niedziela, 26 lipca 2026

Cesarstwo świtu - Jay Kristoff


Tytuł: Cesarstwo świtu
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Dotarłam do kresu tej opowieści. I uczucia mam mieszane.

Ale po kolei. Jeśli nie czytaliście poprzednich tomów to tu macie moją opinię o pierwszym. A jeśli czytaliście poprzednie to i tak pewnie przeczytacie ten. Dlatego ostrzegam, że w poniższej recenzji mogą się pojawić spoilery do CAŁEJ trylogii. Te z trzeciego tomu starałam się ograniczyć do minimum, ale ciężko mi jest cokolwiek napisać o tej książce nie zdradzając niczego. Więc czujcie się ostrzeżeni.

Graal zmartwychwstał. Teraz, zgodnie ze słowami Matki Maryn, wyrusza do stolicy cesarstwa by zakończyć bezdzień. Musi zdążyć nim Bezkresny Legion zdobędzie miasto. Tymczasem Gabriel, przekonany, że stracił kolejną córkę wyrusza by zabić Wiecznotrwałego Króla.

Muszę powiedzieć, że pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała. Cały wątek w León był świetny. Postać kuzynki Gabriela bardzo mi przypadła do gustu. Poza tym wątek Popi… Boże, Kristoff sprawił, że miałam łzy w oczach przez MIECZ. Popi jest cudowna, wspaniała i w ogóle najlepsza.

Gabriel jest bardzo ciekawym protagonistą, bardziej antybohaterem. Tylko, że po tym tomie mam wrażenie, że wiem o nim mniej niż na początku.

Wątek Dior też był w większości spoko, poza paroma dramami, ale o tym później. Bardzo podobało mi się jak zostały rozegrane pewne polityczne kwestie w stolicy. Nie jestem za to przekonana do nowych mocy Dior… Mam wrażenie, że autor trochę przekombinował. Sama Dior dalej jest jedną z lepszych postaci w tej książce. Może tylko mi trochę smutno, że ostatecznie okazała się dużo mniej ważna niż się zapowiadało.

Historia Celene też była ciekawa. Podobała mi się jej przyjaźń z Dior. A cały wątek Esani bardzo mi się podobał. Matka Maryn była przerażająca, zwłaszcza z tą aparycją dziecka.

Zdecydowanie najprzyjemniej mi się czytało sceny z Jeanem-Francois. Absolutnie uwielbiam tego wampira. A do tego oni mają z Gabrielem taką chemię, że klękajcie narody. Autentycznie, jakby Kristoff napisał tysiąc stron tylko o nich to ja bym to przeczytała i stwierdziła, że książka roku, jak nie dekady.

Wątki romantyczne w tej książce… są. Nie zajmują nie wiadomo ile czasu. Najwięcej miejsca poświęcono relacji Gabriela z Phoebe, może nie jest to para, która nie wiadomo jak by poruszyła moje serce, ale podoba mi się pewna dojrzałość ich związku. Nie ma tu wielkich wyznać czy wybuchów uczuć, tylko po prostu dwójka ludzi po przejściach, którzy się dobrze ze sobą czują.

Dużo większy problem mam ze związkami Aarona z Baptistem i Dior z Reyne. O ile panom przynajmniej kibicowałam, choć przez większość książki nie łapałam jaki problem ma Aaron, tak dziewczyny były dla mnie kompletnie nijakie. Co jest o tyle dziwne, bo Dior ma świetną chemię z praktycznie każdą inną postacią. Poza swoją ukochaną. Dlatego te wszystkie dramy z nimi, którymi powinnam się przejmować spłynęły po mnie jak po kaczce. Very sad, anyway.

W ogóle w połowie książki autor z pewnymi wątkami kompletnie odpłynął i historia straciła sporo na wiarygodności. I owszem, okazało się, że to było w pełni zamierzone, ale niesmak pozostał.

Moim największy zarzutem względem tej książki jest to, że po zakończeniu tak naprawdę nie wiem co tam się wydarzyło. Ja rozumiem, że niewiarygodny narrator, normalnie lubię ten zabieg. Tylko tu problemem jest, że nie jestem w stanie nawet pobieżnie odtworzyć prawdziwych wydarzeń. Chyba najbardziej wyczekiwany moment w tej historii został przykryty taką ilością kłamstw, że prawda nawet spod tego nie prześwituje. Przez to czytelnik ma poczucie, że został oszukany.

Przez to też ciężko było mi czuć sympatię do bohaterów w zakończeniu. Znaczy inaczej: czułam sympatię do pewnego bohatera, jedynego, o którym mogłam po tym wszystkim powiedzieć, że go znam. Tylko mam wrażenie, że nie taki był zamysł autora. Mam pewne poczucie niesprawiedliwości po tym zakończeniu.

Za to humor do końca trzymał poziom. Te kąśliwe uwagi, może trochę wulgarne teksty… Przyznam, że może nie był on najwyższych lotów, ale parę razy głośno parsknęłam śmiechem.

Problem mam też ze zmianą grafika w tej części. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że te ilustracje są bardzo dobre, pod względem czystego warsztatu pewnie nawet lepsze niż te z poprzednich tomów. Tylko brakuje im tego czegoś, co tamte miały. Są zbyt wymuskane, zbyt idealne. Nie ma w nich tej duszy i klimatu. To jest ten sam przypadek jak wtedy gdy szkic podoba się bardziej niż skończony obraz. Niedoskonałość czyni sztukę doskonałą.

W ostatecznym rozrachunku czytało mi się to całkiem dobrze, acz nie aż tak jak poprzednie tomy. Zakończenie mnie rozczarowało, ale nie na tyle by zepsuć mi odbiór całości. Pomysł autor miał fajny, ale odnoszę wrażenie, że wykonanie go przerosło. Szkoda. Ogólnie całą serię polecam, nawet mimo zakończenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz