niedziela, 30 listopada 2025

Bastiony Mroku - Brandon Sanderson, Robert Jordan

Tytuł: Bastiony Mroku
Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Przedostatni tom „Koła Czasu”. Tradycyjnie tych co nie czytali poprzednich tomów zapraszam do recenzji tomu pierwszego, bo w poniższym tekście pojawiają się nich spoilery.

Rand przeszedł wewnętrzną przemianę. Perrin musi zmierzyć się ze swoją naturą i błędami przeszłości. Mat przygotowując się do misji ratunkowej musi stawić czoła swojemu prześladowcy. Tymczasem hordy trolloków ruszyły na Ziemie Graniczne.

Wyraźnie widać, że początkowo ten tom i poprzedni (a także następny) miały stanowić jedną całość. Duża część tego tomu została poświęcona historii Perrina, wydarzeniom, które miały miejsce przed zakończeniem „Pomruków Burzy”. A jednocześnie rozdziały te są przeplatane tymi poświęconymi innym postaciom, które z kolei dzieją się poza zakończeniu „Pomruków”, przez co momentami można odnieść wrażenie, że postać Tama znajduje się w dwóch miejscach jednocześnie. Nie jest to jakaś wielka wada, ale zabieg ten zaburza trochę rytm historii i wymaga zwiększonej uwagi czytelnika.

Perrin w końcu zaczyna akceptować swoją wilczą naturę i wykorzystywać możliwości, które daje. Spotkanie z Białymi Płaszczami wymusza też na nim konfrontację z konsekwencjami własnych czynów.

Co zaś się tyczy samych Białych Płaszczy… Jezu, jacy to są idioci. Zbiorowo. A miałam nadzieję, że teraz, kiedy Galad objął nad nimi dowództwo to będzie lepiej… No dobra, jest lepiej, bo Galad jest chociaż szlachetny. Co prawda nie zmienia to wciąż faktu, że jest to szlachetny idiota, ale i tak jest lepiej niż było.

Mat jest absolutnie wspaniałym bohaterem. Każdy rozdział, w którym się pojawia to jest czyste złoto i niesamowita przyjemność z czytania.

Sam Rand w tym tomie bardzo się zmienił. Już nie jest wewnętrznie rozdarty, stał się spokojniejszy i mądrzejszy. Naprawia część błędów, które popełnił wcześniej. Ogólnie można powiedzieć, że został magicznym Jezusem.

Irytuje mnie Egwene. Teraz, gdy już uporała się z rozłamem w Białej Wieży, zaczęła stanowić główną opozycję wobec Randa. A ja nie do końca rozumiem dlaczego. Przecież wychowała się razem z nim, ba! Miała za niego wyjść. A teraz zachowuje się jakby mu w ogóle nie ufała, jakby nie wiedziała jakim on jest człowiekiem. Dziwne to dla mnie.

Z kolei Nynaeve wydaje się jej całkowitym przeciwieństwem. W ogóle, obok Mata, moja ulubiona postać. Aes Sedai, której naprawdę zależy, która nie zapomina być człowiekiem. A za zorganizowanie Lanowi armii to ją uwielbiam.

Ciekawe były wizje Aviedhy w Rhuidean, ale, o ile były one ciekawe, to jednak brakowało mi w nich tego czegoś, co było w analogicznej scenie we „Wschodzącym Cieniu”. W tym momencie najbardziej brakowało mi prozy Jordana.

Dużo w tym tomie powrotów to wydarzeń motywów z początku serii. Widać, że historia jest już na etapie końcowym, bohaterowie przebyli już większość swojej drogi i można już ich zestawić z ludźmi, którymi byli gdy ją zaczynali.

Co do polskiego wydania. Początkowo chciałam napisać, że jest lepiej niż w poprzednim tomie. Ale widzę, że eksperyment trwa nadal, po prostu błędy zaczęły się pojawiać trochę później i są innego rodzaju. W tym tomie nie ma już literek zamiast spacji! Co prawda nie ma też myślników w dialogach i przejść do nowego akapitu wtedy kiedy jest to potrzebne… A imiona są momentami tak przekręcone, że ciężko rozpoznać o kogo chodzi… Do tej pory nie wiem, jakim cudem z „Damodred” wyszło im „Daomdre”. Zresztą nie tylko imiona są przekręcone, „jedynka” zamiast „jednak” też nie ułatwiła czytania. Po za tym jeszcze brak konsekwencji w nazewnictwie. Przymus stał się nagle Kompulsją, Zabójca momentami był nazywany Oprawcą, a raz, o zgrozo, Slayerem. W ogóle, w kilku miejscach nazwy, które normalnie były tłumaczone nie zostały przetłumaczone. I jeszcze w epilogu Olver nagle został Olwerem. Ogólnie pomieszanie z poplątaniem.

Ogólnie to jest świetna książka, jedynie można jej zarzucić zaburzoną chronologię wydarzeń i głupotę pewnych bohaterów, acz to było raczej zamierzone. Ale jest to świetna lektura, po której już nie mogę doczekać się finału.

niedziela, 16 listopada 2025

Pomruki Burzy - Brandon Sanderson, Robert Jordan

Tytuł: Pomruki Burzy
Cykl: Koło Czasu
Autor: Brandon Sanderson, Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

To już dwunasty tom „Koła Czasu” i pierwszy napisany przez Brandona Sandersona. Jeśli nie chcecie zaspoilerować sobie poprzednich części cyklu, to tu macie recenzję tomu pierwszego. Pozostałych zapraszam do lektury!

O takie „Koło Czasu” nic nie robiłam! Akcja w tym tomie niesamowicie przyspiesza, ja naprawdę nie mam pojęcia jak Jordan planował to zamknąć to w jednym tomie, podczas gdy Sanderson napisał z jego notatek trzy i cały czas coś się dzieje! Mormońska magia, zaprawdę.

Można powiedzieć, że osią tego tomu są dwa wątki: Egwene próbująca opanować sytuację w Białej Wieży i Rand chcący zaprowadzić pokój w Arad Doman. Podoba mi się pewna symetria drogi tych postaci, miejscami lustrzana, a miejscami odwrócona.

Egwene pojmana przez stronnictwo lojalne wobec Elaidy została sprowadzona do pozycji nowicjuszki w Wieży i za każdy przejaw nieposłuszeństwa karana biciem. Mimo to dziewczyna nie daje się złamać i robi wszystko by doprowadzić do zjednoczenia Białej Wieży. Naprawdę podoba mi się droga jaką przeszła ta bohaterka. To już nie jest córka karczmarza z Dwu Rzek. To jedna z najpotężniejszych kobiet świata, która nawet poniżona nie pozwala światu o tym zapomnieć. Stała się prawdziwą przywódczynią, która myśli przede wszystkim o dobru Aes Sedai i świata, a nie własnym. A z drugiej strony mamy Elaidę, która jest zwyczajnie głupia.

Z kolei Rand pragnie zaprowadzić pokój w Arad Doman, rozprawić się z Greandal i zawrzeć pokój z Seanchanami. I w przeciwieństwie do Egwene nie idzie mu zbyt dobrze. Mamy okazję obserwować Smoka, któremu nie idzie, który zmaga się z ciężarem oczekiwań i własnych porażek. A trzeba powiedzieć, że Rand wziął na siebie zbyt wiele. W tym tomie staje się coraz bardziej zimny i bezwzględny. Na skutek tego co przeżył znikają wszelkie skrupuły. Rand dokonuje w tym tomie czynów, o które jeszcze niedawno bym go nie posądzała. Coraz mniej w nim nie tylko pasterza, ale w ogóle człowieka. Można powiedzieć, że najważniejsza walka w tej części, to ta o duszę Smoka Odrodzonego.

Muszę przyznać, że Seanchanie to jedna z najciekawiej przedstawionych nacji w tym świecie. Autorzy mogli pójść na łatwiznę i przedstawić ich jako zło wcielone. A zamiast tego otrzymaliśmy zniuansowaną kulturę o odmiennym systemie wartości, ale nie pozbawioną swoich racji, a już na pewno nie złą dla zasady. Seanchanie wprowadzają porządek, ludziom pod ich rządami żyje się lepiej! Z drugiej strony sama koncepcja damane jest obrzydliwa i przerażająca.

Z kolei złem absolutnym w tym tomie zdecydowanie są Przeklęci. A konkretnie Semirhage i Greandal. Obie dopuszczają się czynów niewybaczalnych i obrzydliwych. Muszę, powiedzieć, że Semirhage jest pierwszą od dawna postacią, którą absolutnie nienawidzę. A Greandal wcale nie jest lepsza.

Widać, że ten tom to początek końca. Poszczególne wątki powoli zaczynają zmierzać w wspólnym kierunku i, nawet jeśli jeszcze się nie łączą, to czuć, że ten stan rzeczy nie potrwa długo. Sam świat zaczyna się w pewnym sensie rozpadać, znaki, że Tarmon Gai’don nadchodzi są coraz wyraźniejsze, coraz bardziej niepokojące. Szczególnie zapada w pamięć historia miasteczka, do którego trafił Mat z towarzyszami. Część kart zostaje odkryta, część wątków zakończona. Świat szykuje się na Ostatnią Bitwę.

Styl Brandona Sandersona jest dużo prostszy niż Roberta Jordana, mniej literacki. Książka jest też zabawniejsza od poprzedniczek, bo chociaż u Jordana pojawiały się żarty, były one subtelniejsze. Odnoszę też wrażenie, że Sanderson lepiej niż Jordan radzi sobie z postaciami kobiecymi, bo chociaż postacie pozostają wierne charakteryzacji Jordana, to nie irytują już tak bardzo. Ogólnie muszę przyznać, że przez zmianę stylu tom ten czyta się po prostu błyskawicznie, acz pod względem literackim nie ma żadnych wodotrysków. Ot, bardzo porządnie wykonana robota, z szacunkiem do oryginalnego autora, ale bez próby kopiowania stylu.

Jak się okazuje, nie tylko ja nic nie robiłam o takie „Koło Czasu”. Korekta tej książki najwidoczniej też nie. Ja nie wiem, czy to jest jakiś eksperyment społeczny? Ile błędów w tekście zniesie czytelnik? Bo naprawdę nie mam pojęcia jak inaczej można wyjaśnić taką fuszerkę u, wydawałoby się, poważnego wydawnictwa. Literka v pojawiająca się zamiast spacji, ż wstawiane na początku zdania, postacie w pół zdania zmieniające płeć… Ja już nawet nie wspomnę o tym, że zdarzały się zdania koślawo skonstruowane, bo te akurat giną wobec ogólnie odwalonej maniany! I żeby te błędy pojawiały się chociaż co kilkadziesiąt stron, ale nie! Potrafią się zdarzyć kilka razy na jednej stronie! Wstyd!

Muszę powiedzieć, że „Pomruki Burzy” to świetna książka, całkowicie spełniająca pokładane w niej nadzieje. To obietnica na naprawdę udane zakończenie cyklu. Czy ta obietnica zostanie spełniona? Idę czytać dalej.

niedziela, 2 listopada 2025

Gilotyna Marzeń - Robert Jordan

Tytuł: Gilotyna Marzeń
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Na początek ostrzeżenie o możliwych spoilerach do poprzednich tomów. Jeśli nie chcecie sobie psuć zabawy to tu macie recenzję tomu pierwszego.

Tak więc dotarłam do ostatniego tomu głównej serii napisanego tylko i wyłącznie przez Roberta Jordana. Czy jest to godne pożegnanie z pisarzem?

Pojmana przez Białą Wieżę Egwene została sprowadzona do pozycji Nowicjuszki. Perrin, który sprzymierzył się z Seanchanami przygotowuje się do odbicia żony. Mat wraz z kompanami wciąż próbuje oddalić się od terenów zajętych przez Seanchan. Tymczasem zaczynają dziać się dziwne rzeczy: ludzie widzą zmarłych, a żywność psuje się w nienaturalnym tempie. Niechybny znak, że Taemon Gai’don się zbliża.

Wydaje mi się, że w końcu zostawiłam etap dłużyzn w „Kole Czasu” za sobą. Akcja oczywiście dalej nie pędzi na łeb na szyję, toczy się raczej powoli, do czego ta seria już mnie przyzwyczaiła. Ale w przeciwieństwie do kilku poprzednich tomów jest to naturalna powolność, a nie przeciąganie na siłę. Poszczególne wątki dostają tyle czasu ile potrzebują. Dzięki temu książkę czyta się dużo płynniej niż poprzednie.

Przez całą powieść ma się odczucie, że opowieść powoli wkracza w etap końcowy. Widmo Ostatniej Bitwy cały czas wisi nad bohaterami. Kilka wątków znajduje w tej części swoje rozwiązanie, widać, że w kolejnych częściach bohaterowie będą się już musieli skupić na walce z Czarnym.

Zdecydowanie obecnie moją ulubioną postacią jest Mat. Podoba mi się droga jaką przebył ten bohater, ile jego różnych oblicz możemy zobaczyć, a jednocześnie jest to bardzo spójna wewnętrznie kreacja. A jego relacja z Tuon jest najciekawsza ze wszystkich romantycznych jakie do tej pory widziałam w „Kole Czasu”. Do tego zapowiada się, że wątek Mata w kolejnych tomach będzie jeszcze ciekawszy ze względu na treść pewnego listu.

W końcu w tym tomie mamy rozwiązanie wątku porwania Faile. Wątek jako całość był mocno rozciągnięty na przestrzeni ostatnich kilku tomów, przez co powoli miałam go dość i czekałam na jego rozwiązanie. Na szczęście w tym tomie nabrał tempa, a Perrin miał okazję udowodnić, że jest nie tylko silny, ale też inteligentny. Mam mieszane uczucia do zakończenia tego wątku, a konkretnie do losu pewnego Aiela, który pomógł Faile.

Najciekawszy dla mnie był wątek Egwene. Przywódczyni Buntowniczek została schwytana przez Aes Sedai z Białej Wieży i zamiast zostać stracona, zdegradowano ją do pozycji Nowicjuszki. Kara, która w zamierzeniu miała ją poniżyć tylko dała jej okazję do pokazania hartu ducha. Egwene bardzo w tym tomie zyskała w moich oczach i faktycznie dobrze się czytało jej rozdziały.

Podobało mi się, że mieliśmy okazję zobaczyć Nynaeve w nowej roli. Do tej pory widzieliśmy ją w roli Widzącej i Aes Sedai. Teraz pokazała, że dorasta do roli jaką niesie ze sobą małżeństwo z Lanem. Coraz bardziej podoba mi się jej postać.

Najmniej do powiedzenia w tym tomie mam o Randzie, bo on przez większość czasu po prostu był. Owszem, cały czas obserwujemy zmagania z Lewsem o kontrolę nad ciałem oraz zmagania Randa z Mocą. Wciąż ciekawa jestem skąd biorą się jego problemy z nią. No i oczywiście widzimy też jak chłopak uczy się polegać na radach Cadsuane. Ale w sumie Rand się za bardzo nie zmienia. Nie licząc fizycznie, bo w następnych tomach będzie się musiał żyć bez pewnej części…

Jeszcze muszę powiedzieć, że Loial w tym tomie miał swój moment, w którym mógł zabłysnąć. Podoba mi się postać tego Ogira, przede wszystkim daje wgląd na obyczaje tej rasy przy jednoczesnym przełamywaniu ich.

Nieustannie jestem pod wrażeniem świata stworzonego przez autora. To jest prawdopodobnie najbardziej bogaty kulturowo świat fantasy z jakim miałam przyjemność się spotkać. Każda kultura ma swoje osobne zwyczaje. Podoba mi się jak przedstawiono konflikty wynikające z różnic kulturowych.

Do polskiego tłumaczenia muszę się przyczepić. Miejscami zdania są wyjątkowo kanciaste, ciężko czasem zrozumieć co autor (tłumacz) miał na myśli. Owszem, nie ma tego aż tak wiele, ale jak już pojawiają się tego typu błędy to drażnią.

Muszę przyznać, że to jeden z przyjemniejszych tomów. Akcja ma w końcu odpowiednie tempo, znikły dłużyzny, klimat się zagęszcza, postacie przechodzą przemianę. Ogólnie seria zmierza w ciekawym kierunku. Pożegnanie z Panem Robertem Jordanem uważam za udane (przynajmniej tymczasowe, bo jeszcze został mi prequel jego autorstwa). Ciekawa jestem jak Brandon Sanderson poradzi sobie z zakończeniem cyklu.