Autor: Sang Young Park
Wydawnictwo: Tajfuny
Gatunek: literatura piękna, LGBT
„Miłość w wielkim mieście” nie należy do książek, po które zazwyczaj sięgam. Jest to mój pierwszy kontakt z literaturą koreańską, a i z literaturą piękną zazwyczaj mi nie po drodze.
Nie jest to powieść w tradycyjnym znaczeniu, bardziej cztery opowiadania, które się ze są mniej lub bardziej łączą. Głównym bohaterem jest Young, seulski gej, początkujący pisarz. Mamy okazję zajrzeć do wycinków z jego życia: hulaszczego studenckiego życia, przyjaźni z Jaehee, relacji z matką i kolejnych związków, mniej lub bardziej udanych…
Nie jest to tak dosłowna książka, jak te, do których przywykłam. Początkowo miałam wrażenie, że opowiadania nie są ze sobą w ogóle związane, że bohater każdego jest inną osobą, acz o podobnych cechach. Dopiero w drugiej połowie zaczynają się te opowiadania zazębiać, a ta początkowa niespójność bohatera okazuje się celowym zabiegiem. Obserwujemy Younga na różnych etapach życia, jak zmienia się pod wpływem doświadczeń. A z drugiej strony Young nie jest jednym człowiekiem, może być każdym. Każdy może się utożsamić z innym jego aspektem.
Jest to książka o miłości, ale zdecydowanie nie jest to romans. I bardzo dobrze! Choć lubię romansy (acz większość jest słaba), to dobrze było przeczytać książkę, która nie romantyzuje związków i miłości. Może brzmi to jak oksymoron, ale właśnie taka jest ta powieść, opisuje relacje takimi jakie są, a nie jakie chcielibyśmy żeby były. A jednocześnie nie odziera ich całkowicie z piękna.
Książka porusza trudne tematy, ale nie popada w tanią sensację. Tak więc mamy tu aborcję, raka, trudne relacje z rodzicami, seksizm, homofobię, różnice pokoleniowe w związkach z różnicą wieku, choroby weneryczne, próbę samobójczą itp. itd. Autor opisuje to wszystko jako po prostu elementy codzienności bohatera, nie ma tu wielkiego dramatyzmu czy uprawiania aktywizmu. Po prostu zwykłe ludzkie życie, próby bycia sobą w świecie, do którego nie do końca się pasuje. A w tle obraz Seulu pierwszej dekady XXI wieku.
Chyba właśnie ta zwyczajność tych opowieści jest największą siłą tej książki. Bo owszem, to historia historia geja w Seulu, bardzo specyficzny kontekst. Ale przez tą zwyczajność bardzo łatwo się z nim utożsamić, bo to przede wszystkim człowiek. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi, każdy się z czymś zmaga. Czy to będzie choroba, czy trudna relacja z matką albo zwyczajna samotność.
Przeczytałam tę książkę w dwa dni, po części dlatego, że jest naprawdę króciutka (ma zaledwie 200 stron i nieduży format), ale też dlatego, że bardzo przyjemnie się ją czyta. Narrator opisuje wszystko z ironicznym poczuciem humoru, dzięki czemu tematyka nie przytłacza. Choć muszę przyznać, że niektóre porównania były dość dziwne, np. „jego urocza twarz – taki ostygły pierożek mandu”… No cóż, mam nadzieję, że po koreańsku to brzmiało lepiej.
Pod względem wydania nie miałam się do czego przyczepić, żaden błąd nie rzucił mi się w oczy. Jedynie bym się przyczepiła, do przesadnego użycia feminatywów, ale z tym też tragedii nie było, kwestia preferencji. Za to niesamowicie podoba mi się okładka. Jest w niej coś takiego, co przyciąga wzrok, ilustracja ma pewien specyficzny klimat. No i ten efekt holo na napisach! No cudo.
Była to zdecydowanie ciekawa lektura, dająca do myślenia. Może nie zostanie ze mną do końca życia, ale była przyjemną, melancholijną odskocznią od bardziej rozrywkowych pozycji.
