niedziela, 2 listopada 2025

Gilotyna Marzeń - Robert Jordan

Tytuł: Gilotyna Marzeń
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Na początek ostrzeżenie o możliwych spoilerach do poprzednich tomów. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy to tu macie recenzję tomu pierwszego.

Tak więc dotarłam do ostatniego tomu głównej serii napisanego tylko i wyłącznie przez Roberta Jordana. Czy jest to godne pożegnanie z pisarzem?

Pojmana przez Białą Wieżę Egwene została sprowadzona do pozycji Nowicjuszki. Perrin, który sprzymierzył się z Seanchanami przygotowuje się do odbicia żony. Mat wraz z kompanami wciąż próbuje oddalić się od terenów zajętych przez Seanchan. Tymczasem zaczynają dziać się dziwne rzeczy: ludzie widzą zmarłych, a żywność psuje się w nienaturalnym tempie. Niechybny znak, że Taemon Gai’don się zbliża.

Wydaje mi się, że w końcu zostawiłam etap dłużyzn w „Kole Czasu” za sobą. Akcja oczywiście dalej nie pędzi na łeb na szyję, toczy się raczej powoli, do czego ta seria już mnie przyzwyczaiła. Ale w przeciwieństwie do kilku poprzednich tomów jest to naturalna powolność, a nie przeciąganie na siłę. Poszczególne wątki dostają tyle czasu ile potrzebują. Dzięki temu książkę czyta się dużo płynniej niż poprzednie.

Przez całą powieść ma się odczucie, że opowieść powoli wkracza w etap końcowy. Widmo Ostatniej Bitwy cały czas wisi nad bohaterami. Kilka wątków znajduje w tej części swoje rozwiązanie, widać, że w kolejnych częściach bohaterowie będą się już musieli skupić na walce z Czarnym.

Zdecydowanie obecnie moją ulubioną postacią jest Mat. Podoba mi się droga jaką przebył ten bohater, ile jego różnych oblicz możemy zobaczyć, a jednocześnie jest to bardzo spójna wewnętrznie kreacja. A jego relacja z Tuon jest najciekawsza ze wszystkich romantycznych jakie do tej pory widziałam w „Kole Czasu”. Do tego zapowiada się, że wątek Mata w kolejnych tomach będzie jeszcze ciekawszy ze względu na treść pewnego listu.

W końcu w tym tomie mamy rozwiązanie wątku porwania Faile. Wątek jako całość był mocno rozciągnięty na przestrzeni ostatnich kilku tomów, przez co powoli miałam go dość i czekałam na jego rozwiązanie. Na szczęście w tym tomie nabrał tempa, a Perrin miał okazję udowodnić, że jest nie tylko silny, ale też inteligentny. Mam mieszane uczucia do zakończenia tego wątku, a konkretnie do losu pewnego Aiela, który pomógł Faile.

Najciekawszy dla mnie był wątek Egwene. Przywódczyni Buntowniczek została schwytana przez Aes Sedai z Białej Wieży i zamiast zostać stracona, zdegradowano ją do pozycji Nowicjuszki. Kara, która w zamierzeniu miała ją poniżyć tylko dała jej okazję do pokazania hartu ducha. Egwene bardzo w tym tomie zyskała w moich oczach i faktycznie dobrze się czytało jej rozdziały.

Podobało mi się, że mieliśmy okazję zobaczyć Nynaeve w nowej roli. Do tej pory widzieliśmy ją w roli Widzącej i Aes Sedai. Teraz pokazała, że dorasta do roli jaką niesie ze sobą małżeństwo z Lanem. Coraz bardziej podoba mi się jej postać.

Najmniej do powiedzenia w tym tomie mam o Randzie, bo on przez większość czasu po prostu był. Owszem, cały czas obserwujemy zmagania z Lewsem o kontrolę nad ciałem oraz zmagania Randa z Mocą. Wciąż ciekawa jestem skąd biorą się jego problemy z nią. No i oczywiście widzimy też jak chłopak uczy się polegać na radach Cadsuane. Ale w sumie Rand się za bardzo nie zmienia. Nie licząc fizycznie, bo w następnych tomach będzie się musiał żyć bez pewnej części…

Jeszcze muszę powiedzieć, że Loial w tym tomie miał swój moment, w którym mógł zabłysnąć. Podoba mi się postać tego Ogira, przede wszystkim daje wgląd na obyczaje tej rasy przy jednoczesnym przełamywaniu ich.

Nieustannie jestem pod wrażeniem świata stworzonego przez autora. To jest prawdopodobnie najbardziej bogaty kulturowo świat fantasy z jakim miałam przyjemność się spotkać. Każda kultura ma swoje osobne zwyczaje. Podoba mi się jak przedstawiono konflikty wynikające z różnic kulturowych.

Do polskiego tłumaczenia muszę się przyczepić. Miejscami zdania są wyjątkowo kanciaste, ciężko czasem zrozumieć co autor (tłumacz) miał na myśli. Owszem, nie ma tego aż tak wiele, ale jak już pojawiają się tego typu błędy to drażnią.

Muszę przyznać, że to jeden z przyjemniejszych tomów. Akcja ma w końcu odpowiednie tempo, znikły dłużyzny, klimat się zagęszcza, postacie przechodzą przemianę. Ogólnie seria zmierza w ciekawym kierunku. Pożegnanie z Panem Robertem Jordanem uważam za udane (przynajmniej tymczasowe, bo jeszcze został mi prequel jego autorstwa). Ciekawa jestem jak Brandon Sanderson poradzi sobie z zakończeniem cyklu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz