niedziela, 16 listopada 2025

Pomruki Burzy - Brandon Sanderson, Robert Jordan

Tytuł: Pomruki Burzy
Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

To już dwunasty tom „Koła Czasu” i pierwszy napisany przez Brandona Sandersona. Jeśli nie chcecie zaspoilerować sobie poprzednich części cyklu, to tu macie recenzję tomu pierwszego. Pozostałych zapraszam do lektury!

O takie „Koło Czasu” nic nie robiłam! Akcja w tym tomie niesamowicie przyspiesza, ja naprawdę nie mam pojęcia jak Jordan planował to zamknąć to w jednym tomie, podczas gdy Sanderson napisał z jego notatek trzy i cały czas coś się dzieje! Mormońska magia, zaprawdę.

Można powiedzieć, że osią tego tomu są dwa wątki: Egwene próbująca opanować sytuację w Białej Wieży i Rand chcący zaprowadzić pokój w Arad Doman. Podoba mi się pewna symetria drogi tych postaci, miejscami lustrzana, a miejscami odwrócona.

Egwene pojmana przez stronnictwo lojalne wobec Elaidy została sprowadzona do pozycji nowicjuszki w Wieży i za każdy przejaw nieposłuszeństwa karana biciem. Mimo to dziewczyna nie daje się złamać i robi wszystko by doprowadzić do zjednoczenia Białej Wieży. Naprawdę podoba mi się droga jaką przeszła ta bohaterka. To już nie jest córka karczmarza z Dwu Rzek. To jedna z najpotężniejszych kobiet świata, która nawet poniżona nie pozwala światu o tym zapomnieć. Stała się prawdziwą przywódczynią, która myśli przede wszystkim o dobru Aes Sedai i świata, a nie własnym. A z drugiej strony mamy Elaidę, która jest zwyczajnie głupia.

Z kolei Rand pragnie zaprowadzić pokój w Arad Doman, rozprawić się z Greandal i zawrzeć pokój z Seanchanami. I w przeciwieństwie do Egwene nie idzie mu zbyt dobrze. Mamy okazję obserwować Smoka, któremu nie idzie, który zmaga się z ciężarem oczekiwań i własnych porażek. A trzeba powiedzieć, że Rand wziął na siebie zbyt wiele. W tym tomie staje się coraz bardziej zimny i bezwzględny. Na skutek tego co przeżył znikają wszelkie skrupuły. Rand dokonuje w tym tomie czynów, o które jeszcze niedawno bym go nie posądzała. Coraz mniej w nim nie tylko pasterza, ale w ogóle człowieka. Można powiedzieć, że najważniejsza walka w tej części, to ta o duszę Smoka Odrodzonego.

Muszę przyznać, że Seanchanie to jedna z najciekawiej przedstawionych nacji w tym świecie. Autorzy mogli pójść na łatwiznę i przedstawić ich jako zło wcielone. A zamiast tego otrzymaliśmy zniuansowaną kulturę o odmiennym systemie wartości, ale nie pozbawioną swoich racji, a już na pewno nie złą dla zasady. Seanchanie wprowadzają porządek, ludziom pod ich rządami żyje się lepiej! Z drugiej strony sama koncepcja damane jest obrzydliwa i przerażająca.

Z kolei złem absolutnym w tym tomie zdecydowanie są Przeklęci. A konkretnie Semirhage i Greandal. Obie dopuszczają się czynów niewybaczalnych i obrzydliwych. Muszę, powiedzieć, że Semirhage jest pierwszą od dawna postacią, którą absolutnie nienawidzę. A Greandal wcale nie jest lepsza.

Widać, że ten tom to początek końca. Poszczególne wątki powoli zaczynają zmierzać w wspólnym kierunku i, nawet jeśli jeszcze się nie łączą, to czuć, że ten stan rzeczy nie potrwa długo. Sam świat zaczyna się w pewnym sensie rozpadać, znaki, że Tarmon Gai’don nadchodzi są coraz wyraźniejsze, coraz bardziej niepokojące. Szczególnie zapada w pamięć historia miasteczka, do którego trafił Mat z towarzyszami. Część kart zostaje odkryta, część wątków zakończona. Świat szykuje się na Ostatnią Bitwę.

Styl Brandona Sandersona jest dużo prostszy niż Roberta Jordana, mniej literacki. Książka jest też zabawniejsza od poprzedniczek, bo chociaż u Jordana pojawiały się żarty, były one subtelniejsze. Odnoszę też wrażenie, że Sanderson lepiej niż Jordan radzi sobie z postaciami kobiecymi, bo chociaż postacie pozostają wierne charakteryzacji Jordana, to nie irytują już tak bardzo. Ogólnie muszę przyznać, że przez zmianę stylu tom ten czyta się po prostu błyskawicznie, acz pod względem literackim nie ma żadnych wodotrysków. Ot, bardzo porządnie wykonana robota, z szacunkiem do oryginalnego autora, ale bez próby kopiowania stylu.

Jak się okazuje, nie tylko ja nic nie robiłam o takie „Koło Czasu”. Korekta tej książki najwidoczniej też nie. Ja nie wiem, czy to jest jakiś eksperyment społeczny? Ile błędów w tekście zniesie czytelnik? Bo naprawdę nie mam pojęcia jak inaczej można wyjaśnić taką fuszerkę u, wydawałoby się, poważnego wydawnictwa. Literka v pojawiająca się zamiast spacji, ż wstawiane na początku zdania, postacie w pół zdania zmieniające płeć… Ja już nawet nie wspomnę o tym, że zdarzały się zdania koślawo skonstruowane, bo te akurat giną wobec ogólnie odwalonej maniany! I żeby te błędy pojawiały się chociaż co kilkadziesiąt stron, ale nie! Potrafią się zdarzyć kilka razy na jednej stronie! Wstyd!

Muszę powiedzieć, że „Pomruki Burzy” to świetna książka, całkowicie spełniająca pokładane w niej nadzieje. To obietnica na naprawdę udane zakończenie cyklu. Czy ta obietnica zostanie spełniona? Idę czytać dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz