sobota, 24 października 2026

Niespokojna prawda - Freya Marske

Tytuł: Niespokojna prawda
Seria: Ostatnie wiązanie
Autor: Freya Marske
Wydawnictwo: Aura
Gatunek: fantasy, romans, LGBT

Maud Blyth, chcąc pomóc bratu w starciu z magicznymi spiskowcami, wyrusza do Ameryki. Jej zadaniem miało być jedynie sprowadzić posiadaczkę jednej z części ostatniego kontraktu, z powrotem do Anglii… Tylko, że owa starsza pani zostaje zamordowana już pierwszego dnia rejsu, a Maud nie ma najmniejszego pojęcia, który z należących do niej przedmiotów jest magicznym artefaktem. Dziewczyna ma sześć dni rejsu, by go znaleźć i przy okazji nie dać się zabić spiskowcom. W rozwiązaniu tej zagadki pomoże jej Violet, aktorka i czarodziejka, która ma odziedziczyć fortunę po zmarłej krewnej. A także pewien lord, eksczarodziej i dziennikarz, parający się na boku złodziejstwem i sprzedażą pornografii.

Głównymi bohaterkami książki są Maud i Violet. To rozwój ich relacji jest, obok poszukiwania kontraktu, głównym wątkiem tej opowieści. Podoba mi się, że mimo widocznego podobieństwa między rodzeństwem Blyth, autorka nie powtarza tutaj tej samej dynamiki co w pierwszym tomie. Maud jest podobna do Robina, ale jest też swoją własną osobą. To panienka z dobrego domu, która jednocześnie bardzo chciała by zrobić coś skandalicznego. Zbudowała całą swoją osobowość w kontrze do swojej matki, a po jej śmierci ma wątpliwości, co tak naprawdę jest w niej naprawdę jej. Przez matkę ma też problemy z wiarą w intencję innych ludzi. Do tego Maud naprawdę chce pomóc bratu, którego uwielbia. Jednocześnie jest absolutnym magnesem na kłopoty, najpierw działa, a później myśli. No nie da się jej nie lubić.

Violet z kolei w pewnym sensie jest przeciwieństwem Edwina z pierwszego tomu. Tak jak on zbudowała wokół siebie mur, ale o ile Edwin pod maską niedostępności skrywał wrażliwe wnętrze, tak w przypadku Violet jest na odwrót. U niej to ta zewnętrzna warstwa jest przystępna, zaś pod spodem skrywa stal i ostre krawędzie.

Podoba mi się, że dziewczyny zmieniają się nawzajem pod swoim wpływem. Violet uczy się pokazywać swoje prawdziwe ja, a Maud respektować cudze granice. Obie stają się lepszymi ludźmi dzięki wzajemnemu wpływowi. Sam romans z kolei jest dość ekspresowy, głównie przez to, że cała fabuła obejmuje tylko sześć dni. Dziewczyny już po trzech dniach lądują w łóżku. To bardziej przyjaźń z benefitami, z potencjałem na przekształcenie się w coś więcej. Jest to zdecydowanie bardziej realistyczne podejście niż jakbyśmy od razu dostali wielką miłość, biorąc pod uwagę ramy czasowe. Przypadło mi do gustu, że nawet na koniec książki Violet nie odsłania wszystkich swoich sekretów przed Maud.

Miałam nadzieję, że skoro ten tom jest o lesbijkach (no dobra, jedna jest bi), to nie zaatakują mnie w nim kutasy… I w sumie był tylko jeden… Ale za to całe stado cipek! Już wolałam te nieszczęsne kutasy… Naprawdę nie ma lepszego słowa na tę część kobiecej anatomii? Bo to ani romantyczne, ani seksowne nie jest… A tak poza tym seksu jest podobna ilość co w poprzednim tomie i opisy są w podobnym tomie. Czyli mogłoby być tego mniej i mniej dosadnie, ale tragedii nie ma. Tylko te cipki...

Bardzo podobało mi się, że w przeciwieństwie do pierwszej części, która w znacznej mierze była teatrem dwóch aktorów, w tomie drugim pojawia się więcej postaci. Absolutnie uwielbiam lord Hawthorna, szczególnie jego relację z Maud i przekomarzanie z Rossem. Sam Ross zresztą też jest bardzo interesującą postacią. Ale o tych dwóch więcej napiszę przy okazji trzeciego tomu. Właśnie relacje między bohaterami to jest wielka siła tej serii. Dużo humoru opiera się właśnie na nich, scena z czytaniem pornografii z podziałem na role to absolutne złoto.

Sama intryga jest całkiem ciekawa, poszczególnie elementy zgrabnie się ze sobą łączą. Postacie, których zaangażowanie początkowo wydawało się całkowicie przypadkowe okazują się być pełnić ważniejszą rolę niż się wydaje. Jest parę fajnych zwrotów akcji, sama lokalizacja artefaktu jest bardzo ciekawym pomysłem. A przede wszystkim są szalone pomysły Maud. Naprawdę, ta dziewczyna to wcielenie chaosu pod postacią niewiniątka. Uwielbiam ją.

Podoba mi się, że autorka rozwinęła lore tego świata. Dostajemy trochę informacji jak funkcjonuje magia poza Wielką Brytanią, jest też trochę więcej o duchach… Dostajemy także więcej informacji o Klubie Forsycji. Ogólnie rzeczy, które były delikatnie wspomniane w pierwszym tomie tutaj nabierają głębszego znaczenia.

Z błędów polskiego wydania, to w tym tomie rzucił mi się w oczy brak losowych literek. A tak poza tym poziom jest całkiem niezły, czyta się to bardzo płynnie.

Jeśli komuś się podobał tom pierwszy to ten też powinien. Co prawda tam bardziej mnie romans poruszył, ale to może być moje skrzywienie. Absolutnie warto.

środa, 14 października 2026

Cudowna światłość - Freya Marske

Tytuł: Cudowna światłość
Seria: Ostatnie wiązanie
Autor: Freya Marske
Wydawnictwo: Aura
Gatunek: fantasy, romans, LGBT

W skutek administracyjnej pomyłki Robin Blyth dostaje pracę w Biurze Spraw Specjalnych i Zażaleń MSW. Szybko okazuje się, że owe „Sprawy Specjalne” oznaczają magię, zaś jego stanowisko zwyczajowo jest przeznaczone dla niewładających magią członków rodów czarodziejów. A Robin do tej pory nawet nie wiedział, że magia istnieje naprawdę. Do tego poprzednik Robina zaginął, a on sam został obłożony klątwą i zaczął widzieć przyszłość. Żeby rozwiązać tę sprawę Robin łączy siły z Edwinem Courceyem, czarodziejem, który zdecydowanie wolałby na miejscu Robina widzieć kogoś bardziej kompetentnego.

Oj, jak mnie ta książka chwyciła. Jak ja się na tym dobrze bawiłam. Edwardiańska Anglia, magia i gejowski romans między dwoma dorosłymi facetami. No czego chcieć więcej?

Świat może nie jest jakoś szczególnie oryginalny, mocno kojarzy się z „Harry’m Potterem”. Tak więc większość ludzi żyje w nieświadomości istnienia społeczeństwa czarodziejów, pomysł z łącznikiem między światem czarodziejów a brytyjskim rządem też brzmi znajomo. A jednocześnie ma to tyle uroku, tyle klimatu, że to po prostu działa. Bardzo podobał mi się pomysł z czarowaniem za pomocą kociej kołyski. I jeszcze ta wspaniała magiczna posiadłość!

Bohaterów bardzo łatwo polubić. Robin to młody baronet, który po niedawnej śmierci rodziców odziedziczył tytuł. I musi się zmagać z skutkami tego, że ważniejsza dla nich była reputacja filantropów niż przyszłość własnych dzieci, a ma na utrzymaniu charakterną siostrę. Robin to typ sportowca, woli działać niż myśleć. Całkiem dobrze radzi sobie w towarzystwie, ale to bardziej skutek wychowania niż tego, że to lubi. A przy tym to jest naprawdę sympatyczny facet.

Z kolei Edwin to jego przeciwieństwo. Woli książki od ludzi, jest zgryźliwy i nie dopuszcza do siebie innych. Edwin przez to, że jak na czarodzieja posiada wyjątkowo mało mocy, od dziecka był poniżany i traktowany jako ten gorszy. Do tego dochodzą kiepskie relacje z rodziną. Dlatego zbudował wokół siebie mur, ciężko mu nawiązywać relacje z innymi ludźmi.

Między panami iskrzy od początku. Naprawdę miło obserwuje się jak ich relacja się rozwija od początkowych złośliwości, przez zainteresowanie przeradzające się w przyjaźń, w końcu po uczucie i pełne zaufanie. Po prostu można uwierzyć w ten romans i kibicować chłopakom. Choć ma zarzut pod względem tzw. „rozstania w trzecim akcie”. Po pierwsze: nie lubię tego motywu. Po drugie: to było najbardziej przewidywalne rozstanie jakie można sobie wyobrazić! Poważnie, ja na początku książki, nim w ogóle się między nimi cokolwiek zadziało przewidziałam to rozstanie, ba! przewidziałam dokładnie z jakiego powodu ono nastąpi.

Zaskoczyła mnie ilość scen erotycznych w tej książce. W ogóle się żadnych nie spodziewałam, a dostałam trzy, w dodatku dość długie i całkiem szczegółowe, acz nie nazbyt wulgarne. Nawet miałam tę książkę pochwalić za nieużywanie słowa „kutas”, ale w ostatnim rozdziale oberwałam tyloma kutasami, że mi przeszło. A do tamtej pory było naprawdę dobrze! Zwłaszcza, że jest to pierwszy romans, w którym widziałam określenie męskiego przyrodzenia jako „nic wyjątkowego” w scenie zbliżenia. To jest w ogóle legalne w romansach?! Same sceny też nie są po nic, ładnie rozwijają relację bohaterów i pokazują przemianę Edwina. Ogólnie czytało mi się je bez zażenowania, acz mogłyby być krótsze.

Podoba mi się jak autorka podeszła do kwestii orientacji seksualnej bohaterów. Mianowicie: pamiętała w jakich czasach osadziła akcję powieści i że było to wtedy postrzegane jako przestępstwo. Panowie mają świadomość tego w jakim świecie żyją i jaki realnie ma to wpływ na ich życie.

Główne skrzypce zdecydowanie gra tu para głównych bohaterów, ale na drugim planie też znajdzie się parę charakternych postaci. Najbardziej wyróżniają się panna Morrissey, Hinduska pracująca w Biurze Robina i zasadniczo jedyna kompetentna w nim osoba; Maud, rządna przygód siostra Robina chcąca rozpocząć studia; lord Hawthorn, zgorzkniały były Edwina. Zresztą, ostatnia dwójka to bohaterowie kolejnych tomów tej trylogii, więc jestem ciekawa kolejnych części.

Sama intryga całkiem mi się podobała. Nie była ona jakoś szczególnie skomplikowana, w sumie bohaterowie więcej czasu poświęcili na próby zdjęcia klątwy niż rozwiązanie zagadki, ale całkiem zgrabnie się wszystko spięło. Autorka udanie zastosowała strzelbę Czechowa, byłam nawet zaskoczona jak ładnie to, nomen omen, wypaliło. No i zarysowała się też większa intryga, dając ogólne pojęcie o czym będzie cała ta seria.

Książka napisana jest bardzo przyjemnie, czyta się to płynnie, jest sporo humoru. W polskim przekładzie jakiś większych błędów nie znalazłam, jedynie kilka kropek na końcu zdania gdzieś zaginęło, ale to już bardziej moje czepialstwo. Z większych błędów to raz pomylono kolor oczu Robina, ale nie wiem czy to wina oryginału czy tłumaczenia.

Na okładce wydawca umieścił tekst o „intrygach w stylu Bridgertonów”, ale szczerze w ogóle mi ta książka rzeczonych Mostowiaków nie przypomina. Nie te czasy i fabuła skupia się na czymś sensowniejszym niż kto wyjdzie za mąż.

Bardzo polecam, zwłaszcza jeśli szuka się przyjemnego romansu ze szczyptą magii w bardziej historycznej odsłonie.

wtorek, 13 października 2026

Carmilla – Joseph Sheridan Le Fanu

Tytuł: Carmilla
Autor: Joseph Sheridan Le Fanu
Wydawnictwo: Uroboros
Gatunek: horror

Laura mieszka wraz z ojcem w zamku w Styrii. Pewnej nocy nieopodal dochodzi do wypadku powozu, którym jechała tajemnicza kobieta wraz z córką. W skutek czego młodsza z kobiet traci przytomność. Jej matka, nie mogąc przerwać podróży zostawia ją pod opieką mieszkańców zamków. W ten sposób piękna Carmilla zostaje towarzyszką Laury. Tymczasem okolicę zaczyna nawiedzać nieznana choroba...

Powieść nie jest długa, jej przeczytanie zajęło mi niecałe trzy godziny, a nie czytam nie wiadomo jak szybko. Dlatego też jej konstrukcja nie jest przesadnie skomplikowana.

„Carmilla” to bardzo klasyczna historia o wampirach. I to bardzo klasyczna, co oznacza, że współczesnego czytelnika niczym nie jest w stanie zaskoczyć. Nie dlatego, że nie jest oryginalna. Wręcz przeciwnie. To po prostu jedna z pierwszych tego typu powieści, którą inspirowali się późniejsi twórczy, między innymi Bram Stoker pisząc „Draculę”.

Bardzo ciekawym aspektem tej opowieści jest relacja Laury i Carmilli, która ma wyraźny wydźwięk romantyczno-seksualny wydźwięk. Od pierwszego spotkania widać między kobietami wzajemną fascynację, przy czym ze strony Carmilli ma ona bardziej drapieżny charakter. Carmilla to klasyczna femme fatale, piękny, ale zabójczy drapieżnik. Jej zainteresowanie Laurą ma w sobie wiele erotyzmu, niepokojącego tym bardziej, że zaczęło się gdy Laura była dzieckiem.

Wampiryzm w tej historii jest mocno nacechowany seksualnie i można go różnie interpretować, czy to jedynie jako alegorię kobiecej seksualności, homoseksualności, czy wprost pedofilię. Ze współczesnej perspektywy łączenie pociągu do własnej płci z pociągiem do dzieci może wydawać się kontrowersyjne, ale trzeba pamiętać, że jest to powieść napisana w XIX wieku, nie ma co na nią patrzeć przez pryzmat współczesnej moralności.

Laura jest dość typową bohaterką na swoje czasy, niewinną, nieświadomą dziewczyną. Choć nie jest wcale tak bezwolna jak można by się spodziewać. Autor stworzył całkiem wiarygodny portret młodej, samotnej dziewczyny, która bardzo łaknie towarzystwa. Nie można zapomnieć, w jakich czasach rozgrywa się akcja powieści. Więc oczywiście, choć większość fabuły skupia się na kobietach, to ostatecznie problem rozwiązują mężczyźni. Laura niemal do samego końca pozostaje po części nieświadoma, a po części pod wpływem Carmilli. Nie uważam tego za wadę, bardziej za znacznik czasów. Laura jest damą w opałach, ofiarą potwora.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Nie czuć wieku tekstu, język jest bardzo przyjemny, powieść po prostu płynie.

Polskie wydanie jest przepiękne. Minimalistyczne biało-czarno-czerwone ilustracje są cudowne. Zaś pod względem tłumaczenia nie zauważyłam żadnych błędów.

Bardzo polecam, szczególnie miłośnikom wampirów i klasycznych powieści gotyckich.

wtorek, 6 października 2026

Szalona Zagroda - Stefan Grabiński

Tytuł: Szalona zagroda
Autor: Stefan Grabiński
Wydawnictwo: Vesper
Gatunek: horror

„Szalona zagroda” to drugi zbiór Stefana Grabińskiego od wydawnictwa Vesper. Poza opowiadaniami zawiera też dwie powieści autora.

Muszę przyznać, że trochę męczyłam ten zbiorek. Odniosłam wrażenie, że wszystkie co ciekawsze utwory autora znalazły się w „Muzeum dusz czyśćcowych”, czyli poprzedniej kolekcji opowiadań Grabińskiego wydanej przez Vesper, a do „Szalonej zagrody” trafiło to co zostało.

Opowiadania czytało mi się jeszcze całkiem przyjemnie, większość mi się podobała, niektóre nawet bardzo. Było w nich kilka intrygujących pomysłów, momentami zaskakujących jak na utwory napisane w dwudziestoleciu międzywojennym. Opowiadania są całkiem klimatyczne, acz w większości krótkie. Bardziej oparte o pojedynczy pomysł. Niestety mało tu typowej dla autora „grozy kolejowej”, motyw pociągów pojawia się w zaledwie dwóch.

Za to z powieściami autora mam problem. Ciężko mi się było w jakikolwiek sposób przywiązać do bohaterów, nie zainteresowali mnie na tyle by obchodziły mnie ich losy. W krótkiej formie to nie miało znaczenia, bo tam bardziej liczy się sam pomysł, ale przy powieściach brakowało mi tego punktu zaczepienia. Dodatkowo obie powieści wydały mi się nieco chaotyczne, poszczególne rozdziały sprawiały raczej wrażenie opowiadań połączonych w jedną całość, niż spójnej narracji. Szczególnie widać to w „Cieniu Bafometa”, gdzie miałam wrażenie, że każdy wątek jest osobną historią, a zostały one połączone na siłę.

Pod względem językowym książka jest całkiem wymagająca. Dużo tu archaizmów i neologizmów, ogólnie czuć, że była pisana w innej epoce. W książce znajduje się słowniczek wyrazów charakterystycznych dla autora, który co prawda nie jest konieczny do zrozumienia treści, ale jest miłym dodatkiem.

Pod względem wydania jest dobrze, acz nie idealnie. Największy zarzut mam do przypisów, które pojawiają się przy słowach, których znaczenie jest całkowicie jasne, za to gdy faktycznie by się przydały to ich nie ma. Do tego parę irytujących literówek, jak na przykład notoryczne pisanie „bo” zamiast „to”. Nie ma tego jakoś dużo, ale na tyle żeby człowiek to zauważył.

Poza twórczością Stefana Grabińskiego wydawca zdecydował się zamieścić w tym tomie opowiadanie „Wagon astralny” Karola Irzykowskiego, bardzo przyjemne opowiadanie z dozą humoru, będące swoistym hołdem oddanym twórczości Grabińskiego. Jest ono znacznie lżejsze niż treść właściwa zbioru i idealnie dopełnia kolekcję.

Jako pierwszy kontakt z autorem nie polecam, bo jednak „Muzeum dusz czyśćcowych” było dużo przyjemniejszą lekturą i, mam wrażenie, dużo bardziej reprezentatywną dla twórczości Grabińskiego. Ale jeśli ktoś już zna autora, lubi i chce więcej, to jak najbardziej można przeczytać. Opowiadania trzymają poziom, a powieści, choć mnie rozczarowały, też nie są tragiczne. Ogólnie, jeśli ktoś lubi klasykę grozy, to jak najbardziej powinien się zapoznać z twórczością autora.

sobota, 19 września 2026

Kultor - Artur Urbanowicz

Tytuł: Kultor
Seria: Czarownica z Jodozior
Autor: Artur Urbanowicz
Wydawnictwo: Czarna Owca
Gatunek: horror

Straż Ochrony Rodziny to fundacja zajmująca się pomocą ofiarom sekt. Kiedy umiera jej założyciel i główny fundator, a jego spadkobierca drastycznie obniża finansowanie organizacji, SOR znajduje się w dramatycznym położeniu. Wtedy jednak do drzwi fundacji puka milioner, który prosi fundację o pomoc w znalezieniu córki, studentki socjologii, która zaginęła podczas badania pewnej sekty na Suwalszczyźnie. Oczywiście w zamian za hojny przelew. Na misję wyrusza dwóch pracowników fundacji, którzy w przeszłości sami byli ofiarami sekty. Jednak coś musiało pójść nie tak, bowiem mężczyźni budzą się zamknięci w metalowym sześcianie, nie pamiętając jak się w nim znaleźli…

Fabuła powieści toczy się dwutorowo. Na przemian przeplatają się wspomnienia z przebiegu misji z obecnym położeniem bohaterów, zamkniętych nago w ciemnościach z dziurami w pamięci.

Muszę przyznać, że miałam problem z wciągnięciem się w fabułę tej powieści. Ciężko było mi się przywiązać do bohaterów, a fakt, że nawet nie poznajemy ich imion na pewno w tym nie pomagał. Wiemy o nich głównie to, że w młodości uciekli z sekty, a że nie mogli przystosować się do normalnego życia, zaczęli pracować dla SOR jako goście od „zadań specjalnych”, takich jak infiltracja sekt i wyciąganie z nich ludzi, którzy nie byli w stanie sami się wydostać.

Podobało mi się jak autor wplótł w tę historię niepewności i problemy z własną wartością głównego bohatera. To jak mimo trenowania sztuk walki facet czuje się zagubiony i słaby. Jak przez to ucieka w świat wirtualny. Jakie ma kompleksy względem swojego Przyjaciela. To jest bardzo aktualny temat, biorąc pod uwagę jak wygląda współczesny dyskurs na temat relacji damsko-męskich w internecie.

Jak na horror, to książka w ogóle nie jest straszna. Ba, wręcz w pewnym momencie miałam wrażenie, że jest to bardziej powieść fantasy jedynie korzystająca z motywów horroru. Szczególnie, że autor często nawiązuje do uniwersum stworzonego przez Andrzeja Sapkowskiego. Zresztą nie tylko, Tolkien, Sanderson i Martin też zostali wspomniani.

Owszem, było trochę lovecraftowego klimatu, zanim ostatecznie tajemnica została wyjaśniona. Zresztą, to jest mój ulubiony etap powieści. Kiedy jeszcze nie wiadomo co się dzieje, a przekonania głównego bohatera powoli zaczynają się rozjeżdżać z jego postępowaniem. Bardzo podobał mi się ten dysonans. Ostatecznie autor jednak poszedł bardziej fantastyczną niż horrorową drogą.

Samo przedstawienie sekty, wokół której skupia się fabuła bardzo mi się podobało. Jej historia była całkiem ciekawa, a drewniany pałac z witrażowymi oknami i bladzi kultyści robili całkiem niezły klimat. Naprawdę czytając to chciałam rozwiązać tajemnicę tej wspólnoty. Do tego te wszystkie nadnaturalne zjawiska…

Za zmarnowany potencjał uważam kwestię tego, jak podobna do sekty była SOR. Przez całą książkę autor podsuwał tropy mające wskazywać, że fundacja niewiele się różni od tego z czym walczy… Tylko po to, by ostatecznie nic z tym nie zrobić. Ja się naprawdę spodziewałam twistu, że SOR okaże się czymś innym niż się wydaje, ale nie!

„Kultor” okazał się być kontynuacją „Inkuba”. Szkoda tylko, że nikt w czasie promocji tej książki nie poinformował o tym czytelnika. Owszem, okładka trochę przypominała tę „Inkuba”, ale to nie musiało o niczym świadczyć. Więc szkoda, że nie zostałam ostrzeżona, że może dobrze byłoby sobie odświeżyć tamtą historię, zwłaszcza, że czytałam ją dawno i prawie nic nie pamiętam. Przez to w epilogu miałam takie „kim są ci ludzie?!” Acz muszę przyznać, że, nie licząc zakończenia, znajomość „Inkuba” nie jest konieczna do zrozumienia tego co się dzieje.

Jeszcze w kwestii okładki. Nigdzie nie znalazłam żadnej informacji na ten temat i w sumie w książce nazwisko grafika figuruje, więc mogę się mylić. Ale im dłużej na nią patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że była robiona za pomocą AI. Naprawdę, mam nadzieję, że nie mam racji.

Ogólnie nie żałuję przeczytania tej książki, ale żadnym arcydziełem to ona nie jest. Ot, taki średniak z paroma ciekawymi pomysłami. Bez szału, ale przeczytać można.

sobota, 5 września 2026

Szczodry - Elżbieta Cherezińska

Tytuł: Szczodry
Seria: Bolesław II
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: historyczne

„Szczodry” jest bezpośrednią kontynuacją „Śmiałego”, do tego stopnia, że te powieści mogłyby być jedną, acz po przeczytaniu do pewnego stopnia rozumiem decyzję o rozdzieleniu tej historii na dwa tomy. Ale z tego powodu nie będę też za bardzo streszczać fabuły, bo to bez sensu.

Główne dwie osie historii stanowią konflikty Bolesława z królem niemieckim Henrykiem i biskupem krakowskim Stanisławem. Pierwszy dotyczy polityki zagranicznej władcy i jego drogi do zdobycia korony. Drugi z kolei skupia się na sytuacji sytuacji wewnętrznej i wyjaśnia jak tę koronę utracił.

Niezmiennie zachwycają mnie w tej powieść postacie i to, jak napisane zostały relacje pomiędzy nimi. To niesamowite jak wiele informacji jest autorka w stanie zawrzeć w nawet kilku słowach. Bohaterowie są pełnokrwiści i rozbudowani, a ich relacje skomplikowane, buzujące od emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Zmysł polityczny króla, jego przyjaźń z opatem Anchorasem, którego zresztą bardzo polubiłam, oddanie Awdańców, ambicja biskupa Stanisława i jego fascynacja Boromirem… Tu się tyle dzieje, tyle podskórnego napięcia tuż pod powierzchnią tekstu… Po prostu jestem oczarowana.

Mam wrażenie, że w tym tomie dużo mniej jest kobiecej perspektywy. Chyba tylko Gertruda pozostała postacią pierwszoplanową. Wątkowi Rusi poświęcono naprawdę dużo miejsca, a kniahini jest w nim centralną postacią. Jest ona naprawdę ciekawą postacią, połączenie pobożność i namiętności w jej osobie tworzy naprawdę ciekawą mieszankę, a do tego dochodzi jeszcze mądrość, inteligencja i wyczucie polityczne. Trochę szkoda, że Świętosława, charakterna siostra Bolesława zeszła na dalszy plan. A największa szkoda, że tak mało miejsca poświęcono w tym tomie Rzepichom. Może nie przestały być jednymi z najważniejszych osób w tej historii, dalej są sercem tej historii, ale zdecydowanie było ich mniej. Choć dalej ciekawie.

Moim największym zarzutem wobec tej historii jest to, jak jednostronnie został przedstawiony ostatni etap konfliktu z biskupem. Mianowicie, cała sytuacja została prawie w całości z perspektywy Stanisława. A bardzo ciekawa byłam tego co w tym czasie myślał król. No, zabrakło mi tutaj większego uzasadnienia pewnych decyzji.

Jak normalnie nie czytam posłowia, tak tutaj dało mi to dużą frajdę. Autorka bardzo ciekawie wyjaśnia dlaczego podjęła konkretne decyzje fabularne, do tego dorzuca ciekawostki historyczne. I co najważniejsze, zapowiada kolejne książki. Oj, jest na co czekać.

Styl, w jakim książka jest napisana nie zmienił się od poprzedniego tomu, zarówno zalety i wady pozostały te same.

Wydanie mnie rozczarowało. O ile w samym tekście nie znalazłam większych błędów, redakcja i korekta spisały się lepiej niż w poprzednim tomie, tak sama fizyczna forma książki… Poluzowały się kartki w czasie czytania, a przecież książka nowa, pierwszy raz czytana. I nie rzucałam nią! „Płomienną koroną” rzucałam w szerszenia (panicznie boję się wszystkiego co ma żądło, ok?) i klej nie puścił! No popsuły mi te poluzowane strony przyjemność z czytania, zamiast skupiać się na historii musiałam uważać żeby kartki nie wypadły.

Uważam, że „Szczodry” utrzymał poziom poprzedniego tomu. Jest to zdecydowanie historia warta poznania i jedna z najlepszych powieści historycznych jakie czytałam. Odczarowuje historię, zdziera z niej warstwę szkolnej patyny. I choć autorka w pewnym sensie przywraca Bolesławowi II dobre imię, to jednak nie wystawia mu typowej laurki. To powieść o człowieku z krwi i kości.

Zdecydowanie polecam.

piątek, 28 sierpnia 2026

Śmiały - Elżbieta Cherezińska

Tytuł: Śmiały
Seria: Bolesław II
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: historyczne

Zacznę od tego, że Elżbieta Cherezińska to jedna z moich ulubionych autorek. Na jej kolejne książki czekam z niecierpliwością, „Śmiałego” kupiłam na premierę. I chociaż przed przeczytaniem musiał swoje odleżeć na Hałdzie (każdy musi!), to jednak czekał tam krócej niż większość.

W Krakowie na świat przychodzi Bolesław, pierworodny syn Kazimierza Odnowiciela i księżnej Dobroniegi. Poród przyjmuje Rzepicha Namira, kobieta z rodu, którego losy są nierozerwalnie związane z Piastami. Gdy młody książę dorasta musi stanąć na czele królestwa bez korony.

Ciężko powiedzieć, że ta książka ma jednego głównego bohatera. Owszem, o Bolesławie tu najwięcej, on stanowi centrum wydarzeń, ale historię tę obserwujemy z bardzo wielu perspektyw. Przez to można mieć wrażenie, że postaci nie dostają zbyt wiele czasu, ale mimo to są nakreślone bardzo dobrze. Wiemy o nich dokładnie tyle ile potrzebujemy.

Autorka w dużym stopniu oddała głos kobietom. Zarówno tym historycznym, jak Gertruda, ciotka Bolesława czy jego siostra Świętosława, jak i tym fikcyjnym. A ogromną rolę w tej historii odgrywają Rzepichy, ród położnych wywodzących się od żony Piasta. Bardzo mi się podoba ten koncept, czcicielki Mokoszy, których losy są nierozerwalnie splecione z losami dynastii, która porzuciła dawnych bogów. Najwięcej miejsca poświęcono Żywii, jednookiej wieszczce, którą z księciem połączyło uczucie, a której pochodzenie skrywa tajemnicę.

W ogóle autorka stworzyła fascynujący obraz Polski sto lat od chrztu. Wiara chrześcijańska miesza się tu z pogańskimi wierzeniami. I jak zwykle u Cherezińskiej, widać wyraźny rozdźwięk między wyznawczyniami Mokoszy, a kapłanami Trzygłowa. Pierwsze chcą koegzystencji, gdy ci drudzy preferują bardziej konfrontacyjne podejście.

Podoba mi się jak autorka nakreśliła Polskę na politycznej mapie Europy. Powieść nie skupia się tylko na wewnętrznych sprawach kraju, osadza go w szerszym kontekście. Dużo tu o Czechach, Rusi, Węgrzech, Cesarstwie Niemieckim. Nawet Anglicy się trafią! Wawel Bolesława jest prawdziwie międzynarodowym dworem, na którym spotykają się przedstawiciele wielu narodowości. A i wydarzenia w krajach ościennych są istotne dla fabuły.

Dużo w tej książce podskórnego napięcia, wiele emocji i intryg buzuje tuż pod powierzchnią. Nie wszystko jest powiedziane wprost, wiele scen i dialogów ma drugie dno, trzeba czytać uważnie. I cały czas czuć to napięcie. To jest naprawdę fascynująca lektura. Muszę powiedzieć, że na ten moment to jest najlepsza książka pani Cherezińskiej jaką przeczytałam, a poprzeczka była zawieszona naprawdę wysoko. Widać, że jest to książka, którą autorka chciała napisać, tyle serca jest włożone w tę powieść.

Humoru nie ma tu aż tyle co w moim ukochanym „Odrodzonym królestwie”, za to jak już się pojawia to jest naprawdę zabawny, acz subtelny. Za to niesamowicie podoba mi się język jakim została ta książka napisana, naprawdę, momentami zachwycałam się po prostu tym jak to jest napisane. Jedna rzecz tylko mnie drażniła: powieść ogólnie napisana jest w czasie przeszłym, ale raz na jakiś czas pojawiają się zdania w czasie teraźniejszym. Mam wrażenie, że to był celowy zabieg, sądząc po tym, że autorka chciała pokazać historię w czasie teraźniejszym (informacja z tylnej okładki), ale uważam, że nie wyszło. Okropnie to wybijało z rytmu w czasie czytania, przynajmniej na początku, bo potem się przyzwyczaiłam. Ale poza tym jednym mankamentem to cud, miód i orzeszki.

Przyczepię się jeszcze do paru literówek, które też mi popsuły przyjemność z czytania. Nie było ich może jakoś dużo, ale jednak po takim wydawnictwie jak Zysk spodziewałam się większej dbałości, zwłaszcza przy takiej autorce. Chociaż chyba po „Kole czasu” powinnam obniżyć oczekiwania…

Niemniej, polecam, polecam, jeszcze raz polecam. Jestem tą książką zachwycona. Dostałam tu wszystko, czego po książce historycznej oczekuję a nawet więcej. Elżbieta Cherezińska po raz kolejny udowodniła, że pisze na światowym poziomie. Więc czytajcie jej książki! A ja tymczasem biorę się za „Szczodrego”.

piątek, 21 sierpnia 2026

Ostatnia wola i inne opowieści - Marcin Mortka

Tytuł: Ostatnia wola i inne opowieści
Seria: Drużyna do zadań specjalnych
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: SQN
Gatunek: fantasy

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że moje pożegnanie z Kociołkiem było mocno przedwczesne.

„Ostatnia wola i inne opowieści” to zbiór opowiadań, na który składają się tytułowa minipowieść pełniąca funkcję epilogu serii oraz kilka wydanych wcześniej opowiadań.

„Ostatnia wola” opowiada o wieczorze kawalerskim Urgo. Ma, typową już dla dodatków w tej serii, konstrukcję szkatułkową, główna fabuła wiąże ze sobą opowieści poszczególnych członków drużyny. Tak więc w pakiecie dostajemy historię tego jak Kociołek poznał Sarę, co Eliah porabiał w Elfirii (poznajemy też jego imię!), historię z młodości Żychłonia, powód czemu Gramm opuścił rodzinne strony i opowieść co się dzieje na bagnach Ski, która jako jedyna dotyczy teraźniejszości, bo w końcu Zwierzak innych czasów nie uznaje. A wszystko to łączy pojawienie się nowego zagrożenia…

No właśnie. Nowe zagrożenie. W historii, która w teorii stanowi epilog serii. I nie, nie jest to zagrożenie, które zostaje zażegnane w tej książce. To jest po prostu otwarcie nowej historii. Pan Mortka po prostu napisał prolog nowej serii. Ja tu się cieszę, że Kociołek się kończy, zwłaszcza, że seria mocno przeciągnięta… O ile „Siódme życzenie” zostawiało furtkę na kontynuację, tak „Ostatnia wola” po prostu tą furtkę wyrwała z zawiasów. Ta minipowieść więcej wątków otwiera niż kończy!

Pozostałe opowiadania to dość przypadkowa mieszanka. „Głos durnoty” był całkiem zgrabnym nawiązaniem do „Wiedźmina”. Z kolei „Smoczyca i jej pułkownik” to crossover z inną serią autora i muszę przyznać, że dziwnie mi się czytało to opowiadanie bez jej znajomości, choć sama fabuła była jak najbardziej zrozumiała. Pozostałe trzy opowiadania to proste historyjki z życia mieszkańców Gryfa. Nic specjalnego.

Styl autora pozostaje bez zmian. W dalszym ciągu czyta się to jak książkę dla dorosłych dzieci. Humor potrafi momentami rozbawić, ale raczej na poziomie uśmiechu pod nosem, a nie wybuchu śmiechu.

Ale muszę przyznać, że czytało mi się tę książkę wyjątkowo opornie. Po prostu mam poczucie, że ta historia przestała dokądkolwiek zmierzać, a kolejne tomy powstają tylko dlatego, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja. Dlatego zamiast porządnego zakończenia dostaliśmy sugestię przyszłej kontynuację. Nieładnie, Panie Marcinie.

Podsumowując, książka w serii całkowicie zbędna. Nie spełnia podstawowej roli epilogu, czyli domknięcia historii, wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś nie jest wielkim fanem drużyny Kociołka, to na spokojnie może ją sobie odpuścić.

niedziela, 9 sierpnia 2026

Siódme życzenie - Marcin Mortka

Tytuł: Siódme życzenie
Seria: Drużyna do zadań specjalnych
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: SQN
Gatunek: fantasy

No i seria o Kociołku dobiegła końca (przynajmniej teoretycznie).

Po bitwie z poprzedniego tomu do Gryfa zjeżdżają książęta Doliny. Kociołek i jego drużyna nie mogą długo liczyć na spokój, ponieważ król wysyła ich z misją do biblioteki… Co może pójść nie tak? Cóż, w przypadku drużyny do zadań specjalnych wszystko. Tymczasem niewidzialna królowa Elisandra zbiera kobiecą drużynę na tajemniczą wyprawę.

Przez pierwszą połowę książki bawiłam się całkiem dobrze, dużo lepiej niż się spodziewałam. Duża w tym zasługa tego, że narracja była podzielona niemal 50:50 między Kociołka a Sarę. Bo chociaż nawet lubię chłopaków z drużyny Kociołka, to jednak po tylu tomach mam ich trochę dość. Zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, że autor nigdy nie wykorzystał ich pewnego potencjału. Więc babska drużyna była bardzo miłą odmianą. Choć jej potencjał też nie został wykorzystany. Ale ogólnie była to miła odskocznia. Gdyby tylko dziewczyny pozostały drużyną do końca książki, a nie, że nagle Sara musi sobie ze wszystkim radzić sama to byłoby super.

Chyba najbardziej rozczarowująca jest ostatnia rozprawa ze Złym… Bo praktycznie jej nie ma. Jakby, główny konflikt całej serii został rozwiązany zwykłym zamknięciem drzwi… No strasznie antyklimatyczne to było. W ogóle nie było czuć, że to ostatni tom, nie było czuć żadnej stawki.

Przede wszystkim: tytułowe siódme życzenie. Owszem, dowiadujemy się jak brzmiało, ale nie jak (i czy w ogóle) zostało spełnione. Bo może i się spełniło, ale czy wskutek boskiej interwencji czy wysiłków bohaterów? I niby mieliśmy się więcej dowiedzieć o Elfirii, ojczyźnie Eliaha… tylko, że nic z tego.

Mam mieszane uczucia do wprowadzenia nowego bóstwa na sam koniec serii. Z jednej strony fajnie wpasowuje się to w wykreowany do tej pory panteon. Z drugiej mam wrażenie, że autor w ten sposób zostawił sobie furtkę na kontynuację.

A ta seria i tak już była mocno przeciągnięta. Autor w posłowiu przyznał, że „Nie ma tego Złego” było planowane jako jednotomówka i to widać. Mam wrażenie, że pomysły autorowi się skończyły kilka tomów temu, świat jest dość grubymi nićmi szyty, a rozwój bohaterów jest minimalny. Może nie pozostają oni niezmienni, ale jak na taką liczbę tomów, to zdecydowanie za mało poświęcono im czasu.

Humor w Kociołku pozostaje na standardowym poziomie. Czyli: niektóre teksty bawią, inne nie. Jest za poważnie, żeby traktować tę serię jak komedię, a za śmiesznie, żeby brać ją poważnie. Powoduje to dysonans. W dodatku czyta się to jak książkę napisaną dla dzieci, do której dorzucono przekleństwa żeby wiadomo było, że jednak jest dla dorosłych. Innymi słowy, jest to trochę infantylna lektura, co ma pewien urok, ale na dłuższą metę męczy.

Podsumowując, jeśli ktoś czytał poprzednie tomy to przeczyta i ten. Nie jest to satysfakcjonujące zwieńczenie historii, ale jako po prostu kolejna książka o Kociołku nawet się sprawdza. Ot, lekka lektura, akurat na wakacje.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Miłość w wielkim mieście - Sang Young Park

Tytuł: Miłość w wielkim mieście
Autor: Sang Young Park
Wydawnictwo: Tajfuny
Gatunek: literatura piękna, LGBT

„Miłość w wielkim mieście” nie należy do książek, po które zazwyczaj sięgam. Jest to mój pierwszy kontakt z literaturą koreańską, a i z literaturą piękną zazwyczaj mi nie po drodze.

Nie jest to powieść w tradycyjnym znaczeniu, bardziej cztery opowiadania, które się ze są mniej lub bardziej łączą. Głównym bohaterem jest Young, seulski gej, początkujący pisarz. Mamy okazję zajrzeć do wycinków z jego życia: hulaszczego studenckiego życia, przyjaźni z Jaehee, relacji z matką i kolejnych związków, mniej lub bardziej udanych…

Nie jest to tak dosłowna książka, jak te, do których przywykłam. Początkowo miałam wrażenie, że opowiadania nie są ze sobą w ogóle związane, że bohater każdego jest inną osobą, acz o podobnych cechach. Dopiero w drugiej połowie zaczynają się te opowiadania zazębiać, a ta początkowa niespójność bohatera okazuje się celowym zabiegiem. Obserwujemy Younga na różnych etapach życia, jak zmienia się pod wpływem doświadczeń. A z drugiej strony Young nie jest jednym człowiekiem, może być każdym. Każdy może się utożsamić z innym jego aspektem.

Jest to książka o miłości, ale zdecydowanie nie jest to romans. I bardzo dobrze! Choć lubię romansy (acz większość jest słaba), to dobrze było przeczytać książkę, która nie romantyzuje związków i miłości. Może brzmi to jak oksymoron, ale właśnie taka jest ta powieść, opisuje relacje takimi jakie są, a nie jakie chcielibyśmy żeby były. A jednocześnie nie odziera ich całkowicie z piękna.

Książka porusza trudne tematy, ale nie popada w tanią sensację. Tak więc mamy tu aborcję, raka, trudne relacje z rodzicami, seksizm, homofobię, różnice pokoleniowe w związkach z różnicą wieku, choroby weneryczne, próbę samobójczą itp. itd. Autor opisuje to wszystko jako po prostu elementy codzienności bohatera, nie ma tu wielkiego dramatyzmu czy uprawiania aktywizmu. Po prostu zwykłe ludzkie życie, próby bycia sobą w świecie, do którego nie do końca się pasuje. A w tle obraz Seulu pierwszej dekady XXI wieku.

Chyba właśnie ta zwyczajność tych opowieści jest największą siłą tej książki. Bo owszem, to historia historia geja w Seulu, bardzo specyficzny kontekst. Ale przez tą zwyczajność bardzo łatwo się z nim utożsamić, bo to przede wszystkim człowiek. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi, każdy się z czymś zmaga. Czy to będzie choroba, czy trudna relacja z matką albo zwyczajna samotność.

Przeczytałam tę książkę w dwa dni, po części dlatego, że jest naprawdę króciutka (ma zaledwie 200 stron i nieduży format), ale też dlatego, że bardzo przyjemnie się ją czyta. Narrator opisuje wszystko z ironicznym poczuciem humoru, dzięki czemu tematyka nie przytłacza. Choć muszę przyznać, że niektóre porównania były dość dziwne, np. „jego urocza twarz – taki ostygły pierożek mandu”… No cóż, mam nadzieję, że po koreańsku to brzmiało lepiej.

Pod względem wydania nie miałam się do czego przyczepić, żaden błąd nie rzucił mi się w oczy. Jedynie bym się przyczepiła, do przesadnego użycia feminatywów, ale z tym też tragedii nie było, kwestia preferencji. Za to niesamowicie podoba mi się okładka. Jest w niej coś takiego, co przyciąga wzrok, ilustracja ma pewien specyficzny klimat. No i ten efekt holo na napisach! No cudo.

Była to zdecydowanie ciekawa lektura, dająca do myślenia. Może nie zostanie ze mną do końca życia, ale była przyjemną, melancholijną odskocznią od bardziej rozrywkowych pozycji.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Wchód słońca w dniu dożynek - Suzanne Collins

Tytuł: Wschód słońca w dniu dożynek
Seria: Igrzyska śmierci
Autor: Suzanne Collins
Wydawnictwo: must read
Gatunek: młodzieżówka, dystopia

Urodziny Haymitcha nie są radosnym dniem. To właśnie w ten dzień w każdym z dwunastu dystryktów wybierani są trybuci, dzieciaki, które mają wziąć udział w Głodowych Igrzyskach – turnieju, który przetrwać tylko jedno z nich. Co gorsza, w tym roku, z okazji Drugiego Ćwierćwiecza Poskromienia, w Igrzyskach ma wziąć udział dwa razy więcej dzieciaków. Gdy w czasie dożynek ginie jeden z wybranych trybutów, na jego miejsce zostaje wybrany Haymitch, który zwrócił na siebie uwagę broniąc swojej dziewczyny przed Strażnikiem Pokoju. Chłopak trafia do Kapitolu i na okrutną arenę, gdzie pozna cenę oporu.

Suzanne Collins to dla mnie ciekawy przypadek. Kiedy sześć lat temu wyszła „Ballada ptaków i węży”, pierwszy prequel „Igrzysk śmierci” myślałam, że będzie to odcinanie kuponów. Jednak po przeczytaniu tamtej powieści całkowicie zmieniłam zdanie. Ta kobieta pisze, bo ma coś do powiedzenia! Więc zaczynając „Wschód słońca w dniu dożynek” byłam o wiele spokojniejsza o treść. I chociaż ta książka nie zachwyciła mnie doi tego stopnia co „Ballada”, to rozczarowana nie jestem.

Mam wrażenie, że w tej części najbardziej czuć, że bohaterami są dzieciaki, choć może to po prostu wynikać z tego, że oryginalną trylogię czytałam jako nastolatka. Ale w tej części bardzo mocno autorka skupia się na tych młodszych uczestnikach Igrzysk.

Haymitch to zwykły szesnastoletni chłopak. Po szkole pracuje ciężko jako bimbrownik żeby utrzymać rodzinę. Kocha swoją dziewczynę. Ogólnie, dobry dzieciak. A kiedy wybierają go na trybuta, wie, że zginie. Dlatego chce żeby jego śmierć miała znaczenie. Dlatego tak gorzką ironią jest jego zwycięstwo. To nie spoiler, w końcu to prequel.

Z pozostałych postaci najbardziej wyróżnia się Maysilee, wredna dziewczyna z jednej z bogatszych rodzin z Dwunastki, która jednak okazuje się nie taka rozpieszczona jak się wydaje na pierwszy rzut oka. W sumie dużo w tej książce o tym jak pozory mylą. Nic nie jest takie jakie się wydaje.

Największym atutem tej powieści jest pokazanie działania propagandy i wpływu mediów na kształtowanie rzeczywistości. Działania bohaterów tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko to jak przedstawią je media.

Podoba mi się jak przedstawiono Kapitol w tej książce. To nie tak, że wszyscy mieszkańcy Kapitolu są złymi ludźmi. Są po prostu ludźmi żyjącymi w systemie, którzy wierzą, że ten system jest dobry. A że system polega na zabijaniu dzieci? Tłumaczą sobie to wyższym dobrem. Kapitol rządzi Panem według starej zasady „dziel i rządź”. Władze szczują Dystrykty przeciw sobie, by te nigdy się nie zjednoczyły. Dodatkowo Igrzyska dehumanizują mieszkańców Dystryktów w oczach własnych obywateli. Dlatego nawet dobrzy ludzie uczą się nie widzieć okrucieństwa tego systemu.

Fabuła w dużej mierze skupia się na próbach wsadzenia kija w tryby tej maszyny do zabijania. To nie jest książka o dzieciakach zabijających się nawzajem. To jest historia o dzieciakach mordowanych ku uciesze tłumu, które chcą uświadomić swoim oprawcom, że też są ludźmi.

Bardzo mi się podoba symbolika areny w tej części. Zabójcze piękno. Pozory, które mylą. I ciągła inwigilacja. Nie można zdradzać swoich zamiarów, bo zawsze ktoś słucha, zawsze obserwuje. Ale z drugiej strony każdy czyn można przekręcić, wypaczyć sens słów. Kłamstwo staje się rzeczywistością, a rzeczywistość kłamstwem.

Chyba największym moim zarzutem do tej książki jest fakt, że w ogóle nie czuć tego, że trybutów jest więcej niż w normalnych Igrzyskach. Owszem, pozwala to na zbudowanie trochę głębszej relacji między czwórką z Dwunastki, ale na dobrą sprawę wcale by tak wiele się nie zmieniło gdyby było ich mniej.

Ciężko mi było przywyknąć do stylu, w jakim ta książka jest napisana. Po części dlatego, że odwykłam od narracji pierwszoosobowej w czasie rzeczywistym. Ale też odniosłam wrażenie, że styl jest bardzo suchy i pozbawiony emocji, co raczej jest nietypowe dla tego typu narracji.

Przez to też wątek miłości Haymitcha i Lenore Dove w ogóle mnie nie ruszył. Nie czułam tego wielkiego uczucia. W ogóle Lenore jest tutaj bardziej ideą niż postacią z krwi i kości.

To jest młodzieżówka. Ale jest to zdecydowanie mądra młodzieżówka, która daje do myślenia. Owszem, jest napisana prostym językiem, a niektóre wnioski płynące z niej są oczywiste. Tylko, że niektóre oczywistości trzeba powtarzać. Brakuje mi więcej tego typu książek, młodzieżówek, w których pod warstwą fabularną kryje się jakieś przesłanie.

Polecam każdemu, szczególnie fanom poprzednich części.

niedziela, 26 lipca 2026

Cesarstwo świtu - Jay Kristoff


Tytuł: Cesarstwo świtu
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Dotarłam do kresu tej 
Wydawopowieści. I uczucia mam mieszane.

Ale po kolei. Jeśli nie czytaliście poprzednich tomów to tu macie moją opinię o pierwszym. A jeśli czytaliście poprzednie to i tak pewnie przeczytacie ten. Dlatego ostrzegam, że w poniższej recenzji mogą się pojawić spoilery do CAŁEJ trylogii. Te z trzeciego tomu starałam się ograniczyć do minimum, ale ciężko mi jest cokolwiek napisać o tej książce nie zdradzając niczego. Więc czujcie się ostrzeżeni.

Graal zmartwychwstał. Teraz, zgodnie ze słowami Matki Maryn, wyrusza do stolicy cesarstwa by zakończyć bezdzień. Musi zdążyć nim Bezkresny Legion zdobędzie miasto. Tymczasem Gabriel, przekonany, że stracił kolejną córkę wyrusza by zabić Wiecznotrwałego Króla.

Muszę powiedzieć, że pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała. Cały wątek w León był świetny. Postać kuzynki Gabriela bardzo mi przypadła do gustu. Poza tym wątek Popi… Boże, Kristoff sprawił, że miałam łzy w oczach przez MIECZ. Popi jest cudowna, wspaniała i w ogóle najlepsza.

Gabriel jest bardzo ciekawym protagonistą, bardziej antybohaterem. Tylko, że po tym tomie mam wrażenie, że wiem o nim mniej niż na początku.

Wątek Dior też był w większości spoko, poza paroma dramami, ale o tym później. Bardzo podobało mi się jak zostały rozegrane pewne polityczne kwestie w stolicy. Nie jestem za to przekonana do nowych mocy Dior… Mam wrażenie, że autor trochę przekombinował. Sama Dior dalej jest jedną z lepszych postaci w tej książce. Może tylko mi trochę smutno, że ostatecznie okazała się dużo mniej ważna niż się zapowiadało.

Historia Celene też była ciekawa. Podobała mi się jej przyjaźń z Dior. A cały wątek Esani bardzo mi się podobał. Matka Maryn była przerażająca, zwłaszcza z tą aparycją dziecka.

Zdecydowanie najprzyjemniej mi się czytało sceny z Jeanem-Francois. Absolutnie uwielbiam tego wampira. A do tego oni mają z Gabrielem taką chemię, że klękajcie narody. Autentycznie, jakby Kristoff napisał tysiąc stron tylko o nich to ja bym to przeczytała i stwierdziła, że książka roku, jak nie dekady.

Wątki romantyczne w tej książce… są. Nie zajmują nie wiadomo ile czasu. Najwięcej miejsca poświęcono relacji Gabriela z Phoebe, może nie jest to para, która nie wiadomo jak by poruszyła moje serce, ale podoba mi się pewna dojrzałość ich związku. Nie ma tu wielkich wyznać czy wybuchów uczuć, tylko po prostu dwójka ludzi po przejściach, którzy się dobrze ze sobą czują.

Dużo większy problem mam ze związkami Aarona z Baptistem i Dior z Reyne. O ile panom przynajmniej kibicowałam, choć przez większość książki nie łapałam jaki problem ma Aaron, tak dziewczyny były dla mnie kompletnie nijakie. Co jest o tyle dziwne, bo Dior ma świetną chemię z praktycznie każdą inną postacią. Poza swoją ukochaną. Dlatego te wszystkie dramy z nimi, którymi powinnam się przejmować spłynęły po mnie jak po kaczce. Very sad, anyway.

W ogóle w połowie książki autor z pewnymi wątkami kompletnie odpłynął i historia straciła sporo na wiarygodności. I owszem, okazało się, że to było w pełni zamierzone, ale niesmak pozostał.

Moim największy zarzutem względem tej książki jest to, że po zakończeniu tak naprawdę nie wiem co tam się wydarzyło. Ja rozumiem, że niewiarygodny narrator, normalnie lubię ten zabieg. Tylko tu problemem jest, że nie jestem w stanie nawet pobieżnie odtworzyć prawdziwych wydarzeń. Chyba najbardziej wyczekiwany moment w tej historii został przykryty taką ilością kłamstw, że prawda nawet spod tego nie prześwituje. Przez to czytelnik ma poczucie, że został oszukany.

Przez to też ciężko było mi czuć sympatię do bohaterów w zakończeniu. Znaczy inaczej: czułam sympatię do pewnego bohatera, jedynego, o którym mogłam po tym wszystkim powiedzieć, że go znam. Tylko mam wrażenie, że nie taki był zamysł autora. Mam pewne poczucie niesprawiedliwości po tym zakończeniu.

Za to humor do końca trzymał poziom. Te kąśliwe uwagi, może trochę wulgarne teksty… Przyznam, że może nie był on najwyższych lotów, ale parę razy głośno parsknęłam śmiechem.

Problem mam też ze zmianą grafika w tej części. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że te ilustracje są bardzo dobre, pod względem czystego warsztatu pewnie nawet lepsze niż te z poprzednich tomów. Tylko brakuje im tego czegoś, co tamte miały. Są zbyt wymuskane, zbyt idealne. Nie ma w nich tej duszy i klimatu. To jest ten sam przypadek jak wtedy gdy szkic podoba się bardziej niż skończony obraz. Niedoskonałość czyni sztukę doskonałą.

W ostatecznym rozrachunku czytało mi się to całkiem dobrze, acz nie aż tak jak poprzednie tomy. Zakończenie mnie rozczarowało, ale nie na tyle by zepsuć mi odbiór całości. Pomysł autor miał fajny, ale odnoszę wrażenie, że wykonanie go przerosło. Szkoda. Ogólnie całą serię polecam, nawet mimo zakończenia.

wtorek, 7 lipca 2026

Cesarstwo potępionych - Jay Kristoff

Tytuł: Cesarstwo potępionych
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Jeśli nie czytaliście „Wampirzego cesarstwa” to nie macie tu czego szukać, będą spoilery do pierwszego tomu, a ta seria jest zbyt fajna żeby sobie ją psuć. Tu macie moją reckę.

A jeśli czytaliście, to zapraszam.

Gabriel de León zdradził zakon, do którego dawniej należał i ocalił życie Graala, grzebiąc nadzieje ludzkości na powrót dnia. Jednak czy na pewno? Razem z Dior i Celene wyrusza, by poznać prawdziwe przeznaczenie Graala. Po drodze Gabe będzie musiał zmierzyć się z kolejnymi z dzieci Wiecznotrwałego Króla, potężnym klanem Dyvoków, a nade wszystko – z konsekwencjami własnych czynów.

Oj, dzieje się w tym tomie, dzieje. Ciężko cokolwiek napisać, żeby nie zdradzić za dużo. Na jaw wychodzą kolejne tajemnice, kolejne elementy układanki wpasowują się w swoje miejsce. Mam wrażenie, że ten tom nie jest aż tak przewidywalny jak pierwszy. Dalej nie jest to nie wiadomo jak oryginalna historia, ale parę razy autorowi udało się mnie zaskoczyć. Z drugiej strony sporo rzeczy domyśliłam się wcześniej niż powinnam. Mam wrażenie, że w dużej mierze frajda z czytania tej serii zależy od tego jak dobrzy jesteście w wychwytywaniu takich wskazów: im lepiej wam to idzie, tym mniej rzeczy was zaskoczy, wydaje mi się, że Kristoff rzuca odrobinę zbyt oczywiste poszlaki.

Co nie zmienia faktu, że dalej czyta się to doskonale, o czym najlepiej świadczy fakt, że przeczytałam tę cegłę w osiem dni.

Niezmiennie podoba mi się przedstawienie wampirów w tej serii, to jak wiele autor czerpie z klasycznego wizerunku tych stworów: nie mogą wejść do domu niezaproszone, nie mogą przekroczyć płynącej wody itp., brakowało mi takich wampirów we współczesnej popkulturze. Wampiryzmu przedstawionego jako klątwa. W tym tomie dowiadujemy się więcej o klanie Dyvoków, wampirów wyróżniających się niezwykłą siłą, nawet wśród swojego rodzaju. Przez to też walki w tym tomie są bardzo w stylu anime, bo Dyvokowie walczą za pomocą ogromnych mieczy.

Prawdę mówią, ja bardzo chętnie obejrzałabym anime (albo animację w stylu „Castlevanii”) na podstawie tej serii. Jay Kristoff często kieruje się „rule of cool” i, o ile nie uważam, żeby zawsze było to dobre podejście, tak w przypadku tej serii sprawdza się doskonale.

Poza wampirami dużo miejsca w tym tomie poświęcono tancerzom zmierzchu – zmiennokształtnym z Osswayu. Podoba mi się jak rozrasta się światotwórstwo tego uniwersum.

Jednak przede wszystkim sercem tej historii pozostają jej bohaterowie i relacje między nimi. Może i motyw twardziela, który stracił wszystko i dziewczyny, która nie miała rodziny, którzy stają się dla siebie rodziną jest ograny, ale działa! Naprawdę przyjemnie się ogląda rozwój relacji tej dwójki.

Zaskoczyła mnie obecność wątku miłosnego z udziałem Gabriela. Jakoś nie spodziewałam się, że po stracie żony on kogoś do siebie dopuści, nawet jeśli nie była to relacja stricte romantyczna. Co mi się w sumie podoba, bo nie każda relacja musi być wielką miłością.

Serce złamał mi wątek Aarona i Baptiste, ale nic więcej nie zdradzę. To po prostu bolało.

Ciekawa jest relacja Gabriela z jego siostrą, zwłaszcza, że mamy okazję usłyszeć też jej wersję wydarzeń. Ile tam jest uraz między tym rodzeństwem, a jednocześnie widać, że u podstaw tego wszystkiego leży rodzinna miłość. No, ciekawie się to czyta.

No i niezmiennie zachwycają wstawki z Jeanem- François, wampirzym historykiem spisującym tę historię. Ile tam jest homoerotycznego napięcia! Ja powinnam przestać zaczynać książki z założeniem żeby były niegejowe, bo za każdym razem kończę z najbardziej gejowymi książkami, jakie się da napisać nie pisząc romansu... Znaczy nie narzekam, ale to już drugi raz! Wszechświat chce mi coś przekazać i ja tęczę widzę w tym przekazie!

Polskie tłumaczenie dalej mi się podoba. I dalej zdarzają się irytujące literówki. Innymi słowy: poziom względem pierwszego tomu się nie zmienił.

Podsumowując: polecam! Drugi tom spełnił pokładane w nim nadzieje. To dalej jest fajna historia z fajnymi bohaterami, która potrafi momentami złamać serce. Ale przede wszystkim jest po prostu fajna. A czasem właśnie tyle wystarczy.

niedziela, 28 czerwca 2026

Wampirze cesarstwo - Jay Kristoff

Tytuł: Wampirze cesarstwo
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Dwadzieścia siedem lat temu nastał bezdzień i słońce przestało chronić ludzkość przed istotami nocy. Gabriel de León jest ostatnim srebroświętym, członkiem zakonu broniącego Cesarstwa przed bestiami. Więziony przez wampiry zostaje zmuszony do opowiedzenia historii swojego życia. Historię wojen, miłości, zemsty i ostatniej nadziei ludzkości – Świętego Graala.

Boże, jak mi brakowało czegoś takiego! Porządnego rozrywkowego fantasy z sensownym światem, dającymi się lubić bohaterami, klimatem i sporą dawką humoru bez uciekania w komedię. No i te wampiry! Takie pełnokrwiste, eleganckie potwory, które miały zdecydowanie za dużo czasu by pozostała w nich choć resztka człowieczeństwa. Jak i takie, którym przemiana odebrała intelekt już na początku pozostawiając jedynie głód i instynkt bestii. Bardzo podoba mi się takie przedstawienie tych stworzeń. A nie są to jedyne bestie jakie ten świat ma do zaoferowania, acz o pozostałych w tym tomie było niewiele.

Sam świat jest bardzo ciekawie przedstawiony. Odkąd zapanował półmrok bezdnia większość roślin obumarła a ich miejsce zajęły wszelkiego rodzaju grzyby. No, daje to swojego rodzaju klimacik. Poza tym mocne francuskie inspiracje w świecie przedstawionym, te długie płaszcze, trójgraniaste kapelusze, koronki, długi powiewający włos… Ach, no jest klimatycznie.

Ważną rolę w tym świecie pełni wiara w Odkupiciela, bardzo mocno inspirowana Chrześcijaństwem. Srebrny Zakon, bractwo mieszańców polujących na istoty nocy trochę przypominał mi Wiedźminów, tylko bardziej religijnych. Spodobał mi się pomysł srebrnych tatuaży służących za tarczę przeciw wampirom.

Powiedzmy sobie szczerze, w tej książce nie ma niczego, czego nie widziałabym wcześniej gdzie indziej. Tyle że w ogóle to nie przeszkadza. To nie odgrzewany kotlet, a bardziej nowe danie przygotowane ze znanych składników. Poszczególne motywy są tak sprawnie połączone w całość, że w ogóle nie czuje wtórności w czasie czytania.

Dużą zaletą jest konstrukcja ten opowieści. Mamy trzy plany czasowe. Pierwszy to teraźniejszość, gdzie Gabriel opowiada swoją historię wampirzemu historykowi Jeanowi-François. Ich cięte dialogi to absolutne złoto, te wzajemne złośliwości. Drugi plan czasowy to historia młodości Gabriela w klasztorze San Michon, tego jak stał się łowcą potworów. Trzeci to z kolei historia o tym, jak Gabriel wplątał się w poszukiwanie Świętego Graala. Te dwie opowieści przeplatają się i nawzajem uzupełniają, tworząc spójny obraz.

Jak już pisałam, bohaterów da się lubić. Gabriel jest interesującym protagonistą, zwłaszcza, że mamy okazję zobaczyć go w dwóch wersjach: żądnego chwały nastolatka, którego przepełnia gorąca wiara oraz złamanego, uzależnionego mężczyzny, który stracił wszelką wiarę. Ten kontrast sprawia, że czytelnik chce poznać jego historię, dowiedzieć się co sprawiło, że się tak zmienił. Ale ogólnie, Gabe pod powierzchownością łajdaka skrywa złote serce i jest lepszym człowiekiem niż sam by chciał.

O innych postaciach boję się pisać, żeby nie zdradzić za dużo. Ale mamy tu bardzo fajne postacie kobiece i nie tylko.

Sceny seksu mnie w tej książce bawiły, przede wszystkim dlatego, że były opisane jako część opowieści Gabriela. Chłopie, czemu ty to opowiadasz temu wampirowi z takimi szczegółami?! Chwalisz się?!

