Cykl: Bride
Autor: Ali Hazewood
Wydawnictwo: Muza
Gatunek: romantasy
Kontynuuję wątpliwą przyjemność płynącą z czytania książek w ramach BZK. Tym razem na tapet biorę „Bride” Ali Hazelwood. I tak się składa, że jest to piąta książka o wilkołakach jaką przeczytałam w tym roku. I zdecydowanie nie działa to na korzyść tej powieści.
Wampiry i wilkołaki od stuleci są wrogami. Misery Lark, córka wpływowego wampirzego polityka większość swojego życia spędziła jako Gwarantka, zakładniczka mająca zagwarantować pokój między wampirami i ludźmi. A po zakończeniu swojej kadencji w tej roli postanowiła pozostać na terytorium ludzi pod fałszywą tożsamością. Teraz zaś jej ojciec chce, by poślubiła Alfę wilkołaków, co ma zapewnić pokój między ich gatunkami. Misery się zgadza, ale tylko dlatego, że szuka zaginionej przyjaciółki, a jedyny trop jaki ma prowadzi do jej przyszłego męża…
Zawiązanie fabuły jest idiotyczne. Kompletnie nie rozumiem co miało na celu to małżeństwo, zwłaszcza, że od początku jest podkreślone, że będzie trwać ono zaledwie rok. A nikt nie oczekuje od bohaterów, że będą się zachowywać jak prawdziwe małżeństwo. Dlaczego nie mogła to być zwykła wymiana zakładników? Zwłaszcza, że do wampirów faktycznie w zamian za Misery trafia zakładniczka… No nie ma to sensu.
Sensu za bardzo nie ma też świat przedstawiony. Wszyscy zachowują się, jakby o zwyczajach i możliwościach pozostałych dwóch gatunków nie mieli bladego pojęcia. A przecież wampiry, ludzie i wilkołaki, nawet jeśli żyją na osobnych terytoriach, to jednak w miarę blisko siebie, utrzymują stosunki dyplomatyczne, toczą WOJNY! Kurczę, przecież zwłaszcza w konfliktach trzeba wiedzieć jak najwięcej o przeciwniku! I kompletnie nie kupuję świata, w którym to wampiry są najsłabszym gatunkiem, sorry. Owszem, niby jedyną przewagą ludzi jest tylko liczebność, ale kurczę… No i jasne, to jest romans, nie oczekuję jakiegoś rozbudowanego światotwórstwa, ale niech ono przynajmniej ma sens. A, wspominałam, że wampiry w tym świecie mają fioletową krew, a wilkołaki zieloną? O czym autorce (albo tłumaczce) zdarza się regularnie zapominać… Same funkcjonowanie wilkołaków trochę przypomina mi Homowilkołaki… znaczy serię „Green Creek”… Tylko tam to miało więcej uroku, no i bohaterowie jednak ciągnęli tamtą serię...
A jeśli już o bohaterach mowa...
Mizeria… znaczy Misery jest zwyczajnie głupia. Już nawet pomijam to ile czasu zajęło jej ogarnięcie, co myśli o niej jej mąż, bo to jeszcze dałoby się ograć jako zabawne. Znaczy, tu nie wyszło, ale można! Tak, patrzę na was, Homowilkołaki… Problem z Mizerią… Misery jest taki, że ona coś usłyszy z niewiarygodnego źródła, drugie tyle sobie dopowie i przyjmie to za fakt. A na końcu okazuje się, że nic z tego nawet koło prawdy nie stało. Dodatkowo Mizeria nic nie wie o wilkołakach, poza kilkoma stereotypami, które nie mają żadnego pokrycia z rzeczywistością. O wampirach też wie niewiele, bo w sumie od dziecka była Gwarantką na terytorium ludzi, więc ze swoim ludem spędziła jedynie dzieciństwo. Za to o ludziach też prawie nic nie wie, chociaż spędziła wśród nich większość życia i w sumie jej przeżycie zależało od dostosowania się do warunków. Czy ma to jakiś sens? No nie ma! A jednocześnie autorka próbuje wmówić czytelnikowi, że Mizeria jest inteligentna i super zna się na komputerach. I o ile w to drugie to jeszcze jestem w stanie uwierzyć, tak dowodów na domniemaną inteligencję Mizerii nie znalazłam.
Lowe jest już lepszą postacią, głównie przez to, że jest go na kartach powieści po prostu mniej. Wydaje się spoko gościem. Chociaż pod koniec książki jego IQ spada do poziomu małżonki i dostajemy dramę, jakiej nie powstydziłaby się brazylijska telenowela. I to kompletnie niepotrzebną, dodam.
Ich relacja nie wzbudziła we mnie zachwytów, ale większość ich wspólnych scen była raczej poprawna. Taki przeciętny romans. Nic porywającego, ale pod tym względem nie miałam ochoty rzucać książką.
Poza główną parką istotniejsze role odgrywają Ana, sześcioletnia siostra Lowe’a, która szybko się przywiązuje do Mizerii, zresztą z wzajemnością; Owen, brat Misery, który łysinę odziedziczył po matce, ale ma włosy; oraz Serena, jej zaginiona przyjaciółka. O jeszcze parę postaci trzeciego planu. Raczej nikogo, do kogo można by się przywiązać. Ot, są.
Autorka wykazuje niesamowitą awersję do scen akcji. Jak tylko ma się zadziać coś ciekawego, to kończy rozdział, a w następnym jest już po sprawie.
Niestety, nie wykazuje podobnej niechęci do scen seksu… Tych jest ciut za dużo na mój gust, plus nie są zbyt dobrze napisane. Nie wiem, może to ze mną jest coś nie tak, ale nie rozumiem konceptu „dirty talk”, a to w wykonaniu Lowe’a szczególnie przyprawiało mnie o ciary żenady. Plus węzeł… Może nie będę miała po tym traumy, w końcu przeżyłam już dupokręt, ale wciąż… To nie było coś co chciałam sobie wyobrażać. Fakt, że dla wampirów picie krwi, poza byciem jedyną formą posiłku jaką przyjmują, ma też aspekt seksualny też nie pomaga… Nikt im nie mówił, żeby nie bawić się jedzeniem?!
Tłumaczenie… Nie wiem co tu się zadziało. W tekście jest masę kalek z angielskiego, momentami musiałam się zastanawiać jak dane zdanie brzmiało po angielsku, żeby zrozumieć o co chodzi. A bardzo łatwo było zgadnąć jak było w oryginale, tak dosłowne jest to tłumaczenie. I nie, to nie jest komplement.
Ma tle reszty książek z Booktouru Złych Książek ta pozycja nie wypada najgorzej. Ba! Jest jedną z lepszych. Co nie znaczy, je jest dobra. Okrutnie mnie zmęczyła. Od biedy można przeczytać, jak ktoś lubi romanse o wampirach i/lub wilkołakach, ale raczej nie zachwyci.
Muszę zrobić przerwę od BZK i przeczytać coś fajnego.
