Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 grudnia 2025

Nowa Wiosna - Robert Jordan

Tytuł: Nowa Wiosna
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

„Nowa Wiosna” to prequel „Koła Czasu” jednak zalecam jej lekturę najwcześniej w połowie cyklu. Zdecydowanie lepiej jest zacząć przygodę z tą serią od „Oka Świata”, ponieważ prequel wiele tajemnic z głównego cyklu traktuje jako rzeczy oczywiste.

Ostatnie dni Wojny z Aielami. Gitara Moroso przepowiada narodziny Smoka Odrodzonego i umiera. Świadkami tego wydarzenia są jedynie Zasiadająca na Tronie Amyrlin oraz dwie Przyjęte, Moraine i Siuan. Wkrótce rozpoczynają się poszukiwanie dziecka, którego przeznaczeniem jest walka z Czarnym. Tymczasem Lan Mandragoran, niekoronowany król Malkieru musi uporać się z machinacjami politycznymi swojej dawnej kochanki.

Kiedy brałam tę książkę do ręki, spodziewałam się, że historia będzie mniej więcej po równo podzielona między Moiraine i Lana. Tak jednak nie jest, przez zdecydowaną większość powieści śledzimy losy Moiraine.

Fabularnie ta książka za dużo nie wnosi do cyklu. Wszystkie najważniejsze informacje w niej podane pojawiają się też w głównej serii.

Najwięcej ta powieść wnosi pod względem światotwórczym. Robert Jordan wykorzystuje każdą okazję, by poszerzyć i uszczegółowić świat przedstawiony, za co autentycznie uwielbiam ten cykl. Mamy okazję zobaczyć jak wygląda dzień normalnej Przyjętej w Białej Wieży i typowa droga do otrzymania szala. Tego mi brakowało w głównym cyklu, gdzie wszystkie młode bohaterki przez etap szkolenia na Aes Sedai przeszły w trybie mocno przyspieszonym. Moiraine i Siuan, choć zdolne, jednak edukację przeszły normalnym trybem. Ze strony Lana dowiadujemy się za to więcej o zwyczajach i tradycjach Malkieru.

Bardzo podoba mi się jak duży wpływ ma relacje między Moraine a Lanem mają różnice kulturowe, jak bardzo to co jedno uważa za uprzejmość dla drugiego jest zniewagą.

Moraine jest przedstawiona jako dziewczyna mająca jeszcze problem z panowaniem nad swoim temperamentem, dużo twardsza niż sugeruje to jej wygląd laleczki. Razem z Siuan tworzą zgrany duet. Widać skąd wzięła się jej determinacja w znalezieniu Smoka Odrodzonego, że wpływ na to miała nie tylko przepowiednia, ale także plany Wieży względem dziewczyny.

Młody Lan bardzo przypomina swoją starszą wersję, ale jednocześnie czuć, że faktycznie jest młodszy. I zdecydowanie bardziej uprzedzony do Aes Sedai niż w późniejszych latach.

Na kartach powieści pojawia się wiele znanych z historii Randa postaci, niektóre tylko na chwilę, inne mają trochę większą rolę.

Już zapomniałam, jak różny od stylu pisania Sandersona jest styl Roberta Jordana. Jest zdecydowanie mniej dialogów, za to więcej opisów. Humor też jest bardziej subtelny, bardziej na zasadzie ironii i mrugnięć okiem do czytelnika, niż bezpośrednich żartów.

Prawdziwym szokiem było dla mnie, że polskie wydanie jest bardzo porządnie wykonane. Przede wszystkim okładka jest prześliczna. A sam tekst wyraźnie przeszedł porządną korektę, błędy zdarzały się, owszem, ale było ich dosłownie kilka i gdybym nie była wyczulana pewnie bym ich nawet nie zauważyła. Czyli jednak da się! W głównej serii nie można tak było?

Muszę się przyczepić jedynie do dwóch rzeczy. Po pierwsze: niekonsekwencja w nazwach narodowości względem głównego cyklu. Nagle zamiast Malkierczyków są Malkieri, a zamiast Kandorczyków – Kandori. Druga rzecz: w tej książce znalazłam Glosariusz, którego nie było w „Pamięci Światłości”. Poznałam po obecności wielu terminów odnośnie Seanchan, którzy przecież na kontynent przybyli jakieś osiemnaście lat po akcji tej książki! I po braku korekty, Glosariusz pod tym względem to poziom głównej serii.

Ogólnie, nie uważam żeby była to lektura obowiązkowa, nie ma w niej nic, bez czego nie zrozumiecie „Koła Czasu”. Ale! Jest bardzo przyjemna, sama przeczytałam ją w zaledwie trzy dni. Jeśli podobał wam się główny cykl i nie chcecie rozstawać się z tym światem, to pozycja dla was idealna.

środa, 24 grudnia 2025

Pamięć Światłości - Brandon Sanderson, Robert Jordan

Tytuł: Pamięć Światłości
Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Jak poprzednio, ostrzegam przed możliwymi spoilerami do poprzednich części, więc jeśli jeszcze ich nie czytaliście zapraszam do mojej recenzji tomu pierwszego.

No i dotarłam do końca tej podróży. Skończeniu takiej serii towarzyszy pewne uczucie odrealnienia. Przez ostanie dziesięć miesięcy („Oko Świata” zaczęłam czytać w połowie lutego) nie musiałam się zastanawiać po jaką książkę sięgnąć jako następną, „Koło Czasu” stało się pewną stałą w moim życiu. Teraz towarzyszy mi poczucie żalu, że to już koniec, ale też duma z tego, że do tego końca dotrwałam. Czy było warto?

Na Polu Merrilora zbierają się stronnicy Amyrlin i Smoka Odrodzonego. Konflikt między tym dwojgiem jest ostatnią fazą przygotowań do Ostatniej Bitwy. Inwazja trolloków nabiera tempa, jej ofiarą padają już nie tylko Ziemi Graniczne, ale też Andor. Tymczasem Mat wyrusza żeby odnaleźć żonę i przy okazji znaleźć się jak najdalej od Randa. Jednak nie jest to tak łatwe jak by chciał…

„Pamięć Światłości” zaczyna się od konfliktu Randa i Egwene. Podoba mi się sposób w jaki został on rozwiązany, choć dalej nie rozumiem pobudek Egwene.

Większość tego tomu zajmuje Ostatnia Bitwa. Dzieje się dużo i ciężko napisać coś bez spoilerowania. W końcu wszyscy bohaterowie zostali zebrani w jednym miejscu, a gra toczy się o najwyższą stawkę. Jest ciekawie, jest epicko. Jest tak jak być powinno. Może i nie doprowadziła mnie ta książka do łez (to akurat jest dość trudne), ale kilka razy było blisko. Niektóre momenty uderzyły mnie dużo mocniej niż się spodziewałam. Nie raz zaskoczyły mnie zwroty akcji, choć muszę przyznać, że kilka przewidziałam. Akcja trzyma w napięciu praktycznie do samego końca, dosłownie na jakieś 30 stron przed zakończeniem martwiłam się czy uda się domknąć wszystkie wątki. Na szczęście niepotrzebnie. Wszystko się ładnie spina, nie kojarzę żeby jakiś wątek pozostał bez konkluzji.

Mamy tu w końcu rozwiązanie wątku Czarnej Wieży. Bardzo podobało mi się wprowadzenie postaci Androl, Asha’mana, który nie jest zbyt potężny, ale ma za to pewien szczególny talent. Pozwoliło to na zniuansowanie trochę dynamiki płci w świecie przedstawionym, bo do tej pory mężczyźni byli raczej uniwersalnie przedstawiani jako ci silniejsi przenoszący. Poza tym podoba mi się w jakiej pozycji przez działania zarówno Randa jaki i swoje własne znaleźli się Asha’mani. Wcześniej wydawało mi się, że zignorowanie Czarnej Wieży przez Randa było głupotą. W tym tomie okazuje się, że w tym szaleństwie była metoda, nawet jeśli nie było to od początku zamysłem Smoka.

Podoba mi się jak w tym tomie zostali zagospodarowani ta’veren. Każdy z chłopaków ma coś do zrobienia, każdy jest potrzebny do osiągnięcia ostatecznego sukcesu. Oczywiście, najważniejsza rola przypada Randowi, jego starcie z Czarnym jest główną osią fabuły. Ale Mat ma niewiele mniej ważną rolę. Perrin wypada może trochę blado na tle tych dwóch, ale też dostał istotną funkcję. Ogólnie muszę powiedzieć, że obserwowanie tego jak ta trójka rozwinęła się na przestrzeni serii było bardzo satysfakcjonujące.

W sumie można to powiedzieć o większości postaci w tej serii. Ich losy były po prostu satysfakcjonujące. Większość postaci, nawet tych mocno pobocznych dostaje jakieś, choćby nawet króciutkie zakończenie swojego wątku. Co ważniejsi bohaterowie dostają swój „wielki moment”. Jeśli zaś chodzi o antagonistów… Cóż, ci dostają dokładnie to, na co zapracowali.

Niesamowite jest, że w tej serii wciąż jest miejsce na rozwinięcie świata. W tej części mamy kolejną okazję by bliżej przyjrzeć się kulturze Seanchan, która jak dla mnie jest jedną z ciekawszych jakie widziałam w fantasy. Do tego po raz pierwszy pojawiają się mieszkańcy Shary, kultura, o której do tej pory były tylko niejasne wzmianki. Świat „Koła Czasu” jest ogromny i niezwykle rozbudowany. O ile wciąż uważam, że pod względem geograficznym świat w „Malazańskiej Księdze Poległych” Stevena Eriksona jest większy, tak pod względem wielości i złożoności kultur „Koło Czasu” jest dużo bogatsze i zostawia konkurencję daleko w tyle.

Trochę zabrakło mi w epilogu świata jakiś czas po Ostatniej Bitwie. Nie jest to do końca wada, bo dzięki temu czytelnik ma pole do snucia własnych przypuszczeń i spekulacji. Ale brakuje mi właśnie takiego „po”. Poza tym zabrakło mi też interakcji między pewnymi postaciami.

Mimo tych drobnych zarzutów, muszę przyznać, że zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Losy poszczególnych postaci zostają zamknięte bardzo zgrabnie. A samo rozwiązanie głównego konfliktu bardzo pasuje do ogólnego tonu serii.

Polskie wydanie trzyma poziom, do którego przyzwyczaiły już mnie poprzednie tomy. Innymi słowy, korekta to tego tekstu na oczy raczej nie widziała. Ja naprawdę bym się nie czepiała gdyby to było kilka błędów na tom, rozumiem, że nie wszystko da się wychwycić. Ale jak zdarza się po kilka błędów na stronę to ewidentnie coś jest nie halo.

Jestem zadowolona z tego zakończenia. Nawet bardzo. Jest satysfakcjonujące, a jednocześnie pozostawia możliwość na dalsze rozwinięcie. Bardzo udane zamknięcie. Owszem, chciałabym przeczytać kontynuację tej serii (ponoć Jordan takową planował), ale jednocześnie nie mam żalu, że taka nigdy nie powstanie. Zdecydowanie warto było zapoznać się z tą serią, mimo paru dłużyzn w poprzednich tomach. Idźcie i czytajcie, bo naprawdę, warto!

niedziela, 30 listopada 2025

Bastiony Mroku - Brandon Sanderson, Robert Jordan

Tytuł: Bastiony Mroku
Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Przedostatni tom „Koła Czasu”. Tradycyjnie tych co nie czytali poprzednich tomów zapraszam do recenzji tomu pierwszego, bo w poniższym tekście pojawiają się nich spoilery.

Rand przeszedł wewnętrzną przemianę. Perrin musi zmierzyć się ze swoją naturą i błędami przeszłości. Mat przygotowując się do misji ratunkowej musi stawić czoła swojemu prześladowcy. Tymczasem hordy trolloków ruszyły na Ziemie Graniczne.

Wyraźnie widać, że początkowo ten tom i poprzedni (a także następny) miały stanowić jedną całość. Duża część tego tomu została poświęcona historii Perrina, wydarzeniom, które miały miejsce przed zakończeniem „Pomruków Burzy”. A jednocześnie rozdziały te są przeplatane tymi poświęconymi innym postaciom, które z kolei dzieją się poza zakończeniu „Pomruków”, przez co momentami można odnieść wrażenie, że postać Tama znajduje się w dwóch miejscach jednocześnie. Nie jest to jakaś wielka wada, ale zabieg ten zaburza trochę rytm historii i wymaga zwiększonej uwagi czytelnika.

Perrin w końcu zaczyna akceptować swoją wilczą naturę i wykorzystywać możliwości, które daje. Spotkanie z Białymi Płaszczami wymusza też na nim konfrontację z konsekwencjami własnych czynów.

Co zaś się tyczy samych Białych Płaszczy… Jezu, jacy to są idioci. Zbiorowo. A miałam nadzieję, że teraz, kiedy Galad objął nad nimi dowództwo to będzie lepiej… No dobra, jest lepiej, bo Galad jest chociaż szlachetny. Co prawda nie zmienia to wciąż faktu, że jest to szlachetny idiota, ale i tak jest lepiej niż było.

Mat jest absolutnie wspaniałym bohaterem. Każdy rozdział, w którym się pojawia to jest czyste złoto i niesamowita przyjemność z czytania.

Sam Rand w tym tomie bardzo się zmienił. Już nie jest wewnętrznie rozdarty, stał się spokojniejszy i mądrzejszy. Naprawia część błędów, które popełnił wcześniej. Ogólnie można powiedzieć, że został magicznym Jezusem.

Irytuje mnie Egwene. Teraz, gdy już uporała się z rozłamem w Białej Wieży, zaczęła stanowić główną opozycję wobec Randa. A ja nie do końca rozumiem dlaczego. Przecież wychowała się razem z nim, ba! Miała za niego wyjść. A teraz zachowuje się jakby mu w ogóle nie ufała, jakby nie wiedziała jakim on jest człowiekiem. Dziwne to dla mnie.

Z kolei Nynaeve wydaje się jej całkowitym przeciwieństwem. W ogóle, obok Mata, moja ulubiona postać. Aes Sedai, której naprawdę zależy, która nie zapomina być człowiekiem. A za zorganizowanie Lanowi armii to ją uwielbiam.

Ciekawe były wizje Aviedhy w Rhuidean, ale, o ile były one ciekawe, to jednak brakowało mi w nich tego czegoś, co było w analogicznej scenie we „Wschodzącym Cieniu”. W tym momencie najbardziej brakowało mi prozy Jordana.

Dużo w tym tomie powrotów to wydarzeń motywów z początku serii. Widać, że historia jest już na etapie końcowym, bohaterowie przebyli już większość swojej drogi i można już ich zestawić z ludźmi, którymi byli gdy ją zaczynali.

Co do polskiego wydania. Początkowo chciałam napisać, że jest lepiej niż w poprzednim tomie. Ale widzę, że eksperyment trwa nadal, po prostu błędy zaczęły się pojawiać trochę później i są innego rodzaju. W tym tomie nie ma już literek zamiast spacji! Co prawda nie ma też myślników w dialogach i przejść do nowego akapitu wtedy kiedy jest to potrzebne… A imiona są momentami tak przekręcone, że ciężko rozpoznać o kogo chodzi… Do tej pory nie wiem, jakim cudem z „Damodred” wyszło im „Daomdre”. Zresztą nie tylko imiona są przekręcone, „jedynka” zamiast „jednak” też nie ułatwiła czytania. Po za tym jeszcze brak konsekwencji w nazewnictwie. Przymus stał się nagle Kompulsją, Zabójca momentami był nazywany Oprawcą, a raz, o zgrozo, Slayerem. W ogóle, w kilku miejscach nazwy, które normalnie były tłumaczone nie zostały przetłumaczone. I jeszcze w epilogu Olver nagle został Olwerem. Ogólnie pomieszanie z poplątaniem.

Ogólnie to jest świetna książka, jedynie można jej zarzucić zaburzoną chronologię wydarzeń i głupotę pewnych bohaterów, acz to było raczej zamierzone. Ale jest to świetna lektura, po której już nie mogę doczekać się finału.

niedziela, 16 listopada 2025

Pomruki Burzy - Brandon Sanderson, Robert Jordan

Tytuł: Pomruki Burzy
Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

To już dwunasty tom „Koła Czasu” i pierwszy napisany przez Brandona Sandersona. Jeśli nie chcecie zaspoilerować sobie poprzednich części cyklu, to tu macie recenzję tomu pierwszego. Pozostałych zapraszam do lektury!

O takie „Koło Czasu” nic nie robiłam! Akcja w tym tomie niesamowicie przyspiesza, ja naprawdę nie mam pojęcia jak Jordan planował to zamknąć to w jednym tomie, podczas gdy Sanderson napisał z jego notatek trzy i cały czas coś się dzieje! Mormońska magia, zaprawdę.

Można powiedzieć, że osią tego tomu są dwa wątki: Egwene próbująca opanować sytuację w Białej Wieży i Rand chcący zaprowadzić pokój w Arad Doman. Podoba mi się pewna symetria drogi tych postaci, miejscami lustrzana, a miejscami odwrócona.

Egwene pojmana przez stronnictwo lojalne wobec Elaidy została sprowadzona do pozycji nowicjuszki w Wieży i za każdy przejaw nieposłuszeństwa karana biciem. Mimo to dziewczyna nie daje się złamać i robi wszystko by doprowadzić do zjednoczenia Białej Wieży. Naprawdę podoba mi się droga jaką przeszła ta bohaterka. To już nie jest córka karczmarza z Dwu Rzek. To jedna z najpotężniejszych kobiet świata, która nawet poniżona nie pozwala światu o tym zapomnieć. Stała się prawdziwą przywódczynią, która myśli przede wszystkim o dobru Aes Sedai i świata, a nie własnym. A z drugiej strony mamy Elaidę, która jest zwyczajnie głupia.

Z kolei Rand pragnie zaprowadzić pokój w Arad Doman, rozprawić się z Greandal i zawrzeć pokój z Seanchanami. I w przeciwieństwie do Egwene nie idzie mu zbyt dobrze. Mamy okazję obserwować Smoka, któremu nie idzie, który zmaga się z ciężarem oczekiwań i własnych porażek. A trzeba powiedzieć, że Rand wziął na siebie zbyt wiele. W tym tomie staje się coraz bardziej zimny i bezwzględny. Na skutek tego co przeżył znikają wszelkie skrupuły. Rand dokonuje w tym tomie czynów, o które jeszcze niedawno bym go nie posądzała. Coraz mniej w nim nie tylko pasterza, ale w ogóle człowieka. Można powiedzieć, że najważniejsza walka w tej części, to ta o duszę Smoka Odrodzonego.

Muszę przyznać, że Seanchanie to jedna z najciekawiej przedstawionych nacji w tym świecie. Autorzy mogli pójść na łatwiznę i przedstawić ich jako zło wcielone. A zamiast tego otrzymaliśmy zniuansowaną kulturę o odmiennym systemie wartości, ale nie pozbawioną swoich racji, a już na pewno nie złą dla zasady. Seanchanie wprowadzają porządek, ludziom pod ich rządami żyje się lepiej! Z drugiej strony sama koncepcja damane jest obrzydliwa i przerażająca.

Z kolei złem absolutnym w tym tomie zdecydowanie są Przeklęci. A konkretnie Semirhage i Greandal. Obie dopuszczają się czynów niewybaczalnych i obrzydliwych. Muszę, powiedzieć, że Semirhage jest pierwszą od dawna postacią, którą absolutnie nienawidzę. A Greandal wcale nie jest lepsza.

Widać, że ten tom to początek końca. Poszczególne wątki powoli zaczynają zmierzać w wspólnym kierunku i, nawet jeśli jeszcze się nie łączą, to czuć, że ten stan rzeczy nie potrwa długo. Sam świat zaczyna się w pewnym sensie rozpadać, znaki, że Tarmon Gai’don nadchodzi są coraz wyraźniejsze, coraz bardziej niepokojące. Szczególnie zapada w pamięć historia miasteczka, do którego trafił Mat z towarzyszami. Część kart zostaje odkryta, część wątków zakończona. Świat szykuje się na Ostatnią Bitwę.

Styl Brandona Sandersona jest dużo prostszy niż Roberta Jordana, mniej literacki. Książka jest też zabawniejsza od poprzedniczek, bo chociaż u Jordana pojawiały się żarty, były one subtelniejsze. Odnoszę też wrażenie, że Sanderson lepiej niż Jordan radzi sobie z postaciami kobiecymi, bo chociaż postacie pozostają wierne charakteryzacji Jordana, to nie irytują już tak bardzo. Ogólnie muszę przyznać, że przez zmianę stylu tom ten czyta się po prostu błyskawicznie, acz pod względem literackim nie ma żadnych wodotrysków. Ot, bardzo porządnie wykonana robota, z szacunkiem do oryginalnego autora, ale bez próby kopiowania stylu.

Jak się okazuje, nie tylko ja nic nie robiłam o takie „Koło Czasu”. Korekta tej książki najwidoczniej też nie. Ja nie wiem, czy to jest jakiś eksperyment społeczny? Ile błędów w tekście zniesie czytelnik? Bo naprawdę nie mam pojęcia jak inaczej można wyjaśnić taką fuszerkę u, wydawałoby się, poważnego wydawnictwa. Literka v pojawiająca się zamiast spacji, ż wstawiane na początku zdania, postacie w pół zdania zmieniające płeć… Ja już nawet nie wspomnę o tym, że zdarzały się zdania koślawo skonstruowane, bo te akurat giną wobec ogólnie odwalonej maniany! I żeby te błędy pojawiały się chociaż co kilkadziesiąt stron, ale nie! Potrafią się zdarzyć kilka razy na jednej stronie! Wstyd!

Muszę powiedzieć, że „Pomruki Burzy” to świetna książka, całkowicie spełniająca pokładane w niej nadzieje. To obietnica na naprawdę udane zakończenie cyklu. Czy ta obietnica zostanie spełniona? Idę czytać dalej.

niedziela, 2 listopada 2025

Gilotyna Marzeń - Robert Jordan

Tytuł: Gilotyna Marzeń
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Na początek ostrzeżenie o możliwych spoilerach do poprzednich tomów. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy to tu macie recenzję tomu pierwszego.

Tak więc dotarłam do ostatniego tomu głównej serii napisanego tylko i wyłącznie przez Roberta Jordana. Czy jest to godne pożegnanie z pisarzem?

Pojmana przez Białą Wieżę Egwene została sprowadzona do pozycji Nowicjuszki. Perrin, który sprzymierzył się z Seanchanami przygotowuje się do odbicia żony. Mat wraz z kompanami wciąż próbuje oddalić się od terenów zajętych przez Seanchan. Tymczasem zaczynają dziać się dziwne rzeczy: ludzie widzą zmarłych, a żywność psuje się w nienaturalnym tempie. Niechybny znak, że Taemon Gai’don się zbliża.

Wydaje mi się, że w końcu zostawiłam etap dłużyzn w „Kole Czasu” za sobą. Akcja oczywiście dalej nie pędzi na łeb na szyję, toczy się raczej powoli, do czego ta seria już mnie przyzwyczaiła. Ale w przeciwieństwie do kilku poprzednich tomów jest to naturalna powolność, a nie przeciąganie na siłę. Poszczególne wątki dostają tyle czasu ile potrzebują. Dzięki temu książkę czyta się dużo płynniej niż poprzednie.

Przez całą powieść ma się odczucie, że opowieść powoli wkracza w etap końcowy. Widmo Ostatniej Bitwy cały czas wisi nad bohaterami. Kilka wątków znajduje w tej części swoje rozwiązanie, widać, że w kolejnych częściach bohaterowie będą się już musieli skupić na walce z Czarnym.

Zdecydowanie obecnie moją ulubioną postacią jest Mat. Podoba mi się droga jaką przebył ten bohater, ile jego różnych oblicz możemy zobaczyć, a jednocześnie jest to bardzo spójna wewnętrznie kreacja. A jego relacja z Tuon jest najciekawsza ze wszystkich romantycznych jakie do tej pory widziałam w „Kole Czasu”. Do tego zapowiada się, że wątek Mata w kolejnych tomach będzie jeszcze ciekawszy ze względu na treść pewnego listu.

W końcu w tym tomie mamy rozwiązanie wątku porwania Faile. Wątek jako całość był mocno rozciągnięty na przestrzeni ostatnich kilku tomów, przez co powoli miałam go dość i czekałam na jego rozwiązanie. Na szczęście w tym tomie nabrał tempa, a Perrin miał okazję udowodnić, że jest nie tylko silny, ale też inteligentny. Mam mieszane uczucia do zakończenia tego wątku, a konkretnie do losu pewnego Aiela, który pomógł Faile.

Najciekawszy dla mnie był wątek Egwene. Przywódczyni Buntowniczek została schwytana przez Aes Sedai z Białej Wieży i zamiast zostać stracona, zdegradowano ją do pozycji Nowicjuszki. Kara, która w zamierzeniu miała ją poniżyć tylko dała jej okazję do pokazania hartu ducha. Egwene bardzo w tym tomie zyskała w moich oczach i faktycznie dobrze się czytało jej rozdziały.

Podobało mi się, że mieliśmy okazję zobaczyć Nynaeve w nowej roli. Do tej pory widzieliśmy ją w roli Widzącej i Aes Sedai. Teraz pokazała, że dorasta do roli jaką niesie ze sobą małżeństwo z Lanem. Coraz bardziej podoba mi się jej postać.

Najmniej do powiedzenia w tym tomie mam o Randzie, bo on przez większość czasu po prostu był. Owszem, cały czas obserwujemy zmagania z Lewsem o kontrolę nad ciałem oraz zmagania Randa z Mocą. Wciąż ciekawa jestem skąd biorą się jego problemy z nią. No i oczywiście widzimy też jak chłopak uczy się polegać na radach Cadsuane. Ale w sumie Rand się za bardzo nie zmienia. Nie licząc fizycznie, bo w następnych tomach będzie się musiał żyć bez pewnej części…

Jeszcze muszę powiedzieć, że Loial w tym tomie miał swój moment, w którym mógł zabłysnąć. Podoba mi się postać tego Ogira, przede wszystkim daje wgląd na obyczaje tej rasy przy jednoczesnym przełamywaniu ich.

Nieustannie jestem pod wrażeniem świata stworzonego przez autora. To jest prawdopodobnie najbardziej bogaty kulturowo świat fantasy z jakim miałam przyjemność się spotkać. Każda kultura ma swoje osobne zwyczaje. Podoba mi się jak przedstawiono konflikty wynikające z różnic kulturowych.

Do polskiego tłumaczenia muszę się przyczepić. Miejscami zdania są wyjątkowo kanciaste, ciężko czasem zrozumieć co autor (tłumacz) miał na myśli. Owszem, nie ma tego aż tak wiele, ale jak już pojawiają się tego typu błędy to drażnią.

Muszę przyznać, że to jeden z przyjemniejszych tomów. Akcja ma w końcu odpowiednie tempo, znikły dłużyzny, klimat się zagęszcza, postacie przechodzą przemianę. Ogólnie seria zmierza w ciekawym kierunku. Pożegnanie z Panem Robertem Jordanem uważam za udane (przynajmniej tymczasowe, bo jeszcze został mi prequel jego autorstwa). Ciekawa jestem jak Brandon Sanderson poradzi sobie z zakończeniem cyklu.

poniedziałek, 6 października 2025

Rozstaje Zmierzchu - Robert Jordan

Tytuł: Rozstaje Zmierzchu
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Dziesiąty tom „Koła Czasu”. Ostrzegam przed spoilerami do poprzednich część i odsyłam do recenzji tomu pierwszego.

Matowi udało się w końcu wydostać z Ebou Dar i razem z widowiskiem Luki stara się wydostać z terenów opanowanych przez Seanchan. Perrin wciąż podąża śladem Shaido, którzy uprowadzili jego żonę. Elayne stara się pozyskać poparcie dla swojej sprawy i utrzymać oblężoną stolicę. Tymczasem zbuntowane Aes Sedai pod wodzą Egwene rozpoczynają oblężenie Tar Valon.

Po zakończeniu poprzedniego tomu spodziewałam się, że w tym akcja ruszy z kopyta. W końcu Rand dokonał rzeczy, która była uważana do tej pory za niemożliwą i całkowicie odmienił status quo tego świata. Okazuje się jednak, że fabuła zamiast się rozkręcić to stanęła w miejscu. Przez większą część książki wydarzenia nie wychodzą poza finałowy moment poprzedniego tomu. Obserwujemy jedynie reakcję różnych bohaterów na potężne użycie Mocy. Ale w sumie nikt nie wie kto, dlaczego i z jakim skutkiem.

Najbardziej mi się podobał w tym tomie wątek Mata. Jego relacja z Tuon jest bardzo fajnie napisana, wręcz przypomina taniec. Rozbraja mnie to, że Mat pogodził się z faktem, że ta dziewczyna jest mu przeznaczona na żonę. Na ten moment jest to jedna z najfajniejszych relacji, szczególnie, że dzięki niej mamy okazję lepiej poznać obyczaje Seanchan, a jest to ciekawy naród, nawet jeśli odrobinę przerażający.

Najbardziej mnie w tym tomie zirytowała Egwene. Bo z jednej strony dziewczyna świetnie sobie radzi lawirując między stronnictwami zbuntowanych Aes Sedai. Z drugiej, podejmuje całkowicie durne decyzje, jak ta z końcówki tego tomu. Naprawdę mnie to wkurzyło, zwłaszcza, że było to całkowicie bezsensowne i niepotrzebne ryzyko. Zirytowało mnie też to, że Aes Sedai całkowicie błędnie zinterpretowały wydarzenia z końca poprzedniego tomu oraz działania Randa, acz muszę przyznać, że na dobrą sprawę przyjecie przez nie najczarniejszego scenariusza nie jest głupie. Po prostu takie nieporozumienia irytują, gdy czytelnik wie co się wydarzyło naprawdę. I irytuje mnie też to, jak duży wpływ na Egwene ma Halima. I wydaje mi się, że akurat w tym względzie moje zirytowanie jest bardziej uzasadnione, bo nawet nie wiedząc kim ona faktycznie jest, ta kobieta zachowuje się podejrzanie! A Egwene w ogóle tego nie widzi.

Zdesperowany Perrin wciąż szuka żony (który to już tom?!) i jest gotów na przymierze z każdym, kto jest mu w stanie pomóc ją odzyskać. Facet jest naprawdę zdesperowany. Faile tymczasem szuka możliwości ucieczki i znajduje niespodziewanych sprzymierzeńców. Byłby to fajny wątek, gdyby się tak nie ciągnął.

Elayne jest w ciąży i ma wahania nastrojów. I mimo robi wszystko by zyskać poparcie dla swoich praw do tronu. A u bram Ceamlyn stoi wroga armia. Dodatkowo dziewczyna musi znosić nadmierną troskę otoczenia i konsekwencje współdzielenia uczuć ze swoim Strażnikiem.

Zaś jeśli chodzi o samego Randa, to wydaje się, że wiele się u niego nie zmieniło. Mimo pozbycia się skazy dalej ma problemy z korzystaniem z Mocy, a Lews Terrin jak siedział mu w głowie tak siedzi. Podejrzewam, że skutki jego wyczynu zobaczymy dopiero w kolejnym tomie, zwłaszcza, że wygląda na to, że Rand w końcu będzie musiał zrobić porządek z Czarną Wieżą, bo o ile pomysł jej powołania był dobry, tak chłopak pozwolił Taimowi na za dużą swobodę.

Ciekawi mnie motyw tego, że ta’veren są w stanie mniej więcej powiedzieć co robią pozostali, ciekawa jestem jak to będzie dalej rozwinięte.

Ogólnie strasznie się ten tom dłużył, nawet jak na standardy tej serii, a przecież „Koło Czasu” przyzwyczaiło mnie już do dłużyzn. Jest w tym tomie trochę polityki, ale przede wszystkim mamy tu armie maszerujące, armie oblegające i armie oblegane. Innymi słowy, armie w najnudniejszych etapach kampanii. Cała nadzieja w tym, że historia powoli zacznie zmierzać do finału, a wątki nabiorą tempa i zaczną się zazębiać.

Zauważyłam też, że w tym tomie zmienił się tłumacz. Żadnych większych błędów nie zauważyłam, ale coś w stylu zmieniło się na tyle, że jest to wyraźnie odczuwalne.

Ogólnie mam wrażenie, że to jedna z tych książek w serii, na której trzeba po prostu zacisnąć zęby i przetrwać. Nie jest może zła, „Koło Czasu” mimo wszystko cały czas trzyma pewien poziom, ale ze wszystkich dotychczasowych tomów „Rozstaje Zmierzchu” porwały mnie najmniej.

sobota, 6 września 2025

Dech Zimy - Robert Jordan

Tytuł: Dech Zimy
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Kolejny tom „Koła Czasu”. Kto nie czytał poprzednich tomów, to zapraszam tutaj na recenzję tomu pierwszego, bo w poniższej recenzji mogą zdarzyć się spoilery do poprzednich tomów serii.

Faile została uprowadzona przez Shaido. Perrin chce ruszyć żonie na ratunek. Elayne przejmuje władzę w Andorze. Rand planuje oczyścić męską połowę Źródła ze skazy, jednak wcześniej musi uporać się ze zdrajcami, którzy próbowali go zabić. Tymczasem Mat powraca do zdrowia i planuje ucieczkę z miasta opanowanego przez Seanchan.

Coraz bardziej podoba mi się światotwórstwo w tych książkach. To, jak różne są od siebie poszczególne narody, jak odmienne ich kultury i wyznawane wartości. Dodatkowo jest to świetnie uzasadnione warunkami, w jakich poszczególne ludy żyją. W tym tomie mamy okazję bliżej przyjrzeć się kulturze Seanchan, temu jak egzotyczna jest dla bohaterów. Muszę przyznać, że damane i cała otoczka kulturowa z nimi związana to przerażający koncept. Nie tylko dlatego, że te kobiety są traktowane jak zwierzęta, ale dlatego, że one nie czują potrzeby zmiany swego losu. Przerażające.

Poza Seanchanami możemy też lepiej poznać Lud Morza oraz Aielów, zrozumieć zasady sukcesji w Andorze, dynamikę relacji międzyludzkich w Altarze, czy odwiedzić Far Madding, miasto odcięte od Mocy. Wiele z pomysłów Jordana jest bardzo oryginalnych, a co najważniejsze, wszystkie są świetnie ugruntowane w świecie przedstawionym. Muszę przyznać, że pod tym względem „Koło Czasu” błyszczy.

Bardzo ciekawie rozwija się w tym tomie relacja między Randem a jego dziewczynami. Cała czwórka dochodzi to porozumienia. W sumie powinnam być oburzona, bo nie przepadam za poligamią, zwłaszcza w układzie gdzie to facet ma kilka kobiet, ale tu to działa. Głównie dlatego, że on nie ma z nimi łatwe życia. No i ta relacja wkroczyła teraz na trochę inny poziom. Ogólnie nie spodziewałam się, że ten wątek sprawi mi tyle frajdy. No i dzięki dziewczyną mamy też pełniejszy wgląd w psychikę Randa. A powiem, że chłopak czasem jest niepokojąco wyzuty z emocji.

No i z trójki ta’veren Rand jest w najszczęśliwszym położeniu, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie uczuciowe. Perrin szaleje z obawy o życie żony. Naprawdę, serce się od tego łamie. Tymczasem sama Faile musi przywyknąć do roli gai’shain i przeżyć w wrogim środowisku. Zwłaszcza, że szybko wychodzi na jaw czyją jest żoną. Dziewczyna stąpa po cienkim lodzie, a fakt, że razem z nią do niewoli trafiły dwie charakterne królowe nic nie ułatwia.

Mat z kolei znowu trafił w łapy Tylin. Naprawdę irytuje mnie ta kobieta. Gdyby była facetem to ten wątek to byłby thriller o przestępcy seksualnym. Albo dark romans, na jedno wychodzi. A tak mam wrażenie, że autor nie traktuje tego do końca poważnie i u Mata rozwinął się pewien rodzaj Syndromu Sztokholmskiego. Ale ogólnie Mat jest najfajniejszą postacią w tej serii. W tym tomie rozwalił mnie, a proroctwo na temat jego potencjalnego małżeństwa zaczyna się spełniać.

Muszę też powiedzieć, że sama końcówka tego tomu to jest to, dlaczego czytam „Koło Czasu”. To był naprawdę fantastyczny rozdział, z wielką magią i licznymi pojedynkami. Zdecydowanie warte przeczytania. Świetnie podbudowane w poprzednich tomach. Wyjaśniające wiele spraw i pozostawiające czytelnika z nowymi pytaniami. A ponad wszystko całkowicie przewracające status quo. Cudowne.

Sam tekst miejscami mi zgrzytał, mam wrażenie, że z winy tłumacza, ale głowy nie dam, bo nie sprawdzałam jak było w oryginale. Po prostu zdarzały się zdania, w których brakowało sensu.

Podsumowując, świetnie mi się czytało tę część. Akcja była bardziej wartka niż w paru poprzednich tomach a całość nie sprowadzała się tylko do maszerujących armii. Bohaterowie zaczęli brać bardziej aktywny udział w wydarzeniach, a wiedza czytelnika o świecie została znacząco poszerzona. Polecam.

wtorek, 19 sierpnia 2025

Ścieżka Sztyletów - Robert Jordan

Tytuł: Ścieżka Sztyletów
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Najkrótsza część „Koła Czasu” za mną. Na początku ostrzegam przed spoilerami do poprzednich tomów, na tym etapie po prostu nie ma sensu ich unikać. A jeśli chcecie zacząć przygodę z tą serią odsyłam do mojej recenzji pierwszego tomu.

Rand został królem Illian, a Seanchanie powrócili. Potomkowie Armii Artura Jastrzębie Skrzydło ponownie podejmują próbę zagarnięcia ziem, które ich zdanie ukradziono ich przodkom. Tymczasem Nynaeve i Elayne razem z Poszukiwaczkami Wiatru i kobietami z Kółka Dziewiarskiego używają w końcu Czary Wiatrów. Aes Sedai pod wodzą Egwene kontynuują marsza na Białą Wieżę, a Perrin szuka Proroka. Rand tymczasem zmaga się z Mocą…

Ciekawe, że książka w sumie nie jest zbyt cienka (znaczy jest cienka jak na „Koło Czasu”, ale jednak te 700 stron ma) a w sumie niewiele się w niej dzieje. Zasadniczo książka sprowadza się do tego, że armie maszerują. I to powoli.

Najwięcej się dzieje na początku książki i przez ostatnie jakieś 200 stron. Sama scena użycia Czary Wiatrów była wspaniała, a wydarzenia po niej? Wisienka na torcie. No powiem, że Elayne była cudowna w tej scenie. Zwłaszcza, że dostajemy też nowe informacje na temat działania magii w tym świecie.

No i końcowa kampania Randa przeciw Seanchanom. Bardzo fajnie opisana. Chociaż miejscami miałam wrażenie jakby brakowało całych rozdziałów. Zdaję sobie sprawę, że to taki zabieg artystyczny, ale wybijało mnie to z rytmu. Ale podoba mi się zakończenie tego wątku w tym tomie.

No i końcowe zdarzenia sprawiają, że mam coraz większe podejrzenia co do Czarnej Wieży. Znaczy, podejrzenia mam od samego początku, bo Asha’mani są jednak dość podejrzani, a ich stosunek do Randa jest mocno niepokojący.

Sam Rand w tym tomie ma problemy z opanowaniem Mocy. No i wraca Lews Terrin.

Wątek Egwene całkiem nawet mi się podobał, ładnie przejęła dowodzenie. Tylko niepokoi mnie jaki wpływ ma na nią Halima i że sama Egwene nie widzi w tym nic niepokojącego.

Jeśli chodzi o wątek Perrina, to bardzo się cieszę, że powróciła postać Elyasa. I od razu Elias daje Perrinowi dobre rady odnośnie traktowania żony! Może już nie będę musiała znosić fochów Faile? Mam nadzieję, bo dziewczyna już mi działała na nerwy. Ciekawe jest też to, że do oddziału Perrina przyłączyła się grupa Morgase. Intryguje mnie co z tego wyniknie. Bardzo podoba mi się przede wszystkim dynamika między Morgase a Lini. Widać, że starsza kobieta umie postawić byłą królową do pionu. A Morgase dostaje mocną lekcję pokory.

Niepokoję się o Mata. W tym tomie nic o nim nie ma! A przecież na zakończenie poprzedniego był w poważnych tarapatach… Zdaję sobie sprawę, że raczej nie zginie, w końcu jeszcze wiele wątków z jego udziałem się nie rozwiązało, ale martwię się… Autorzy fantasy są całkiem nieśli w wymyślaniu losów gorszych od śmierci…

Wyjątkowo przyczepię się nie do tłumaczenia, a do jakości książki. Zdarzały się strony, przez które druk prześwitywał na drugą stronę. Co przy prawie 80 złotych ceny okładkowej powinno być nie dopuszczalne.

Ale ogólnie książkę czytało się szybko, gdyby tylko tempo akcji dorównywało temu czytania. Zgrzyty między frakcjami są bardzo ciekawe, ale wojska mogłyby by maszerować ciutkę szybciej. Niemniej, to dalej świetna seria i z niecierpliwością sięgnę po kolejne tomy.

niedziela, 3 sierpnia 2025

Korona Mieczy - Robert Jordan

Tytuł: Korona Mieczy
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

To już połowa cyklu! Tradycyjnie ostrzegam przed nisko latającymi spoilerami do poprzednich części. A recenzję pierwszego tomu macie tutaj.

Po uwolnieniu się z niewoli Aes Sedai Rand wraca do Cairhien, gdzie musi uporządkować bałagan jaki spowodowało jego zniknięcie. Nynaeve i Elayne kontynuują poszukiwania Czary Wiatrów. Egwene umacnia swoją pozycję jako Zasiadająca na Tronie Amyrlin. Moghedien ucieka z Salidaru. Tymczasem Lord Kapitan Komandor Synów Światłości zostaje zamordowany…

Książka w porównaniu do poprzedniczek nie jest długo, ma niecałe 900 stron (tak, kilka poprzednich tomów wypaczyło moje postrzeganie w tej kwestii). Dzieje się w niej w zasadzie niewiele, nie licząc końcówki, gdzie akcja gwałtownie przyspiesza. Niby powinnam przywyknąć do powolnego tempa akcji jeśli chodzi o tę serię…

Na pewno ciekawy jest wątek Randa, który przez poprzednie tomy przywykł do głosu Lewsa w swojej głowie. Teraz Lews ucichł, a Rand zastanawia się czy nie był on jedynie wytworem jego pogrążającego się w szaleństwie umysłu. Ciekawie było też w tym tomie obserwować jak Rand nagina rzeczywistość do swojej woli jako ta’veren.

Interesującą wydaje się postać Cadsuane, wiekowej Aes Sedai, która cieszy się ogromnym szacunkiem wśród pozostałych Sióstr. Jej motywy są owiane tajemnicą, ale jest to zdecydowanie bardzo charyzmatyczna bohaterka.

Ogólnie mam spory problem z podejściem kobiet do mężczyzn w tym tomie. Szczególnie w wątku Mata. Biedny chłopak został osaczony przez królową Tylin, która nie uznaje słowa „nie”. Irytuje tu szczególnie bagatelizowanie i śmiech ze strony otoczenia, szczególnie Elayne. Ja wiem, że to było pisane w innych czasach, z inną wrażliwością, ale jednak nie uważam za zabawne, że kobieta zaciąga siłą faceta do łóżka. Zwłaszcza, że nie zgadzam się z tym, że Mat dostał za swoje, bo owszem, on jest kobieciarzem, ale nigdy nie narzucał się kobiecie, która nie była zainteresowana.

Z podejściem Nynaeve do Lana też mam problem, acz nie aż tak duży. Po prostu dziewczyna czasem przesadza. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy to, że Lan się w niej zakochał nie wynika z jego skłonności samobójczych. Ogólnie to ja nawet Nynaeve lubię, ale niech ta kobieta nauczy się choć trochę panować nad sobą! Kobieto, to twój ukochany a nie worek treningowy! Ja rozumiem, że chłop zasłużył na opieprz, bo mnie też wkurza, ale nie trzeba się od razu z łapami wyrywać!

Z pozytywów zaś podobał mi się wpływ jaki na Elayne wywiera Aviendha. Podejście Aielów w kwestii honoru jest specyficzne, ale dobrze, że księżniczka w końcu zauważyła, że coś z Nynaeve zawdzięczają Matowi. Cudowny jest wątek przyjaźni Mata z Birgitte. Ja ogólnie lubię motyw przyjaźni kobieciarza i kobiety, której on w ogóle nie traktuje jako obiektu seksualnego.

Podoba mi się też relacja Randa z Min. W ogóle Min wydaje mi się ze wszystkich dziewczyn Randa najsensowniejsza.

Trochę nie rozumiem jaki był plan Randa na pokonanie Sammaela, że wysyłał armie do Łzy… Znaczy, rozumiem, że to jakoś miało odwrócić uwagę Przeklętego, ale te armie szły dwa tomy, najpierw wysłał Mata, potem go odwołał, potem Perrina… A na końcu z tego co zrozumiałam to nie miało wcale znaczenia, bo fortel nie wypalił? No poplątane.

Interesujący jest też wątek Kręgu, na trop którego wpadają Nynaeve i Elayne.

Zaś jeśli chodzi o Tar Valon… Ja się pytam jak Elaida, kobieta, która ma zdolność Przepowiadania może być tak durna i pozbawiona wyobraźni?! Toż jak rozdawali inteligencję, to ona nawet w kolejce nie stała! No i bawi mnie, że w sumie teraz robi to samo za co obaliły Siuan, tylko głupiej.

Zakończenie było intrygujące, zaczyna się nowy dla Randa etap, a dawni wrogowie wracają.

Do polskiego tłumaczenia nie mam większych zastrzeżeń, no za tym, że czasem w dialogach brakuje myślników, co sprawiło, że ciężko było zrozumieć niektóre wypowiedzi. No i oczywiście dalej mnie to łono irytuje. Niech mi to ktoś rozpisze anatomicznie!

W każdym razie, książkę czytało się dobrze, chociaż nie była przepełniona akcją. Mam wrażenie, że to samo można by zmieścić na o wiele mniejszej ilości stron.


niedziela, 20 lipca 2025

Triumf Chaosu - Robert Jordan

Tytuł: Triumf Chaosu
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Tradycyjnie ostrzegam przed spoilerami do poprzednich części i odsyłam do recki tomu pierwszego.

Smok Odrodzony odbił stolicę Andoru spod władzy Przeklętego. Teraz pragnie zachować kraj niezniszczony wojną dla Elayne. Jednak po kraju zaczynają krążyć pogłoski, że to on zabił królową Morgase. Sytuacji nie poprawia też ogłoszona przez niego amnestia dla mężczyzn przenoszących moc. Tymczasem Morgase wraz z towarzyszami szuka schronienia na dworze Amadicii. Nynaeve i Elayne odnajdują zbuntowane Aes Sedai w Salidarze. Zarówno z Salidaru jak i Tar Valon wyruszają misje do Smoka Odrodzonego. Oba stronnictwa chcą przejąć kontrolę nad jego poczynaniami…

Ogólnie historię w tym tomie można podsumować tak, że wszystkie problemy (no dobra, może nie wszystkie ale większość) wynikają z braku komunikacji. Co prawda w najważniejszych sprawach nie wynika to z winy bohaterów, najczęściej z odległości i braku możliwości przesłania wiadomości, a także z uzasadnionego braku zaufania. Bo całkowicie rozumiem to, że Morgase nie miała żadnych podstaw by ufać Randowi, ale nie zmienia to faktu, że jej decyzje w tym tomie irytowały mnie niesamowicie. Gorzej było w kwestiach relacji między bohaterami, bo połowę problemów w wątkach romantycznych dałoby się rozwiązać szczerą rozmową. No, ale to jest raczej standard w powieściach, że bohaterowie ze sobą nie rozmawiają, więc czego ja oczekuję. Acz uważam za niezwykle zabawne jak dziewczyny Randa podzieliły go między siebie, a chłopak nie ma w tej sprawie kompletnie nic do gadania.

Bardzo podoba mi się kierunek w jakim rozwija się Rand. Już teraz widać, jak potężnym użytkownikiem mocy jest. Do tego chłopak całkiem sprawnie lawiruje w zawiłościach polityki. Dowiadujemy się w tym tomie też trochę więcej na temat jego pochodzenia. Jednocześnie intrygująca jest jego „relacja” z Lewsem Therinem. Obecność Lewsa w głowie Randa coraz częściej daje się we znaki, Rand musi walczyć o zachowanie nie tylko własnej świadomości, ale i kontroli nad Mocą. Lews z kolei także coraz bardziej jest świadomy obecności Randa. Po prostu na tym etapie już można powiedzieć, że Lews jest pełnoprawną postacią, czasami jego sojusznikiem, a czasem rywalem. Ciekawie się to czyta.

Intrygujący jest też motyw mężczyzn, których Rand objął amnestią. Ich szkoleniem zajął się Mazrim Taim, jeden z Fałszywych Smoków. I powiem, że jest to bardzo niepokojąca postać. Szczególnie niepokoi to jaki on ma wpływ na tych mężczyzn. Rand niby mu nie ufa, a jednocześnie powierzył mu całe szkolenie. Boję się, że się obudzi z ręką w nocniku, zwłaszcza, że mam względem Taima pewne podejrzenia.

Coraz bardziej podoba mi się też Nynaeve. Ze wszystkich kobiet władających mocą zrobiła na mnie w tym tomie największe wrażenie, bo udało jej się dokonać czegoś, co do tej pory było uważane za niemożliwe. I w dodatku mam wrażenie, że to jej odkrycie może być bardzo przydatne w kolejnych tomach. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że będzie potrzebne w tym, ale jednak się pomyliłam.

Elayne w tym tomie też dokonuje pewnych odkryć, choć nie aż tak przełomowych. Bardzo ciekawy jest wątek tego jak dziewczęta trzymają w ukryciu Moghedien. Wydobywają z niej wiedzę o zapomnianych sposobach użycia Mocy i dlatego (na razie) nie mogą pozwolić, by Moghedien poniosła konsekwencje swoich czynów.

Zaś wątek Egwene jest świetny, mimo że dużo wcześniej przewidziałam jak się potoczy. Zresztą, nie ma w tym nic dziwnego, ta bohaterka prawie od początku serii była konsekwentnie prowadzona w tym kierunku. Bardzo podoba mi się przemiana jaka w niej zaszła. Egwene przebywając wśród Aielów stwardniała, zdecydowanie nabrała cech, które będą jej bardzo potrzebne. I bardzo rozwinęły się jej zdolności, szczególnie jeśli chodzi o Śnienie.

Zaskoczyło mnie, jak mało miejsca poświęcono Perrinowi, zwłaszcza, że blurb sugerował, że będzie go więcej. Oczywiście, jak się pojawia, to faktycznie ma istotną rolę, ale przez większość powieści go nie ma. I powiem szczerze, że Faile mnie w tym tomie mocno irytowała.

Mat z kolei w tym tomie niby zaczyna od bycia przynętą na Sammaela, ale potem plany się zmieniają i w sumie chłop się tłucze z miejsca w miejsce. Po drodze dorabia się dzieciaka, co prawda nie biologicznego i już dość wyrośniętego. I stwierdzam, że jeśli chodzi o kobiety to z całej trójki ta’veren Mat się zna na nich najlepiej. Znaczy nie rozumie ich tak samo jak reszta, ale przynajmniej wie, że trzeba uciekać. Jego reakcje na niektóre sytuacje to czyste złoto.

Aes Sedai knują. Zarówno te z Salidaru jak i z Wieży. Wydawałoby się, że obie frakcje powinny się zjednoczyć w swoim obrębie, tymczasem obserwujemy jeszcze więcej podziałów i tarć między nimi. Plus do tego dochodzą stosunki między poszczególnymi frakcjami a Smokiem Odrodzonym. Każda by chciała kontrolować Randa, wszystkie się go boją. A jednocześnie te kobiety go nie doceniają, im się wydaje, że to wciąż jest prosty chłopak ze wsi.

Wśród Przeklętych też dzieją się ciekawe rzeczy. Każdy z nich chce zostać Nae’blis, prawą ręką Czarnego, a jednocześnie obawiają się, czy pozycja ta nie jest przeznaczona dla Smoka. Większość chciałaby się pozbyć Randa, ale nie mogą ze względu na rozkazy Czarnego. Inni proponują mu sojusz. Nie ufają nikomu, a sobie nawzajem najmniej. No knują, knują i to na potęgę. W dodatku zdaje się, że pozbycie się Przeklętych może nie być takie łatwe jak się do tej pory wydawało, a przynajmniej nie ostateczne. Ciekawi tez postać nietypowego Myrddralla.

Co do polskiego wydania, to parę potknięć było, ale biorąc pod uwagę długość powieści, nie trafiały się na tyle często by irytować. I chyba już się przyzwyczaiłam do dziwnego umiejscowienia łona u bohaterek, bo przestaję zwracać na to uwagę.

Ogólnie rzecz ujmując, był to świetny tom, który czytało się bardzo szybko. I to pomimo jego objętości.

wtorek, 1 lipca 2025

Ognie Niebios - Robert Jordan

Tytuł: Ognie Niebios
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

„Koło Czasu” po raz piąty. Tradycyjne ostrzeżenie przed spoilerami do poprzednich tomów (spoilerów z omawianego tomu starałam się unikać) i odnośnik do recenzji tomu pierwszego.

Po przewrocie w Białej Wieży Siuan, Leane i Min ruszają na poszukiwanie Aes Sedai, które nie zgadzają się z rządami Elaidy. Zbieg okoliczności sprawia, że ich tropem rusza Gareth Bryne, nieświadomy kim są poszukiwane przez niego kobiety. Nynaeve i Elayne, nieświadome wydarzeń w Tar Valon, po wydarzeniach w Tanchico starają się wrócić do Wieży. Na ich szczęście, w snach można dowiedzieć się wielu pożytecznych rzeczy… Tymczasem Aielowie pod wodzą Car’a’carna wyruszają w pościg za armią Couladine’a.

W tym tomie zdecydowanie dużo się dzieje. Są bitwy, zwroty akcji, knowania… Całkiem sporo postaci dostaje swoje pięć minut – i wykorzystuje je w pełni. Błyszczą szczególnie Mat i Nynaeve. Mat im bardziej nie chce być bohaterem tym bardziej się nim staje, a ja ten typ niechętnego bohatera wprost uwielbiam, szczególnie, że ma tak cięty język. Nynaeve zaś wszystkie swoje błędne decyzje w tym tomie odkupiła pod koniec, nie będę zdradzać jak, powiem tylko, że bardzo sprytnie wykorzystała pewną rzecz… Są w tym tomie sceny, które łamią serce. Nie będą oczywiście spoilerować. Ale ryzyko złamanego czytelniczego serca istnieje.

Coraz więcej dowiadujemy się o Przeklętych. Zarówno o ich knowaniach w teraźniejszości (a knują i to na potęgę, zwłaszcza, że każdego z nich obchodzi jedynie własna korzyść) jak i ich przeszłość. Oraz przeszłość Smoka. Ponieważ Lews Therin w tym tomie zaczyna coraz wyraźniej pokazywać, że Smok się odrodził. Rand musi wkładać dużo wysiłku w zachowanie własnej tożsamości.

Polityki jest tu trochę, są przetasowania na tronach, knucia i spiski zarówno Aes Sedai jak i Przeklętych. Sojusze nie zawsze są oczywiste. Rand zaś gdzie nie ruszy wpływa na bieg wydarzeń. Kolejne narody przyłączają się do Smoka Odrodzonego. A Rand widać, że ma plan. Coraz mniej w nim tego wiejskiego chłopaka, który musiał uciekać z rodzinnej wioski.

Faktem jest, że bohaterowie potrafią momentami irytować. Szczególnie jeśli chodzi o relacja romantyczne. A w sumie to postacie kobiece potrafią irytować ogólnie. Czy one wszystkie muszą być takie nierozsądne i uparte?! No i Rand wkurza z tą swoją chęcią chronienia kobiet bez względu na okoliczności. Co on, zaginiony brat bliźniak Shirou Emiyi z „Fate/Stay Night”?! Obaj rudzi, obaj mają nierówno pod sufitem, obaj prędzej zginą niż pozwolą kobiecie walczyć?

Coraz bardziej podoba mi się magia w tym świecie. Płomień stosu, który z początku wydawał się być jedynie wyjątkowo silnym atakiem, okazał się być czymś o wiele ciekawszym. Niezmiennie podoba mi się koncept obroży a’dam. A i sam Świat Snów też jest bardzo ciekawy. Sporo w tej części istotnych rzeczy się tam dzieje. W tym tomie Rand w końcu ma nauczyciela, który może mu przekazać wiedzę na temat przenoszenia przez mężczyzn. Chłopak używa mocy coraz bardziej świadomie, rozwija się. Nie przenosi już tylko instynktownie.

Z kwestii czysto językowych to mnie coraz bardziej irytuje nadużywanie słowa „łono” w tej serii, zwłaszcza, że z kontekstu jasno wynika, że nie o łono chodzi. Ale to już przy recenzji poprzedniego tomu ustaliłam, że to jest wina tłumaczki, a nie autora, po angielsku to ma więcej sensu. Większych błędów w polskiej wersji nie stwierdziłam, a przynajmniej nie pamiętam, więc nie mogło być źle.

Ten tom czytało mi się bardzo dobrze. Akcja nabrała tempa, relacje między bohaterami się rozwijają, ogólnie – dzieje się. Chciałabym żeby taka tendencja się utrzymała, choć słyszałam, że w późniejszych tomach tempo siada. W każdym razie, zamierzam przekonać się empirycznie czy tak jest faktycznie. Do następnego!

sobota, 7 czerwca 2025

Wschodzący Cień - Robert Jordan

Tytuł: Wschodzący Cień
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Kolejny tom monumentalnego cyklu „Koło Czasu”. Standardowe ostrzeżenie przed mogącymi się pojawić spoilerami do poprzednich części.

Zgodnie z przepowiednią Kamień Łzy upadł, a Smok Odrodzony dobył Callandora. Jednak pieczęcie wiążące Czarnego w jego więzieniu słabną, powodując dziwne i niebezpieczne zdarzenia dla ta’veren oraz ludzi w ich otoczeniu. Smok Odrodzony wyrusza by zdobyć kolejnych sojuszników i wypełnić następne proroctwa. Tymczasem Egwene, Elayne i Nynaeve wpadają na nowy trop wiodący do Czarnych Sióstr, zaś z Dwu Rzek docierają niepokojące wieści.

W tym tomie dużo więcej miejsca niż w poprzednich zajmują wątki romantycznej. Egwene i Rand dochodzą do wniosku, że ich relacja jest bliższa tej między rodzeństwem i następuje swoiste „przekazanie” Randa Elayne. Mam ogólnie trochę problem z wątkami romantycznym Randa, bo kompletnie nie rozumiem czemu Elayne i Min się w nim zakochały, co gorsza one same tego nie rozumieją. Byłam w stanie zrozumieć uczucia Egwene, w końcu dorastali w przekonaniu, że się kiedyś pobiorą. Jestem też w stanie zrozumieć Lanfear, bo jej obsesja dotyczy bardziej Lewsa Therina niż samego Randa. Ale kompletnie nie widzę czym on ujął te dwie młode kobiety.

Z drugiej zaś strony mamy rozwijającą się relację Perrina z Faile, która jest bardzo fajna, przynajmniej wtedy kiedy Faile nie jest wkurzająca, a niestety jest wkurzająca przez całkiem sporą część książki. Naprawdę, ten wątek byłby o połowę krótszy i dużo przyjemniejszy, gdyby ta dwójka normalnie ze sobą rozmawiała. Zaś postać Perrina zmierza w tym tomie w bardzo ciekawym kierunku. Od początku wydawał mi się on najrozsądniejszym z trójki ta’veren, teraz zaś ma szansę zaprezentować zdolności przywódcze.

Najciekawszy jest wątek Randa. Bardzo dużo dowiadujemy się w nim o kulturze Aielów oraz historii zarówno tego ludu jak i świata. Rozdziały rozgrywające się w Rhuidean były cudowne, autor podrzucił starannie wybrane fragmenty całości, a ty czytelniku składaj to w całość i snuj domysły. Cudo! Poproszę więcej w tym stylu!

Dostaliśmy też w tej części więcej informacji o Świecie Snów i o magii w tym świecie. Egwene pobiera nauki u Mądrych. Interesujący jest też fakt, że Aes Sedai to nie jedyne kobiety w tym świecie zdolne przenosić moc.

Wątek Mata też w tym tomie jest bardzo interesujący, acz w znacznym stopniu „przyklejony” do Randa.

Bardzo mnie zaskoczyły wydarzenia w Tar Valon. To nie jest tak, że się całkowicie tego nie spodziewałam, ale na pewno nie spodziewałam się, że dojdzie do tego tak szybko. Jestem teraz tym bardziej ciekawa jaką rolę odegra Biała Wieża w kolejnych częściach.

Do samego zakończenia mam podobny zarzut jak w pierwszym tomie. Mianowicie wydało mi się chaotyczne, za dużo się działo za szybko.

Ogólnie tom ten bardzo powoli się rozkręcał, do około 300 strony nie byłam pewna o czym dokładnie będzie ta książka i miałam poczucie, że czytam prolog… Ale w ostatecznym rozrachunku książka mi się bardzo podobała. W interesującym kierunku zmierza ta historia, acz bardzo powoli, ten tom był o 400(!) stron dłuższy od poprzedniego.

Jakość polskiego tłumaczenie w tym tomie jest zdecydowanie wyższa niż w poprzednim. Nie pamiętam żadnego bezsensownego zdania. Jedyne do czego się mogę przyczepić to to, że tłumaczka chyba nie za bardzo ogarnia co to jest łono, specjalnie sprawdziłam jak jest w angielskiej wersji i ewidentnie błąd jest po stronie tłumaczki. Po za tym trafił się jeden akapit, w którym brakuje w kilku miejscach spacji, ale biorąc pod uwagę objętość książki, tragedii nie ma.

środa, 30 kwietnia 2025

Smok Odrodzony - Robert Jordan

Tytuł: Smok Odrodzony
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

To już trzeci tom „Koła Czasu”, dlatego uprzedzam, że mogą się pojawić spoilery do poprzednich części. Postaram się, żeby było ich jak najmniej, ale na tym etapie ciężko napisać o fabule coś by nic nie zdradzić. Także kto nie czytał poprzednich tomów, to tu macie link do mojej opinii o tomie pierwszym. Całą resztę zapraszam do lektury.

Smok się odrodził. Po wydarzeniach z „Wielkiego Polowania” bohaterowie schronili się w Górach Mgły. Rand próbuje opanować Moc i nie oszaleć, jednocześnie targają nim wątpliwości, czy faktycznie jest tym za kogo się podaje. Żeby to rozstrzygnąć postanawia samotnie udać do Kamienia Łzy, fortecy, która, według proroctwa nie upadnie nim Smok Odrodzony nie ujmie Callandora, przechowywanego w niej kryształowego miecza. Jego śladem ruszają Moiraine, Lan, Loial oraz Perrin, wciąż zmagający się ze swoją wilczą naturą. Tymczasem w Tar Valon Egwene, Elayne, Nynaeve zostają ukarane za opuszczenie Wieży, jednocześnie dwie pierwsze zostają wyniesione do rangi Przyjętych. Zasiadająca na Tronie Amyrlin zleca przyjaciółkom zadanie zdobycia informacji na temat Czarnych Ajah, Aes Sedai służących Czarnemu. Tymczasem Mat dochodzi do siebie po zerwaniu więzi ze sztyletem i planuje wyruszyć w świat. Aes Sedai mają co do niego własne plany, ale Matowi sprzyja nadnaturalne szczęście.

W recenzji poprzedniego tomu napisałam, że Rand jest głównym bohaterem i nie wygląda żeby to się miało wkrótce zmienić. Cóż… Nie pomyliłam się może całkowicie, bo jednak wciąż główny wątek koncentruje się wokół jego osoby. Jednak samego Randa w „Smoku Odrodzonym” jest tyle co kot napłakał. Narracja z jego punktu widzenia zajmuje może z 10 stron? Przez resztę czasu do głosu dochodzą pozostali bohaterowie. I w sumie jest to duży plus tego tomu. To nie tak, że nie lubię Randa, bo to naprawdę nie jest najgorszy bohater i jego wątek jest nawet ciekawy. Ale jednak dobrze dostać inną perspektywę, szczególnie, że po tytule książki się tego nie spodziewałam.

Tak więc w tym tomie główne skrzypce grają Perrin, Egwene i Mat. Szczególnie podobało mi się, że ten ostatni dostał w końcu głos. Do tej pory nie mieliśmy okazji poznać jego perspektywy, a przez znaczną część pierwszego tomu na jego zachowanie wpływał przeklęty sztylet. Teraz mogłam bliżej poznać tego wygadanego i zaradnego chłopaka. Widać też, że autorowi nie brakuje pomysłów na poprowadzenie tego bohatera, czego obawiałam się po zakończeniu wątku ze sztyletem.

Wątek Perrina opiera się w tym tomie głównie na jego zmaganiach się ze swoją wilczą stroną. Chłopak wciąż nie chce zaakceptować tego kim jest i obawia się o swoje zdrowie psychiczne. Pod pewnymi względami jest lustrzanym odbiciem Randa, obaj mają podobne rozważania na temat swoich zdolności. Ważną postacią w wątku Perrina jest Faile, dziewczyna Polująca na Róg Valere, nie świadoma tego, że artefakt został już odnaleziony. Ich relacja wydaje się być z rodzaju „kto się lubi ten się czubi”, ale całkiem fajnie się to czyta.

Zaś śledztwo młodych Przyjętych wypada bardzo ciekawie, zwłaszcza, że ani czytelnik, ani bohaterki nie wiedzą komu mogą zaufać.

Ciekawą właściwością tej serii jest to, że mimo iż każdy tom jest całkiem obszerny i nie nudzę się w trakcie czytania, to kiedy patrzę wstecz co się wydarzyło w tej książce, mam wrażenie, że wcale nie tak wiele. Nie jest to dla mnie wada, wolniejsze tempo zdecydowanie tutaj pasuje.

Zastrzeżenia mam przede wszystkim do tłumaczenia. Tłumaczenie w tym tomie jest zdecydowanie najgorsze ze wszystkich z tej serii, które dotychczas przeczytałam. W pewnym momencie stwierdziłam, że gdybym piła kielicha za każdym razem, kiedy któraś z bohaterek mówiła w formie męskiej to bym padła pijana pod stołem. Noż ludzie, czy ktoś ten tekst sprawdzał przed wydaniem? Ja już nawet przymykam oko na literówki, bo te wiadomo, że w tak obszernej powieści mogą się znaleźć. Ale tu niektóre zdania nie mają sensu! I mam poważne podejrzenia, graniczące niemal z pewnością, że to nie jest wina autora. Więc ewidentnie zawiniła tu tłumaczka, a nade wszystko korekta. Bo niech mi ktoś wytłumaczy co miało znaczyć takie zdanie: „Spojrzał jej w oczy ustępliwie, co wcale nie było równie twardo i niełatwe.” No ja tu za bardzo sensu nie widzę.

Ogólnie jak na razie był to najlepszy tom „Koła Czasu”, tylko tłumaczenie mi go trochę obrzydziło. Ale seria trzyma poziom wzrostowy i mam nadzieję, że w kolejnych częściach utrzyma tę tendencję.

niedziela, 23 marca 2025

Wielkie Polowanie - Robert Jordan

Tytuł: Wielkie Polowanie
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Kontynuuję moją przygodę z cyklem „Koło Czasu”.

W poprzednim tomie okazało się, że Rand jest mężczyzną umiejącym przenosić Moc, czyli ogólnie osobnikiem w tym świecie bardzo niebezpiecznym i skazanym na szaleństwo. Chłopak zdaje sobie sprawę, że jeśli Aes Sedai się nim zainteresują to raczej marnie skończy. Dlatego postanawia jak najszybciej oddalić się z Fal Dara. Jednak chyba nie do końca jest przekonany do tego planu i za długo się ociąga. Do Fal Dara przybywa bowiem Zasiadająca na Tronie Amyrlin razem ze świtą Aes Sedai. Wkrótce zostaje skradziony Róg Valere oraz sztylet, od którego zależy życie Mata. Rand razem z przyjaciółmi wyrusza w pogoń za złodziejami. Rozpoczyna się Wielkie Polowanie. Tymczasem Egwene i Nynaeve wyruszają do Tar Valon.

W tym tomie jest dużo więcej wątków i historię obserwujemy z większej ilości punktów widzenia. Rand dalej pozostaje najważniejszym bohaterem historii i nie wydaje mi się żeby do się miało zmienić, ale dużo częściej poznajemy myśli i motywacje innych bohaterów. Historia także powoli nabiera rozmachu.

W końcu trafiamy do Tar Valon. Poznajemy frakcje wśród Aes Sedai, tarcia między nimi oraz hierarchię tego zakonu. Widzimy też jak wygląda szkolenie Aes Sedai.

Ciekawym wątkiem jest też inwazja Seanchan. Bardzo spodobał mi się motyw damane. Dość przerażający koncept i świetnie opisane poczucie bezsilności takiej kobiety. Przy okazji świetnie rozwijający system magiczny tego świata.

Rand z biegiem historii staje się coraz ciekawszą postacią. Wie, że jako Przenoszącego Moc czeka go szaleństwo, dlatego powoli zaczyna sam wątpić w swoją poczytalność. Wydaje mi się, że, przynajmniej na razie, do utraty zmysłów jeszcze mu daleko, ale interesujące jest obserwowanie jego wątpliwości.

Mam pewien problem z tym jak autor konstruuje „wielkie tajemnice”. Znaczy, wydaje mi się, że w założeniu ujawnienie tych informacji miało mnie zaskoczyć. Chodzi mi konkretnie o tożsamości Smoka Odrodzonego i Selene. W obu tych przypadkach od razu domyśliłam się o kogo chodzi, nie miałam najmniejszej wątpliwości, nawet takiej tyciutkiej. Nie domyśliłam się tylko tożsamości jednego Sprzymierzeńca Ciemności.

Trochę rozczarowująca była końcówka. Może nie tyle rozczarowująca, co po prostu zabrakło mi tutaj konfrontacji z pewną postacią. Konfrontacji, do której, zdawałoby się, zmierzała cała fabuła powieści. Więc można to też postrzegać jako zaletę, że autor nie daje czytelnikowi dokładnie tego czego czytelnik się spodziewa. Poza tym, wątek ten z pewnością będzie pociągnięty w następnych częściach, więc co się odwlecze to nie uciecze.

I mam jeden zarzut wobec jednej sceny, gdzie Perrin w jednym momencie był razem z pozostałymi bohaterami na przyjęciu, a w drugiej czekał na nich w karczmie. Wydaje mi się, że doszło tu do pomyłki i chodziło o Hurina, wtedy wszystko nabiera sensu. Niby drobiazg, a jednak przez chwilę zwątpiłam we własną pamięć.

Czyta się to dalej doskonale. Autor spokojnie i bez pośpiechu opisuje świat przedstawiony. To nie jest książka składająca się tylko tylko z dialogów, tu są opisy! Czyli coś, czego mi bardzo brakuje w nowszych pozycjach. Jednocześnie nie odniosłam wrażenia nadmiernej ekspozycji, wszystko to jest naturalnie wplecione w fabułę.

Ogólnie uważam, że poziom pierwszego tomu został zachowany, dalej jest to seria, którą czytam z prawdziwą przyjemnością.

poniedziałek, 3 marca 2025

Oko Świata - Robert Jordan

Tytuł: Oko Świata
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Mieliście kiedyś tak, że kupiliście całą serię książek całkowicie na ślepo? Kompletnie nie wiedząc o czym jest fabuła, tylko tyle, że ma dobre opinie? No to ja tak miałam z „Kołem Czasu”. Tak, kupiłam 14 grubaśnych tomów całkowicie w ciemno. I wiecie co? Po pierwszym tomie nie żałuję!

Rand al’Thor to młody chłopak, który wiedzie razem ze swoim ojcem spokojny żywot pasterza w Dwu Rzekach. Wszystko się zmienia kiedy jego rodzinne strony zostają zaatakowane przez trolloki, stwory, o których Rand myślał, że istnieją tylko w opowieściach. Okazuje się, że celem ataku był właśnie Rand oraz jego dwaj najlepsi przyjaciele, Mat i Perrin. Razem z przebywającą w wiosce Aes Sedai imieniem Moiraine chłopcy wyruszają w pełną niebezpieczeństw podróż do Tar Valon. W wyprawie poza czarodziejką i Strażnikiem Lanem towarzyszą im Egwene, ukochana Randa oraz bard Thom.

Nie będę ukrywać, jestem tą książką przezachwycona. Dawno żadna książka nie pochłonęła mnie do tego stopnia, że przestawałam zwracać uwagę na ilość przeczytanych stron, a tu tak było. Fabuła toczy się niespiesznie, a jednak nie odczuwałam dłużyzn w trakcie lektury. Tempo, przynajmniej przez większą część książki, jest idealne.

Miejscami widać mocną inspirację trylogią Tolkiena. Dosłownie przy kilku scenach miałam flashbacki do konkretnych scen z „Władcy Pierścieni”, zresztą cała fabuła opiera się na podobnym schemacie, grupa bohaterów podróżuje do konkretnego miejsca a siły zła próbują im przeszkodzić. Jednocześnie jednak muszę przyznać, że świat i historia wykreowane przez Jordana mają na tyle własnej tożsamości, że nie jest to bezczelna zrzynka. Zwłaszcza, że to dopiero pierwszy tom, historia dalej może się potoczyć w zupełnie innym kierunku, szczególnie, że jest to dużo dłuższy cykl.

Postacie przedstawiają archetypy dość typowe dla gatunku, ale są zróżnicowane i łatwe do odróżnienia od siebie. No i widać, że większość z nich skrywa jakieś tajemnice, które wyjdą na jaw w kolejnych tomach. Widać, że w tej części autor dopiero ledwo zarysował powierzchnię.

Podobne odczucia mam do kreacji świata. Nie ma tu niczego, czego bym nie widziała gdzie indziej, a jednak czytając nie odczuwa się wtórności, poszczególne elementy są zgrabnie do siebie dopasowane i razem tworzą interesującą całość.

Czasem tylko muszę przyznać, że autorowi zabrakło wyobraźni przy nazwach własnych (Shai’tan? Poważnie?), ale to drobny zarzut.

Mój największy zarzut względem fabuły dotyczy końcówki książki. Od momentu gdy pojawia się motyw tytułowego Oka Świata tempo rozwoju wydarzeń zostało zaburzone. Ostatnie starcie zaś wydało mi się odrobinę chaotyczne.

Kolejny zarzut mam zaś do polskiego wydania, gdzie miejscami zabrakło korekty tekstu, bo miejscami nazwy własne nie są odmienione przez przypadki, a mówię o nazwach przetłumaczonych (!) na polski, więc no… Język polska trudna język, nie?

Ogólnie jestem w tej książce zakochana. To jest porządne fantasy, takie z rozbudowanym światem i bohaterami, których losy interesują czytelnika. I po przeczytaniu aż chce się więcej. Na szczęście kolejnych 13 tomów już na mnie patrzy z półki.