poniedziałek, 20 października 2025

Outlander: Krew z krwi sezon 1 - pierwsze wrażenia

Dobiegł końca pierwszy sezon prequela Outlandera. Kontynuując tradycję zapoczątkowaną przy drugiej połowie sezonu 7 głównej serii, wrzucam moje odczucia z każdego odcinka.

Teksty były pisane na bieżąco po każdym odcinku.

Oczywiście, ostrzegam przed spoilerami, bo całkiem szczegółowo omawiam fabułę każdego odcinka.


S01E01


Muszę przyznać się, że byłam do tego serialu dość sceptycznie nastawiona. Nadal jestem, bo w końcu uważam się przede wszystkim za fankę książek, a ta produkcja za dużo zmienia względem książkowego kanonu. Mimo to, odcinek podobał mi się. Wizualnie serial jest przepiękny. Czuć klimat z początków Outlandera. Muzycznie jest świetnie. Niesamowity klimat sprawiają wszelkie pieśni i przyśpiewki w gaelickim. Czołówka podoba mi się bardziej niż Outlandera, montaż wydaje mi się bardziej przemyślany niż w głównej serii. No i piosenka jest piękna.

Odcinek skupia się głównie na losie Ellen po śmierci ojca oraz rywalizacji między jej braćmi o przywództwo w klanie. No plus na pewno liczę to, że pamiętali o całym rodzeństwie McKenzie i w serialu widzimy całą piątkę, nie pominęli Janet. Retrospekcje rozmów Ellen z ojcem bardzo fajne, tylko mam nadzieję, że w późniejszych odcinkach pokażą też jak wyglądały relacje Jacoba z pozostałymi dziećmi. Bo wobec Ellen facet wydaje się być świetnym ojcem, a słyszymy od reszty, że ojcem był kiepskim. Mam nadzieję, że pokażą nam to, bo na razie zachodzi tu pewien dysonans poznawczy, zwłaszcza, że w książkach Jamie wspominał, że ojciec jego matki był brutalnym człowiekiem.

Z kolei do Dougala i Columa tez mam mieszane odczucia. Wydaje mi się, że za bardzo rozgraniczyli to, że Colum jest tym sprytnym a Dougal silnym. W sensie, zrobili z Dougala większego idiotę niż to konieczne, bo z tego co pamiętam to też całkiem sprytny facet powinien być. Ale może chcą po prostu pokazać przemianę tej postaci, że wraz z wiekiem nabierze trochę więcej rozumu. Miałoby to sens, więc się nie czepiam. Ciekawie zapowiada się postać Neda, prawnik zdecydowanie bardziej jest człowiekiem Columa, ale mam wrażenie, że to on zaproponuje podział władzy między braćmi jaki znamy z Outlandera.

Muszę przyznać, że sama Ellen wypada najmniej interesująco z McKenziech. Oczywiście mamy tutaj dziewczynę, która byłaby idealnym przywódcą, ale nie ma kuśki, więc nim nie zostanie. I mam wrażenie, że ten typ postaci widzieliśmy już tyle razy, że jest po prostu nudny. Co gorsza, na ten moment nie zapowiada się aby mieli zrobić coś ciekawego z jej postacią, choć może późniejsze odcinki pozytywnie mnie zaskoczą. Po za tym dziewczyna wydaje się być rozpieszczona, Colum bardzo słusznie zwraca jej uwagę, że jest całkowicie zależna od tego z braci, który przejmie władzę.

Brian też nie wypadł nie wiadomo jak ciekawie. No, ładny chłopak jest i dość sympatyczny, ale aktor wypada trochę sztywno moim zdaniem. Bardzo ciekawie zapowiadają się za to relacje w jego rodzinie. Simon Fraser jest dokładnie taki jakiego można się spodziewać. A fakt, że Brian jest bękartem sprawia, że dynamika jego relacji z ojcem staje się ciekawsza.

Zaś postać Murtagha jest cudowna. Naprawdę, widać, że to taki sympatyczny młody chłopak z głową pełną marzeń i zakochany w Ellen. Bardzo miło będzie obserwować jak życie go sponiewiera, aż stanie się taki jak w Outlanderze. No i te kły dzika w tym odcinku! Te, z których zrobi dla Ellen bransolety, bardzo fajnie, że o nich pamiętali. Twórcy sugerują do tego zauroczenie Jocasty jego osobą, ale z Outlandera wiemy, że nie ma żadnej szansy na rozwój tej relacji.

