środa, 14 października 2026

Cudowna światłość - Freya Marske

Tytuł: Cudowna światłość
Seria: Ostatnie wiązanie
Autor: Freya Marske
Wydawnictwo: Aura
Gatunek: fantasy, romans, LGBT

W skutek administracyjnej pomyłki Robin Blyth dostaje pracę w Biurze Spraw Specjalnych i Zażaleń MSW. Szybko okazuje się, że owe „Sprawy Specjalne” oznaczają magię, zaś jego stanowisko zwyczajowo jest przeznaczone dla niewładających magią członków rodów czarodziejów. A Robin do tej pory nawet nie wiedział, że magia istnieje naprawdę. Do tego poprzednik Robina zaginął, a on sam został obłożony klątwą i zaczął widzieć przyszłość. Żeby rozwiązać tę sprawę Robin łączy siły z Edwinem Courceyem, czarodziejem, który zdecydowanie wolałby na miejscu Robina widzieć kogoś bardziej kompetentnego.

Oj, jak mnie ta książka chwyciła. Jak ja się na tym dobrze bawiłam. Edwardiańska Anglia, magia i gejowski romans między dwoma dorosłymi facetami. No czego chcieć więcej?

Świat może nie jest jakoś szczególnie oryginalny, mocno kojarzy się z „Harry’m Potterem”. Tak więc większość ludzi żyje w nieświadomości istnienia społeczeństwa czarodziejów, pomysł z łącznikiem między światem czarodziejów a brytyjskim rządem też brzmi znajomo. A jednocześnie ma to tyle uroku, tyle klimatu, że to po prostu działa. Bardzo podobał mi się pomysł z czarowaniem za pomocą kociej kołyski. I jeszcze ta wspaniała magiczna posiadłość!

Bohaterów bardzo łatwo polubić. Robin to młody baronet, który po niedawnej śmierci rodziców odziedziczył tytuł. I musi się zmagać z skutkami tego, że ważniejsza dla nich była reputacja filantropów niż przyszłość własnych dzieci, a ma na utrzymaniu charakterną siostrę. Robin to typ sportowca, woli działać niż myśleć. Całkiem dobrze radzi sobie w towarzystwie, ale to bardziej skutek wychowania niż tego, że to lubi. A przy tym to jest naprawdę sympatyczny facet.

Z kolei Edwin to jego przeciwieństwo. Woli książki od ludzi, jest zgryźliwy i nie dopuszcza do siebie innych. Edwin przez to, że jak na czarodzieja posiada wyjątkowo mało mocy, od dziecka był poniżany i traktowany jako ten gorszy. Do tego dochodzą kiepskie relacje z rodziną. Dlatego zbudował wokół siebie mur, ciężko mu nawiązywać relacje z innymi ludźmi.

Między panami iskrzy od początku. Naprawdę miło obserwuje się jak ich relacja się rozwija od początkowych złośliwości, przez zainteresowanie przeradzające się w przyjaźń, w końcu po uczucie i pełne zaufanie. Po prostu można uwierzyć w ten romans i kibicować chłopakom. Choć ma zarzut pod względem tzw. „rozstania w trzecim akcie”. Po pierwsze: nie lubię tego motywu. Po drugie: to było najbardziej przewidywalne rozstanie jakie można sobie wyobrazić! Poważnie, ja na początku książki, nim w ogóle się między nimi cokolwiek zadziało przewidziałam to rozstanie, ba! przewidziałam dokładnie z jakiego powodu ono nastąpi.

Zaskoczyła mnie ilość scen erotycznych w tej książce. W ogóle się żadnych nie spodziewałam, a dostałam trzy, w dodatku dość długie i całkiem szczegółowe, acz nie nazbyt wulgarne. Nawet miałam tę książkę pochwalić za nieużywanie słowa „kutas”, ale w ostatnim rozdziale oberwałam tyloma kutasami, że mi przeszło. A do tamtej pory było naprawdę dobrze! Zwłaszcza, że jest to pierwszy romans, w którym widziałam określenie męskiego przyrodzenia jako „nic wyjątkowego” w scenie zbliżenia. To jest w ogóle legalne w romansach?! Same sceny też nie są po nic, ładnie rozwijają relację bohaterów i pokazują przemianę Edwina. Ogólnie czytało mi się je bez zażenowania, acz mogłyby być krótsze.

Podoba mi się jak autorka podeszła do kwestii orientacji seksualnej bohaterów. Mianowicie: pamiętała w jakich czasach osadziła akcję powieści i że było to wtedy postrzegane jako przestępstwo. Panowie mają świadomość tego w jakim świecie żyją i jaki realnie ma to wpływ na ich życie.

Główne skrzypce zdecydowanie gra tu para głównych bohaterów, ale na drugim planie też znajdzie się parę charakternych postaci. Najbardziej wyróżniają się panna Morrissey, Hinduska pracująca w Biurze Robina i zasadniczo jedyna kompetentna w nim osoba; Maud, rządna przygód siostra Robina chcąca rozpocząć studia; lord Hawthorn, zgorzkniały były Edwina. Zresztą, ostatnia dwójka to bohaterowie kolejnych tomów tej trylogii, więc jestem ciekawa kolejnych części.

Sama intryga całkiem mi się podobała. Nie była ona jakoś szczególnie skomplikowana, w sumie bohaterowie więcej czasu poświęcili na próby zdjęcia klątwy niż rozwiązanie zagadki, ale całkiem zgrabnie się wszystko spięło. Autorka udanie zastosowała strzelbę Czechowa, byłam nawet zaskoczona jak ładnie to, nomen omen, wypaliło. No i zarysowała się też większa intryga, dając ogólne pojęcie o czym będzie cała ta seria.

Książka napisana jest bardzo przyjemnie, czyta się to płynnie, jest sporo humoru. W polskim przekładzie jakiś większych błędów nie znalazłam, jedynie kilka kropek na końcu zdania gdzieś zaginęło, ale to już bardziej moje czepialstwo. Z większych błędów to raz pomylono kolor oczu Robina, ale nie wiem czy to wina oryginału czy tłumaczenia.

Na okładce wydawca umieścił tekst o „intrygach w stylu Bridgertonów”, ale szczerze w ogóle mi ta książka rzeczonych Mostowiaków nie przypomina. Nie te czasy i fabuła skupia się na czymś sensowniejszym niż kto wyjdzie za mąż.

Bardzo polecam, zwłaszcza jeśli szuka się przyjemnego romansu ze szczyptą magii w bardziej historycznej odsłonie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz