Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy
Jak poprzednio, ostrzegam przed możliwymi spoilerami do poprzednich części, więc jeśli jeszcze ich nie czytaliście zapraszam do mojej recenzji tomu pierwszego.
No i dotarłam do końca tej podróży. Skończeniu takiej serii towarzyszy pewne uczucie odrealnienia. Przez ostanie dziesięć miesięcy („Oko Świata” zaczęłam czytać w połowie lutego) nie musiałam się zastanawiać po jaką książkę sięgnąć jako następną, „Koło Czasu” stało się pewną stałą w moim życiu. Teraz towarzyszy mi poczucie żalu, że to już koniec, ale też duma z tego, że do tego końca dotrwałam. Czy było warto?
Na Polu Merrilora zbierają się stronnicy Amyrlin i Smoka Odrodzonego. Konflikt między tym dwojgiem jest ostatnią fazą przygotowań do Ostatniej Bitwy. Inwazja trolloków nabiera tempa, jej ofiarą padają już nie tylko Ziemi Graniczne, ale też Andor. Tymczasem Mat wyrusza żeby odnaleźć żonę i przy okazji znaleźć się jak najdalej od Randa. Jednak nie jest to tak łatwe jak by chciał…
„Pamięć Światłości” zaczyna się od konfliktu Randa i Egwene. Podoba mi się sposób w jaki został on rozwiązany, choć dalej nie rozumiem pobudek Egwene.
Większość tego tomu zajmuje Ostatnia Bitwa. Dzieje się dużo i ciężko napisać coś bez spoilerowania. W końcu wszyscy bohaterowie zostali zebrani w jednym miejscu, a gra toczy się o najwyższą stawkę. Jest ciekawie, jest epicko. Jest tak jak być powinno. Może i nie doprowadziła mnie ta książka do łez (to akurat jest dość trudne), ale kilka razy było blisko. Niektóre momenty uderzyły mnie dużo mocniej niż się spodziewałam. Nie raz zaskoczyły mnie zwroty akcji, choć muszę przyznać, że kilka przewidziałam. Akcja trzyma w napięciu praktycznie do samego końca, dosłownie na jakieś 30 stron przed zakończeniem martwiłam się czy uda się domknąć wszystkie wątki. Na szczęście niepotrzebnie. Wszystko się ładnie spina, nie kojarzę żeby jakiś wątek pozostał bez konkluzji.
Mamy tu w końcu rozwiązanie wątku Czarnej Wieży. Bardzo podobało mi się wprowadzenie postaci Androl, Asha’mana, który nie jest zbyt potężny, ale ma za to pewien szczególny talent. Pozwoliło to na zniuansowanie trochę dynamiki płci w świecie przedstawionym, bo do tej pory mężczyźni byli raczej uniwersalnie przedstawiani jako ci silniejsi przenoszący. Poza tym podoba mi się w jakiej pozycji przez działania zarówno Randa jaki i swoje własne znaleźli się Asha’mani. Wcześniej wydawało mi się, że zignorowanie Czarnej Wieży przez Randa było głupotą. W tym tomie okazuje się, że w tym szaleństwie była metoda, nawet jeśli nie było to od początku zamysłem Smoka.
Podoba mi się jak w tym tomie zostali zagospodarowani ta’veren. Każdy z chłopaków ma coś do zrobienia, każdy jest potrzebny do osiągnięcia ostatecznego sukcesu. Oczywiście, najważniejsza rola przypada Randowi, jego starcie z Czarnym jest główną osią fabuły. Ale Mat ma niewiele mniej ważną rolę. Perrin wypada może trochę blado na tle tych dwóch, ale też dostał istotną funkcję. Ogólnie muszę powiedzieć, że obserwowanie tego jak ta trójka rozwinęła się na przestrzeni serii było bardzo satysfakcjonujące.
W sumie można to powiedzieć o większości postaci w tej serii. Ich losy były po prostu satysfakcjonujące. Większość postaci, nawet tych mocno pobocznych dostaje jakieś, choćby nawet króciutkie zakończenie swojego wątku. Co ważniejsi bohaterowie dostają swój „wielki moment”. Jeśli zaś chodzi o antagonistów… Cóż, ci dostają dokładnie to, na co zapracowali.
Niesamowite jest, że w tej serii wciąż jest miejsce na rozwinięcie świata. W tej części mamy kolejną okazję by bliżej przyjrzeć się kulturze Seanchan, która jak dla mnie jest jedną z ciekawszych jakie widziałam w fantasy. Do tego po raz pierwszy pojawiają się mieszkańcy Shary, kultura, o której do tej pory były tylko niejasne wzmianki. Świat „Koła Czasu” jest ogromny i niezwykle rozbudowany. O ile wciąż uważam, że pod względem geograficznym świat w „Malazańskiej Księdze Poległych” Stevena Eriksona jest większy, tak pod względem wielości i złożoności kultur „Koło Czasu” jest dużo bogatsze i zostawia konkurencję daleko w tyle.
Trochę zabrakło mi w epilogu świata jakiś czas po Ostatniej Bitwie. Nie jest to do końca wada, bo dzięki temu czytelnik ma pole do snucia własnych przypuszczeń i spekulacji. Ale brakuje mi właśnie takiego „po”. Poza tym zabrakło mi też interakcji między pewnymi postaciami.
Mimo tych drobnych zarzutów, muszę przyznać, że zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Losy poszczególnych postaci zostają zamknięte bardzo zgrabnie. A samo rozwiązanie głównego konfliktu bardzo pasuje do ogólnego tonu serii.
Polskie wydanie trzyma poziom, do którego przyzwyczaiły już mnie poprzednie tomy. Innymi słowy, korekta to tego tekstu na oczy raczej nie widziała. Ja naprawdę bym się nie czepiała gdyby to było kilka błędów na tom, rozumiem, że nie wszystko da się wychwycić. Ale jak zdarza się po kilka błędów na stronę to ewidentnie coś jest nie halo.
Jestem zadowolona z tego zakończenia. Nawet bardzo. Jest satysfakcjonujące, a jednocześnie pozostawia możliwość na dalsze rozwinięcie. Bardzo udane zamknięcie. Owszem, chciałabym przeczytać kontynuację tej serii (ponoć Jordan takową planował), ale jednocześnie nie mam żalu, że taka nigdy nie powstanie. Zdecydowanie warto było zapoznać się z tą serią, mimo paru dłużyzn w poprzednich tomach. Idźcie i czytajcie, bo naprawdę, warto!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz