Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NieZwykłe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NieZwykłe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2026

Cassandra - Katarzyna Strawińska

Tytuł: Cassandra
Autor: Katarzyna Strawińska
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: thriller

W końcu! Zgredek jest wolnym skrzatem! Innymi słowy, skończyłam ostatnią książkę w ramach Booktouru Złych Książek. Tak się złożyło, że na samym końcu trafiła mi się najgorsza pozycja, a trzeba przyznać, że konkurencja była zacięta.

Kiedy Cassandra wraca z treningu pływackiego zaczepia ją obcy mężczyzna, prosząc by pomogła mu wstawić szafkę do samochodu. Naiwna dziewczyna chce pomóc, ale szybko okazuje się, że był to tylko pretekst. Mężczyzna wpycha ją do bagażnika i zawozi do swojego brata, jako prezent. Tak zaczyna się życie Cassie w roli zabawki Klausa.

Przepraszam bardzo, ale co ja właśnie przeczytałam? Ja naprawdę nie mam nic przeciwko przemocy w książkach, nawet jeśli jest jej dużo i ma charakter seksualny. Ale kurczę, niech to czemuś służy! Ta książka to wręcz pornograficzny opis tego jak Klaus się znęca nad Cassandrą. Nie ma tu dosłownie nic poza tym. Autorka z każdym kolejnym rozdziałem wpada na coraz wymyślniejsze (i głupsze) sposoby na torturowanie bohaterki.

Zakładam, że historia Cassandry miała poruszyć czytelnika… Tylko autorka nie dała mi żadnego powodu żebym miała się przejmować losem Cassie. Bo sam fakt, że to niewinna dziewczyna mi nie wystarczy jeśli mówimy o dziele całkowicie fikcyjnym. Cassandrę poznajemy w momencie porwania a potem szybko przeskakujemy sześć miesięcy do momentu, gdy stała się już bezwolną zabawką Klausa. Poza pierwszym spotkaniem z Klausem całkowicie pominięto początkowy okres jej nie woli, ten czas kiedy mogliśmy zobaczyć jej wolę walki, przywiązać się do niej, polubić ją! Nie, po co. Lepiej obserwować jak Klaus znęca się nad bezwolną lalką. To jest tak niepojęta w sensie narracyjnym decyzja, że aż szkoda słów. Przez całą książkę Cassie zachowuje się jakby miała siedem lat a nie siedemnaście. I tak ją też wszyscy traktują.

No dobra, to skoro już wiemy, że Cassie nie ma charakteru, to może przynajmniej czarny charakter jest dobrze napisany? No nie. Klaus jest bardziej karykaturą niż człowiekiem. Wysoki, przystojny, z kwadratową szczęką i oczami jak węgle. Oczywiście bogaty i wpływowy… Czemu w tych książkach porywacze to zawsze przystojni, bogaci politycy? Czy autorki naprawdę myślą, że żeby kogoś uwięzić to potrzeba jakichś ogromnych pokładów finansowych i sztabu ludzi?

Ale wróćmy do Klausa. Klaus jest oczywiście zły. Wróć. Klaus jest Zły. Lubi krzywdzić kobiety. I w sumie przed Cassie były inne. Ale Cassie jest wyjątkowa. Bo tak, niby autorka dała wytłumaczenie, czemu ona jest dla niego taka wyjątkowa, ale było ono tak od czapy, że lepiej by już było jakby go nie było.

Bohaterowie zachowują się tak, jak akurat fabuła tego wymaga. Niby autorka próbowała oddać szaleństwo, w jakie popadła Cassie i skrzywiony umysł Klausa, ale w efekcie książka jest okropnie chaotyczna. I to nie jest tak, że mamy tu jakieś przemyślenia na temat natury czy psychiki ludzkiej. Znaczy, autorka udaje, że są i wstawia jakieś w zamyśle głębokie wstawki… Tylko, że ja widziałam głębsze kałuże w czasie suszy.

Dialogi są niezwykle drętwe. W ogóle nikt w tej książce nie zachowuje się jak człowiek. Postacie, które niby zdają sobie sprawę z sytuacji Cassie, które są przedstawiane jako pozytywne, na przykład matka Klausa czy krawcowa, nic nie robią żeby zgłosić jej położenie służbom.

W ogóle niby policja poszukuje Cassandry, cały czas trąbią o niej w mediach, ale Klaus, który ponoć jest wpływowym politykiem bierze sobie z nią ślub. I to używając jej prawdziwych danych osobowych. I nic, nikogo to nie obchodzi. Krawcowa, widząc, że facet ją bije stwierdza, że nie będzie spełniać życzeń tyrana, ale dotyczy to tylko kroju sukni, a nie samego faktu uszycia sukni na ślub z tym tyranem. Klaus przyszywa pierścionek zaręczynowy Cassandrze do palca, co jest tak bez sensu…

Zakończenie nie daje żadnego katharsis. Czytelnik nie dostaje najmniejszego wynagrodzenia za przeczytanie tego. Ta historia jest w jednym tonie od początku do końca, tu nie ma nic co mogłoby poruszyć jakiekolwiek uczucia. Był moment, że autorka próbowała wprowadzić komizm żeby rozluźnić atmosferę, ale było to na tyle nieudolne i bez smaku, że nie zadziałało. To jest chyba największy problem tej historii: w założeniu kontrowersyjna, w praktyce kompletnie nijaka.

Nie nazwałabym tej książki erotykiem. Sceny gwałtów są, i to opisane całkiem dokładnie, ale nie odniosłam wrażenia, że miały być erotyczne. Są za to opisane po prostu głupio, poważnie, łzy jako lubrykant? Pornograficzna jest w tej pozycji przede wszystkim przemoc, nie seks.

Napisane to jest w okropnie pretensjonalnym stylu, w dodatku takim językiem, jakby autorka ostatni raz z językiem polskim miała styczność w czwartej klasie podstawówki. W pewnym momencie musiałam się upewnić, czy faktycznie ta książka została napisana po polsku, a nie przetłumaczona z angielskiego za pomocą tłumacza Google, tyle pojawia się w niej kalk językowych. Na przykład nie raz pada stwierdzenie, że Cassie była bałaganem… Ja nie wierzę, że to przeszło przez redakcję i korektę.

Nie polecam, ta książka nie nadaje się nawet na rozpałkę do kominka. Nie pojmuję dlaczego ktoś to wydał, zarówno ze względu na treść jak i na formę. Cieszę się, że to ostatnia ze złych książek jakie miałam nieprzyjemność poznać w ramach BZK.

piątek, 20 marca 2026

Princesa. Przypomnij mi dni, które straciliśmy - Marcelina Świątek (BZK)

Tytuł: Princesa. Przypomnij mi dni, które straciliśmy
Cykl: Princesa
Autor: Marcelina Świątek
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

W normalnych warunkach bym na pewno po tę książkę nie sięgnęła. Pierwszy tom był po prostu zły, a drugi nie zapowiadał się lepiej. Ale, że BZK rządzi się swoimi prawami, twardym trzeba być nie miętkim, tak więc zmęczyłam i tę część.

Książka zaczyna się mniej więcej od tego, czym skończyła się poprzednia: Rosalie wskutek wypadku samochodowego straciła pamięć. Jako, że teraz William jest dla niej obcym człowiekiem, dziewczyna przeprowadza się z powrotem do rodziców. Kiedy w jej życiu znowu pojawia się Paul, który przedstawia jej inną wersję wydarzeń niż William, Rosalie nie wie komu może zaufać.

Zacznę od zalet tej książki. A właściwie zalety. Jest krótka, nie ma nawet dwustu stron. I to tyle.

A wady… Przede wszystkim fabuła tej książki to kilka niezwiązanych ze sobą wątków posklejanych na ślinę. Co gorsza, z większości z nich nic nie wynika.

Okazuje się, że w wypadku Rosalie straciła nie tylko pamięć, ale i dziecko. Co to zmienia w historii? Kompletnie nic, bo żadne z dwójki głównych bohaterów o tym nie wiedziało wcześniej.

Paul, który chce wykorzystać amnezję dziewczyny, by zdobyć jej względy? W sumie wątek, który zapowiadał się na główną oś fabuły zostaje rozwiązany bardzo szybko jedną rozmową. Już nie mówiąc o tym, że kompletnie bez znaczenia pozostał fakt, że w poprzednim tomie Stacy się w nim podkochiwała. Nie, wszyscy, łącznie z autorką o tym zapomnieli.

Kuzynka Williama, którą Rosalie wzięła za jego kochankę, przez co miała wypadek? Kolejny wytrych fabularny, ona się nawet nie pojawia osobiście, tylko jest wspomniana żeby była drama! Bo oczywiście Rosalie musi myśleć, że mąż ją zdradza.

Uzależnienie bohaterki od energetyków? Jak by ten wątek nie był absurdalny, to w tym tomie sprowadza się jedynie do tego, że ona lubi ten smak i w sumie z raz ją w sercu kłuje. Ale dlaczego nikt jej nie powiedział, że nie powinna tego pić? Rodzice? Lekarze? William?! Kurczę, przecież od tego może jej życie zależeć! W ogóle o depresji i myślach samobójczych bohaterka też zapomniała. Bardzo wygodne.

Dostajemy informację, że rodzice Rosalie nią manipulują i ją wykorzystują. Tylko nic w fabule tej książki tego nie potwierdza. Najbardziej jaskrawym przykładem tego „wykorzystania” jest scena, w której matka dziewczyny PROPONUJE jej sesję fotograficzną do magazynu. Nie każe, nie zmusza. Tylko mówi jej, że jakby chciała to dostała propozycję. No niesamowita manipulacja!

Sam wątek amnezji do niczego nie zmienia. Pojawia się parę scen, w których Rosalie odzyskuje wspomnienia, ale w ostatecznym rozrachunku nie mają one żadnego znaczenia.

Za to nie wiadomo po co dostajemy sceny z perspektywy Finna i Stacy. Gdzie nic to nie wnosi, no może poza rozepchaniem objętości książki, co jest absurdalne przy tym jak krótka ona jest. Finn jest bardzo irytującą postacią. Ja rozumiem, że on miał być takim lekkoduchem, ale wkurza gdy facet, który zaraz będzie ojcem nie umie zachować powagi nawet przez pięć minut, a jedyne o czym gada to alkohol i słabe suchary.

W ogóle temat alkoholu w tej książce. W poprzednim tomie też miałam wrażenie, że autorce się wydaje, że picie jest takie dorosłe, ale tam przynajmniej Rosalie nie lubiła imprez, więc scen spożycia nie było aż tak dużo. Zaś w tym tomie bohaterowie chleją, bo nawet piciem tego nazwać nie można, praktycznie co chwilę. Autorka dalej nie wie jak takie ilości alkoholu działają na organizm.

Tak samo zresztą ciąża. Bo oczywiście bohaterka ponownie zachodzi w ciążę. Widać, że to jest takie wyobrażenie nastolatki o tym jak powinno wyglądać szczęśliwe małżeńskie życie. Utopia, zero problemów, kochający mąż i gromadka dzieci. Realizmu zero.

Na koniec książki jeszcze dostajemy epilog o dzieciach bohaterów, który nic nie wnosi i nie ma żadnego związku z treścią samej powieści.

Styl autorki się nie zmienił, dalej jest źle. Tak samo redakcja i korekta. Znowu dopadła mnie klątwa brakujących myślników.

Nie polecam. Drugi tom powiela wszystkie błędy poprzedniego a do tego dorzuca nowe. Jeśli autorka chce dalej pisać książki to powinna solidnie popracować nad warsztatem, bo w obecnej formie tego nie widzę.

niedziela, 15 marca 2026

Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło – Marcelina Świątek (BZK)

Tytuł: Princesa. Dzień, od którego wszystko się zaczęło
Cykl: Princesa
Autor: Marcelina Świątek
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

Przeprawa przez Booktour Złych Książek trwa.

Rosalie Sparks to dwudziestojednoletnia dziewczyna z bogatej rodziny. Pewnego dnia rodzice oznajmiają jej, że ma ona poślubić Williama Singha, chłopaka, który zdaniem Rosalie jest jej największym wrogiem.

Bardzo widać, że tę książkę pisała nastolatka. Największym problemem bohaterki wydaje się być to, że rodzice jej nie kochają i w ogóle nikt jej nie kocha, i w ogóle nic tylko się pochlastać. Znamy to, każdy był w tym miejscu, a potem się dorasta. Bohaterka twierdzi, że po ślubie będzie całe dnie siedzieć i nic nie robić, i że ją to dobija, ale nie znajdzie sobie żadnego hobby. Przecież od momentu gdy nie mieszka z rodzicami to nie oni odpowiadają za zorganizowanie jej wolnego czasu! W ogóle, niby Rosalie pochodzi z bogatej rodziny, ale cały czas zachowuje się jakby do bogactwa nie przywykła, cały czas robi na niej wrażenie. I w ogóle to ona zamiast wydawać pieniądze to by wolała je oszczędzić na czarną godzinę… To jest myślenie człowieka biednego, tak to ja sobie mogę myśleć, bogata laska by brała luksus za standard. Jej relacja z rodzicami zmienia się w zależności od tego czego wymaga w danym momencie fabuła. W jednej chwili bohaterka twierdzi, że miała szczęśliwe dzieciństwo, w następnej, że rodzice ją odchudzali przez co zemdlała… Nawet dostajemy scenę przyklejenia pierścionka zaręczynowego na superglue… Kompletnie absurdalne. Do tego Rosalie jest uzależniona od energetyków i ma myśli samobójcze. Co zabawne, jej pierwszym pomysłem na popełnienie samobójstwa było wypicie zbyt dużej ilości energetyków, ale nie miała ich w domu to wzięła nóż.

William to praktycznie pan idealny, odrobinkę wredny, ale tak tylko do smaku, żeby nie był mdły. Znaczy i tak jest. Jedyną jego tylko zaborczość i wybuchy agresji wobec rywala do serca wybranki. To faktycznie był red flag. Tylko, że te wybuchy pojawiają się już po zaręczynach, kompletnie nie rozumiem czemu Rosalie tak go nienawidziła na początku książki, a autorka nie raczyła mi tego wytłumaczyć.

Cały czas czytając tę powieść miałam wrażenie, że bohaterowie są nastolatkami, a nie dorosłymi ludźmi. Ich problemy są bardzo dziecinne, to takie nastoletnie wyobrażenie jak wygląda życie młodych dorosłych.

Paradoksem tej książki jest to, że nie dzieje się w niej prawie nic, a i tak ma się wrażenie, że wydarzenia następują po sobie za szybko. Po prostu fabuła po kolei odhacza kolejne sceny, żadna nie ma okazji tu wybrzmieć. Przyjaciel, który się zakochał w bohaterce? Jest, co z tego, że ta przyjaźń jest w ogóle niewiarygodna? Bliższe poznawanie się bohaterów? Szybki montażyk scen jakby to był film. Ciąża przyjaciółki? W sumie nic ważnego. Podróż poślubna? Krótko acz nadmiernie dramatycznie. Poważnie, wydarzenia na jachcie są absurdalne i jedyne czego czytelnik życzy bohaterce to wypadnięcie przez burtę. Niestety tak się nie dzieje.

Za to dostajemy bardzo dużo rozważań Rosalie o życiu. Głębokich jak kałuża w upalny dzień i napisanych jakby to była rozprawka na polski. Po prostu czuć, że autorka jest młoda i brakuje jej doświadczenia życiowego. Widać, że autorka chciała poruszyć poważne tematy, ale nie ma ku temu odpowiedniej wiedzy i wrażliwości. Jest młoda, ma prawo nie wiedzieć. Ale powiela w swojej powieści wiele szkodliwych wzorców. Nie, miłość nie leczy z depresji i nie rozwiązuje magicznie wszystkich problemów. Uzależnianie swojej chęci do życia od obecności ukochanej nie jest zdrowe dla żadnej ze stron. Wiele problemów bohaterów dałoby się rozwiązać zwykłą rozmową, ale wtedy by nie było dramy.

Nawet za bardzo nie chce mi się jechać po tej książce, bo widać, że nie powinna ona nigdy zostać wydana, tylko pozostać w odmętach Wattpada czy innej tego typu platformy. To ewidentnie są pierwsze wprawki w pisaniu i wydawnictwo zrobiło wielką krzywdę autorce wydając to.

Językowo jest fatalnie. Według stopki redakcyjnej książka przeszła redakcję i korektę, ale w ogóle tego nie widać. Niektóre zdania nie mają sensu i trzeba się naprawdę zastanowić żeby zrozumieć o co miało w nich chodzić. Pojawiają się zdania typu: „patrzałam na Williama”. Miejscami brakuje znaków interpunkcyjnych albo pojawiają się niewłaściwe, jak na przykład przecinek na końcu zdania. Ogólnie, wydawnictwo zawaliło na całej linii.

Jeszcze kwestia ograniczenia wiekowego książki. Ne egzemplarzu, który mam jest to 18+, acz wiem, że wydawnictwo zmieniło je po aferze na 16+. I faktycznie to 18+ było mocno przesadzone, bo nic takiego się w tej książce nie pojawia. Żadnej graficznej sceny seksu tu nie ma, jedyna jaka się pojawia to bardziej fade to black. Innymi słowy, wydawnictwo na spokojnie mogło uniknąć afery, ale by wtedy nie było darmowej reklamy, nie?

Ogólnie książka jest po prostu słaba. Jednak życzę autorce żeby się nie zrażała do pisania tylko faktycznie popracowała nad warsztatem. I może kiedyś, w przyszłości, napisała kolejną, lepszą książkę. I to w innym wydawnictwie, bo to zawaliło.

czwartek, 12 marca 2026

Little Stranger - Leigh Rivers (BZK)

Tytuł: Little Stranger
Cykl: The Web of Silence Duet
Autor: Leigh Rivers
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: romans, obyczajowa

W lutym zrobiłam sobie przerwę od BZK, bo bardzo potrzebowałam okładów z gejów po tym co przeczytałam w styczniu. I od razu po powrocie oberwałam w głowę cegłą. A właściwie śrubokrętem. W tym tempie to mi książek na okłady zabraknie…

Olivia jest adoptowaną córką rodziny Vize’ów. Cała historia zaczyna się, kiedy jej rodzice adoptują kolejne dziecko, tym razem chłopca. Malachi, bo tak ten się nazywa, przez traumatyczne przeżycia nie mówi, ale bardzo szybko przywiązuje się do nowej siostry. I to za bardzo, o wiele za bardzo. Kiedy dzieci dorastają ich relacja zaczyna się stawać coraz dziwniejsza i seksualna. W końcu Malachi trafia do więzienia, za pobicie ojca, który przyłapał go na seksie z siostrą. Po ośmiu latach chłopak wychodzi, jedyne czego chce to ukarać siostrę, która zeznawała przeciwko niemu.

Co ja właśnie przeczytałam?

Nie powinno się tej książki nazywać romansem, nawet dark. To jest normalny pornos. Ba! Większość pornosów ma mniej pretekstową fabułę. Normalnie cała fabuła tej książki sprowadza się do fetyszy sklejonych na ślinę. Sens? Logika? A na co to komu?

Charaktery postaci? Nie istnieją. Olivia to typ popularnej dziewczyny, Malachi zaś to typowy wyrzutek, który nie mówi i ma obsesję na jej punkcie. Mózgu nie stwierdzono u żadnego z nich.

