piątek, 30 stycznia 2026

Nie ma świętych - Sophie Lark (BZK)

Tytuł: Nie ma świętych
Cykl: Grzesznicy
Autor: Sophie Lark
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Gatunek: romans

Dlaczego ja to sobie robię?! Tak, oto moja opinia o kolejnej książce w ramach Booktouru Złych Książek i dzisiaj dla odmiany mamy mocnego kandydata ta najgorszą książkę na tej liście. A w sumie to w ogóle na najgorszą książkę.

Cole Blackwell i Alastor Shaw są rywalizującymi ze sobą artystami. Ale rywalizują ze sobą nie tylko jeśli chodzi o sztukę. Obaj są bowiem seryjnymi mordercami. Poza tym różni ich wszystko. Shaw jest brutalny, emocjonalny i lubi zabijać kobiety. Cole zaś uważa kobiety za zbyt łatwą dla siebie zdobycz, jest chłodny i wyrachowany. Na ogół panowie nie wchodzą sobie w drogę. Do czasu aż Cole zwraca (chwilowo) uwagę na Marę. Shaw przekonany, że znalazł słabość rywala porywa dziewczynę i zostawia ledwo żywą w miejscu, w którym wie, że Cole ją znajdzie. Ten jednak ignoruje „prezent” i ani nie pomaga dziewczynie ani jej nie zabija. Jednak gdy dowiaduje się, że dziewczyna jednak przeżyła jego zainteresowanie jej osobą wzrasta.

Ta książka nie działa jako romans między Cole’em a Marą, bo po prostu Cole jest psychopatą. W ogóle miałam wrażenie, jakby wycięto z tej książki całą środkową część, po prostu relacja między tą dwójką rozwija się za szybko. W jednej chwili Cole zaczyna ją stalkować, w kolejnej już wchodzą w jakąś dziwną relację mistrz-uczennica i to jeszcze z aspektem seksualnym.

To nie działa nawet jako erotyk, bo sceny zbliżeń są opisane w sposób tak wulgarny i niesmaczny, że libido od nich spada. Bohaterowie nie uprawiają seksu, oni się pieprzą. Naprawdę, to jest jedyne słowo jakim ta czynność jest określana w tej książce. Do tego słowo „cipka” pada tak często, że ja naprawdę miałam dość.

Kryminałem też raczej ta książka być nie miała. Nie ma tu żadnej zagadki, cała fabuła ma na celu tylko zbliżyć do siebie Cole’a i Marę. Mam po prostu wrażenie jakby autorka obejrzała serialowego „Hannibala” i chciała napisać swoją wersję. I wyszedł jej taki „Hannibal” z Temu, za 3 złote plus VAT. Widać tu tę fascynację artystyczną stroną zbrodni, tę perwersję. A jednocześnie, mimo że to historia o artystach, zdecydowanie brakuje tu dobrego smaku.

Co do postaci. Zasadniczo jakieś bardziej rozbudowane charaktery mają tu tylko Cole i Mara. Alastor jest bardziej narzędziem fabularnym niż postacią.

Cole to wręcz podręcznikowy psychopata. On nie odczuwa uczuć, on jest ponad to! Każdemu pokazuje inną twarz, manipuluje ludźmi, by uzyskać od nich to czego chce. A robi tylko to co chce, nieważne jak nie moralne by to było. Ego ma wielkości nawet nie Mount Everestu, ale Olympus Mons (najwyższa góra w Układzie Słonecznym, jakby co).

Mara nie ma żadnego instynktu samozachowawczego, inteligencją też nie grzeszy. Strasznie wkurzające jest to, że w pewnym momencie całkowicie zapomina, że Cole jej nie pomógł, kiedy wykrwawiała się na odludziu! Ale jest pewna doza realizmu w tym jak porąbaną ona ma psychikę, biorąc pod uwagę jej dzieciństwo. I czasami potrafi być zaskakująco asertywna. Jest najlepiej napisaną postacią w tej książce, bo choć więcej czasu spędzamy w głowie Cole’a (chyba, tak naprawdę nie liczyłam) to o niej dowiadujemy się zdecydowanie więcej.

Ja naprawdę nie mam pojęcia o czym miała być ta książka. Nie widzę w niej żadnej głębszej myśli, żadnego drugiego dna czy refleksji. A potencjał był. Tam naprawdę można było zawrzeć dywagacje na temat natury ludzkiej czy znaczenia sztuki. Tylko, że autorka się na to nie zdecydowała. Powieść jest pod tym względem niezwykle płytka, wręcz pornograficzna. Mamy tu dewiację dla samej dewiacji, bez żadnej głębszej myśli ani fabuły, która by chociaż to równoważyła. Ot, dwóch psycholi i dziewczyna bez żadnego instynktu samozachowawczego, która przez przypadek stała się pionkiem w ich grze. To do niczego nie zmierza. Autorka twierdzi, że pisanie tej książki było dla niej formą terapii. To ja jej jednak polecam prawdziwą terapię.

Zakończenie jest raczej otwarte, w końcu istnieje drugi tom. A jednocześnie cała książka jest napisana w taki sposób, że miałam wrażenie, że to się powinno zamknąć w jednym.

Czyta się tę książkę fatalnie. I nie chodzi mi o różne drastyczne opisy, które wcale drastyczne nie są. Nie, w tej książce po prostu brak logiki. W jednej chwili Mara oskarża Cole’a, że ten oszukuje mówiąc, że go nie widziała gdy była porwana, tylko problem polega na tym, że on powiedział coś dokładnie przeciwnego! Pędzący samochód zatrzymujący się w jednej chwili? Pewnie! Tatuowanie w pozycji stojącej przez całkowicie niedoświadczonych w tym ludzi? Jasna sprawa! Wielokrotny seks analny bez żadnego przygotowania skutkujący orgazmem? W czym problem?

Językowo ta książka jest okropna. Nie wiem czy to wina autorki czy tłumaczki, ale to jest napisane fatalnie.

Absolutnie nie polecam tej książki nikomu. Tu nie ma nic, co by się mogło spodobać. Nie wiem jak coś takiego mogło zostać nie tylko wydane, ale też przetłumaczone na inny język. Jest to dla mnie niepojęte.

sobota, 24 stycznia 2026

10 Grzechów Głównych - Mags Green (BZK)


Tytuł: 10 Grzechów Głównych
Autor: Mags Green
Wydawnictwo: Nowe Strony
Gatunek: romans, urban fantasy

No i kolejna książka z Booktouru Złych Książek za mną.

Zerrezath to demon, który obserwuje Zoe już od sześciuset dni. Gdy sobotni wieczór na skutek pozornie niewinnego kłamstwa dziewczyny przyjmuje niebezpieczny dla niej obrót, Zerrezath zabija trzech napastników, a czwartego, Maddena, który bardzo podoba się Zoe, opętuje. Okazuje się, że zmarli mężczyźni byli synami wpływowych biznesmenów. Matka Maddena zleca Zoe zbadanie sprawy pod kątem zjawisk nadprzyrodzonych. Teraz Zarrezath ma okazję na zbliżenie się do dziewczyny i skłonienie jej do wymówienia jego imienia, by mógł ją porwać do piekła. A ma na to coraz mniej czasu.

Zawiązanie fabuły jest szyte dość grubymi nićmi. No bo jak dla mnie bez sensu jest zlecanie śledztwa dziewczynie, która w końcu jest zamieszana w sprawę, nawet jeśli matka Maddena wierzy w jej niewinność. Czy nie podejrzane byłoby dla policji, że jedyna podejrzana spędza cały czas z jedynym ocalałym? Ale oczywiście policja się nigdy o tym nie dowiaduje. Sama koncepcja tego, że sprawca (Zarrezath) bierze udział w śledztwie odnośnie własnej zbrodni jest bardzo fajna, ale mam wrażenie, że fabuła jest tu bardziej pretekstem do tego by zbliżyć do siebie dwójkę bohaterów.

Co do bohaterów, to muszę powiedzieć, że Zarrezath był całkiem przyjemnym protagonistą w odbiorze (większość książki jest napisana z jego perspektywy). Rozbrajające było to, że w sumie przez większość czasu myślał tylko o jednym, czyli jak zabić Zoe. I te jego podstępy, by zmusić ją by wypowiedziała jego imię… Wszystkie na poziomie średnio rozgarniętego przedszkolaka, ale to było przynajmniej zabawne!

Zoe to za to charakterna wiedźma, lubi wszystko co mroczne, tatuaże, oczywiście uprawia magię idąc w ślady babci. Po śmierci ojca razem z matką straciły wszystko i musiały przeprowadzić się do Las Vegas. Zoe bardzo chce wrócić do dawnego życia, dlatego kradnie by zarobić. Trochę jej nie ogarniam, bo jednocześnie jest kreowana na dobrą i niewinną, a z drugiej na taką, która się ze swoim demonem świetnie dogaduje i w ogóle ma grzeszne fantazje… Miałam się czepiać, że jak na wiedźmę z tak dobrą intuicją to dziwne, że przez tak długi czas nie zauważyła, że ma obok siebie demona, ale na szczęście autorka jakoś to uzasadniła.

