niedziela, 31 maja 2026

Death's Obsession - Avina St. Graves (BZK)

Tytuł: Death's Obsession
Autor: Avina St. Graves
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Gatunek: romans, fantasy

I znowu do tej ciemnicy… Innymi słowy, wracam do katowania się „arcydziełami” literatury w ramach BZK. Co prawda ta konkretna książka nie wchodzi w oficjalny skład Booktouru, ale dostałam ją w jednej paczce z resztą, więc liczy się!

Od wypadku, w którym zginęła jej bliźniaczka, Lilith prześladuje Mężczyzna Bez Twarzy. Zostawia jej prezenty i liściki, maluje znaki na skórze gdy ta śpi. Nikt nie wierzy dziewczynie, że jej prześladowca naprawdę istnieje, jej chłopak i psychiatra uważają, że dziewczyna ma halucynacje. Tymczasem tajemniczy mężczyzna coraz bardziej zbliża się do Lili…

Ta książka miała potencjał. Sam zarys fabuły przypominał mi musical „Elisabeth”, w obu przypadkach mamy do czynienia z historią dziewczyny, która otarła się o śmierć i na punkcie której Śmierć dostał obsesji. Tylko, że w „Elisabeth” cała historia miłosna ze Śmiercią była alegorią depresji i myśli samobójczych, do tego na tle przemian społecznych XIX wiecznych Austro-Węgier, opowieścią o końcu pewnej epoki i wiwisekcją postaci cesarzowej Sisi. Zaś w przypadku „Death’s Obsession” mamy do czynienia ze zwykłym pornosem.

Owszem, momentami autorka próbuje przedstawić stan psychiczny głównej bohaterki. I są to najciekawsze fragmenty tej książki. O tym jak Lilith przeżywa żałobę i jak wypadek wpłynął na jej postrzeganie siebie oraz relację z chłopakiem. Nie jest to może zbyt oryginalne, ale czyta się nieźle.

Dopóki na scenę nie wkracza Letum, czyli pan Śmierć. Borze szumiący, co za tandetnie napisana postać. Oczywiście jest mhroczny (nie, to nie jest literówka) i seksowny. I tajemniczy! I mówi w poetycki sposób. Autorka jak nic wszystkie jego teksty przepisała z „Wielkiej księgi żenujących tekstów na mroczny podryw”, a jeśli czegoś takiego nie ma to spokojnie może ją napisać. Letum jest też władczy i dominujący. Prawdziwy smalec alfa! Ale też troskliwy! Nie chce duszy Lilith, ale ją chce! Po prostu za każdym razem jak ten facet pojawiał się na kartach powieści moje ciary żenady dostawały ciar żenady. A jeszcze to, jak on nazywał Lilith: „moja mroczna maro”, „moja burzo”, „mój kwiatuszku”… No nie, no po prostu nie. No i samo imię Letum… Autorka nie mogła znaleźć jakiegoś ładniejszego określenia na śmierć?

Scen seksu jest dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość powieści. I są bardzo szczegółowe. Letum oczywiście ma dużego, bo jakżeby inaczej. Co śmieszniejsze, w czasie seksu dusza Letuma opuszcza jego ciało i bierze aktywny udział. Dusza ma jeszcze większego. Ja się pytam co autorka brała? Do tego momentami w scenach seksu gubi się gdzieś orientacja przestrzenna, w jednej scenie nawet Letum wydaje się mieć trzy ręce (to była scena zanim dusza się przyłączyła). Do tego Letum rżnie tak entuzjastycznie, że aż skuł glazurę w łazience Lilith samym impetem… Litości. A Lilith oczywiście jest mokra na samą myśl o nim.

Już nawet nie wspominając, że kolejny raz mamy do czynienia z historią, gdzie laska zakochuje się w swoim stalkerze. I oczywiście autorka musi zrobić z wszystkich jej bliskich dupków i idiotów żeby stalker wypadł jako ta atrakcyjniejsza opcja. Bo oczywiście jej facet jej nie wierzy, że ma stalkera. Kurczę, dziewczyny nie stać na chleb, a ten myśli, że ona te wszystkie kwiaty i biżuterię (której w większości nie nosi) kupuje sobie sama… Logiko!

Boli mnie, że cała relacja między Lilith i Letumem została sprowadzona jedynie do seksu. Owszem, jest zasugerowane, że oni ze sobą kiedyś rozmawiali, że tam była jakaś głębsza więź… Tylko, że nie dostajemy tego na kartach powieści. Dostajemy za to historię o tym, jak Śmierć dostał obsesji na punkcie zwyczajnej dziewczyny z depresją. Takich dziewczyn w historii ludzkości musiały być miliony, jak nie miliardy, co jest wyjątkowego akurat w tej? No nie wiadomo.

Napisane to jest nie najgorzej, acz strasznie pretensjonalnie. Autorka stara się stworzyć mroczną, oniryczną atmosferę, problem tylko, że wszystko tu jest zbyt dosłowne by to zadziałało. Ale pod względem języka ta książka nie boli.

Boli za to głowa od czytania jej. Ktoś postanowił wydać tę książkę w „trybie ciemnym”, czyli białe litery na czarnym tle. W efekcie całe strony są zalane farbą drukarską i dosłownie śmierdzą. Dobrze, że całość ma zaledwie dwieście stron, bo jakbym to miała czytać dłużej to bym się po prostu zaczadziła.

Podsumowując, nie jest to najgorsza książka jaką czytałam w tym roku (Booktour znacząco obniżył moje standardy, wiem). Nie jest to też książka dobra. Ot, pornosek, który próbował być czymś więcej, tylko nie wyszło. Osobiście nie polecam.

Za to jeśli ktoś chce zobaczyć jak ciekawie można wykorzystać motyw śmierci mającej obsesję na punkcie śmiertelniczki, to polecam obejrzeć „Elisabeth”, to wspaniały musical jest.