z tego, że to nijak nie wynika z fabuły? Na początku powieści umawiał się z Haną na seks, ale potem zakochał się w Sanie...

Z kolei Shin to „ten drugi”. Jest najmłodszy w zespole i często żartuje. Niby Sanę do niego ciągnie, ale jednak nie… Do tego Shin bardzo często klei się do Mina, a Sana się zastanawia czy oni ze sobą ten tego… Boże, fujoshi się w tej książce nie spodziewałam… I żeby nie było, ja bardzo lubię BL, ale tu to od razu było widać, że to typowy fanservice, a nie żaden wątek LGBT, zwłaszcza, że autorka wyraźnie daje znaki, że Shin spiknie się z przyjaciółką Sany w przyszłości… A czytanie o tym jak Sanie po raz enty robi gorąco i/lub mokro nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

A mokro jej się robi praktycznie cały czas. Ja się w pewnym momencie zaczęłam o nią martwić, bo odwodnienie to poważna sprawa! Scen erotycznych może nie nie jest za dużo i, na dobrą sprawę, czytałam gorzej napisanie. Ale bawiło mnie ile rund był w stanie Lee wytrzymać pod rząd. Zwłaszcza, że ponoć oni tak cały czas niedożywieni i po wycieńczających treningach. Za to pozytywnie zaskoczyło mnie to, że bohaterowie pamiętali o zabezpieczaniu się. Chociaż trochę bawi mnie, ile Lee musiał gumek nosić w kieszeniach, skoro z niego taki ogier.

Z ważnych postaci pojawiła się jeszcze przyjaciółka Sany, Niki, fanka TBT. Jak nic drugi tom będzie o niej, mogę się o to założyć.

Autorka ma momentami straszny problem z orientalizmem. W sensie: wszystko co koreańskie jest super. Sana przyjeżdża do Seulu i zachwyca się wieżowcami. Tak jakby sama pochodziła z Pcimia Dolnego a nie z Nowego Jorku. Do tego wszyscy Koreańczycy są zachwyceni tym, że Sana mówi po koreańsku, bo przecież tylko Koreańczycy doceniają jak ktoś mówi w ich języku. Tak jakby Polacy nie byli zachwyceni kiedy ktoś jest w stanie powiedzieć chociaż kilka słów w naszym języku… No i oczywiście w Korei wszyscy wszystkich szanują… Boże, tak jakby okazując pozorny szacunek nie dało się komuś dopiec.

Duży problem w tej książce mam też z alkoholem. Bohaterowie piją. I to dużo. I często w sytuacjach, w których nie powinni. I jasne, można to potraktować, jako pokazanie ciemnych stron sławy, czy błędów młodości. Tylko za dużo tego i w zbyt pozytywnym kontekście.

Niby główna intryga w tej książce dotyczy tego, że Lee dostaje pogróżki. I to takie pisane krwią. Ale oczywiście nikt z bohaterów nie traktuje takich rzeczy poważnie. Ktoś zniszczył torebkę Sany? Nie no, przecież to na pewno przypadek! Sana zauważa, że jedna dziewczyna zachowuje się podejrzanie? Oczywiście, że nikomu o tym nie powie. Szef Sany po tym, gdy ktoś włamał się do niej na maila i wysłał mu artykuł, którego ona nie napisała? A czy to ważne kto to napisał? Kurczę, chłopie, ważne, bo wyciekły poufne dane twojego pracownika!

Niestety nie tylko treść jest typowo fanfikowa. Styl, w jakim to jest napisane woła o pomstę do nieba. Czytanie niektórych zdań bolało fizycznie. Autorka z jakiegoś powodu zamiast słowa „policzki” używa „poliki”. I „dziurki od nosa” zamiast „nozdrza”. Czasami bohaterowie tłumaczą znaczenie angielskich terminów, mimo że rozmowa toczy się po angielsku, z jakiego na jaki oni tłumaczą? Już nie wspomnę o tym, że raz nawet się trafił przecinek zamiast kropki na końcu zdania, bo to akurat detal.

Spaprane są też przypisy. Zdarzają się przypisy do innego słowa niż to, które pada w tekście, choć powiązanego znaczeniowo. Niektóre są niepotrzebnie nacechowane emocjonalnie, co miałoby sens, gdyby autorka przyjęła taką konwencję, ale tak nie jest. Jest nawet przypis, do terminu wymyślonego specjalnie na potrzeby tej powieści! Chodzi o nazwę fandomu TBT, Birds, tak jakby pisarka nie mogła wyjaśnić tego w narracji...

Dodam jeszcze, że przez całą powieść nie poznajemy nazwisk członków zespołu, dopiero w dodatku na końcu książki okazuje się, że jednak je mają!

Nie jest to może książka tragiczna, ale tak do bólu wattpadowa, że to boli. Uważam, że niektóre fanfiki powinny pozostać w internecie, wydawanie ich w wersji papierowej tylko niepotrzebnie zaśmieca rynek książki. Zwłaszcza, gdy nie reprezentują sobą nic ciekawego i oryginalnego.