wtorek, 31 marca 2026

Fate/Strange Fake - anime

Tytuł: Fate/Strange Fake
Rok produkcji: 2026
Kraj produkcji: Japonia
Gatunek: anime, urban fantasy

„Fate/Strange Fake” to adaptacja light novel autorstwa Ryohgo Narity, znanego z takich tytułów takich jak „Durarara!!” czy „Baccano!”, osadzona w uniwersum Nasuverse stworzonym przez Kinoko Nasu, w skład którego wchodzą takie produkcje jak „Fate/Stay Night”, „Tsukihime”, „Puste Granice” czy „Witch on the Holy Night”. A tak się składa, że jestem akurat wielką fanką tego uniwersum, więc nie mogłam odmówić sobie poznania kolejnej historii w nim osadzonej. Czy było warto?

Snowfield, USA. Mag Faldeus na polecenie rządu Stanów Zjednoczonych próbuje odtworzyć Wojnę Świętego Graala, rytuał w którym magowie, nazywani mistrzami przywołują Sługi, Duchy Bohaterów znanych z historii, przypisanych do siedmiu klas, w celu zdobycia spełniającego życzenia Graala. W klasycznej wersji rytuału powinno brać udział siedem takich par, jednak w fałszywej wojnie stworzonej przez Faldeusa klas jest tylko sześć. Szybko jednak się okazuje, że ta fałszywa wojna jest jedynie katalizatorem do wywołania prawdziwej, w efekcie czego do Snowfield zostaje przywołanych trzynastu Sług.

Historia jest całkiem skomplikowana. Mamy tu kilka stronnictw, część ze sobą współpracuje i ma wspólne interesy, ale równie często te interesy są sprzeczne. Za całą wojnę odpowiada rząd amerykański, udział bierze zarówno policja, jak i mafia. Dodatkowo do konfliktu dołącza młoda przywódczyni rdzennej ludności pragnąca odzyskać Snowfield dla swojego ludu. Do tego mamy najemnika, który nie ma żadnych pragnień, wampira oraz wilka. W wojnę zostaje też zamieszana tajemnicza dziewczyna, która sama nie wie kim jest, za to ucieka przed postacią w czerwonej pelerynie. Jednym z Mistrzów okazuje się też kilkuletnia dziewczynka w śpiączce, która przyzwała coś czego nie powinna. Do tego jeszcze młody mag, tak potężny, że byłby potworem, gdyby jego jedynym celem nie było zaprzyjaźnić się z każdym. Kościół wysyła do Snowfield jako nadzorcę księdza cyborga, a z ramienia Stowarzyszenia Magów wojnę monitoruje Wawer Velvet, Mistrz ocalały z Czwartej Wojny Świętego Graala w Fuyuki. A wojna coraz bardziej zaczyna przypominać eksperyment, ku uciesze Francesci Prelati, szalonej magini, która przyzwała samą siebie. A na dokładkę w to wszystko wtrąca się mezopotamska bogini miłości.

Innymi słowy: dzieje się. Dzieje się bardzo dużo. Zarówno Mistrzowie jak i Słudzy biorący udział w tej Wojnie Świętego Graala ją niezwykle potężni. To już nie jest ten Fate, w którym przeciwnicy bili się po nocy w tajemnicy. Tutaj konflikt jest praktycznie na skalę atomową.

Postaci jest tu naprawdę wiele, a mimo to nie zlewają się w jednolitą masę. Wręcz przeciwne, to naprawdę wyraziste charaktery. Najbardziej do gustu przypadł mi Ryszard Lwie Serce, sługa klasy Szermierz. Bardzo charyzmatyczny fan króla Artura, który potrafi zwykły patyk zmienić w Excalibura, rozmawia z przyjaciółmi, których widzi tylko on, a do tego zostaje fanem rock’n’rolla. A jednocześnie twórcy nie zapominają o mroczniejszej stronie jego historii. A drugą moją ulubioną postacią jest Flat, mag biorący udział w wojnie tylko po to, by zaprzyjaźnić się z Bohaterami. Poważnie, ten gość przyzwał Kubę Rozpruwacza i stwierdził, że ten wydaje się dobrym człowiekiem… I w sumie długo by wymieniać wszystkich bohaterów i relacje między nimi. W skrócie, jest ciekawie i przyjemnie jest obcować z tą zgrają. Widać, że Ryohgo Narita umie pisać historie z wieloma postaciami, co już zresztą udowodnił w Durarara!!”

Produkcja ta ma bardzo wysoki próg wejścia. Innymi słowy, bez znajomości przynajmniej kilku innych tytułów z Nasuverse widz nie ma czego tu szukać. Powiedziałabym, że absolutnym minimum, które trzeba znać przed zaczęciem „Fate/Strange Fake” są „Fate/Stay Night” i „Fate/Zero”, zwłaszcza to drugie, bo nawiązań do tej serii jest najwięcej, pojawiają się nawet flashbacki. Pewnie dlatego, że w czasie, gdy light novel zaczynało wychodzić „Zero” było najświeższym tytułem w uniwersum. Ale poza tym przydałoby się też znać „Fate/Hollow Ataraxia”, „Lord El-Melloi II’s Case Files” oraz „Tsukihime” dla lore wampirów w tym świecie. No i jeszcze pewnie jeszcze kilka tytułów dla drobniejszych easter eggów.

A tych jest naprawdę sporo, nie bez powodu „Fate/Strange Fake” jest często nazywane oficjalnym fanfikiem. I w tym przypadku jest to komplement. Widać, że autor kocha to uniwersum, a jednocześnie umie się nim bawić. A animatorzy dorzucili też od siebie sporo, te wszystkie historyczne obrazy przedstawiające przeszłość bohaterów, te nawiązania wizualne do innych tytułów z uniwersum… Po prostu widać ile serca włożono w tę produkcję.

Wizualnie seria jest piękna. Kompozycja kadrów potrafi miejscami zachwycić, animacja jest płynna, a kreska bardzo przyjemna. Projekty postaci są świetne, charakterystyczne, ale nie przerysowane.

No i oprawa dźwiękowa! Bo oczywiście muzyka jest przecudowna, w końcu Hiroyuki Sawano to klasa sama w sobie. Dużo tu kawałków wokalnych, które idealnie pasują do postaci i wydarzeń na ekranie. I jak nie przepadam za rapem, tak opening naprawdę pozwala poczuć klimat Ameryki pierwszej dekady XXI wieku.

I w sumie byłaby zachwycona tą produkcją, gdyby stała na własnych nogach. Niestety, tak nie jest. Anime ekranizuje 6 tomów light novel w zaledwie 14 odcinków, z których tylko jeden trwa 40 minut, reszta zaledwie 20. I widać, że wiele z tej historii wycięto. Montaż scen jest typowy bardziej dla filmów anime niż seriali, twórcy starali się przekazać jak najwięcej informacji za pomocą symboliki audiowizualnej. I nie powiem, to się świetnie ogląda. Problem w tym, że nie raz po prostu nie rozumiałam co się dzieje na ekranie i dlaczego się dzieje. A wiele byłam sobie w stanie dopowiedzieć znając to uniwersum. Poza tym, ta historia by emocjonalnie lepiej działała, gdyby dano jej trochę przestrzeni na oddech.

Ten sezon to mniej więcej połowa historii, ale już wiadomo, że będzie kolejny. A jako, że ostatni, dziesiąty tom light novel ma wyjść latem tego roku, to drugi sezon powinien zamknąć całość.

Bawiłam się świetnie, wiele w tym anime jest elementów, za które pokochałam świat Nasuverse. Czy polecam? No nie do końca. Polecam tym, którzy już są fanami Nasuverse, albo chociaż samej Fate’owej jego części, jako próbkę przed przeczytaniem light novel bądź uzupełnienie po. Ale jako pierwszy kontakt z tym uniwersum? Nie, zacznijcie lepiej od „Fate/Stay Night” i „Fate/Zero”. A jak już będziecie wiedzieć z czym to się je to tu wróćcie.