Wątki LGBT się pojawiają w ilościach zauważalnych, ale nie przytłaczających i bardziej na drugim planie. Są do tego poprowadzone w sposób pasujący do świata przedstawionego.

I jeszcze słowo o ilustracjach. No cudne są, takie klimatyczne. A biorąc pod uwagę, że srebroświęci zwykle walczą półnago… No, jest na czym oko zawiesić.

Polskie wydanie muszę pochwalić za przyjemne tłumaczenie i okładkę, z której nie schodzą złocenia. Jednak się da! Co prawda zdarzyło się parę irytujących literówek i raz zabrakło myślnika (brakujące myślniki mnie prześladują, to jest jak nic jakaś klątwa), ale biorąc pod uwagę objętość książki tragedii nie ma.

Bardzo polecam, szczególnie fanom „Castlevanii” i „Wiedźmina”. Jeśli szukacie zręcznie poprowadzonego dark fantasy to zdecydowanie jest pozycja dla was.

niedziela, 14 czerwca 2026

Cassandra - Katarzyna Strawińska

Tytuł: Cassandra
Autor: Katarzyna Strawińska
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: thriller

W końcu! Zgredek jest wolnym skrzatem! Innymi słowy, skończyłam ostatnią książkę w ramach Booktouru Złych Książek. Tak się złożyło, że na samym końcu trafiła mi się najgorsza pozycja, a trzeba przyznać, że konkurencja była zacięta.

Kiedy Cassandra wraca z treningu pływackiego zaczepia ją obcy mężczyzna, prosząc by pomogła mu wstawić szafkę do samochodu. Naiwna dziewczyna chce pomóc, ale szybko okazuje się, że był to tylko pretekst. Mężczyzna wpycha ją do bagażnika i zawozi do swojego brata, jako prezent. Tak zaczyna się życie Cassie w roli zabawki Klausa.

Przepraszam bardzo, ale co ja właśnie przeczytałam? Ja naprawdę nie mam nic przeciwko przemocy w książkach, nawet jeśli jest jej dużo i ma charakter seksualny. Ale kurczę, niech to czemuś służy! Ta książka to wręcz pornograficzny opis tego jak Klaus się znęca nad Cassandrą. Nie ma tu dosłownie nic poza tym. Autorka z każdym kolejnym rozdziałem wpada na coraz wymyślniejsze (i głupsze) sposoby na torturowanie bohaterki.

Zakładam, że historia Cassandry miała poruszyć czytelnika… Tylko autorka nie dała mi żadnego powodu żebym miała się przejmować losem Cassie. Bo sam fakt, że to niewinna dziewczyna mi nie wystarczy jeśli mówimy o dziele całkowicie fikcyjnym. Cassandrę poznajemy w momencie porwania a potem szybko przeskakujemy sześć miesięcy do momentu, gdy stała się już bezwolną zabawką Klausa. Poza pierwszym spotkaniem z Klausem całkowicie pominięto początkowy okres jej nie woli, ten czas kiedy mogliśmy zobaczyć jej wolę walki, przywiązać się do niej, polubić ją! Nie, po co. Lepiej obserwować jak Klaus znęca się nad bezwolną lalką. To jest tak niepojęta w sensie narracyjnym decyzja, że aż szkoda słów. Przez całą książkę Cassie zachowuje się jakby miała siedem lat a nie siedemnaście. I tak ją też wszyscy traktują.

No dobra, to skoro już wiemy, że Cassie nie ma charakteru, to może przynajmniej czarny charakter jest dobrze napisany? No nie. Klaus jest bardziej karykaturą niż człowiekiem. Wysoki, przystojny, z kwadratową szczęką i oczami jak węgle. Oczywiście bogaty i wpływowy… Czemu w tych książkach porywacze to zawsze przystojni, bogaci politycy? Czy autorki naprawdę myślą, że żeby kogoś uwięzić to potrzeba jakichś ogromnych pokładów finansowych i sztabu ludzi?

Ale wróćmy do Klausa. Klaus jest oczywiście zły. Wróć. Klaus jest Zły. Lubi krzywdzić kobiety. I w sumie przed Cassie były inne. Ale Cassie jest wyjątkowa. Bo tak, niby autorka dała wytłumaczenie, czemu ona jest dla niego taka wyjątkowa, ale było ono tak od czapy, że lepiej by już było jakby go nie było.

Bohaterowie zachowują się tak, jak akurat fabuła tego wymaga. Niby autorka próbowała oddać szaleństwo, w jakie popadła Cassie i skrzywiony umysł Klausa, ale w efekcie książka jest okropnie chaotyczna. I to nie jest tak, że mamy tu jakieś przemyślenia na temat natury czy psychiki ludzkiej. Znaczy, autorka udaje, że są i wstawia jakieś w zamyśle głębokie wstawki… Tylko, że ja widziałam głębsze kałuże w czasie suszy.

Dialogi są niezwykle drętwe. W ogóle nikt w tej książce nie zachowuje się jak człowiek. Postacie, które niby zdają sobie sprawę z sytuacji Cassie, które są przedstawiane jako pozytywne, na przykład matka Klausa czy krawcowa, nic nie robią żeby zgłosić jej położenie służbom.

W ogóle niby policja poszukuje Cassandry, cały czas trąbią o niej w mediach, ale Klaus, który ponoć jest wpływowym politykiem bierze sobie z nią ślub. I to używając jej prawdziwych danych osobowych. I nic, nikogo to nie obchodzi. Krawcowa, widząc, że facet ją bije stwierdza, że nie będzie spełniać życzeń tyrana, ale dotyczy to tylko kroju sukni, a nie samego faktu uszycia sukni na ślub z tym tyranem. Klaus przyszywa pierścionek zaręczynowy Cassandrze do palca, co jest tak bez sensu…

Zakończenie nie daje żadnego katharsis. Czytelnik nie dostaje najmniejszego wynagrodzenia za przeczytanie tego. Ta historia jest w jednym tonie od początku do końca, tu nie ma nic co mogłoby poruszyć jakiekolwiek uczucia. Był moment, że autorka próbowała wprowadzić komizm żeby rozluźnić atmosferę, ale było to na tyle nieudolne i bez smaku, że nie zadziałało. To jest chyba największy problem tej historii: w założeniu kontrowersyjna, w praktyce kompletnie nijaka.

Nie nazwałabym tej książki erotykiem. Sceny gwałtów są, i to opisane całkiem dokładnie, ale nie odniosłam wrażenia, że miały być erotyczne. Są za to opisane po prostu głupio, poważnie, łzy jako lubrykant? Pornograficzna jest w tej pozycji przede wszystkim przemoc, nie seks.

Napisane to jest w okropnie pretensjonalnym stylu, w dodatku takim językiem, jakby autorka ostatni raz z językiem polskim miała styczność w czwartej klasie podstawówki. W pewnym momencie musiałam się upewnić, czy faktycznie ta książka została napisana po polsku, a nie przetłumaczona z angielskiego za pomocą tłumacza Google, tyle pojawia się w niej kalk językowych. Na przykład nie raz pada stwierdzenie, że Cassie była bałaganem… Ja nie wierzę, że to przeszło przez redakcję i korektę.

Nie polecam, ta książka nie nadaje się nawet na rozpałkę do kominka. Nie pojmuję dlaczego ktoś to wydał, zarówno ze względu na treść jak i na formę. Cieszę się, że to ostatnia ze złych książek jakie miałam nieprzyjemność poznać w ramach BZK.

niedziela, 7 czerwca 2026

I like you, Hype Boy - Julita Sarnecka (BZK)

Tytuł: I like you, Hype Boy
Autor: Julita Sarnecka
Wydawnictwo: Filia
Gatunek: romans

Proszę Państwa, oto kolejna odsłona Booktouru Złych Książek! Tym razem kolejny romans z k-popowym idolem. A że ja, przyznaję się bez bicia, o k-popie i Korei nie mam zbyt dużego pojęcia (obejrzałam całą jedną dramę koreańską i to jeszcze sukienkową…) to najpewniej książkę potraktuję trochę łagodniej niż na to zasługuje…

Sana jest początkującą dziennikarką koreańskiego pochodzenia. Nie idzie jej zbyt dobrze na stażu, ale dostaje szansę, by pokazać na co ją stać. Ma spędzić dwa miesiące z członkami TBT, najpopularniejszego zespołu k-popowego i napisać o nich artykuł.

Pamiętacie te wszystkie fanfiki z Onet blog, gdzie główna bohaterka musiała z jakiegoś powodu (najczęściej totalnie wydumanego) zamieszkać z One Direction albo z Jonas Brothers? Oczywiście dziewczyna było szarą myszką i fajtłapą, i w ogóle nie taka jak inne, ale jednocześnie wszyscy ci gwiazdorzy się w niej zakochiwali i uważali, że jest najpiękniejsza na świecie? To teraz przenieście to do Korei i to jest ta książka. Dosłownie, nie musicie już tego czytać, zaoszczędziliście czas, pieniądze i szare komórki.

Sana jest bohaterką nie dość że wkurzającą, to jeszcze do bólu typową. Nic jej nie wychodzi, wszystko leci jej z rąk, potrafi się wywalić na prostej drodze. I ja nawet nie przesadzam, dosłownie jest taka scena w książce. Staż musiał załatwić jej ojciec, a sądząc po reakcji jej szefa na jej artykuły, to talentu dziennikarskiego to ona nie ma za grosz. Zresztą, wysyłają ją do Korei by napisała artykuł o zespole, a ta przez dwa tygodnie nie raczyła sprawdzić w internecie jak wyglądają członkowie rzeczonego zespołu. No research pierwsza klasa! No i komuś takiemu zlecają napisanie artykułu o najsłynniejszym zespole na świecie? Na jakiej podstawie? Bo nie wierzę, że w Nowym Jorku to jest jedyna dziennikarka mówiąca po koreańsku.

Jeśli zaś chodzi o chłopaków… To jest reverse harem. Naprawdę, ta książka odhacza wszystkie typowe motywy reverse haremów. Tyle, że w dobrej haremówka bohaterowie powinni być wyraziści. A tutaj, poza Lee i Shinem, panowie zlewają się w jedną masę. Niby autorka próbuje nadać im jakieś cechy indywidualne, ale nie więcej niż jedną. Ich stosunek do bohaterki też zmienia się w tym samym momencie, nie ma żadnego stopniowania relacji.

Lee to taki typowy „główny facet” w romansie. Jest przystojny i tajemniczy, początkowo nie lubi Sany, bo powody… Nie, serio, ja nie rozumiem czemu on jej najpierw nie lubił a potem nagle zmienił zdanie. Ona dosłownie nic nie zrobiła takiego żeby zmienił opinię o niej. Ale oczywiście nagle musiała się pojawić wielka miłość, co z tego, że to nijak nie wynika z fabuły? Na początku powieści umawiał się z Haną na seks, ale potem zakochał się w Sanie...

Z kolei Shin to „ten drugi”. Jest najmłodszy w zespole i często żartuje. Niby Sanę do niego ciągnie, ale jednak nie… Do tego Shin bardzo często klei się do Mina, a Sana się zastanawia czy oni ze sobą ten tego… Boże, fujoshi się w tej książce nie spodziewałam… I żeby nie było, ja bardzo lubię BL, ale tu to od razu było widać, że to typowy fanservice, a nie żaden wątek LGBT, zwłaszcza, że autorka wyraźnie daje znaki, że Shin spiknie się z przyjaciółką Sany w przyszłości… A czytanie o tym jak Sanie po raz enty robi gorąco i/lub mokro nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

A mokro jej się robi praktycznie cały czas. Ja się w pewnym momencie zaczęłam o nią martwić, bo odwodnienie to poważna sprawa! Scen erotycznych może nie nie jest za dużo i, na dobrą sprawę, czytałam gorzej napisanie. Ale bawiło mnie ile rund był w stanie Lee wytrzymać pod rząd. Zwłaszcza, że ponoć oni tak cały czas niedożywieni i po wycieńczających treningach. Za to pozytywnie zaskoczyło mnie to, że bohaterowie pamiętali o zabezpieczaniu się. Chociaż trochę bawi mnie, ile Lee musiał gumek nosić w kieszeniach, skoro z niego taki ogier.

Z ważnych postaci pojawiła się jeszcze przyjaciółka Sany, Niki, fanka TBT. Jak nic drugi tom będzie o niej, mogę się o to założyć.

Autorka ma momentami straszny problem z orientalizmem. W sensie: wszystko co koreańskie jest super. Sana przyjeżdża do Seulu i zachwyca się wieżowcami. Tak jakby sama pochodziła z Pcimia Dolnego a nie z Nowego Jorku. Do tego wszyscy Koreańczycy są zachwyceni tym, że Sana mówi po koreańsku, bo przecież tylko Koreańczycy doceniają jak ktoś mówi w ich języku. Tak jakby Polacy nie byli zachwyceni kiedy ktoś jest w stanie powiedzieć chociaż kilka słów w naszym języku… No i oczywiście w Korei wszyscy wszystkich szanują… Boże, tak jakby okazując pozorny szacunek nie dało się komuś dopiec.

Duży problem w tej książce mam też z alkoholem. Bohaterowie piją. I to dużo. I często w sytuacjach, w których nie powinni. I jasne, można to potraktować, jako pokazanie ciemnych stron sławy, czy błędów młodości. Tylko za dużo tego i w zbyt pozytywnym kontekście.

Niby główna intryga w tej książce dotyczy tego, że Lee dostaje pogróżki. I to takie pisane krwią. Ale oczywiście nikt z bohaterów nie traktuje takich rzeczy poważnie. Ktoś zniszczył torebkę Sany? Nie no, przecież to na pewno przypadek! Sana zauważa, że jedna dziewczyna zachowuje się podejrzanie? Oczywiście, że nikomu o tym nie powie. Szef Sany po tym, gdy ktoś włamał się do niej na maila i wysłał mu artykuł, którego ona nie napisała? A czy to ważne kto to napisał? Kurczę, chłopie, ważne, bo wyciekły poufne dane twojego pracownika!

Niestety nie tylko treść jest typowo fanfikowa. Styl, w jakim to jest napisane woła o pomstę do nieba. Czytanie niektórych zdań bolało fizycznie. Autorka z jakiegoś powodu zamiast słowa „policzki” używa „poliki”. I „dziurki od nosa” zamiast „nozdrza”. Czasami bohaterowie tłumaczą znaczenie angielskich terminów, mimo że rozmowa toczy się po angielsku, z jakiego na jaki oni tłumaczą? Już nie wspomnę o tym, że raz nawet się trafił przecinek zamiast kropki na końcu zdania, bo to akurat detal.

Spaprane są też przypisy. Zdarzają się przypisy do innego słowa niż to, które pada w tekście, choć powiązanego znaczeniowo. Niektóre są niepotrzebnie nacechowane emocjonalnie, co miałoby sens, gdyby autorka przyjęła taką konwencję, ale tak nie jest. Jest nawet przypis, do terminu wymyślonego specjalnie na potrzeby tej powieści! Chodzi o nazwę fandomu TBT, Birds, tak jakby pisarka nie mogła wyjaśnić tego w narracji...

Dodam jeszcze, że przez całą powieść nie poznajemy nazwisk członków zespołu, dopiero w dodatku na końcu książki okazuje się, że jednak je mają!

Nie jest to może książka tragiczna, ale tak do bólu wattpadowa, że to boli. Uważam, że niektóre fanfiki powinny pozostać w internecie, wydawanie ich w wersji papierowej tylko niepotrzebnie zaśmieca rynek książki. Zwłaszcza, gdy nie reprezentują sobą nic ciekawego i oryginalnego.

niedziela, 31 maja 2026

Death's Obsession - Avina St. Graves (BZK)

Tytuł: Death's Obsession
Autor: Avina St. Graves
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Gatunek: romans, fantasy

I znowu do tej ciemnicy… Innymi słowy, wracam do katowania się „arcydziełami” literatury w ramach BZK. Co prawda ta konkretna książka nie wchodzi w oficjalny skład Booktouru, ale dostałam ją w jednej paczce z resztą, więc liczy się!

Od wypadku, w którym zginęła jej bliźniaczka, Lilith prześladuje Mężczyzna Bez Twarzy. Zostawia jej prezenty i liściki, maluje znaki na skórze gdy ta śpi. Nikt nie wierzy dziewczynie, że jej prześladowca naprawdę istnieje, jej chłopak i psychiatra uważają, że dziewczyna ma halucynacje. Tymczasem tajemniczy mężczyzna coraz bardziej zbliża się do Lili…

Ta książka miała potencjał. Sam zarys fabuły przypominał mi musical „Elisabeth”, w obu przypadkach mamy do czynienia z historią dziewczyny, która otarła się o śmierć i na punkcie której Śmierć dostał obsesji. Tylko, że w „Elisabeth” cała historia miłosna ze Śmiercią była alegorią depresji i myśli samobójczych, do tego na tle przemian społecznych XIX wiecznych Austro-Węgier, opowieścią o końcu pewnej epoki i wiwisekcją postaci cesarzowej Sisi. Zaś w przypadku „Death’s Obsession” mamy do czynienia ze zwykłym pornosem.

Owszem, momentami autorka próbuje przedstawić stan psychiczny głównej bohaterki. I są to najciekawsze fragmenty tej książki. O tym jak Lilith przeżywa żałobę i jak wypadek wpłynął na jej postrzeganie siebie oraz relację z chłopakiem. Nie jest to może zbyt oryginalne, ale czyta się nieźle.

Dopóki na scenę nie wkracza Letum, czyli pan Śmierć. Borze szumiący, co za tandetnie napisana postać. Oczywiście jest mhroczny (nie, to nie jest literówka) i seksowny. I tajemniczy! I mówi w poetycki sposób. Autorka jak nic wszystkie jego teksty przepisała z „Wielkiej księgi żenujących tekstów na mroczny podryw”, a jeśli czegoś takiego nie ma to spokojnie może ją napisać. Letum jest też władczy i dominujący. Prawdziwy smalec alfa! Ale też troskliwy! Nie chce duszy Lilith, ale ją chce! Po prostu za każdym razem jak ten facet pojawiał się na kartach powieści moje ciary żenady dostawały ciar żenady. A jeszcze to, jak on nazywał Lilith: „moja mroczna maro”, „moja burzo”, „mój kwiatuszku”… No nie, no po prostu nie. No i samo imię Letum… Autorka nie mogła znaleźć jakiegoś ładniejszego określenia na śmierć?

Scen seksu jest dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość powieści. I są bardzo szczegółowe. Letum oczywiście ma dużego, bo jakżeby inaczej. Co śmieszniejsze, w czasie seksu dusza Letuma opuszcza jego ciało i bierze aktywny udział. Dusza ma jeszcze większego. Ja się pytam co autorka brała? Do tego momentami w scenach seksu gubi się gdzieś orientacja przestrzenna, w jednej scenie nawet Letum wydaje się mieć trzy ręce (to była scena zanim dusza się przyłączyła). Do tego Letum rżnie tak entuzjastycznie, że aż skuł glazurę w łazience Lilith samym impetem… Litości. A Lilith oczywiście jest mokra na samą myśl o nim.

Już nawet nie wspominając, że kolejny raz mamy do czynienia z historią, gdzie laska zakochuje się w swoim stalkerze. I oczywiście autorka musi zrobić z wszystkich jej bliskich dupków i idiotów żeby stalker wypadł jako ta atrakcyjniejsza opcja. Bo oczywiście jej facet jej nie wierzy, że ma stalkera. Kurczę, dziewczyny nie stać na chleb, a ten myśli, że ona te wszystkie kwiaty i biżuterię (której w większości nie nosi) kupuje sobie sama… Logiko!

Boli mnie, że cała relacja między Lilith i Letumem została sprowadzona jedynie do seksu. Owszem, jest zasugerowane, że oni ze sobą kiedyś rozmawiali, że tam była jakaś głębsza więź… Tylko, że nie dostajemy tego na kartach powieści. Dostajemy za to historię o tym, jak Śmierć dostał obsesji na punkcie zwyczajnej dziewczyny z depresją. Takich dziewczyn w historii ludzkości musiały być miliony, jak nie miliardy, co jest wyjątkowego akurat w tej? No nie wiadomo.

Napisane to jest nie najgorzej, acz strasznie pretensjonalnie. Autorka stara się stworzyć mroczną, oniryczną atmosferę, problem tylko, że wszystko tu jest zbyt dosłowne by to zadziałało. Ale pod względem języka ta książka nie boli.

Boli za to głowa od czytania jej. Ktoś postanowił wydać tę książkę w „trybie ciemnym”, czyli białe litery na czarnym tle. W efekcie całe strony są zalane farbą drukarską i dosłownie śmierdzą. Dobrze, że całość ma zaledwie dwieście stron, bo jakbym to miała czytać dłużej to bym się po prostu zaczadziła.

Podsumowując, nie jest to najgorsza książka jaką czytałam w tym roku (Booktour znacząco obniżył moje standardy, wiem). Nie jest to też książka dobra. Ot, pornosek, który próbował być czymś więcej, tylko nie wyszło. Osobiście nie polecam.

Za to jeśli ktoś chce zobaczyć jak ciekawie można wykorzystać motyw śmierci mającej obsesję na punkcie śmiertelniczki, to polecam obejrzeć „Elisabeth”, to wspaniały musical jest.