Cykl: Green Creek
Autor: TJ Klune
Wydawnictwo: Akurat
Gatunek: romans, fantasy
Kolejny tom serii „Green Creek” za mną.
Robbie Fontaine zawsze szukał swojego miejsca w świecie. I gdy w końcu wydawało mu się, że je znalazł, zaczęły nawiedzać go sny i niepokojące wizje...
Ciężko cokolwiek napisać o fabule tej książki żeby nie popsuć frajdy z czytania. A frajda jest naprawdę spora, zwłaszcza na początku, gdy jeszcze nie wiadomo o co chodzi. Mam na to świadków! Ta książka jest zupełnie nie tym czego się spodziewałam i absolutnie kocham ją za to.
Ta część jest bardziej skupiona na fabule, romans jest tu dużo delikatniejszy, niż w poprzednich częściach. Podejrzewam, że w dużej mierze zawdzięczamy to orientacji Kelly’ego. Ponieważ mamy tu rzadki przypadek romansu z bohaterem aseksualnym. I muszę przyznać, że ten romans naprawdę mi się podobał. Obaj bohaterowie mają naprawdę przyjemne charaktery. Obaj są łagodni i słodcy, razem i osobno. I przede wszystkim to chyba najzdrowsza relacja romantyczna w tej serii. Nie ma tutaj ranienia się nawzajem, cały dramat ma źródło zewnętrzne.
Dużo w tym tomie smutku i tęsknoty. Szukania własnej tożsamości i miejsca, do którego się przynależy. Przez to też ta książka doprowadziła mnie na skraj łez. Autor umiał uderzyć akurat tam, gdzie mnie boli. I z każdym tomem trafia coraz celniej.
Muszę też w tej części pochwalić scenę intymną. Jest tylko jedna, jest krótka, ma istotne znaczenie fabularne, a dodatkowo jest napisana dużo delikatniej niż w poprzednich tomach, większy nacisk jest położony na uczucia bohaterów niż na akt fizyczny.
Podoba mi się, że w tym tomie też większy nacisk jest postawiony na relacje platoniczne między członkami watahy. O ile jest to motyw regularnie powracający w tej serii, tak mam wrażenie, że w żadnej z poprzednich części nie był on aż tak istotny jak w tej. Po prostu uwielbiam relację Robbiego z Gordo. I z innymi członkami stada też. Po prostu ta seria ma w sobie tyle pozytywnych emocji. Mimo że bohaterowie nie są idea
Mam mieszane uczucia do tego co się w tym tomie dzieje z ludzkimi członkami watahy. W sensie, fabularnie to ma sens, jest bardzo logiczne. Ale jednocześnie mam wrażenie, że autor zrezygnował z bardzo ciekawej dynamiki. Za to podobało mi się, że w tym tomie Rico nie robił tylko i wyłącznie za comic relief. Owszem, wciąż ma najlepsze teksty, ale jego rola w historii jest dużo bardziej dramatyczna.
Humor trzyma poziom poprzednich części. Uwielbiam wilcze zaloty. I coming outy w najmniej odpowiednich momentach.
Nie za bardzo przekonują mnie motywacje głównego złego. Znaczy, on jest kompletnie szalony, owszem, niezwykle niebezpieczny i w ogóle, ale wolę trochę bardziej racjonalnych złoli. Acz jeśli chodzi o jego metody działania, to tu już był cud miód i orzeszki. Naprawdę, momentami to skręcało w kierunku horroru, a nawet horroru psychologicznego.
Jeśli chodzi o polskie tłumaczenie, to muszę je pochwalić. Nie tylko jeśli chodzi o ten tom, ale o całokształt serii. Czyta się to świetnie. Widać, że tłumacz się naprawdę przyłożył do tego tekstu, bo niektóre cytaty brzmią po polsku dużo fajniej niż w oryginale. Co do tego tomu, to mam taki zarzut, że pod koniec pojawia się trochę literówek, brakuje paru myślników… Mam flashbacki z Wiet… znaczy z „Koła Czasu”.
Bardzo mi się ta książka podobała. Była tak inna od poprzedniczek, tak cudownie smutna i delikatna… No, ciężko się nie zakochać w tej historii. Polecam z całego serca.