Relacja między nimi? Sprowadza się tylko do seksu. Niby autorka próbuje wmówić czytelnikowi, że tam się rozwija jakieś głębsze uczucie, ale nie widać tego. Nie ma ani jednej sceny między tą dwójką, która nie kręciłaby się wokół jednego. No, może scena na początku, jak mają po kilka lat. Tylko problem w tym, że Malachi wykazuje niezdrowe przywiązanie do Olivii od pierwszego spotkania. Czemu? Nie wiadomo.

Olivia ma specyficzne fantazje seksualne, jest masochistką. No i zaczyna uczyć Malachiego jak ten ma ją zadowolić, niby pod pozorem, że robi to po to by ten umiał potem się zachować przy innej dziewczynie. A Malachi oczywiście jest bardzo pojętnym uczniem, już za pierwszym razem przeradza się w boga seksu. Obejrzał jak się robi minetę na pornolu? Umie! Tylko jest niedoświadczony! No śmiech na sali. Oczywiście autorka nawet na chwilę nie pozwala zapomnieć, że formalnie tych dwoje jest rodzeństwem. Bohaterowie zwracają się do siebie per siostrzyczko/braciszku nawet w scenach intymnych. Kurczę, równie dobrze autorka mogła zrobić z nich rodzone rodzeństwo, jak już chciała lecieć po bandzie, a przynajmniej uniknęła by wtedy idiotyzmów związanych z adopcją.

Rodzice bohaterów nie powinni móc nikogo adoptować. Ja się przestałam w pewnym momencie dziwić, że Olivia i Malachi wyrośli na chorych pojebów, bo w takiej rodzince to nie mogło wyjść inaczej. Ojciec praktycznie od początku traktuje Malachiego okropnie, bije go, ale dla Olivii jest cudownym tatusiem. Matka z kolei niby najpierw chce, żeby Olivia została dziewicą do ślubu, ale jak ta kończy szesnaście lat to płaci pierwszemu lepszemu facetowi żeby ją rozdziewiczył i karze jej się umawiać z dwoma gościami naraz… No nie ma w tym grama sensu. W dodatku ojciec jest prawnikiem a matka sędziną. Naprawdę nie wiem jakim cudem po tym jak ich syn pobił ojca i przyznał się do romansu z siostrą ktoś pozwolił im adoptować kolejne dziecko… Ale widać w tym świecie procedury adopcyjne załatwia się na lotnisku po przekazaniu dziecka, no bo po co wcześniej?

Ostatnie sto stron książki to opis „zemsty” Malachiego na Olivii. Innymi słowy, dokładny opis tego jak on ją porywa i gwałci. Z użyciem śrubokrętu, a właściwie dupokrętu i przy współudziale tarantuli. A ona stwierdza, że to ten jedyny. Matko Bosko Częstochowsko… Nie pojmuję tego co tu się odjaniepawla. I Olivia na koniec stwierdza, że ucieka sprzed ołtarza, bo przyszły mąż ją gdzieś wywiezie i będzie gwałcił i leci do Malachiego, który dosłownie dwa tygodnie wcześniej gdzieś ją wywiózł i gwałcił. Logiko, jesteś jeszcze z nami, czy już dawno porzuciłaś ten padół ziemski? I oczywiście na koniec Malachi zaczyna mówić poprawnie, bo happy end musi być pełny! Co z tego, że przez osiem lat nie potrafił się nauczyć wymówić imienia Olivii, bardzo długiego i trudnego jego zdaniem, wystarczyły dwa tygodnie by to nadrobić!

Książka napisana jest fatalnie. Czasem autorka nagle zmienia scenę nie informując o tym czytelnika. Po prostu w jednym akapicie bohaterowie są w jednej sytuacji a w następnym w zupełnie innej. A ty czytelniku domyśl się!

Napisanie tej opinii zajęło mi zdecydowanie więcej czasu niż na to ta książka zasługuje, ale to głównie przez to, że przy czytaniu moje szare komórki uległy masowej zagładzie. Nie polecam. Nikomu. Lepiej odpalić pomarańczowego youtube’a, tam znajdziecie bardziej wartościowe treści.