Tak, bohaterowie w tej książce są strasznie mhroooczni i edgy.

Nie ogarniam podejścia tej książki do religii. Z jednej strony mamy teksty o tym, że Bóg i Szatan to są takie same bóstwa jak wszystkie inne, tylko PR Bóg ma lepszy. Z drugiej strony pada, że Bóg faktycznie stworzył ludzi na swoje podobieństwo i w sumie wszystkie grzechy są odnoszone do moralności chrześcijańskiej. Z jednej strony Zoe twierdzi, że nie wyznaje Boga, bo nigdy jej w niczym nie pomógł, z drugiej głupi plastikowy krzyż kupiony w Walmarcie (czyli najpewniej nawet nie poświęcony) działa lepiej niż jej wszystkie zaklęcia razem wzięte.

Książka usilnie stara się być obrazoburcza, pada masę cytatów z Biblii czy obrzędów religijnych, często w wypaczonej formie lub kontekście. Tyle, że często one nie przystają do reszty tekstu i wypadają po prostu pokracznie. Do tego często są te zdania są wyróżnione inną czcionką. Dlaczego? Nie wiadomo, chyba miało to budować klimat. Nie buduje. Do tego klasycznie mamy scenę seksu na ołtarzu, wykorzystanie krzyża jako dildo i inne tego typu. Jak dla mnie więcej w tym pozerstwa niż jakiegoś faktycznego bezczeszczenia czegokolwiek.

Sceny seksu są zaś rozczarowująco łagodne. Ot, na przykład mamy scenę minety i teksty w stylu, że było to wyjątkowo „brudne i grzeszne”, tylko tam dosłownie nic wielce wyuzdanego nie było! W ogóle zabawne dla mnie było to jak mało ten demon ogarniał sprawy seksu. I że początkowo w ogóle mu na jej ciele nie zależało, ale jak już zaczęli ze sobą sypiać to tylko to robili. Najgorsze, że w tych scenach autorka czasami zapomina w jakiej pozycji znajdują się bohaterowie i potem mamy takie kwiatki, że Zoe leży na brzuchu, Madden za nią, ale patrzą sobie w oczy! To już jest jakaś wyższa Kamasutra… Po za tym mam problem z tym, że pan demon nie chciał Zoe rozdziewiczyć, bo jak poleje się krew, to wtedy on może stracić nad sobą kontrolę. No i spoko, tylko jednocześnie robi jej energiczne palcówki, a poza tym potem i tak rozdziewicza w kościele, gdzie ponoć jest BARDZIEJ wygłodniały…

Zakończenie jest… dziwne. Nie do końca wiem co o nim myśleć. Bardzo specyficzne.

Książkę na szczęście czyta się bardzo lekko, nie jest ona jakoś męcząca. Owszem, zdarzają się koślawe zdania, czasem naprawdę musiałam się zastanowić o co autorce chodziło. Do tego dużym minusem jest używanie angielskich określeń na rzeczy, które mają swoje polskie nazwy, szczególnie jeśli chodzi o kwestie związane z magią, np. dostajemy takie określenia jak „witchcraft” czy „familiar”. Jakby autorka zrobiła research na ten temat w anglojęzycznych źródłach i nie sprawdziła jak to jest po polsku. Miejscami też miałam odczucie, że przy niektórych dialogach autorka zignorowała to, że te dialogi w świecie książki toczą się po angielsku. Może nie jest to do końca wada, bardziej przyjęta konwencja ale wybija trochę z rytmu w czasie czytania.

Na koniec pozostaje ważne pytanie: o co chodzi z tymi 10 grzechami głównymi w tytule? Nawet w treści książki mowa jest tylko o 7 grzechach głównych. Oczywiście, podejrzewam, że to miał być taki miks 10 przykazań i 7 grzechów głównych, ale to nie ma żadnego znaczenia fabularnego. Ten tytuł nic nie znaczy!

Całkiem sporo w tej książce różnego rodzaju głupotek, nie jest ona też jakoś szczególnie wciągająca. Ale nie jest też jakoś szczególnie zła. Ot, takie czytadełko. Kompletnie nie w moim stylu i sama bym po nią nie sięgnęła, ale momentami nawet nieźle się bawiłam. Na guilty pleasure się nadaje, jak ktoś lubi takie klimaty.

