sobota, 5 września 2026

Szczodry - Elżbieta Cherezińska

Tytuł: Szczodry
Seria: Bolesław II
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: historyczne

„Szczodry” jest bezpośrednią kontynuacją „Śmiałego”, do tego stopnia, że te powieści mogłyby być jedną, acz po przeczytaniu do pewnego stopnia rozumiem decyzję o rozdzieleniu tej historii na dwa tomy. Ale z tego powodu nie będę też za bardzo streszczać fabuły, bo to bez sensu.

Główne dwie osie historii stanowią konflikty Bolesława z królem niemieckim Henrykiem i biskupem krakowskim Stanisławem. Pierwszy dotyczy polityki zagranicznej władcy i jego drogi do zdobycia korony. Drugi z kolei skupia się na sytuacji sytuacji wewnętrznej i wyjaśnia jak tę koronę utracił.

Niezmiennie zachwycają mnie w tej powieść postacie i to, jak napisane zostały relacje pomiędzy nimi. To niesamowite jak wiele informacji jest autorka w stanie zawrzeć w nawet kilku słowach. Bohaterowie są pełnokrwiści i rozbudowani, a ich relacje skomplikowane, buzujące od emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Zmysł polityczny króla, jego przyjaźń z opatem Anchorasem, którego zresztą bardzo polubiłam, oddanie Awdańców, ambicja biskupa Stanisława i jego fascynacja Boromirem… Tu się tyle dzieje, tyle podskórnego napięcia tuż pod powierzchnią tekstu… Po prostu jestem oczarowana.

Mam wrażenie, że w tym tomie dużo mniej jest kobiecej perspektywy. Chyba tylko Gertruda pozostała postacią pierwszoplanową. Wątkowi Rusi poświęcono naprawdę dużo miejsca, a kniahini jest w nim centralną postacią. Jest ona naprawdę ciekawą postacią, połączenie pobożność i namiętności w jej osobie tworzy naprawdę ciekawą mieszankę, a do tego dochodzi jeszcze mądrość, inteligencja i wyczucie polityczne. Trochę szkoda, że Świętosława, charakterna siostra Bolesława zeszła na dalszy plan. A największa szkoda, że tak mało miejsca poświęcono w tym tomie Rzepichom. Może nie przestały być jednymi z najważniejszych osób w tej historii, dalej są sercem tej historii, ale zdecydowanie było ich mniej. Choć dalej ciekawie.

Moim największym zarzutem wobec tej historii jest to, jak jednostronnie został przedstawiony ostatni etap konfliktu z biskupem. Mianowicie, cała sytuacja została prawie w całości z perspektywy Stanisława. A bardzo ciekawa byłam tego co w tym czasie myślał król. No, zabrakło mi tutaj większego uzasadnienia pewnych decyzji.

Jak normalnie nie czytam posłowia, tak tutaj dało mi to dużą frajdę. Autorka bardzo ciekawie wyjaśnia dlaczego podjęła konkretne decyzje fabularne, do tego dorzuca ciekawostki historyczne. I co najważniejsze, zapowiada kolejne książki. Oj, jest na co czekać.

Styl, w jakim książka jest napisana nie zmienił się od poprzedniego tomu, zarówno zalety i wady pozostały te same.

Wydanie mnie rozczarowało. O ile w samym tekście nie znalazłam większych błędów, redakcja i korekta spisały się lepiej niż w poprzednim tomie, tak sama fizyczna forma książki… Poluzowały się kartki w czasie czytania, a przecież książka nowa, pierwszy raz czytana. I nie rzucałam nią! „Płomienną koroną” rzucałam w szerszenia (panicznie boję się wszystkiego co ma żądło, ok?) i klej nie puścił! No popsuły mi te poluzowane strony przyjemność z czytania, zamiast skupiać się na historii musiałam uważać żeby kartki nie wypadły.

Uważam, że „Szczodry” utrzymał poziom poprzedniego tomu. Jest to zdecydowanie historia warta poznania i jedna z najlepszych powieści historycznych jakie czytałam. Odczarowuje historię, zdziera z niej warstwę szkolnej patyny. I choć autorka w pewnym sensie przywraca Bolesławowi II dobre imię, to jednak nie wystawia mu typowej laurki. To powieść o człowieku z krwi i kości.

Zdecydowanie polecam.

piątek, 28 sierpnia 2026

Śmiały - Elżbieta Cherezińska

Tytuł: Śmiały
Seria: Bolesław II
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: historyczne

Zacznę od tego, że Elżbieta Cherezińska to jedna z moich ulubionych autorek. Na jej kolejne książki czekam z niecierpliwością, „Śmiałego” kupiłam na premierę. I chociaż przed przeczytaniem musiał swoje odleżeć na Hałdzie (każdy musi!), to jednak czekał tam krócej niż większość.

W Krakowie na świat przychodzi Bolesław, pierworodny syn Kazimierza Odnowiciela i księżnej Dobroniegi. Poród przyjmuje Rzepicha Namira, kobieta z rodu, którego losy są nierozerwalnie związane z Piastami. Gdy młody książę dorasta musi stanąć na czele królestwa bez korony.

Ciężko powiedzieć, że ta książka ma jednego głównego bohatera. Owszem, o Bolesławie tu najwięcej, on stanowi centrum wydarzeń, ale historię tę obserwujemy z bardzo wielu perspektyw. Przez to można mieć wrażenie, że postaci nie dostają zbyt wiele czasu, ale mimo to są nakreślone bardzo dobrze. Wiemy o nich dokładnie tyle ile potrzebujemy.

Autorka w dużym stopniu oddała głos kobietom. Zarówno tym historycznym, jak Gertruda, ciotka Bolesława czy jego siostra Świętosława, jak i tym fikcyjnym. A ogromną rolę w tej historii odgrywają Rzepichy, ród położnych wywodzących się od żony Piasta. Bardzo mi się podoba ten koncept, czcicielki Mokoszy, których losy są nierozerwalnie splecione z losami dynastii, która porzuciła dawnych bogów. Najwięcej miejsca poświęcono Żywii, jednookiej wieszczce, którą z księciem połączyło uczucie, a której pochodzenie skrywa tajemnicę.

W ogóle autorka stworzyła fascynujący obraz Polski sto lat od chrztu. Wiara chrześcijańska miesza się tu z pogańskimi wierzeniami. I jak zwykle u Cherezińskiej, widać wyraźny rozdźwięk między wyznawczyniami Mokoszy, a kapłanami Trzygłowa. Pierwsze chcą koegzystencji, gdy ci drudzy preferują bardziej konfrontacyjne podejście.

Podoba mi się jak autorka nakreśliła Polskę na politycznej mapie Europy. Powieść nie skupia się tylko na wewnętrznych sprawach kraju, osadza go w szerszym kontekście. Dużo tu o Czechach, Rusi, Węgrzech, Cesarstwie Niemieckim. Nawet Anglicy się trafią! Wawel Bolesława jest prawdziwie międzynarodowym dworem, na którym spotykają się przedstawiciele wielu narodowości. A i wydarzenia w krajach ościennych są istotne dla fabuły.

Dużo w tej książce podskórnego napięcia, wiele emocji i intryg buzuje tuż pod powierzchnią. Nie wszystko jest powiedziane wprost, wiele scen i dialogów ma drugie dno, trzeba czytać uważnie. I cały czas czuć to napięcie. To jest naprawdę fascynująca lektura. Muszę powiedzieć, że na ten moment to jest najlepsza książka pani Cherezińskiej jaką przeczytałam, a poprzeczka była zawieszona naprawdę wysoko. Widać, że jest to książka, którą autorka chciała napisać, tyle serca jest włożone w tę powieść.

Humoru nie ma tu aż tyle co w moim ukochanym „Odrodzonym królestwie”, za to jak już się pojawia to jest naprawdę zabawny, acz subtelny. Za to niesamowicie podoba mi się język jakim została ta książka napisana, naprawdę, momentami zachwycałam się po prostu tym jak to jest napisane. Jedna rzecz tylko mnie drażniła: powieść ogólnie napisana jest w czasie przeszłym, ale raz na jakiś czas pojawiają się zdania w czasie teraźniejszym. Mam wrażenie, że to był celowy zabieg, sądząc po tym, że autorka chciała pokazać historię w czasie teraźniejszym (informacja z tylnej okładki), ale uważam, że nie wyszło. Okropnie to wybijało z rytmu w czasie czytania, przynajmniej na początku, bo potem się przyzwyczaiłam. Ale poza tym jednym mankamentem to cud, miód i orzeszki.

Przyczepię się jeszcze do paru literówek, które też mi popsuły przyjemność z czytania. Nie było ich może jakoś dużo, ale jednak po takim wydawnictwie jak Zysk spodziewałam się większej dbałości, zwłaszcza przy takiej autorce. Chociaż chyba po „Kole czasu” powinnam obniżyć oczekiwania…

Niemniej, polecam, polecam, jeszcze raz polecam. Jestem tą książką zachwycona. Dostałam tu wszystko, czego po książce historycznej oczekuję a nawet więcej. Elżbieta Cherezińska po raz kolejny udowodniła, że pisze na światowym poziomie. Więc czytajcie jej książki! A ja tymczasem biorę się za „Szczodrego”.

piątek, 21 sierpnia 2026

Ostatnia wola i inne opowieści - Marcin Mortka

Tytuł: Ostatnia wola i inne opowieści
Seria: Drużyna do zadań specjalnych
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: SQN
Gatunek: fantasy

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że moje pożegnanie z Kociołkiem było mocno przedwczesne.

„Ostatnia wola i inne opowieści” to zbiór opowiadań, na który składają się tytułowa minipowieść pełniąca funkcję epilogu serii oraz kilka wydanych wcześniej opowiadań.

