Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy
I oto nadeszła wiekopomna chwila, wzięłam się za pierwszy tom serii „Green Creek”, czyli osławione Homowilkołaki. Książka odleżała u mnie równo dwa lata (poważnie, kupiłam ją w lutym 2024 roku!), a że po ostatnich lekturach baaardzo potrzebowałam czegoś lekkiego i przyjemnego.
Kiedy Ox miał dwanaście lat jego ojciec porzucił rodzinę, na odchodnym mówiąc mu, że ludzie zawsze będą go traktować chujowo. Cztery lata później do domu obok wprowadzili się Bennetowie, a Ox poznał Joego, chłopca, który na jego widok zaczął gadać jak najęty, mimo że nie odzywał się przez ostatnie dwa lata. Ox zaprzyjaźnia się z chłopcem i jego rodziną, a wkrótce poznaje ich sekret...
Sercem tej historii zdecydowanie są postacie i relacje między nimi.
Ox jest świetnym protagonistą. Ox nie zawsze radzi sobie z wyrażaniem swoich myśli, przez co większość ludzi ma go za przygłupiego. Ale to tylko pozory, bo Ox tak naprawdę jest inteligentny, wrażliwy i odpowiedzialny. Po prostu nie umie tego wyrazić. Dodatkowo jego samoocenę mocno obniżają słowa jakie usłyszał od ojca. Bardzo podobał mi się jego wątek, rola, jaką musiał przyjąć. Przez to też, mam trochę mieszane odczucia do zakończenia.
Joe to z kolei pozornie radosny dzieciak, który jednak mimo młodego wieku wiele przeżył. A przeżyje jeszcze więcej w przyszłości…
Relacja bohaterów jest pełna ciepła i takiej… delikatności? Owszem, można ją nazwać miłością od pierwszego wejrzenia, tyle że nie jest to od początku miłość romantyczna. Na szczęście, biorąc pod uwagę różnicę wieku. Czuć, że jest to od początku coś więcej niż przyjaźń, ale aspekt romantyczny tej relacji rozwija się dużo później. Po prostu ta dwójka jest bratnimi duszami.
Duże znaczenie mają też relacje Oxa z innymi bohaterami, całą watahą Bennetów, z Gordo, który jest dla Oxa jednocześnie przyjacielem, ojcem i bratem, z kolegami z warsztatu. Podoba mi się, że to nie jest książka tylko o romansie, ale przede wszystkim o rodzinie, nie koniecznie tej, z którą wiążą nas więzy krwi. Tak wiele jest w tej książce ciepła i miłości w różnych postaciach. Może nie wycisnęła ta powieść ze mnie łez, ale nie raz czułam gulę w gardle.
Humor trafił całkowicie w mój gust. Czy jest wysokich lotów? Nie, raczej nie. Czy tarzałam się ze śmiechu? Absolutnie tak. Teksty chłopaków z warsztatu albo Cartera i Kelly’ego są cudowne.
Bardzo podoba mi się, że chociaż to jest romans i wątek miłosny w znacznym stopniu napędza historię, to fabuła nie jest pretekstowa i nie służy tylko temu by zbliżyć do siebie bohaterów. Wiele wydarzeń miałoby miejsce nawet gdyby Ox i Joe nic do siebie nie czuli. Owszem, zapewne wtedy wiele z nich potoczyłoby się inaczej, a bohaterowie podjęli by inne decyzje, ale nie zmienia to faktu, że ta książka ma fabułę!
Historia toczy się niespiesznie, czuć klimat prowincjonalnego miasteczka. Przedstawienie samych wilkołaków może nie było zbyt oryginalne, ale jednak w miarę sensowne.
Podobało mi się w jaki sposób autor podszedł do orientacji seksualnej bohaterów. Bo owszem, ma to znaczenie, w końcu to gejowski romans, ale nie jest to sednem tej historii. Wątek szukania własnej tożsamości się pojawia, ale to jest po przede wszystkim opowieść o miłości, która zdarzyła się akurat między dwoma mężczyznami.
Największy mój zarzut względem tej książki dotyczy scen erotycznych. Są trochę za długie i zbyt dosadne na mój gust. Ale na szczęście nie ma ich dużo i, przede wszystkim, były dobrze podbudowane. Autor pozwolił czytelnikowi najpierw poznać bohaterów i uwierzyć w ich uczucie nim wsadził ich do łóżka. Muszę też powiedzieć, iż widać, że pisał to facet, co absolutnie wadą nie jest, po prostu widać, że skupia się na innych szczegółach niż autorki romansów. Dodaje to autentyczności.
Co do polskiego wydania. Trafiło się parę literówek, miejscami tłumaczenie było koślawe. Ale błędy te nie pojawiały się aż tak często by przeszkadzać w czytaniu.
Ciężko mi tę książkę ocenić. Zdaję sobie sprawę, że nie jest ona idealna, ma swoje wady. Tylko czy to ma takie znaczenie? To jedna z tych książek, przy których mój wewnętrzny krytyk siedzi cicho, bo zbyt się wciągnął w opowieść. Bo to po prostu było epickie i kapitalne.
