niedziela, 8 lutego 2026

Krucza Pieśń - TJ Klune

Tytuł: Krucza Pieśń
Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy

Gordo w młodości został czarownicą watahy Bennettów. Jednak Bennettowie wyjechali z Green Creek, zostawiając go samego. Wiele lat później Bennettowie wrócili, a w ślad za nimi bestia. Gordo razem z członkami watahy wyjechał w poszukiwaniu zemsty. Po ich powrocie do Green Creek wydawałoby się, że w końcu w życiu bohaterów zapanuje spokój, jednak na terytoriów Bennettów coraz częściej zaczynają pojawiać się Omegi...

O ile „Wilcza Pieśń” to była ciągła, linearna historia, tak struktura tej powieści jest dużo bardziej skomplikowana. Na początku mamy opis tych trzech lat, kiedy Gordo razem z Joe i jego braćmi ścigał Richarda. Potem jest przeskok do czasu po finale pierwszego tomu. A w to wszystko dodatkowo wplecione są retrospekcje z młodości Gordo.

Gordo jest ciekawą postacią. Z wierzchu twardy facet, a w środku wrażliwiec. Jedno mówi, drugie myśli. Przekonał sam siebie, że nienawidzi Bennettów. W sumie przez sporą część książki zachowuje się jak dupek, którego ma się ochotę walnąć w ten pusty łeb. Bardzo ciekawie w tym tomie jest zarysowana jego relacja z Thomasem Bennettem. W sumie uważam, że była ona ważniejsza niż romans z Markiem. Do tego dostajemy jeszcze tradycyjną już w tej serii trudną relację z ojcem. I masę żalu. No i oczywiście relację z Oxem, który jest dla Gordo postronkiem. Chociaż akurat spodziewałam się, że o Oxie będzie więcej. Za to bardzo fajnie została opisana relacja z braćmi Bennett.

Trochę mi brakuje jakoś bardziej zarysowanej osobowości u Marka. Trochę za bardzo jego postać wydaje się skupiona na Gordo. Choć może to wynikać też z tego, że narratorem powieści jest Gordo, a on przez większą część historii celowo stara się nie myśleć o Marku… Choć z marnym skutkiem. Mark jest przede wszystkim rozdarty między miłością do Gorda a lojalnością wobec stada. Trochę nie rozumiem po co został wprowadzony wątek Dale’a, skoro Markowi wyraźnie cały czas zależy na odzyskaniu Gordo. Znaczy nie rozumiem w kontekście romansu, bo w szerszej fabule to miało sens.

To jest trudna relacja. Panowie są pełni żalu, ranią się nawzajem, ich przeszłość ciągnie się za nimi. Ale są dla siebie bardzo ważni, nawet jeśli nie chcą tego przyznać (bardziej Gordo). O ile poprzedni tom był opowieścią o młodej miłości, tak ten to opowieść o uczuciu dwóch dojrzałych facetów, których uczucie pełne jest cierni i ostrych krawędzi. Skłamałabym, że ich historia mnie nie chwyciła za serce. Bo o ile takich momentów chwytających było dla mnie mniej, to jest jedna taka scena… Która pojawia się w sumie dwa razy, ale za drugim razem tak szarpie śledzioną… Może łzy nie poleciały, ale było blisko.

Chłopaki z warsztatu po raz kolejny kradną show. A jest ich w tym tomie całkiem sporo, dowiadujemy się, że z Gordo przyjaźnią się od dzieciństwa. Wcześniej myślałam, że może są od niego młodsi, ale nie, oni są po prostu niedojrzali. I oby się nie zmieniali! A jednocześnie potrafią pokazać siłę charakteru. No cudowni są. Odpowiadają z większość humoru w tej serii. Za resztę odpowiadają Carter i Kelly. Scena przeciągania liny mnie rozwaliła.

Ox i Joe jako Alfy są bardzo dobrze napisani, choć mam wrażenie, że jednak więcej charyzmy ma Ox. Ale są świetni w przewodzeniu stadu.

Podoba mi się jak napisani są faceci w tych książkach. To są naprawdę twardzi, męscy mężczyźni, a jednocześnie nie ma tu tej nieznośnej smalczej energii. Jest za to sporo wrażliwości, ale bez zniewieścienia. Bardzo zdrową męskość się autorowi udało uchwycić.

Absolutnie uwielbiam kobiety w tej serii. Wszystkie. Elizabeth jest wspaniała, Jessie wali tych idiotów w te puste łby w moim imieniu, a Bambi… Bambi to Bambi! Jest cudowna.

Dowiadujemy się w tym tomie więcej o funkcjonowaniu świata przedstawionego w tej książce. Jak wyglądają zależności między wilkołakami, czarownicami i myśliwymi. O tym jak działa magia i postronki. Czym dokładnie są Omegi. O hierarchii wśród wilków. No i przeszłości bohaterów. Fabuła zaczyna nabierać rozmachu.

Do scen zbliżeń mam te same zarzuty co przy pierwszym tomie, więc nie będę się powtarzać.

Bardzo podobały mi się w tym tomie nawiązania do wiersza „Kruk” Edgara Allana Poego. Fajny klimat to robi.

Literówek kilka się trafiło, ale nie było ich tyle bym miała korektę od czci i wiary odsądzać. Ot, zwykły ludzki błąd. Tłumaczenie czytało się przyjemnie.

Książka bardzo mi się podobała. To jest zaskakująco mądra seria, ciepła, chwytająca za serce. Ciężko się od niej oderwać.