„Ostatnia wola” opowiada o wieczorze kawalerskim Urgo. Ma, typową już dla dodatków w tej serii, konstrukcję szkatułkową, główna fabuła wiąże ze sobą opowieści poszczególnych członków drużyny. Tak więc w pakiecie dostajemy historię tego jak Kociołek poznał Sarę, co Eliah porabiał w Elfirii (poznajemy też jego imię!), historię z młodości Żychłonia, powód czemu Gramm opuścił rodzinne strony i opowieść co się dzieje na bagnach Ski, która jako jedyna dotyczy teraźniejszości, bo w końcu Zwierzak innych czasów nie uznaje. A wszystko to łączy pojawienie się nowego zagrożenia…

No właśnie. Nowe zagrożenie. W historii, która w teorii stanowi epilog serii. I nie, nie jest to zagrożenie, które zostaje zażegnane w tej książce. To jest po prostu otwarcie nowej historii. Pan Mortka po prostu napisał prolog nowej serii. Ja tu się cieszę, że Kociołek się kończy, zwłaszcza, że seria mocno przeciągnięta… O ile „Siódme życzenie” zostawiało furtkę na kontynuację, tak „Ostatnia wola” po prostu tą furtkę wyrwała z zawiasów. Ta minipowieść więcej wątków otwiera niż kończy!

Pozostałe opowiadania to dość przypadkowa mieszanka. „Głos durnoty” był całkiem zgrabnym nawiązaniem do „Wiedźmina”. Z kolei „Smoczyca i jej pułkownik” to crossover z inną serią autora i muszę przyznać, że dziwnie mi się czytało to opowiadanie bez jej znajomości, choć sama fabuła była jak najbardziej zrozumiała. Pozostałe trzy opowiadania to proste historyjki z życia mieszkańców Gryfa. Nic specjalnego.

Styl autora pozostaje bez zmian. W dalszym ciągu czyta się to jak książkę dla dorosłych dzieci. Humor potrafi momentami rozbawić, ale raczej na poziomie uśmiechu pod nosem, a nie wybuchu śmiechu.

Ale muszę przyznać, że czytało mi się tę książkę wyjątkowo opornie. Po prostu mam poczucie, że ta historia przestała dokądkolwiek zmierzać, a kolejne tomy powstają tylko dlatego, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja. Dlatego zamiast porządnego zakończenia dostaliśmy sugestię przyszłej kontynuację. Nieładnie, Panie Marcinie.

Podsumowując, książka w serii całkowicie zbędna. Nie spełnia podstawowej roli epilogu, czyli domknięcia historii, wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś nie jest wielkim fanem drużyny Kociołka, to na spokojnie może ją sobie odpuścić.

niedziela, 9 sierpnia 2026

Siódme życzenie - Marcin Mortka

Tytuł: Siódme życzenie
Seria: Drużyna do zadań specjalnych
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: SQN
Gatunek: fantasy

No i seria o Kociołku dobiegła końca (przynajmniej teoretycznie).

Po bitwie z poprzedniego tomu do Gryfa zjeżdżają książęta Doliny. Kociołek i jego drużyna nie mogą długo liczyć na spokój, ponieważ król wysyła ich z misją do biblioteki… Co może pójść nie tak? Cóż, w przypadku drużyny do zadań specjalnych wszystko. Tymczasem niewidzialna królowa Elisandra zbiera kobiecą drużynę na tajemniczą wyprawę.

Przez pierwszą połowę książki bawiłam się całkiem dobrze, dużo lepiej niż się spodziewałam. Duża w tym zasługa tego, że narracja była podzielona niemal 50:50 między Kociołka a Sarę. Bo chociaż nawet lubię chłopaków z drużyny Kociołka, to jednak po tylu tomach mam ich trochę dość. Zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, że autor nigdy nie wykorzystał ich pewnego potencjału. Więc babska drużyna była bardzo miłą odmianą. Choć jej potencjał też nie został wykorzystany. Ale ogólnie była to miła odskocznia. Gdyby tylko dziewczyny pozostały drużyną do końca książki, a nie, że nagle Sara musi sobie ze wszystkim radzić sama to byłoby super.

Chyba najbardziej rozczarowująca jest ostatnia rozprawa ze Złym… Bo praktycznie jej nie ma. Jakby, główny konflikt całej serii został rozwiązany zwykłym zamknięciem drzwi… No strasznie antyklimatyczne to było. W ogóle nie było czuć, że to ostatni tom, nie było czuć żadnej stawki.

Przede wszystkim: tytułowe siódme życzenie. Owszem, dowiadujemy się jak brzmiało, ale nie jak (i czy w ogóle) zostało spełnione. Bo może i się spełniło, ale czy wskutek boskiej interwencji czy wysiłków bohaterów? I niby mieliśmy się więcej dowiedzieć o Elfirii, ojczyźnie Eliaha… tylko, że nic z tego.

Mam mieszane uczucia do wprowadzenia nowego bóstwa na sam koniec serii. Z jednej strony fajnie wpasowuje się to w wykreowany do tej pory panteon. Z drugiej mam wrażenie, że autor w ten sposób zostawił sobie furtkę na kontynuację.

A ta seria i tak już była mocno przeciągnięta. Autor w posłowiu przyznał, że „Nie ma tego Złego” było planowane jako jednotomówka i to widać. Mam wrażenie, że pomysły autorowi się skończyły kilka tomów temu, świat jest dość grubymi nićmi szyty, a rozwój bohaterów jest minimalny. Może nie pozostają oni niezmienni, ale jak na taką liczbę tomów, to zdecydowanie za mało poświęcono im czasu.

Humor w Kociołku pozostaje na standardowym poziomie. Czyli: niektóre teksty bawią, inne nie. Jest za poważnie, żeby traktować tę serię jak komedię, a za śmiesznie, żeby brać ją poważnie. Powoduje to dysonans. W dodatku czyta się to jak książkę napisaną dla dzieci, do której dorzucono przekleństwa żeby wiadomo było, że jednak jest dla dorosłych. Innymi słowy, jest to trochę infantylna lektura, co ma pewien urok, ale na dłuższą metę męczy.

Podsumowując, jeśli ktoś czytał poprzednie tomy to przeczyta i ten. Nie jest to satysfakcjonujące zwieńczenie historii, ale jako po prostu kolejna książka o Kociołku nawet się sprawdza. Ot, lekka lektura, akurat na wakacje.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Miłość w wielkim mieście - Sang Young Park

Tytuł: Miłość w wielkim mieście
Autor: Sang Young Park
Wydawnictwo: Tajfuny
Gatunek: literatura piękna, LGBT

„Miłość w wielkim mieście” nie należy do książek, po które zazwyczaj sięgam. Jest to mój pierwszy kontakt z literaturą koreańską, a i z literaturą piękną zazwyczaj mi nie po drodze.

Nie jest to powieść w tradycyjnym znaczeniu, bardziej cztery opowiadania, które się ze są mniej lub bardziej łączą. Głównym bohaterem jest Young, seulski gej, początkujący pisarz. Mamy okazję zajrzeć do wycinków z jego życia: hulaszczego studenckiego życia, przyjaźni z Jaehee, relacji z matką i kolejnych związków, mniej lub bardziej udanych…

Nie jest to tak dosłowna książka, jak te, do których przywykłam. Początkowo miałam wrażenie, że opowiadania nie są ze sobą w ogóle związane, że bohater każdego jest inną osobą, acz o podobnych cechach. Dopiero w drugiej połowie zaczynają się te opowiadania zazębiać, a ta początkowa niespójność bohatera okazuje się celowym zabiegiem. Obserwujemy Younga na różnych etapach życia, jak zmienia się pod wpływem doświadczeń. A z drugiej strony Young nie jest jednym człowiekiem, może być każdym. Każdy może się utożsamić z innym jego aspektem.

Jest to książka o miłości, ale zdecydowanie nie jest to romans. I bardzo dobrze! Choć lubię romansy (acz większość jest słaba), to dobrze było przeczytać książkę, która nie romantyzuje związków i miłości. Może brzmi to jak oksymoron, ale właśnie taka jest ta powieść, opisuje relacje takimi jakie są, a nie jakie chcielibyśmy żeby były. A jednocześnie nie odziera ich całkowicie z piękna.

Książka porusza trudne tematy, ale nie popada w tanią sensację. Tak więc mamy tu aborcję, raka, trudne relacje z rodzicami, seksizm, homofobię, różnice pokoleniowe w związkach z różnicą wieku, choroby weneryczne, próbę samobójczą itp. itd. Autor opisuje to wszystko jako po prostu elementy codzienności bohatera, nie ma tu wielkiego dramatyzmu czy uprawiania aktywizmu. Po prostu zwykłe ludzkie życie, próby bycia sobą w świecie, do którego nie do końca się pasuje. A w tle obraz Seulu pierwszej dekady XXI wieku.

Chyba właśnie ta zwyczajność tych opowieści jest największą siłą tej książki. Bo owszem, to historia historia geja w Seulu, bardzo specyficzny kontekst. Ale przez tą zwyczajność bardzo łatwo się z nim utożsamić, bo to przede wszystkim człowiek. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi, każdy się z czymś zmaga. Czy to będzie choroba, czy trudna relacja z matką albo zwyczajna samotność.

Przeczytałam tę książkę w dwa dni, po części dlatego, że jest naprawdę króciutka (ma zaledwie 200 stron i nieduży format), ale też dlatego, że bardzo przyjemnie się ją czyta. Narrator opisuje wszystko z ironicznym poczuciem humoru, dzięki czemu tematyka nie przytłacza. Choć muszę przyznać, że niektóre porównania były dość dziwne, np. „jego urocza twarz – taki ostygły pierożek mandu”… No cóż, mam nadzieję, że po koreańsku to brzmiało lepiej.

Pod względem wydania nie miałam się do czego przyczepić, żaden błąd nie rzucił mi się w oczy. Jedynie bym się przyczepiła, do przesadnego użycia feminatywów, ale z tym też tragedii nie było, kwestia preferencji. Za to niesamowicie podoba mi się okładka. Jest w niej coś takiego, co przyciąga wzrok, ilustracja ma pewien specyficzny klimat. No i ten efekt holo na napisach! No cudo.

Była to zdecydowanie ciekawa lektura, dająca do myślenia. Może nie zostanie ze mną do końca życia, ale była przyjemną, melancholijną odskocznią od bardziej rozrywkowych pozycji.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Wchód słońca w dniu dożynek - Suzanne Collins

Tytuł: Wschód słońca w dniu dożynek
Seria: Igrzyska śmierci
Autor: Suzanne Collins
Wydawnictwo: must read
Gatunek: młodzieżówka, dystopia

Urodziny Haymitcha nie są radosnym dniem. To właśnie w ten dzień w każdym z dwunastu dystryktów wybierani są trybuci, dzieciaki, które mają wziąć udział w Głodowych Igrzyskach – turnieju, który przetrwać tylko jedno z nich. Co gorsza, w tym roku, z okazji Drugiego Ćwierćwiecza Poskromienia, w Igrzyskach ma wziąć udział dwa razy więcej dzieciaków. Gdy w czasie dożynek ginie jeden z wybranych trybutów, na jego miejsce zostaje wybrany Haymitch, który zwrócił na siebie uwagę broniąc swojej dziewczyny przed Strażnikiem Pokoju. Chłopak trafia do Kapitolu i na okrutną arenę, gdzie pozna cenę oporu.

Suzanne Collins to dla mnie ciekawy przypadek. Kiedy sześć lat temu wyszła „Ballada ptaków i węży”, pierwszy prequel „Igrzysk śmierci” myślałam, że będzie to odcinanie kuponów. Jednak po przeczytaniu tamtej powieści całkowicie zmieniłam zdanie. Ta kobieta pisze, bo ma coś do powiedzenia! Więc zaczynając „Wschód słońca w dniu dożynek” byłam o wiele spokojniejsza o treść. I chociaż ta książka nie zachwyciła mnie doi tego stopnia co „Ballada”, to rozczarowana nie jestem.

Mam wrażenie, że w tej części najbardziej czuć, że bohaterami są dzieciaki, choć może to po prostu wynikać z tego, że oryginalną trylogię czytałam jako nastolatka. Ale w tej części bardzo mocno autorka skupia się na tych młodszych uczestnikach Igrzysk.

Haymitch to zwykły szesnastoletni chłopak. Po szkole pracuje ciężko jako bimbrownik żeby utrzymać rodzinę. Kocha swoją dziewczynę. Ogólnie, dobry dzieciak. A kiedy wybierają go na trybuta, wie, że zginie. Dlatego chce żeby jego śmierć miała znaczenie. Dlatego tak gorzką ironią jest jego zwycięstwo. To nie spoiler, w końcu to prequel.

Z pozostałych postaci najbardziej wyróżnia się Maysilee, wredna dziewczyna z jednej z bogatszych rodzin z Dwunastki, która jednak okazuje się nie taka rozpieszczona jak się wydaje na pierwszy rzut oka. W sumie dużo w tej książce o tym jak pozory mylą. Nic nie jest takie jakie się wydaje.

Największym atutem tej powieści jest pokazanie działania propagandy i wpływu mediów na kształtowanie rzeczywistości. Działania bohaterów tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko to jak przedstawią je media.

Podoba mi się jak przedstawiono Kapitol w tej książce. To nie tak, że wszyscy mieszkańcy Kapitolu są złymi ludźmi. Są po prostu ludźmi żyjącymi w systemie, którzy wierzą, że ten system jest dobry. A że system polega na zabijaniu dzieci? Tłumaczą sobie to wyższym dobrem. Kapitol rządzi Panem według starej zasady „dziel i rządź”. Władze szczują Dystrykty przeciw sobie, by te nigdy się nie zjednoczyły. Dodatkowo Igrzyska dehumanizują mieszkańców Dystryktów w oczach własnych obywateli. Dlatego nawet dobrzy ludzie uczą się nie widzieć okrucieństwa tego systemu.

Fabuła w dużej mierze skupia się na próbach wsadzenia kija w tryby tej maszyny do zabijania. To nie jest książka o dzieciakach zabijających się nawzajem. To jest historia o dzieciakach mordowanych ku uciesze tłumu, które chcą uświadomić swoim oprawcom, że też są ludźmi.

Bardzo mi się podoba symbolika areny w tej części. Zabójcze piękno. Pozory, które mylą. I ciągła inwigilacja. Nie można zdradzać swoich zamiarów, bo zawsze ktoś słucha, zawsze obserwuje. Ale z drugiej strony każdy czyn można przekręcić, wypaczyć sens słów. Kłamstwo staje się rzeczywistością, a rzeczywistość kłamstwem.

Chyba największym moim zarzutem do tej książki jest fakt, że w ogóle nie czuć tego, że trybutów jest więcej niż w normalnych Igrzyskach. Owszem, pozwala to na zbudowanie trochę głębszej relacji między czwórką z Dwunastki, ale na dobrą sprawę wcale by tak wiele się nie zmieniło gdyby było ich mniej.

Ciężko mi było przywyknąć do stylu, w jakim ta książka jest napisana. Po części dlatego, że odwykłam od narracji pierwszoosobowej w czasie rzeczywistym. Ale też odniosłam wrażenie, że styl jest bardzo suchy i pozbawiony emocji, co raczej jest nietypowe dla tego typu narracji.

Przez to też wątek miłości Haymitcha i Lenore Dove w ogóle mnie nie ruszył. Nie czułam tego wielkiego uczucia. W ogóle Lenore jest tutaj bardziej ideą niż postacią z krwi i kości.

To jest młodzieżówka. Ale jest to zdecydowanie mądra młodzieżówka, która daje do myślenia. Owszem, jest napisana prostym językiem, a niektóre wnioski płynące z niej są oczywiste. Tylko, że niektóre oczywistości trzeba powtarzać. Brakuje mi więcej tego typu książek, młodzieżówek, w których pod warstwą fabularną kryje się jakieś przesłanie.

Polecam każdemu, szczególnie fanom poprzednich części.

niedziela, 26 lipca 2026

Cesarstwo świtu - Jay Kristoff


Tytuł: Cesarstwo świtu
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Dotarłam do kresu tej 
Wydawopowieści. I uczucia mam mieszane.

Ale po kolei. Jeśli nie czytaliście poprzednich tomów to tu macie moją opinię o pierwszym. A jeśli czytaliście poprzednie to i tak pewnie przeczytacie ten. Dlatego ostrzegam, że w poniższej recenzji mogą się pojawić spoilery do CAŁEJ trylogii. Te z trzeciego tomu starałam się ograniczyć do minimum, ale ciężko mi jest cokolwiek napisać o tej książce nie zdradzając niczego. Więc czujcie się ostrzeżeni.

Graal zmartwychwstał. Teraz, zgodnie ze słowami Matki Maryn, wyrusza do stolicy cesarstwa by zakończyć bezdzień. Musi zdążyć nim Bezkresny Legion zdobędzie miasto. Tymczasem Gabriel, przekonany, że stracił kolejną córkę wyrusza by zabić Wiecznotrwałego Króla.

Muszę powiedzieć, że pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała. Cały wątek w León był świetny. Postać kuzynki Gabriela bardzo mi przypadła do gustu. Poza tym wątek Popi… Boże, Kristoff sprawił, że miałam łzy w oczach przez MIECZ. Popi jest cudowna, wspaniała i w ogóle najlepsza.

Gabriel jest bardzo ciekawym protagonistą, bardziej antybohaterem. Tylko, że po tym tomie mam wrażenie, że wiem o nim mniej niż na początku.

Wątek Dior też był w większości spoko, poza paroma dramami, ale o tym później. Bardzo podobało mi się jak zostały rozegrane pewne polityczne kwestie w stolicy. Nie jestem za to przekonana do nowych mocy Dior… Mam wrażenie, że autor trochę przekombinował. Sama Dior dalej jest jedną z lepszych postaci w tej książce. Może tylko mi trochę smutno, że ostatecznie okazała się dużo mniej ważna niż się zapowiadało.

Historia Celene też była ciekawa. Podobała mi się jej przyjaźń z Dior. A cały wątek Esani bardzo mi się podobał. Matka Maryn była przerażająca, zwłaszcza z tą aparycją dziecka.

Zdecydowanie najprzyjemniej mi się czytało sceny z Jeanem-Francois. Absolutnie uwielbiam tego wampira. A do tego oni mają z Gabrielem taką chemię, że klękajcie narody. Autentycznie, jakby Kristoff napisał tysiąc stron tylko o nich to ja bym to przeczytała i stwierdziła, że książka roku, jak nie dekady.

Wątki romantyczne w tej książce… są. Nie zajmują nie wiadomo ile czasu. Najwięcej miejsca poświęcono relacji Gabriela z Phoebe, może nie jest to para, która nie wiadomo jak by poruszyła moje serce, ale podoba mi się pewna dojrzałość ich związku. Nie ma tu wielkich wyznać czy wybuchów uczuć, tylko po prostu dwójka ludzi po przejściach, którzy się dobrze ze sobą czują.

Dużo większy problem mam ze związkami Aarona z Baptistem i Dior z Reyne. O ile panom przynajmniej kibicowałam, choć przez większość książki nie łapałam jaki problem ma Aaron, tak dziewczyny były dla mnie kompletnie nijakie. Co jest o tyle dziwne, bo Dior ma świetną chemię z praktycznie każdą inną postacią. Poza swoją ukochaną. Dlatego te wszystkie dramy z nimi, którymi powinnam się przejmować spłynęły po mnie jak po kaczce. Very sad, anyway.

W ogóle w połowie książki autor z pewnymi wątkami kompletnie odpłynął i historia straciła sporo na wiarygodności. I owszem, okazało się, że to było w pełni zamierzone, ale niesmak pozostał.

Moim największy zarzutem względem tej książki jest to, że po zakończeniu tak naprawdę nie wiem co tam się wydarzyło. Ja rozumiem, że niewiarygodny narrator, normalnie lubię ten zabieg. Tylko tu problemem jest, że nie jestem w stanie nawet pobieżnie odtworzyć prawdziwych wydarzeń. Chyba najbardziej wyczekiwany moment w tej historii został przykryty taką ilością kłamstw, że prawda nawet spod tego nie prześwituje. Przez to czytelnik ma poczucie, że został oszukany.

Przez to też ciężko było mi czuć sympatię do bohaterów w zakończeniu. Znaczy inaczej: czułam sympatię do pewnego bohatera, jedynego, o którym mogłam po tym wszystkim powiedzieć, że go znam. Tylko mam wrażenie, że nie taki był zamysł autora. Mam pewne poczucie niesprawiedliwości po tym zakończeniu.

Za to humor do końca trzymał poziom. Te kąśliwe uwagi, może trochę wulgarne teksty… Przyznam, że może nie był on najwyższych lotów, ale parę razy głośno parsknęłam śmiechem.

Problem mam też ze zmianą grafika w tej części. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że te ilustracje są bardzo dobre, pod względem czystego warsztatu pewnie nawet lepsze niż te z poprzednich tomów. Tylko brakuje im tego czegoś, co tamte miały. Są zbyt wymuskane, zbyt idealne. Nie ma w nich tej duszy i klimatu. To jest ten sam przypadek jak wtedy gdy szkic podoba się bardziej niż skończony obraz. Niedoskonałość czyni sztukę doskonałą.

W ostatecznym rozrachunku czytało mi się to całkiem dobrze, acz nie aż tak jak poprzednie tomy. Zakończenie mnie rozczarowało, ale nie na tyle by zepsuć mi odbiór całości. Pomysł autor miał fajny, ale odnoszę wrażenie, że wykonanie go przerosło. Szkoda. Ogólnie całą serię polecam, nawet mimo zakończenia.

wtorek, 7 lipca 2026

Cesarstwo potępionych - Jay Kristoff

Tytuł: Cesarstwo potępionych
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Jeśli nie czytaliście „Wampirzego cesarstwa” to nie macie tu czego szukać, będą spoilery do pierwszego tomu, a ta seria jest zbyt fajna żeby sobie ją psuć. Tu macie moją reckę.

A jeśli czytaliście, to zapraszam.

Gabriel de León zdradził zakon, do którego dawniej należał i ocalił życie Graala, grzebiąc nadzieje ludzkości na powrót dnia. Jednak czy na pewno? Razem z Dior i Celene wyrusza, by poznać prawdziwe przeznaczenie Graala. Po drodze Gabe będzie musiał zmierzyć się z kolejnymi z dzieci Wiecznotrwałego Króla, potężnym klanem Dyvoków, a nade wszystko – z konsekwencjami własnych czynów.

Oj, dzieje się w tym tomie, dzieje. Ciężko cokolwiek napisać, żeby nie zdradzić za dużo. Na jaw wychodzą kolejne tajemnice, kolejne elementy układanki wpasowują się w swoje miejsce. Mam wrażenie, że ten tom nie jest aż tak przewidywalny jak pierwszy. Dalej nie jest to nie wiadomo jak oryginalna historia, ale parę razy autorowi udało się mnie zaskoczyć. Z drugiej strony sporo rzeczy domyśliłam się wcześniej niż powinnam. Mam wrażenie, że w dużej mierze frajda z czytania tej serii zależy od tego jak dobrzy jesteście w wychwytywaniu takich wskazów: im lepiej wam to idzie, tym mniej rzeczy was zaskoczy, wydaje mi się, że Kristoff rzuca odrobinę zbyt oczywiste poszlaki.

Co nie zmienia faktu, że dalej czyta się to doskonale, o czym najlepiej świadczy fakt, że przeczytałam tę cegłę w osiem dni.

Niezmiennie podoba mi się przedstawienie wampirów w tej serii, to jak wiele autor czerpie z klasycznego wizerunku tych stworów: nie mogą wejść do domu niezaproszone, nie mogą przekroczyć płynącej wody itp., brakowało mi takich wampirów we współczesnej popkulturze. Wampiryzmu przedstawionego jako klątwa. W tym tomie dowiadujemy się więcej o klanie Dyvoków, wampirów wyróżniających się niezwykłą siłą, nawet wśród swojego rodzaju. Przez to też walki w tym tomie są bardzo w stylu anime, bo Dyvokowie walczą za pomocą ogromnych mieczy.

Prawdę mówią, ja bardzo chętnie obejrzałabym anime (albo animację w stylu „Castlevanii”) na podstawie tej serii. Jay Kristoff często kieruje się „rule of cool” i, o ile nie uważam, żeby zawsze było to dobre podejście, tak w przypadku tej serii sprawdza się doskonale.

Poza wampirami dużo miejsca w tym tomie poświęcono tancerzom zmierzchu – zmiennokształtnym z Osswayu. Podoba mi się jak rozrasta się światotwórstwo tego uniwersum.

Jednak przede wszystkim sercem tej historii pozostają jej bohaterowie i relacje między nimi. Może i motyw twardziela, który stracił wszystko i dziewczyny, która nie miała rodziny, którzy stają się dla siebie rodziną jest ograny, ale działa! Naprawdę przyjemnie się ogląda rozwój relacji tej dwójki.

Zaskoczyła mnie obecność wątku miłosnego z udziałem Gabriela. Jakoś nie spodziewałam się, że po stracie żony on kogoś do siebie dopuści, nawet jeśli nie była to relacja stricte romantyczna. Co mi się w sumie podoba, bo nie każda relacja musi być wielką miłością.

Serce złamał mi wątek Aarona i Baptiste, ale nic więcej nie zdradzę. To po prostu bolało.

Ciekawa jest relacja Gabriela z jego siostrą, zwłaszcza, że mamy okazję usłyszeć też jej wersję wydarzeń. Ile tam jest uraz między tym rodzeństwem, a jednocześnie widać, że u podstaw tego wszystkiego leży rodzinna miłość. No, ciekawie się to czyta.

No i niezmiennie zachwycają wstawki z Jeanem- François, wampirzym historykiem spisującym tę historię. Ile tam jest homoerotycznego napięcia! Ja powinnam przestać zaczynać książki z założeniem żeby były niegejowe, bo za każdym razem kończę z najbardziej gejowymi książkami, jakie się da napisać nie pisząc romansu... Znaczy nie narzekam, ale to już drugi raz! Wszechświat chce mi coś przekazać i ja tęczę widzę w tym przekazie!

Polskie tłumaczenie dalej mi się podoba. I dalej zdarzają się irytujące literówki. Innymi słowy: poziom względem pierwszego tomu się nie zmienił.

Podsumowując: polecam! Drugi tom spełnił pokładane w nim nadzieje. To dalej jest fajna historia z fajnymi bohaterami, która potrafi momentami złamać serce. Ale przede wszystkim jest po prostu fajna. A czasem właśnie tyle wystarczy.

niedziela, 28 czerwca 2026

Wampirze cesarstwo - Jay Kristoff

Tytuł: Wampirze cesarstwo
Seria: Wampirze cesarstwo
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Gatunek: fantasy

Dwadzieścia siedem lat temu nastał bezdzień i słońce przestało chronić ludzkość przed istotami nocy. Gabriel de León jest ostatnim srebroświętym, członkiem zakonu broniącego Cesarstwa przed bestiami. Więziony przez wampiry zostaje zmuszony do opowiedzenia historii swojego życia. Historię wojen, miłości, zemsty i ostatniej nadziei ludzkości – Świętego Graala.

Boże, jak mi brakowało czegoś takiego! Porządnego rozrywkowego fantasy z sensownym światem, dającymi się lubić bohaterami, klimatem i sporą dawką humoru bez uciekania w komedię. No i te wampiry! Takie pełnokrwiste, eleganckie potwory, które miały zdecydowanie za dużo czasu by pozostała w nich choć resztka człowieczeństwa. Jak i takie, którym przemiana odebrała intelekt już na początku pozostawiając jedynie głód i instynkt bestii. Bardzo podoba mi się takie przedstawienie tych stworzeń. A nie są to jedyne bestie jakie ten świat ma do zaoferowania, acz o pozostałych w tym tomie było niewiele.

Sam świat jest bardzo ciekawie przedstawiony. Odkąd zapanował półmrok bezdnia większość roślin obumarła a ich miejsce zajęły wszelkiego rodzaju grzyby. No, daje to swojego rodzaju klimacik. Poza tym mocne francuskie inspiracje w świecie przedstawionym, te długie płaszcze, trójgraniaste kapelusze, koronki, długi powiewający włos… Ach, no jest klimatycznie.

Ważną rolę w tym świecie pełni wiara w Odkupiciela, bardzo mocno inspirowana Chrześcijaństwem. Srebrny Zakon, bractwo mieszańców polujących na istoty nocy trochę przypominał mi Wiedźminów, tylko bardziej religijnych. Spodobał mi się pomysł srebrnych tatuaży służących za tarczę przeciw wampirom.

Powiedzmy sobie szczerze, w tej książce nie ma niczego, czego nie widziałabym wcześniej gdzie indziej. Tyle że w ogóle to nie przeszkadza. To nie odgrzewany kotlet, a bardziej nowe danie przygotowane ze znanych składników. Poszczególne motywy są tak sprawnie połączone w całość, że w ogóle nie czuje wtórności w czasie czytania.

Dużą zaletą jest konstrukcja ten opowieści. Mamy trzy plany czasowe. Pierwszy to teraźniejszość, gdzie Gabriel opowiada swoją historię wampirzemu historykowi Jeanowi-François. Ich cięte dialogi to absolutne złoto, te wzajemne złośliwości. Drugi plan czasowy to historia młodości Gabriela w klasztorze San Michon, tego jak stał się łowcą potworów. Trzeci to z kolei historia o tym, jak Gabriel wplątał się w poszukiwanie Świętego Graala. Te dwie opowieści przeplatają się i nawzajem uzupełniają, tworząc spójny obraz.

Jak już pisałam, bohaterów da się lubić. Gabriel jest interesującym protagonistą, zwłaszcza, że mamy okazję zobaczyć go w dwóch wersjach: żądnego chwały nastolatka, którego przepełnia gorąca wiara oraz złamanego, uzależnionego mężczyzny, który stracił wszelką wiarę. Ten kontrast sprawia, że czytelnik chce poznać jego historię, dowiedzieć się co sprawiło, że się tak zmienił. Ale ogólnie, Gabe pod powierzchownością łajdaka skrywa złote serce i jest lepszym człowiekiem niż sam by chciał.

O innych postaciach boję się pisać, żeby nie zdradzić za dużo. Ale mamy tu bardzo fajne postacie kobiece i nie tylko.

Sceny seksu mnie w tej książce bawiły, przede wszystkim dlatego, że były opisane jako część opowieści Gabriela. Chłopie, czemu ty to opowiadasz temu wampirowi z takimi szczegółami?! Chwalisz się?!

Wątki LGBT się pojawiają w ilościach zauważalnych, ale nie przytłaczających i bardziej na drugim planie. Są do tego poprowadzone w sposób pasujący do świata przedstawionego.

I jeszcze słowo o ilustracjach. No cudne są, takie klimatyczne. A biorąc pod uwagę, że srebroświęci zwykle walczą półnago… No, jest na czym oko zawiesić.

Polskie wydanie muszę pochwalić za przyjemne tłumaczenie i okładkę, z której nie schodzą złocenia. Jednak się da! Co prawda zdarzyło się parę irytujących literówek i raz zabrakło myślnika (brakujące myślniki mnie prześladują, to jest jak nic jakaś klątwa), ale biorąc pod uwagę objętość książki tragedii nie ma.

Bardzo polecam, szczególnie fanom „Castlevanii” i „Wiedźmina”. Jeśli szukacie zręcznie poprowadzonego dark fantasy to zdecydowanie jest pozycja dla was.

niedziela, 14 czerwca 2026

Cassandra - Katarzyna Strawińska

Tytuł: Cassandra
Autor: Katarzyna Strawińska
Wydawnictwo: NieZwykłe
Gatunek: thriller

W końcu! Zgredek jest wolnym skrzatem! Innymi słowy, skończyłam ostatnią książkę w ramach Booktouru Złych Książek. Tak się złożyło, że na samym końcu trafiła mi się najgorsza pozycja, a trzeba przyznać, że konkurencja była zacięta.

Kiedy Cassandra wraca z treningu pływackiego zaczepia ją obcy mężczyzna, prosząc by pomogła mu wstawić szafkę do samochodu. Naiwna dziewczyna chce pomóc, ale szybko okazuje się, że był to tylko pretekst. Mężczyzna wpycha ją do bagażnika i zawozi do swojego brata, jako prezent. Tak zaczyna się życie Cassie w roli zabawki Klausa.

Przepraszam bardzo, ale co ja właśnie przeczytałam? Ja naprawdę nie mam nic przeciwko przemocy w książkach, nawet jeśli jest jej dużo i ma charakter seksualny. Ale kurczę, niech to czemuś służy! Ta książka to wręcz pornograficzny opis tego jak Klaus się znęca nad Cassandrą. Nie ma tu dosłownie nic poza tym. Autorka z każdym kolejnym rozdziałem wpada na coraz wymyślniejsze (i głupsze) sposoby na torturowanie bohaterki.

Zakładam, że historia Cassandry miała poruszyć czytelnika… Tylko autorka nie dała mi żadnego powodu żebym miała się przejmować losem Cassie. Bo sam fakt, że to niewinna dziewczyna mi nie wystarczy jeśli mówimy o dziele całkowicie fikcyjnym. Cassandrę poznajemy w momencie porwania a potem szybko przeskakujemy sześć miesięcy do momentu, gdy stała się już bezwolną zabawką Klausa. Poza pierwszym spotkaniem z Klausem całkowicie pominięto początkowy okres jej nie woli, ten czas kiedy mogliśmy zobaczyć jej wolę walki, przywiązać się do niej, polubić ją! Nie, po co. Lepiej obserwować jak Klaus znęca się nad bezwolną lalką. To jest tak niepojęta w sensie narracyjnym decyzja, że aż szkoda słów. Przez całą książkę Cassie zachowuje się jakby miała siedem lat a nie siedemnaście. I tak ją też wszyscy traktują.

No dobra, to skoro już wiemy, że Cassie nie ma charakteru, to może przynajmniej czarny charakter jest dobrze napisany? No nie. Klaus jest bardziej karykaturą niż człowiekiem. Wysoki, przystojny, z kwadratową szczęką i oczami jak węgle. Oczywiście bogaty i wpływowy… Czemu w tych książkach porywacze to zawsze przystojni, bogaci politycy? Czy autorki naprawdę myślą, że żeby kogoś uwięzić to potrzeba jakichś ogromnych pokładów finansowych i sztabu ludzi?

Ale wróćmy do Klausa. Klaus jest oczywiście zły. Wróć. Klaus jest Zły. Lubi krzywdzić kobiety. I w sumie przed Cassie były inne. Ale Cassie jest wyjątkowa. Bo tak, niby autorka dała wytłumaczenie, czemu ona jest dla niego taka wyjątkowa, ale było ono tak od czapy, że lepiej by już było jakby go nie było.

Bohaterowie zachowują się tak, jak akurat fabuła tego wymaga. Niby autorka próbowała oddać szaleństwo, w jakie popadła Cassie i skrzywiony umysł Klausa, ale w efekcie książka jest okropnie chaotyczna. I to nie jest tak, że mamy tu jakieś przemyślenia na temat natury czy psychiki ludzkiej. Znaczy, autorka udaje, że są i wstawia jakieś w zamyśle głębokie wstawki… Tylko, że ja widziałam głębsze kałuże w czasie suszy.

Dialogi są niezwykle drętwe. W ogóle nikt w tej książce nie zachowuje się jak człowiek. Postacie, które niby zdają sobie sprawę z sytuacji Cassie, które są przedstawiane jako pozytywne, na przykład matka Klausa czy krawcowa, nic nie robią żeby zgłosić jej położenie służbom.

W ogóle niby policja poszukuje Cassandry, cały czas trąbią o niej w mediach, ale Klaus, który ponoć jest wpływowym politykiem bierze sobie z nią ślub. I to używając jej prawdziwych danych osobowych. I nic, nikogo to nie obchodzi. Krawcowa, widząc, że facet ją bije stwierdza, że nie będzie spełniać życzeń tyrana, ale dotyczy to tylko kroju sukni, a nie samego faktu uszycia sukni na ślub z tym tyranem. Klaus przyszywa pierścionek zaręczynowy Cassandrze do palca, co jest tak bez sensu…

Zakończenie nie daje żadnego katharsis. Czytelnik nie dostaje najmniejszego wynagrodzenia za przeczytanie tego. Ta historia jest w jednym tonie od początku do końca, tu nie ma nic co mogłoby poruszyć jakiekolwiek uczucia. Był moment, że autorka próbowała wprowadzić komizm żeby rozluźnić atmosferę, ale było to na tyle nieudolne i bez smaku, że nie zadziałało. To jest chyba największy problem tej historii: w założeniu kontrowersyjna, w praktyce kompletnie nijaka.

Nie nazwałabym tej książki erotykiem. Sceny gwałtów są, i to opisane całkiem dokładnie, ale nie odniosłam wrażenia, że miały być erotyczne. Są za to opisane po prostu głupio, poważnie, łzy jako lubrykant? Pornograficzna jest w tej pozycji przede wszystkim przemoc, nie seks.

Napisane to jest w okropnie pretensjonalnym stylu, w dodatku takim językiem, jakby autorka ostatni raz z językiem polskim miała styczność w czwartej klasie podstawówki. W pewnym momencie musiałam się upewnić, czy faktycznie ta książka została napisana po polsku, a nie przetłumaczona z angielskiego za pomocą tłumacza Google, tyle pojawia się w niej kalk językowych. Na przykład nie raz pada stwierdzenie, że Cassie była bałaganem… Ja nie wierzę, że to przeszło przez redakcję i korektę.

Nie polecam, ta książka nie nadaje się nawet na rozpałkę do kominka. Nie pojmuję dlaczego ktoś to wydał, zarówno ze względu na treść jak i na formę. Cieszę się, że to ostatnia ze złych książek jakie miałam nieprzyjemność poznać w ramach BZK.

niedziela, 7 czerwca 2026

I like you, Hype Boy - Julita Sarnecka (BZK)

Tytuł: I like you, Hype Boy
Autor: Julita Sarnecka
Wydawnictwo: Filia
Gatunek: romans

Proszę Państwa, oto kolejna odsłona Booktouru Złych Książek! Tym razem kolejny romans z k-popowym idolem. A że ja, przyznaję się bez bicia, o k-popie i Korei nie mam zbyt dużego pojęcia (obejrzałam całą jedną dramę koreańską i to jeszcze sukienkową…) to najpewniej książkę potraktuję trochę łagodniej niż na to zasługuje…

Sana jest początkującą dziennikarką koreańskiego pochodzenia. Nie idzie jej zbyt dobrze na stażu, ale dostaje szansę, by pokazać na co ją stać. Ma spędzić dwa miesiące z członkami TBT, najpopularniejszego zespołu k-popowego i napisać o nich artykuł.

Pamiętacie te wszystkie fanfiki z Onet blog, gdzie główna bohaterka musiała z jakiegoś powodu (najczęściej totalnie wydumanego) zamieszkać z One Direction albo z Jonas Brothers? Oczywiście dziewczyna było szarą myszką i fajtłapą, i w ogóle nie taka jak inne, ale jednocześnie wszyscy ci gwiazdorzy się w niej zakochiwali i uważali, że jest najpiękniejsza na świecie? To teraz przenieście to do Korei i to jest ta książka. Dosłownie, nie musicie już tego czytać, zaoszczędziliście czas, pieniądze i szare komórki.

Sana jest bohaterką nie dość że wkurzającą, to jeszcze do bólu typową. Nic jej nie wychodzi, wszystko leci jej z rąk, potrafi się wywalić na prostej drodze. I ja nawet nie przesadzam, dosłownie jest taka scena w książce. Staż musiał załatwić jej ojciec, a sądząc po reakcji jej szefa na jej artykuły, to talentu dziennikarskiego to ona nie ma za grosz. Zresztą, wysyłają ją do Korei by napisała artykuł o zespole, a ta przez dwa tygodnie nie raczyła sprawdzić w internecie jak wyglądają członkowie rzeczonego zespołu. No research pierwsza klasa! No i komuś takiemu zlecają napisanie artykułu o najsłynniejszym zespole na świecie? Na jakiej podstawie? Bo nie wierzę, że w Nowym Jorku to jest jedyna dziennikarka mówiąca po koreańsku.

Jeśli zaś chodzi o chłopaków… To jest reverse harem. Naprawdę, ta książka odhacza wszystkie typowe motywy reverse haremów. Tyle, że w dobrej haremówka bohaterowie powinni być wyraziści. A tutaj, poza Lee i Shinem, panowie zlewają się w jedną masę. Niby autorka próbuje nadać im jakieś cechy indywidualne, ale nie więcej niż jedną. Ich stosunek do bohaterki też zmienia się w tym samym momencie, nie ma żadnego stopniowania relacji.

Lee to taki typowy „główny facet” w romansie. Jest przystojny i tajemniczy, początkowo nie lubi Sany, bo powody… Nie, serio, ja nie rozumiem czemu on jej najpierw nie lubił a potem nagle zmienił zdanie. Ona dosłownie nic nie zrobiła takiego żeby zmienił opinię o niej. Ale oczywiście nagle musiała się pojawić wielka miłość, co z tego, że to nijak nie wynika z fabuły? Na początku powieści umawiał się z Haną na seks, ale potem zakochał się w Sanie...

Z kolei Shin to „ten drugi”. Jest najmłodszy w zespole i często żartuje. Niby Sanę do niego ciągnie, ale jednak nie… Do tego Shin bardzo często klei się do Mina, a Sana się zastanawia czy oni ze sobą ten tego… Boże, fujoshi się w tej książce nie spodziewałam… I żeby nie było, ja bardzo lubię BL, ale tu to od razu było widać, że to typowy fanservice, a nie żaden wątek LGBT, zwłaszcza, że autorka wyraźnie daje znaki, że Shin spiknie się z przyjaciółką Sany w przyszłości… A czytanie o tym jak Sanie po raz enty robi gorąco i/lub mokro nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

A mokro jej się robi praktycznie cały czas. Ja się w pewnym momencie zaczęłam o nią martwić, bo odwodnienie to poważna sprawa! Scen erotycznych może nie nie jest za dużo i, na dobrą sprawę, czytałam gorzej napisanie. Ale bawiło mnie ile rund był w stanie Lee wytrzymać pod rząd. Zwłaszcza, że ponoć oni tak cały czas niedożywieni i po wycieńczających treningach. Za to pozytywnie zaskoczyło mnie to, że bohaterowie pamiętali o zabezpieczaniu się. Chociaż trochę bawi mnie, ile Lee musiał gumek nosić w kieszeniach, skoro z niego taki ogier.

Z ważnych postaci pojawiła się jeszcze przyjaciółka Sany, Niki, fanka TBT. Jak nic drugi tom będzie o niej, mogę się o to założyć.

Autorka ma momentami straszny problem z orientalizmem. W sensie: wszystko co koreańskie jest super. Sana przyjeżdża do Seulu i zachwyca się wieżowcami. Tak jakby sama pochodziła z Pcimia Dolnego a nie z Nowego Jorku. Do tego wszyscy Koreańczycy są zachwyceni tym, że Sana mówi po koreańsku, bo przecież tylko Koreańczycy doceniają jak ktoś mówi w ich języku. Tak jakby Polacy nie byli zachwyceni kiedy ktoś jest w stanie powiedzieć chociaż kilka słów w naszym języku… No i oczywiście w Korei wszyscy wszystkich szanują… Boże, tak jakby okazując pozorny szacunek nie dało się komuś dopiec.

Duży problem w tej książce mam też z alkoholem. Bohaterowie piją. I to dużo. I często w sytuacjach, w których nie powinni. I jasne, można to potraktować, jako pokazanie ciemnych stron sławy, czy błędów młodości. Tylko za dużo tego i w zbyt pozytywnym kontekście.

Niby główna intryga w tej książce dotyczy tego, że Lee dostaje pogróżki. I to takie pisane krwią. Ale oczywiście nikt z bohaterów nie traktuje takich rzeczy poważnie. Ktoś zniszczył torebkę Sany? Nie no, przecież to na pewno przypadek! Sana zauważa, że jedna dziewczyna zachowuje się podejrzanie? Oczywiście, że nikomu o tym nie powie. Szef Sany po tym, gdy ktoś włamał się do niej na maila i wysłał mu artykuł, którego ona nie napisała? A czy to ważne kto to napisał? Kurczę, chłopie, ważne, bo wyciekły poufne dane twojego pracownika!

Niestety nie tylko treść jest typowo fanfikowa. Styl, w jakim to jest napisane woła o pomstę do nieba. Czytanie niektórych zdań bolało fizycznie. Autorka z jakiegoś powodu zamiast słowa „policzki” używa „poliki”. I „dziurki od nosa” zamiast „nozdrza”. Czasami bohaterowie tłumaczą znaczenie angielskich terminów, mimo że rozmowa toczy się po angielsku, z jakiego na jaki oni tłumaczą? Już nie wspomnę o tym, że raz nawet się trafił przecinek zamiast kropki na końcu zdania, bo to akurat detal.

Spaprane są też przypisy. Zdarzają się przypisy do innego słowa niż to, które pada w tekście, choć powiązanego znaczeniowo. Niektóre są niepotrzebnie nacechowane emocjonalnie, co miałoby sens, gdyby autorka przyjęła taką konwencję, ale tak nie jest. Jest nawet przypis, do terminu wymyślonego specjalnie na potrzeby tej powieści! Chodzi o nazwę fandomu TBT, Birds, tak jakby pisarka nie mogła wyjaśnić tego w narracji...

Dodam jeszcze, że przez całą powieść nie poznajemy nazwisk członków zespołu, dopiero w dodatku na końcu książki okazuje się, że jednak je mają!

Nie jest to może książka tragiczna, ale tak do bólu wattpadowa, że to boli. Uważam, że niektóre fanfiki powinny pozostać w internecie, wydawanie ich w wersji papierowej tylko niepotrzebnie zaśmieca rynek książki. Zwłaszcza, gdy nie reprezentują sobą nic ciekawego i oryginalnego.

niedziela, 31 maja 2026

Death's Obsession - Avina St. Graves (BZK)

Tytuł: Death's Obsession
Autor: Avina St. Graves
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Gatunek: romans, fantasy

I znowu do tej ciemnicy… Innymi słowy, wracam do katowania się „arcydziełami” literatury w ramach BZK. Co prawda ta konkretna książka nie wchodzi w oficjalny skład Booktouru, ale dostałam ją w jednej paczce z resztą, więc liczy się!

Od wypadku, w którym zginęła jej bliźniaczka, Lilith prześladuje Mężczyzna Bez Twarzy. Zostawia jej prezenty i liściki, maluje znaki na skórze gdy ta śpi. Nikt nie wierzy dziewczynie, że jej prześladowca naprawdę istnieje, jej chłopak i psychiatra uważają, że dziewczyna ma halucynacje. Tymczasem tajemniczy mężczyzna coraz bardziej zbliża się do Lili…

Ta książka miała potencjał. Sam zarys fabuły przypominał mi musical „Elisabeth”, w obu przypadkach mamy do czynienia z historią dziewczyny, która otarła się o śmierć i na punkcie której Śmierć dostał obsesji. Tylko, że w „Elisabeth” cała historia miłosna ze Śmiercią była alegorią depresji i myśli samobójczych, do tego na tle przemian społecznych XIX wiecznych Austro-Węgier, opowieścią o końcu pewnej epoki i wiwisekcją postaci cesarzowej Sisi. Zaś w przypadku „Death’s Obsession” mamy do czynienia ze zwykłym pornosem.

Owszem, momentami autorka próbuje przedstawić stan psychiczny głównej bohaterki. I są to najciekawsze fragmenty tej książki. O tym jak Lilith przeżywa żałobę i jak wypadek wpłynął na jej postrzeganie siebie oraz relację z chłopakiem. Nie jest to może zbyt oryginalne, ale czyta się nieźle.

Dopóki na scenę nie wkracza Letum, czyli pan Śmierć. Borze szumiący, co za tandetnie napisana postać. Oczywiście jest mhroczny (nie, to nie jest literówka) i seksowny. I tajemniczy! I mówi w poetycki sposób. Autorka jak nic wszystkie jego teksty przepisała z „Wielkiej księgi żenujących tekstów na mroczny podryw”, a jeśli czegoś takiego nie ma to spokojnie może ją napisać. Letum jest też władczy i dominujący. Prawdziwy smalec alfa! Ale też troskliwy! Nie chce duszy Lilith, ale ją chce! Po prostu za każdym razem jak ten facet pojawiał się na kartach powieści moje ciary żenady dostawały ciar żenady. A jeszcze to, jak on nazywał Lilith: „moja mroczna maro”, „moja burzo”, „mój kwiatuszku”… No nie, no po prostu nie. No i samo imię Letum… Autorka nie mogła znaleźć jakiegoś ładniejszego określenia na śmierć?

Scen seksu jest dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość powieści. I są bardzo szczegółowe. Letum oczywiście ma dużego, bo jakżeby inaczej. Co śmieszniejsze, w czasie seksu dusza Letuma opuszcza jego ciało i bierze aktywny udział. Dusza ma jeszcze większego. Ja się pytam co autorka brała? Do tego momentami w scenach seksu gubi się gdzieś orientacja przestrzenna, w jednej scenie nawet Letum wydaje się mieć trzy ręce (to była scena zanim dusza się przyłączyła). Do tego Letum rżnie tak entuzjastycznie, że aż skuł glazurę w łazience Lilith samym impetem… Litości. A Lilith oczywiście jest mokra na samą myśl o nim.

Już nawet nie wspominając, że kolejny raz mamy do czynienia z historią, gdzie laska zakochuje się w swoim stalkerze. I oczywiście autorka musi zrobić z wszystkich jej bliskich dupków i idiotów żeby stalker wypadł jako ta atrakcyjniejsza opcja. Bo oczywiście jej facet jej nie wierzy, że ma stalkera. Kurczę, dziewczyny nie stać na chleb, a ten myśli, że ona te wszystkie kwiaty i biżuterię (której w większości nie nosi) kupuje sobie sama… Logiko!

Boli mnie, że cała relacja między Lilith i Letumem została sprowadzona jedynie do seksu. Owszem, jest zasugerowane, że oni ze sobą kiedyś rozmawiali, że tam była jakaś głębsza więź… Tylko, że nie dostajemy tego na kartach powieści. Dostajemy za to historię o tym, jak Śmierć dostał obsesji na punkcie zwyczajnej dziewczyny z depresją. Takich dziewczyn w historii ludzkości musiały być miliony, jak nie miliardy, co jest wyjątkowego akurat w tej? No nie wiadomo.

Napisane to jest nie najgorzej, acz strasznie pretensjonalnie. Autorka stara się stworzyć mroczną, oniryczną atmosferę, problem tylko, że wszystko tu jest zbyt dosłowne by to zadziałało. Ale pod względem języka ta książka nie boli.

Boli za to głowa od czytania jej. Ktoś postanowił wydać tę książkę w „trybie ciemnym”, czyli białe litery na czarnym tle. W efekcie całe strony są zalane farbą drukarską i dosłownie śmierdzą. Dobrze, że całość ma zaledwie dwieście stron, bo jakbym to miała czytać dłużej to bym się po prostu zaczadziła.

Podsumowując, nie jest to najgorsza książka jaką czytałam w tym roku (Booktour znacząco obniżył moje standardy, wiem). Nie jest to też książka dobra. Ot, pornosek, który próbował być czymś więcej, tylko nie wyszło. Osobiście nie polecam.

Za to jeśli ktoś chce zobaczyć jak ciekawie można wykorzystać motyw śmierci mającej obsesję na punkcie śmiertelniczki, to polecam obejrzeć „Elisabeth”, to wspaniały musical jest.

czwartek, 28 maja 2026

Stars of Chaos 5 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 5
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Napięcie między frakcjami na cesarskim dworze sięga zenitu. Doktor Chen szuka lekarstwa na dręczące Chang Genga wu’ergu, a w tym czasie zdrowie Gu Yuna coraz bardziej się pogarsza. Wielkie Liang czeka ostatnia konfrontacja z siłami papieża.

Właściwa fabuła zajmuje pierwszą połowę książki. I z tą pierwszą połową, muszę przyznać, miałam kłopot. Nie wiem, czy po prostu ta książka miała pecha i trafiła na zastój czytelniczy u mnie, czy po prostu końcówka była mało porywająca, ale okropnie ciężko mi się czytało te dwieście stron. I ciężko mi wskazać dlaczego. W końcu teoretycznie historia doszła do punktu kulminacyjnego. Podobał mi się pojedynek dowódczy między Gu Yunem a papieżem, to w jakim stopniu ich strategie były oparte na znajomości charakteru przeciwnika. Podobało mi się końcowa bitwa, zwłaszcza rola jaką odegrało w niej Dongying. Polityka na dworze cesarskim i reformy gospodarcze Chang Genga też powinny być ciekawe.

A jednak łapałam się na tym, że co chwilę gubię wątek. Zabrakło mi czegoś, co by mocniej przykuło moją uwagę do tekstu, zwłaszcza, że faktycznie dużo w tym tomie akcji z postaciami, do których czytelnik nie został jakoś mocniej przywiązany emocjonalnie.

Samo zakończenie mi się podobało, scena z Gu Yunem i Chang Gengiem w namiocie dowodzenia była jednocześnie przekomiczna i romantyczna.

O ile do pierwszej połowy tego tomu mam zastrzeżenia, to ostatnie dwieście stron było balsamem na moją duszę. Dosłownie pół książki zajmują rozdziały dodatkowe, w znacznej mierze opisujące wydarzenia po zakończeniu głównej fabuły. Innymi słowy: zwykle autorzy piszą na końcu książki, że bohaterowie żyli długo i szczęśliwie, tymczasem priest poszła krok dalej i to długo i szczęśliwie opisała. I chwała jej za to, bo właśnie tego potrzebowałam! Dodatkowe rozdziały do tej powieści są dokładnym przeciwieństwem tych z „Guardiana” tej autorki. Tam dostałam emotional demage, tu ciepły kocyk i kubek kakałka.

Jak już pisałam przy okazji poprzednich tomów, Chang Geng i Gu Yun tworzą naprawdę udaną parę i po prostu przyjemnie się o nich czyta. Zwłaszcza, że w rozdziałach specjalnych mamy okazję obserwować ich codzienne życie, bez żadnej wojny w tle. Jest spokojnie, sielsko, po prostu uroczo. Nie sądziłam, że czytanie o tym jak Gu Yun urządza dom będzie takie emocjonalne... Do tego w jednym rozdziale mamy okazję zobaczyć jak wyglądało dzieciństwo i młodość Gu Yuna.

Poza głównymi bohaterami postacie drugoplanowe dostają też swoje pięć minut. Dostałam więcej generała Shen Yi, moje modlitwy zostały wysłuchane! Absolutnie uwielbiam jego przyjaźń z Gu Yunem. Do tego cały wątek związku jego związku z doktor Chen, którego mi brakowało w głównej fabule… No to tu to dostałam odpowiednio rozwinięte. Po za tym dostaliśmy też rozdział o młodości pewnego stroniącego od kąpieli mnicha.

Bardzo podobało mi się, jak autorka potraktowała niepełnosprawność bohaterów. Bałam się, że na wszystkie ich przypadłości znajdą się lekarstwa i wyleczą się bez żadnych skutków ubocznych. Na szczęście miałam rację tylko w połowie. Bo o ile faktycznie lekarstwa się znajdują, to jednak kuracja nie jest stuprocentowo skuteczna, a pewnych uszkodzeń po prostu nie da się cofnąć.

Chyba moim największym rozczarowaniem wobec tego tomu, a w sumie to całej serii, jest to, jak małą rolę odegrali Ge Chen i Cao Chunhua. Owszem, to nie tak, że autorka o nich całkowicie zapomniała, ale spodziewałam się, że będzie ich więcej. A na dobrą sprawę nawet nie wiadomo, co Cao Chunhua robił po wojnie… Chłopaki zapowiadali się na naprawdę interesujące postacie, a ostatecznie pojawiali się tylko wtedy gdy byli potrzebni żeby pchnąć fabułę.

Udało mi się wyłapać parę niedociągnięć w kwestii wydania. Literówkę dostrzegłam tylko jedną, ale za to w tytule rozdziału. Za to parę razy wyłapałam, że tekst został źle sformatowany, co mnie zaskoczyło, bo nigdy wcześniej nie widziałam tego typu błędu, a jednak sporo książek czytam.

Za to absolutnie cudowna jest okładka tego tomu i ilustracja na rozkładówce. A mała ukryta ilustracja na wewnętrznej stronie skrzydełka to już wisienka na torcie.

Ogólnie, mimo paru mankamentów, seria mi się bardzo podobała. Bardzo chętnie bym obejrzała dramę na jej podstawie, która zresztą została nakręcona, ale utknęła w cenzorskim limbo po zaostrzeniu przepisów w Chinach. Nawet z wyciętym wątkiem romantycznym ta historia ma potencjał… Choć z romansem jest lepsza. Słyszałam opinie, że książek priest nie należy czytać dla romansu, bo jest go w nich bardzo mało. Może i mało, ale za to najwyższej jakości! Ja jak najbardziej polecam tę serię romantykom szukającym bardziej subtelnego romansu z rozbudowaną fabułą.

sobota, 23 maja 2026

Outlander sezon 8 - pierwsze wrażenia

Jako że ostatni sezon Outlandera dobiegł końca, wrzucam ostatnią porcję moich opinii o odcinkach, pisanych na bieżąco w trakcie oglądania.


S08E01

Zaczyna się od tego, że Jamie i Claire poszukują informacji na temat pochodzenia Fanny. I o ile sama scena jest całkiem spoko, chociaż dziwne było, że Claire zabiła tego gościa, tak kompletnie nie rozumiem skąd ta ich pewność, że matka Fanny to jest ich Faith. No bo, pewnie, imię i fakt, że dziewczynka nuciła piosenkę nie ze swoich czasów to całkiem duży zbieg okoliczności, ale jednak Claire trzymała martwą córkę na rękach… Więc albo dalej idą w ten absurdalny wątek albo twórcy wciąż robią zmyłkę. Obie wersje są słabe w moim odczuciu. A bohaterowie powinni być bardziej sceptyczni. Za to fajna była scena jak Jamie i Claire wspominają poczęcie Faith, wzięta prosto z książki, ale przerobiona by pasowała do serialowej chronologii.

Fergus i Marsali. Super było ich zobaczyć, bardzo brakowało mi ich w poprzednim sezonie. Acz wygląda na to, że twórcy już szykują się, by zafundować im pewną tragedię z książki…

Powrót do Ridge. Widzę, że w serialu to nie Jamie wybudował nowy dom, tylko Ian z pomocą sąsiadów pod nieobecność bohaterów. Trochę szkoda, ale chyba nieuniknione przy takiem kondensacji fabuły.

Lord John i William. Amaranthus! Nie lubiłam tej postaci w książce, ale aktorka wypada bardzo spoko. Zastanawiałam się, jak ją wprowadzą, ale widzę, że zamiast Greyów szukających jej to ona znalazła Lorda Johna. W sumie zastanawia mnie czemu John ją przedstawił jako „wicehrabinę Grey”, skoro to nazwisko, nie tytuł. Raczej powinno być „wicehrabina Melton”… O, w książkach też tak jest, czyli o to mogę Gabaldon winić. I wygląda na to, że Halowi jednego syna wycięli, bo William mówi, że Ben i Henry byli dla niego jak bracia, a o Adamie nic nie wspomina… Ciekawe ile z tego wątku pojawi się w serialu. Mam wrażenie, że rozmowa o rezygnacji z tytułu też jest z książki, tylko, że tam zamiast Johna był Hal, ale nie mogę jej znaleźć żeby się upewnić…

Bree i Roger. McKenzie wrócili! I przywieźli książki! Super, że został wspomniany „Władca Pierścieni”. Chociaż scena powrotu była mało klimatyczna… Widzę za to, że naprawili coś, co mi w książce nie pasowało: Jamie widząc zdjęcie Franka w serialu od razu zwraca uwagę na jego podobieństwo do Jacka Randalla. Bo, owszem, w serialu ci dwaj byli dużo bardziej podobni, ale i tak brakowało mi tej uwagi w książce.

Dziwne, że zmienili męża Amy McCallum, w książce wyszła za Bobbiego Higginsa, za Evana Lindsaya. Trochę dziwna zmiana, ale przez to mam wrażenie, że nie pominą wątku Amy…

Jeśli chodzi o Cunninghamów… to nie do końca pamiętam o co chodziło z nimi w książce. Znaczy, wydaje mi się, że pani Cunningham została całkiem wiernie odwzorowana. Ale Kapitan Cunningham wydaje mi się sympatyczniejszy niż w książce, chyba. I wydaje mi się, że w książce nie zajmował się handlem? Tylko był kaznodzieją? Kurczę, jak wyjdzie dziesiąty tom to trzeba będzie reread zrobić. W każdym razie nie zdziwi mnie, jeśli znowu wytną wszystkie wątki związane z wiarą, lubię w książkach to jak wielowyznaniowe jest Fraser’s Ridge.

Ogólnie sporo było scen wziętych z książki i dopasowanych tak, żeby pasowały do serialu. Szkoda trochę tego jak wiele pomijają, ale na tym etapie już do tego przywykłam. Odcinek oglądało się całkiem przyjemnie.

Krótki komentarz jak na mnie, ale po prostu „Powiedz pszczołom, że odszedłeś” to ta jedyna książka w serii, której nie znam na pamięć, więc nie mam za bardzo porównania.

A na koniec jestem ciekawa, czy w tym sezonie pojawi się polski akcent, czy go też wytną.

sobota, 16 maja 2026

Stars of Chaos 4 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 4
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Podczas misji mającej na celu zbadanie sprawy korupcji na południu Chang Geng wpada w kłopoty. Tymczasem jego imię zostaje zamieszane w spisek mający na celu zamach na cesarza. Jednak konflikty wewnętrzne to nie jedyny problem Wielkiego Liang: Osiemnaście Plemion wciąż pragnie zemsty, a armia papieża zbiera siły do ponownego ataku.

Z przykrością stwierdzam, że ten tom nie utrzymał poziomu poprzednika. Znaczy, nie jest źle, ale tom trzeci podniósł moje oczekiwania, a czwarty po prostu ich nie udźwignął.

Przede wszystkim za dużo w tym tomie było Gu Yuna przybywającego na ratunek, zwłaszcza w początkowych rozdziałach. Jeszcze, żeby te wydarzenia rozgrywały się mniej więcej w tym samym regionie, ale nie, miałam wrażenie jakby odległość nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a Gu Yun teleportował się z miejsca na miejsce. Miałam flashbacki z ostatniego sezonu „Gry o tron”, a to nigdy nie jest komplement.

Drugi zarzut mam do wątku Osiemnastu Plemion. Jak na wątek, który w sumie rozpoczął całą fabułę tej serii, to zakończenie było jakieś takie niesatysfakcjonujące. Prawdopodobnie przez to, że obyło się praktycznie bez udziału głównych bohaterów. I o ile cieszę się, że postacie poboczne dostały szansę by zabłysnąć, a ostatnie chwile Wilczego Króla były naprawdę ciekawie opisane, tak pozostał pewien niedosyt. No i fakt, że całkowicie nie wykorzystano postaci drugiego wu’ergu, aż się zastanawiam po co w ogóle wprowadzono tę postać.

Trochę też rozczarował mnie wątek generała Shen Yi i panny Chen, spodziewałam się chyba trochę więcej interakcji między tą dwójką. Ja wiem, że to wątek całkowicie poboczny, ale wolałabym żeby trochę bardziej autorka go rozbudowała, żeby to nie było tak jednostronne uczucie ze strony pana generała. Zwłaszcza, że ja bardzo lubię, kiedy w gejowej książce dostaje romans hetero na drugim planie. Zresztą tak samo w drugą stronę, ot, taka moja przewrotna natura. A biorąc pod uwagę, co pani doktor i pan generał muszą przechodzić z parą głównych bohaterów, to naprawdę należy im się odrobina szczęścia.

No, a teraz przejdźmy do rzeczy, które mi się podobały, żeby nie było, że ze mnie taka maruda.

Ogólnie cały wątek z zamachem na cesarze, wyjąwszy teleportującego się Gu Yuna, mi się podobał. Bardzo fajnie przedstawiono ten spisek. W ogóle sama postać cesarza coraz bardziej mi się podoba, to jak z jednej strony polega na Gu Yunie i bracie, a z drugiej zżera go paranoja. Chang Geng jest na tyle tajemniczy, że nikt nie jest pewny jego prawdziwych motywów, a to jak blisko są z Gu Yunem sprawia, że i lojalność marszałka staje pod znakiem zapytania.

Wciąż niesamowicie podoba mi się przyjaźń Gu Yuna i Shen Yi, a teraz kiedy Shen Yi się zakochał, to Gu Yun ma prawdziwe używanie.

Podobało mi się, że zarówno Barbarzyńcy jak i Daleki Zachód nie zostali przedstawieni jako monolity, że te nacje, tak samo jak Wielkie Liang zmagają się z konfliktami wewnętrznymi. Wilczy Król pragnie zemsty, lecz jego lud jest już zmęczony ciągłą wojną, zwłaszcza, że kraj nęka klęska głodu. Zaś wśród z Zachodu coraz wyraźniej widać konflikt interesów między papieżem a królem.

Chang Geng i Gu Yun to dalej bardzo fajna para, choć przez większość czasu nie przebywają razem. Chyba to mi się w tej serii tak bardzo podoba: romans, choć zdecydowanie istotny, zajmuje bardzo mało miejsca. Dużo w tym tomie chorowania, zresztą, jak w całej serii. Ja chyba powinnam pić kielona za każdym razem jak Gu Yun albo Chang Geng są ranni/chorzy… Znaczy, nie uważam tego za wadę, zwłaszcza, że wprowadza to nastrój przemijania… Stan zdrowia Gu Yuna pogarsza się z każdą chwilą, podczas gdy jest on gwarantem stabilności psychicznej Chang Genga. Dostajemy w tym tomie też dodatkowe informacje o wu’ergu.

Ogólnie, jest to trochę słabszy tom, ale czytało mi się go bardzo szybko, nie tylko dlatego, że był krótki. Serię dalej polecam.

środa, 6 maja 2026

Stars of Chaos 3 - priest

Tytuł: Stars of Chaos 3
Seria: Stars of Chaos
Autor: priest
Wydawnictwo: Seven Seas
Gatunek: BL, steampunk, webnovel

Jako, że ta seria to ciągła historia, to ostrzegam, że spoilery do poprzednich tomów w poniższej recenzji latają nisko (będzie padać!).

Armia Dalekiego Zachodu oblega stolicę. Jednak sama obrona stolicy nie wystarcza. Wielkie Liang straciło w wojnie wiele: część ziem dostała się pod obce panowanie, skarbiec świeci pustkami, a zapasy fioletowego złota, szczególnie potrzebnego w tych ciężkich czasach skurczyły się drastycznie. Gdy marszałek Gu Yun rusza bronić granic kraju, książę Yan robi wszystko, by ustabilizować sytuację gospodarczą w kraju.

Oj, dzieje się w tym tomie dużo. Są bitwy, są intrygi dworskie, ale jest też miejsce na rozwój bohaterów i relacji między nimi. Ciężko było się oderwać od lektury.

Bardzo podobało mi się jak w tym tomie jest poprowadzona postać Chang Genga. Obserwowanie drogi od księcia w ogóle niezainteresowanego polityką do praktycznie zbawcy narodu było bardzo satysfakcjonujące. Zdobywanie coraz większych wpływów na dworze, zarówno ciężką pracą jak i podstępem. Właśnie ta polityczna część powieści okazała się najbardziej zajmująca. Pozwoliło to też na rozwinięcie bohatera w oderwaniu od romansu, co bardzo pomogło w wyrównaniu dynamiki w tej relacji.

Poza intrygami politycznymi duże znaczenie ma też wątek klątwy. Dowiadujemy się więcej o tym jak działa wu’ergu i czym właściwie jest. Poznajemy też przeszłość Chang Genga i okazuje się, że chłopak może faktycznie nie być tym, za kogo wszyscy go mają. Wpływ wu’ergu każe mieć wątpliwości, czy książę naprawdę jest tak bezinteresowny w swoich działaniach, jak to się wydaje.

Postać Gu Yuna też przechodzi przemianę. Jego zdrowie cały czas się pogarsza, zwłaszcza, że dwa razy w tym tomie zostaje on poważnie ranny… Staje się on z wiekiem coraz bardziej refleksyjny. Co prawda tylko w środku, na zewnątrz cały czas pokazuje tą samą bezwstydną twarz. I niech ktoś temu mężczyźnie zabierze flet, bo w jego rękach to zabójcza broń! Poznanie prawdy o truciźnie trawiącej Chang Genga sprawia, że Gu Yun musi zmierzyć się z własnymi uczuciami…

W tym tomie w końcu romans zaczyna się na dobre. I muszę powiedzieć, że ten wątek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Sięgając po tę serię miałam duże wątpliwości co do tego, jak będzie wyglądać relacja między głównymi bohaterami, biorąc pod uwagę, że w pewnym sensie są „ojcem” i „synem”. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że absolutnie uwielbiam ich jako parę. Jest to bardzo delikatny relacja, dużo tu czułości i romantyzmu, ale takiego subtelnego. Scen erotycznych nie ma. Znaczy, seks jest, ale za zamkniętymi drzwiami. W sumie fascynujące jest to jak bardzo kinky potrafią być bohaterowie książek priest pomimo tego, że nie pisze ona erotyki. Podoba mi się, że autorka zadbała o to, by bohaterowie mieli życie poza swoją relacją, by nie byli od siebie zależni. Owszem, ich relacja zahacza o tabu, ale bardziej w kwestii tego jak jest postrzegana przez innych, a nie, że jest jakoś szczególnie problematyczna.

W dalszym ciągu uważam, że przyjaźń Gu Yuna z generałem Shenem jest najlepszą relacją w powieści. Shen Yi jest absolutnie wspaniały w roli piątego koła u wozu i uwielbiam to, jak on ma dość tych dwóch momentami, a zwłaszcza Gu Yuna. Do tego w tym tomie generał dostał swój własny wątek i jest go zdecydowanie więcej.

Pozostali bohaterowie drugiego planu może nie wybijają się aż tak bardzo, ale są na tyle wyraziści, że nie da się ich pomylić i łatwo ich zapamiętać.

Bardzo ważny w tym tomie jest motyw troski o ojczyznę, co w sumie jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że bohaterami są książę i wojskowy, a cała historia jest o obcej inwazji. Niezmiennie bawi nazywanie ludzi z Dalekiego Zachodu „włochatymi małpami”.

Uwielbiam poczucie humoru w książkach priest. Nie raz w trakcie czytania śmiałam się na głos.

Ciekawą rzeczą, jaką zauważyłam w trakcie czytania, jest to jak często pojawiają się cytaty i nawiązania do klasycznej literatury chińskiej. I to nie jako wtrącenia, ale normalnie jako część narracji.

Jak do tej pory był to najlepszy tom serii. Czytało się to niesamowicie przyjemnie, a bohaterów ciężko nie pokochać. Zdecydowanie polecam.