środa, 7 stycznia 2026

Koreański koncert uczuć - Katarzyna Grabowska (BZK)

Tytuł: Koreański koncert uczuć
Autor: Katarzyna Grabowska
Wydawnictwo: Replika
Gatunek: romans

Kiedy rodzice przestrzegali mnie przed wpadnięciem w „złe towarzystwo” nie spodziewałam się, że owo towarzystwo będzie mi wysyłać złe książki. Ale jakoś tak wyszło, że się wpakowałam w coś takiego… Cóż, chciałam powiedzieć, że nie żałuję, ale po przeczytaniu tej książki byłoby to kłamstwo… Więc powiedzmy, że bawiłam się świetnie, acz nie dzięki książce!

Ale, od początku.

Jakoś tak rok temu (ach, jak ten czas leci!) zrodził się pomysł na Booktour Złych Książek. Dlaczego? Cóż, nie mam pojęcia, ale masochizm odegrał w tym dużą rolę. W każdym razie, książki dotarły w końcu do mnie (znaczy dotarły już jakiś czas temu, ale musiały swoje odleżeć), a że Nowy Rok – Nowa Ja – Nowa Siekiera, to postanowiłam tę kupkę ruszyć.

„Koreański koncert uczuć” zapowiadał się na łagodny start, moje poprzedniczki nie zostawiły w tej książce zbyt wiele znaczników. Szybko jednak okazało się, że się myliłam… Oj, jak się myliłam…

Fabuła polega na tym, że członek koreańskiego boysbandu Jae Woong przyjeżdża podczas trasy koncertowej po Europie zostaje zamknięty podczas postoju autokaru w toalecie. Zespół odjeżdża bez niego, a chłopaka z opresji ratuje Sara, Polka, którą właśnie rzucił facet. Bohaterowie spędzają ze sobą całe(!) trzy dni w Łodzi, po czym Sara dowiaduje się kim jest chłopak. Jako, że nie potrafi wybaczyć mu oszustwa, bohaterowie rozstają się i tęsknią za sobą.

Tyle dowiadujemy się z opisu z tyłu okładki i jest to całkiem wierne streszczenie jakiś ¾ całości. Jedyne co pominęłam to tragiczna przeszłość głównego bohatera, całkowicie niespodziewany spadek i happy end.

Borze szumiący, jakie to było durne!

Pierwsze trzy rozdziały przedstawiają tragiczną przeszłość™ Jae Woonga. Nie rozumiem decyzji o tym, by zacząć od tego książkę, ta historia może by nawet zadziałała gdyby ją mocno skrócić i dać później jako flashback, gdy czytelnik już się trochę przywiąże do bohatera. Ale nie. Obserwujemy jak mały traci matkę, jak pod opiekujący się nim poszukiwany kryminalista szuka jego ojca (cyrk na kółkach, Opieka Społeczna to w tym świecie nie istnieje) i jak rzeczony ojciec, bogaty biznesmen, się do niego nie przyznaje tylko odsyła do wytwórni na wychowanie. Bo przecież dzieciak jest owocem grzesznego (autorce się zapomniało, że grzech to bardzo chrześcijańskie pojęcie) z nieletnią. I nie, fakt, że była nieletnia nic nie wnosi do fabuły, wszystkie wydarzenia potoczyłyby się identycznie gdyby rodzice głównego bohatera byli w podobnym wieku. Ale wtedy nie byłoby o tym jak facet po trzydziestce śledził i uwiódł licealistkę… Co nic nie wnosi! I w ogóle ta wytwórnio-szkoła też nie ma sensu. A ten kryminalista, pod opiekę trafił główny bohater? Ja myślałam, że on potem wróci, że będzie miał jakieś znaczenie dla fabuły. Ale nie. Jedyna informacja z tych trzech rozdziałów jaka miała jakiekolwiek znaczenie to to, że bohater jest nieślubnym synem bogatego człowieka. Tyle.