Twórcy kompletnie zmienili historię Ellen i Briana na Zgromadzeniu. W sensie, zaczyna się podobnie, Ellen najpierw rozmawia z Malcolmem Grantem, potem Grantowie wyjeżdżają, Ellen znika, Dougal jedzie za Grantami i oskarża ich o uprowadzenie siostry. To się zgadza. Tylko w serialu po pierwsze, Ellen nie nagadała Malcolmowi niczego nie przyjemnego, ten wyjeżdża bardziej zrezygnowany niż obrażony. Po drugie: Ellen wraca tego samego dnia. Podczas gdy w książce znaleźli ją dopiero jak była w zaawansowanej ciąży z Brianem. No jest to spore odstępstwo.

Zaś jeśli chodzi o drugą główną parę… Na pewno podoba mi się wprowadzenie Beauchampów, że tak powiem, „tylnymi drzwiami”. Twórcy pokazują nam ich już w osiemnastym wieku, Julię jako służącą u Fraserów a Henry’ego z Grantami. Fajny zabieg. Szczególnie Henry mi się podoba, a jego wątek wydaje się najbardziej interesujący jak na razie, zwłaszcza, że o Grantach z Outlandera wiemy najmniej, więc twórcy mają tu największe pole do popisu.

I uważam, że odcinek byłby lepszy, gdyby cały rozgrywał się w osiemnastym wieku, końcowe sceny były niepotrzebne. Szczególnie scena seksu, która niczego kompletnie nie wnosiła, poza świecenia dupą. Naprawdę, ja nie jestem pruderyjna, ale uważam, że sceny erotyczne trzeba czymś podbudować, a tu dostaliśmy nagle przeskok na goły tyłek. Nie wiemy kto, z kim, dlaczego. Nie znamy tych postaci, nic o nich nie wiemy, ale to Outlander więc musi być seks. No wyszło normalne porno. Jakoś w głównej serii nie przypominam sobie aż tak bezsensownej sceny seksu. Niepotrzebne, zwłaszcza, że późniejsza rozmowa bohaterów w samochodzie o wiele ciekawsza. Dowiadujemy się, że Julia jest w ciąży z drugim dzieckiem. Wygląda na to, że faktycznie chcą wyjaśnić tym serialem twist z sezonu 7. Ale wydaje mi się, że lepiej te sceny by wypadły, gdyby były w następnym odcinku.

Ogólnie podobało mi się, zaś najciekawsze wydają mi się wątki, do których byłam najbardziej sceptycznie nastawiona. Wciąż nie jestem przekona czy to dobrze, że zrobili z rodziców Claire podróżników w czasie, ale w oderwaniu od książki to jednak działa. Liczę też na to, że przez to, że twórców nie ogranicza fabuła książki, tempo historii będzie bardziej naturalne niż w Outlanderze, gdzie momentami skakali po najważniejszych wydarzeniach.

poniedziałek, 6 października 2025

Rozstaje Zmierzchu - Robert Jordan

Tytuł: Rozstaje Zmierzchu
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Gatunek: fantasy

Dziesiąty tom „Koła Czasu”. Ostrzegam przed spoilerami do poprzednich część i odsyłam do recenzji tomu pierwszego.

Matowi udało się w końcu wydostać z Ebou Dar i razem z widowiskiem Luki stara się wydostać z terenów opanowanych przez Seanchan. Perrin wciąż podąża śladem Shaido, którzy uprowadzili jego żonę. Elayne stara się pozyskać poparcie dla swojej sprawy i utrzymać oblężoną stolicę. Tymczasem zbuntowane Aes Sedai pod wodzą Egwene rozpoczynają oblężenie Tar Valon.

Po zakończeniu poprzedniego tomu spodziewałam się, że w tym akcja ruszy z kopyta. W końcu Rand dokonał rzeczy, która była uważana do tej pory za niemożliwą i całkowicie odmienił status quo tego świata. Okazuje się jednak, że fabuła zamiast się rozkręcić to stanęła w miejscu. Przez większą część książki wydarzenia nie wychodzą poza finałowy moment poprzedniego tomu. Obserwujemy jedynie reakcję różnych bohaterów na potężne użycie Mocy. Ale w sumie nikt nie wie kto, dlaczego i z jakim skutkiem.

Najbardziej mi się podobał w tym tomie wątek Mata. Jego relacja z Tuon jest bardzo fajnie napisana, wręcz przypomina taniec. Rozbraja mnie to, że Mat pogodził się z faktem, że ta dziewczyna jest mu przeznaczona na żonę. Na ten moment jest to jedna z najfajniejszych relacji, szczególnie, że dzięki niej mamy okazję lepiej poznać obyczaje Seanchan, a jest to ciekawy naród, nawet jeśli odrobinę przerażający.

Najbardziej mnie w tym tomie zirytowała Egwene. Bo z jednej strony dziewczyna świetnie sobie radzi lawirując między stronnictwami zbuntowanych Aes Sedai. Z drugiej, podejmuje całkowicie durne decyzje, jak ta z końcówki tego tomu. Naprawdę mnie to wkurzyło, zwłaszcza, że było to całkowicie bezsensowne i niepotrzebne ryzyko. Zirytowało mnie też to, że Aes Sedai całkowicie błędnie zinterpretowały wydarzenia z końca poprzedniego tomu oraz działania Randa, acz muszę przyznać, że na dobrą sprawę przyjecie przez nie najczarniejszego scenariusza nie jest głupie. Po prostu takie nieporozumienia irytują, gdy czytelnik wie co się wydarzyło naprawdę. I irytuje mnie też to, jak duży wpływ na Egwene ma Halima. I wydaje mi się, że akurat w tym względzie moje zirytowanie jest bardziej uzasadnione, bo nawet nie wiedząc kim ona faktycznie jest, ta kobieta zachowuje się podejrzanie! A Egwene w ogóle tego nie widzi.

Zdesperowany Perrin wciąż szuka żony (który to już tom?!) i jest gotów na przymierze z każdym, kto jest mu w stanie pomóc ją odzyskać. Facet jest naprawdę zdesperowany. Faile tymczasem szuka możliwości ucieczki i znajduje niespodziewanych sprzymierzeńców. Byłby to fajny wątek, gdyby się tak nie ciągnął.

Elayne jest w ciąży i ma wahania nastrojów. I mimo robi wszystko by zyskać poparcie dla swoich praw do tronu. A u bram Ceamlyn stoi wroga armia. Dodatkowo dziewczyna musi znosić nadmierną troskę otoczenia i konsekwencje współdzielenia uczuć ze swoim Strażnikiem.

Zaś jeśli chodzi o samego Randa, to wydaje się, że wiele się u niego nie zmieniło. Mimo pozbycia się skazy dalej ma problemy z korzystaniem z Mocy, a Lews Terrin jak siedział mu w głowie tak siedzi. Podejrzewam, że skutki jego wyczynu zobaczymy dopiero w kolejnym tomie, zwłaszcza, że wygląda na to, że Rand w końcu będzie musiał zrobić porządek z Czarną Wieżą, bo o ile pomysł jej powołania był dobry, tak chłopak pozwolił Taimowi na za dużą swobodę.

Ciekawi mnie motyw tego, że ta’veren są w stanie mniej więcej powiedzieć co robią pozostali, ciekawa jestem jak to będzie dalej rozwinięte.

Ogólnie strasznie się ten tom dłużył, nawet jak na standardy tej serii, a przecież „Koło Czasu” przyzwyczaiło mnie już do dłużyzn. Jest w tym tomie trochę polityki, ale przede wszystkim mamy tu armie maszerujące, armie oblegające i armie oblegane. Innymi słowy, armie w najnudniejszych etapach kampanii. Cała nadzieja w tym, że historia powoli zacznie zmierzać do finału, a wątki nabiorą tempa i zaczną się zazębiać.

Zauważyłam też, że w tym tomie zmienił się tłumacz. Żadnych większych błędów nie zauważyłam, ale coś w stylu zmieniło się na tyle, że jest to wyraźnie odczuwalne.

Ogólnie mam wrażenie, że to jedna z tych książek w serii, na której trzeba po prostu zacisnąć zęby i przetrwać. Nie jest może zła, „Koło Czasu” mimo wszystko cały czas trzyma pewien poziom, ale ze wszystkich dotychczasowych tomów „Rozstaje Zmierzchu” porwały mnie najmniej.