Potem mamy perypetie Jae Woonga w Polsce, gdzie koledzy zamykają go w kiblu na jakimś odludziu. A na odludziu się znaleźli, bo syn kierowcy autokaru miał wypadek w tak absurdalnych okolicznościach, że nie wiem jak autorce to przyszło do głowy. Z opresji ratuje go Sara, która wraca znad morza, gdzie wziął ją jej facet tylko po to żeby z nią zerwać. No i Sara zabiera ze sobą tego biednego Koreańczyka do Łodzi, bo ten nawet nie pamięta do jakiego miasta powinien trafić… Oczywiście żadne z nich nie ma ze sobą telefonu, bo kto by nosił przy sobie telefon! A przypominam, że akcja się dzieje w 2023 roku… No i dostajemy najnudniejszy opis Łodzi jak to tylko możliwe, serio, mam wrażenie, że autorka przepisała jakiś przewodnik turystyczny. Jae Woong oczywiście nie mówi Sarze, że jest sławny, co jest w sumie dość zrozumiałe w jego sytuacji, ale kiedy ona się o tym dowiaduje to jest foch stulecia,bo przecież POWINIEN JEJ ZAUFAĆ! Kit z tym, że znał ją zaledwie trzy dni… W sumie sama Sara jest zbyt łatwowierna, bo żeby przygarnąć pod dach obcego faceta, który nie ma pieniędzy, dokumentów ani nawet telefonu to też trzeba nie mieć wyobraźni…

Co do postaci… Cóż, głównych bohaterów da się opisać jednym słowem, przy czym w przypadku Jae Woonga tym słowem będzie „smutny”, zaś w przypadku Sary „nijaka”. Można co prawda jeszcze powiedzieć, że są głupi, ale akurat to określenie pasuje do dosłownie każdego w tej książce. Osobowości nie mają żadnych. Chemii między nimi nie ma za grosz. Sara twierdzi, że z jej byłym nie miała żadnych wspólnych zainteresowań i łączył ich tylko seks, ale z Jae Woongiem też nic jej nie łączy! Ludzie, oni spędzają ze sobą trzy dni, raz idą ze sobą do łóżka i to ma być wielka miłość?! Tam nie ma mowy o żadnym porozumieniu dusz, bo te postaci żadnej duszy nie mają! Łączy ich tylko iloraz inteligencji o wartości poniżej zera...

Bohaterowie drugiego planu zaś są całkowicie pozbawieni nie tylko jakichś cech indywidualnych, ale i człowieczeństwa. Dosłownie, z taką znieczulicą i okrucieństwem spotkałam się jedynie w najsłabszych tureckich serialach i bardzo kiepskich manhwach. Dzieciakowi umarła matka? „Haha! Mama cię zostawiła, świat jest okrutny!” To nie jest cytat, ale naprawdę, w tym tonie została głównemu bohaterowi przekazana informacja o śmierci matki jak miał sześć lat. Zaś Konrad, były facet Sary to zwykły buc jest i największy red flag jakiego widziałam. Z kolei koledzy Jae Woonga zamykają go w kiblu, bo są zazdrośni, że fanki wolą go on nich. Ale nie pomyślą o tym, że w sumie ich własne kariery też na tym mogą ucierpieć. Nie, po co, myślenie boli! Jedyną w miarę pozytywną postacią tła jest Johnny, kryminalista, który zaopiekował się osieroconym Jae Woongiem, ale chłop pojawia się tylko w trzech pierwszych rozdziałach i nigdy więcej. Całkowicie nie wiadomo po co była ta postać. No, są jeszcze rodzice Sary, ale oni główne są. Ogólnie jest słabo, nawet kot jakiś taki nijaki autorce wyszedł!

I jakimś cudem autorce wyszła książka, która jest rasistowska zarówno względem Koreańczyków jak i Polaków. Naprawdę, oba te narody są pokazane przez pryzmat najgorszych stereotypów.

Książka napisana jest bardzo dziwnie, narracja cały czas przeskakuje między postaciami. Nie ma żadnych tajemnic, bo od razu poznajemy co która postać myśli. Co gorsza, książka jest zwyczajnie nudna i przewidywalna, ja jestem bardzo kiepskie w przewidywaniu fabuły, a tu byłam w stanie z dużym wyprzedzeniem powiedzieć co się stanie dalej.

Nie mam pojęcia po co ta książka powstała. Znaczy, podejrzewam, że po to by wyciągnąć kasę od fanek koreańszczyzny, tylko problem jest taki, że jeśli ktoś się choć trochę orientuje w realiach tamtejszego showbiznesu będzie cierpieć jeszcze bardziej niż ja. W tej książce nie ma ani grama oryginalności, niczego, co by pociągnęło tę opowieść. Nie jest może ona aktywnie zła, ale zła jest i gdyby nie Booktour Złych Książek na pewno bym po nią nie sięgnęła.